Monthly Archives: Listopad 2013

Duńskie śmieci (cz.1). Diving for food

Gdy myślimy „Dania”, oczyma wyobraźni widzimy najpewniej najszczęśliwszy naród na świecie posiadający stolicę o najlepszych warunkach do życia w skali globu , która niebawem zostanie zdominowana przez rowerzystów. No i oczywiście jesteśmy im wdzięczni za Lego. Nie da się ukryć, że Dania to kraj „naj” pod wieloma względami. Od kilku lat władze niestrudzenie pracują nad nowym duńskim „naj”. Gdy polityczni troglodyci z krajów na wschodzie walczą z wszystkimi kolorami tęczy, duński welfare state, nie dość, że od ponad dwudziestu lat roztacza to przepiękne zjawisko atmosferyczne nad swoimi obywatelami, to upodobał sobie w szczególności jeden kolor. Zieleń, symbol zrównoważonego rozwoju, uderza niemalże na każdym kroku. Upolowanie ulubionego warzywa w lokalnym supermarkecie bez etykiety „Øko” często graniczy z cudem. Możemy kupić organiczną wodę (What? What?) kosztującą krocie, pomimo, że lepszej kranówy dano nie piłam.

Oczywiście wszyscy wiemy, że zgodnie z ONZ-owską wykładnią zrównoważony rozwój modelowo tworzą trzy filary: ekonomiczny, środowiskowy i społeczny. Jedzenie i odpady, tak silnie ze sobą związane, znajdują się z pewnością na przecięciu ich wszystkich. Odkąd ma stopa dotknęła duńskiej ziemi tematyka jedzenia i śmieci nie odstępuje mnie na krok, między innymi z uwagi na fakt, że oba tematy, pomijając ich codzienny charakter, są tu na ustach wszystkich. Zdrowe odżywianie się, ekologiczny styl życia (na przykład idea New Nordic Cuisine trafiło pod strzechy większości moich duńskich znajomych [1]) i dbałość o środowisko to silnie zinkorporowane wartości stanowiące o zbiorowej tożsamości Duńczyków. Zadeklarować, że preferuje się cieknące tłuszczem mięsne potrawy, nie uprawia się sportu lub nie zakręca wody podczas mycia zębów, to nietakt równy nieznajomości imion członków rodziny królewskiej.

Denmark without waste? Jak ze śmieci zrobić zasób

Jednym z dominujących ostatnio tematów jest w Danii niewątpliwie „śmieciowa rewolucja” ogłoszona przez Ministerstwo Środowiska. Zawarte w dokumencie Danmark uden affald wytyczne stawiają przed obywatelami, samorządami i przedsiębiorcami nie lada wyzwanie: segregację odpadów już w domach, z wyszczególnieniem nowej frakcji – odpadów organicznych (która wyodrębniona z kubła na śmieci może być przeznaczona chociażby na produkcję biogazu czy przydomowego kompostu), zmniejszenie spalania biodegradowalnych i podatnych na recykling frakcji oraz  zaangażowanie obywateli w aktywne przeciwdziałanie produkcji odpadów, głównie żywnościowych.

Plan dziesięcioletni jest tyleż ambitny i poruszający eko struny wszystkich maniaków zrównoważonego rozwoju, co skomplikowany z technicznego i – przede wszystkim – kulturowego punktu widzenia. Nadanie nowego znaczenia odpadom, śmieciom, nieczystościom, by uczynić z nich  produkt nadający się do ponownego użytku, zasób, wartościowy surowiec, rozpoczyna się w codziennych nawykach ludzi, które wcale nie muszą być podatne na zmianę. Tym zagadnieniem zajmowałam się przez ostatnie 3 miesiące podczas interdyscyplinarnego projektu Urban Sustainability in a Circular Economy Perspective, w ramach którego staraliśmy się w oparciu o badania jakościowe opracować system zarządzania odpadami zwiększający wydajność sortowania w powstającym na terenach dawnego portu – Nordhavnen – nowego przedsięwzięcia urbanistycznego. 

Wróćmy do dzisiejszych duńskich śmietników. Zgodnie z danymi Eurostatu za lata 1995-2009 Duńczycy produkują w UE najwięcej, bo ponad 800 kg odpadów rocznie w przeliczeniu na obywatela (dla porównania, w Polsce jest to około 300 kg).  Aż 41% zawartości statystycznego kubła na śmieci, zajmuje jedzenie. No właśnie, jedzenie, odpady żywnościowe, resztki jedzenia czy po prostu śmieci – kategoria kulturowa, którą m.in. dzięki Mary Douglas zaczęliśmy postrzegać jako silnie związaną ze społecznymi praktykami porządkowania otaczającej człowieka przestrzeni. Brytyjska antropolożka zwróciła w latach 60. uwagę na fakt, że to, co nazywamy nieczystością czy odpadem jest silnie uwarunkowane lokalnymi praktykami społecznymi, w skrócie – nie istnieje uniwersalna kategoria „śmiecia”.

chujowe żarcie_1 by Alison Seiffer

Grafika autorstwa Alison Seiffer 

Duńscy przedsiębiorcy i politycy już dawno dostrzegli, że w odpadach jedzeniowych, przede wszystkim organicznych, tkwi ogromny potencjał ekonomiczny, lecz tylko wtedy, gdy przetransformujemy gospodarkę kraju z modelu linearnego: zasób-produkcja-konsumpcja-śmietnik (hedonistyczny konsumpcjonizm, ekonomia nadmiaru) na cyrkularny: zasób-produkcja-konsumpcja-ponowne użycie (świadomy konsumpcjonizm, społeczna i środowiskowa odpowiedzialność)[2]. Niemniej, jedzenie potrzebne jest nam konsumentom nie tylko do zaspokojenia głodu i dostarczenia niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania organizmu wartości odżywczych. Zapełniając koszyk w sklepie uczestniczymy w zbiorowym performansie, który kontynuujemy tworząc swoistą wystawę żywności w kuchni i decydując o tym co, kiedy i dlaczego postanawiamy uczynić śmieciem. Poprzez jedzenie budujemy między innymi swoją jednostkową tożsamość [3].

Consumption is (…) a stage in a process of communication, that is, an act of deciphering, decoding, which presupposes practical or explicit mastery of a cipher or code. In a sense, one can say that the capacity to see (voir) is a function of the knowledge (savoir), or concepts, that is, the words, that are available to name visible things, and which are, as it were, programms for perception. A work of art has meaning and interest only for someone who possesses the cultural competence,  that  is,  the code,  into  which  it  is  encoded.

Pierre Bourdieu

Gdy mowa o zmianie społecznej i transformacji myślenia, w tym wypadku: uczynienia ze śmieci kwestii publicznej, widocznej, nie zaś, jak dotąd, prywatnej, niedostrzegalnej, potrzebna jest oczywiście medialna ikona. Tę rolę w Danii odgrywa Selina Juul – mózg organizacji świadomych konsumentów, która hasłem Stop spild af Mad nawołuje do zaprzestania wyrzucania nadającego się do spożycia jedzenia: Stop being zombie consumer! W ostatnim weekendowym dodatku do jednej z najpoczytniejszych gazet, Politiken, wystąpiła w sesji zdjęciowej odziana w swój nieodłączny atrybut – zielony, rzecz jasna, fartuch, szpilki i skąpą i obcisłą sukienkę. Czy wizerunek ponętnej pani domu o blond włosach pomoże w osiągnięciu celów politycznych, ekonomicznych i ekologicznych [4]?

IMG_6074

Selina Juul – śmieć w wielkim mieście. Ty też możesz zostać Skraldere! Politiken 24 listopada 2013

Kopenhaski „raj” dla dumpster diverów

Jak widać powyżej, Selina wystąpiła w sesji zdjęciowej dla Politiken na tle ton śmieci. Podobne otoczenie to codzienność podczas robienia zapasów spożywczych dla tysięcy ludzi – dumpster diverów, w duńskim tłumaczeniu Skraldere – tych, którzy „śmieciują” [5]. Na temat zjawiska dumpster divingu/freeganizmu powstało już kilka dobrych publikacji i dokumentów, więc zamiast nakreślać zbyt wąską i uogólniającą charakterystykę, odsyłam do innych źródeł [6]. Spostrzegłszy jednak, że w Polsce prasowy wizerunek freeganizmu wskazuje raczej na jego tymczasowy charakter, często określając zjawisko mianem ”mody”, uwydatnię jedynie, że dla wielu ludzi bynajmniej nie jest to kaprys, pasja, hobby, lub „ryzykowna hipsterka”, ale świadoma ekonomiczna strategia i rodzaj politycznego aktywizmu wymierzonego przeciwko nadmiernej konsumpcji, rosnącym cenom jedzenia i wpływowi kompanii producentów żywności na sytuację, gdy nierównomierna dystrybucja żywności na świecie prowadzi do ubóstwa, głodu i konfliktów [7].

Trailer filmu „Taste the Waste”

Trailer filmu „Dive!”

Doskonale pamiętam swoje pierwsze doświadczenie nurkowania do śmietnika. Był weekend majowy w Berlinie, wyruszyłam tam z grupką znajomych po raz pierwszy. Płonące ulice, gaz pieprzowy i armatki wodne w użyciu. Z dymem poszedł nawet ulubiony śmietnik naszego hosta. Jako wprawiona użytkowniczka Couchsurfingu miejsce, w którym się zatrzymaliśmy znalazłam bardzo szybko. Codziennym rytuałem w mieszkaniu naszego hosta była kolacja dla wszystkich domowników i tymczasowych gości. Stół zawsze uginał się pod dostatkiem pysznego wegetariańskiego jedzenia. Nikt oczywiście nie prosił nas o dorzucenie się do posiłków, bo nic nie kosztowały, ale trzeba było „odrobić swoje”. Dostaliśmy przydział na pieczywo. Kierunek: jedna z większych piekarni w okolicy. Nigdy nie zapomnę dwóch rzeczy goszczących wtedy w mej nastoletniej głowie: zapachu dopiero co wyjętego z pieca chleba i wyrobów cukierniczych oraz uczucia niepokoju: dlaczego masa smacznego, świeżego i pełnowartościowego jedzenia trafia na śmietnik? W odpowiedzi usłyszałam jedno zdanie: „You know… food politics”.

berlin chleb

Polowanie na chleb w Berlinie

Kopenhagę można przewrotnie określić mianem raju dla freegan. Przewrotnie, bo gdy z jednej strony w kontenerach mieszczących się na tyłach supermarketów znajdziemy ogromne ilości nadającego się do spożycia różnorodnego jedzenia, musimy pamiętać dlaczego się tam znalazło. Polityka jedzeniowa – terror daty przydatności do spożycia + dyrektywy UE + interesy producentów i dostawców żywności. Unijne regulacje wymuszają na rolnikach, by na półkach w sklepach konsument zawsze mógł znaleźć tego samego rozmiaru ogórka. Globalni  dostawcy i producenci żywności tacy jak Nestlé, Unilever czy Kraft Foods / Mondelēz International opierają swój ekonomiczny sukces na standaryzacji produktów na międzynarodową skalę. Prowadzi to nie tylko do degradacji lokalnego rolnictwa, ale również utraty bioróżnorodności. Gdy jedynym „legalnym” i pożądanym na rynku warzywem jest to sztucznie wyhodowane, ulepszone i wyidealizowane, lokalne odmiany nagle przestają być skupowane, lub rolnicy muszą wyspecjalizować się w innej branży i stać się ekspertami od marketingu niszowego sprzedając „brzydkie” i „nieidealne” marchewki na przykład do lokalnej restauracji, która zbuduje na nich swoją markę [8].

Gdy mowa o gastronomii, warto przywołać działającą od kilku miesięcy kopenhaską restaurację Rub & Stub, gdzie serwowane potrawy są wykonane z produktów, które w przeciwnym wypadku trafiłyby do przymarketowych kontenerów, lecz wciąż są przed upływem daty przydatności do spożycia. Założycielka knajpy, Sophie Sales, wytoczyła jawną wojnę przeciwko marnowaniu jedzenia. Ciekawym doświadczeniem był dzień, kiedy przygotowywałam znajomej tort urodzinowy, składający się głównie z jedzenia uratowanego ze śmietników. Tuż po zdmuchnięciu świeczek przez jubilatkę, tort został zaatakowany widelcami przez zgromadzonych gości. Wszystko było cacy, do momentu, gdy w powietrzu nie zawisło jedno pytanie: Sznel, is that from dumpster diving? Jak mogłam zaprzeczyć? Oczywiście! I to wszystko, łącznie z Nutellą i M&M-sami! Konsumpcję wstrzymano. Z wyjątkiem trójki dziewcząt – aktywnych freeganek.

Pewnego razu udałam się na „łowy” na północne obrzeża miasta z Danem, 38-letnim Szwedem mieszkającym to tu, to tam informatykiem-freelancerem. Zyskałam sporo respektu, gdy rozumieliśmy się bez słów – zamknij drzwiczki od kontenera, odstaw skrzynkę, po której się wspięłaś na miejsce. Was it here or more to the left? More to the left. OK, let’s go! Dan „śmieciuje” głównie z oszczędności, lecz jest freeganinem [9] nie tylko z uwagi na względy ekonomiczne. Gdy w jednym z kontenerów znaleźliśmy kilka opróżnionych butelek po winie (Damn! ktoś był szybszy [10]) spakował je do oddzielnego worka, by następnie wyrzucić je do kontenera przeznaczonego na szkło, który znajdował się kilkanaście metrów dalej. People are so lazy! – narzekał. Jest enwironmentalistą, co w jego rozumieniu oznacza, że stara się ograniczać swój negatywny wpływ na środowisko.

Nocne wyprawy wzbudziły ciekawość mojej duńskiej współlokatorki, która postanowiła spróbować, bardziej motywowana emocjami i ryzykiem związanym z byciem Skraldere [11]. Gdy po powrocie zajęłyśmy się myciem i segregacją jedzenia, pełna entuzjazmu przekonywała, że było super: dużo emocji, poczucie łamania prawa, adrenalina.  Niemniej, nie zjadła niczego ze złowionego jedzenia, wyrzuciła to, co zawadzało jej w lodówce, pomimo, że jako partner przedsięwzięcia ja mogłam to zjeść. Podczas naszych dyskusji o jedzeniu, freeganizmie, przemyśle spożywczym, często zaznacza, że pełna lodówka daje jej poczucie bezpieczeństwa. Musi być w niej dużo zdrowego (czytaj: nie ze śmietnika) jedzenia dobrej jakości (czytaj: z wyższej półki) bo nigdy nie wie na co będzie miała ochotę. Tutaj widoczna jest koncepcja jedzenia, które umieszczamy w lodówce, jako rodzaju wystawy, na której pokazujemy kim jesteśmy za pomocą tego, co niekoniecznie zjemy, lecz na co patrzymy i co posiadamy. Większość jedzenia z półek Merete trafia bowiem do śmietnika. Społeczne życie rzeczy, przedmiotów, w tym wypadku również jedzenia trwa tak długo, na ile pozwolą im na to ich właściciele.

The euphoric and wily “motivation” philosophers would like to persuade themselves and others that the reign of the objects is still the shortest path to freedom. They offer as proof the spectacular mélange of needs and satisfactions, the abundance of choice, and the festival of supply and demand whose effervescence can provide the illusion of culture. But let us not be fooled: objects are categories of objects which quite tyrannically include categories of persons. They undertake the policing of social meanings, and the significations they engender are controlled.

Jean Baudrillard

One man’s trash, another man’s treasure

trash treasure by Timo Kirkkala

Zdjęcie autorstwa Timo Kirkkala

W mieście gdzie nad głowami przechodniów na głównej ulicy najbardziej zróżnicowanej etnicznie dzielnicy widnieje powyższe hasło, zaś drugi obieg i powtórne życie rzeczy funkcjonują na wysokich obrotach, istnieje silny związek z dużymi podziałami klasowymi.

Part of the reason why demand remains by and large a mystery is that we assume it has something to do with desire, on the one hand (by its nature assumed to be infinite and transcultural) and need on the other (by its nature assumed to be fixed). Following Baudrillard (1981) I suggest that we treat demand, hence consumption, as an aspect of the overall political economy of societies. Demand, that is, emerges as a function of a variety of social practices and classifications, rather than a mysterious emanation of human needs, a mechanical response to social manipulation (as in one model of the effects of advertising in our own society), or the narrowing down of a universal and voracious desire for objects to whatever happens to be available.

Arjun Appadurai

Produktem ubocznym polityki państwa opiekuńczego okazuje się paradoksalnie hiperkonsumpcjonizm, czego doskonałym dowodem są zarówno liczne statystyki jak i obserwacje prowadzone przez antropologów. Państwo pomoże swemu obywatelowi, gdy ten straci pracę, zapewni byt studentowi, by mógł  się skupić na nauce zamiast dorabianiu do czynszu. W sytuacji, gdy przeważającą część społeczeństwa stać na wiele i mniej więcej to samo, rzeczy którymi się otaczamy stają się obiektami pokazującymi naszą społeczną, klasową i ekonomiczną lokalizację. Jedzenie, jako narzędzie silnie polityczne, jest jednym z nich. Wyznacza podziały między ludźmi, gdzie linia demarkacyjna utkana jest z marek produktów spożywczych i źródeł ich pochodzenia. Konsumpcja w tym wypadku nie musi być równoznaczna spożywaniu. Jedzenie, jako obiekt do patrzenia służy kreowaniu ludzkiej tożsamości.

W samym środowisku Skraldere również istnieją podziały. Na fejsbukowym forum o zawrotnej liczbie blisko ośmiu tysięcy członków czasem dostrzegam komentarze Duńczyków zachodzących w głowę dlaczego podczas nocnych łowów częściej zdarza im się spotkać „zagranicznego studenta” lub „migranta zarobkowego”. Cóż, tych osób państwo opiekuńcze często nie chce zaadoptować by roztoczyć nad nimi wachlarz przywilejów socjalnych. W tego rodzaju komentarzach uaktywnia się zatem zasada magii sympatycznej – właściwości przedmiotu za dotknięciem magicznej różdżki pt. „oczy społeczeństwa” przechodzą na tego, kto go posiada. Śmietnik, choć kulturowo zepchnięty w sferę brudu i tego, co niepotrzebne, może jednak skrywać wiele wartościowych dla oka, palucha i brzucha niespodzianek.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

„Śmieciowanie” ma wiele wspólnego z polowaniem. Członkowie grupy na fejsbuku prześcigają się w publikowaniu zdjęć dokumentujących ich najświeższe zdobycze. Warto podkreślić, że spory procent Skraldere to młode matki, które czasem proszą innych „śmieciujących”, by w czasie gdy one ruszają na łowy, ktoś zajął się ich dziećmi.

*Zgłodniałaś/-eś? Tym, którym po przeczytaniu niniejszej notki przyszła ochota na śmieciowe łowy polecam najpierw zapoznać się z etykietą dumpster divingu. Każda instytucja społeczna ma sztywne zasady, których trzeba przestrzegać, by zachować jej żywotność.


[1] Zainteresowanych kuchnią ad fontes lub duńskim propagatorem New Nordic Cuisine – Rene Redzepi, zachęcam do zapoznania się z inicjatywą Cook it Raw, której edycja 2012 odbyła się na mojej rodzimej Suwalszczyźnie.

[2] Tych, którzy interesują się tematyką circular economy, produkcji i designu cradle to cradle lub ideą corporate social responsibility – zachęcam do zapoznania się z raportami Ellen MacArthur Foundation Towards the Circular Economy. W Polsce z ekonomią cyrkularną eksperymentuje między innymi Centrum Krzyżowa, zaś dzięki konferencji „Transformacja energetyczna – konieczność czy szansa?”, która odbyła się 14 listopada towarzysząc COP19 w Warszawie, termin nagle zaczął funkcjonować w polskim przekładzie.

[3] 18 listopada odbyła się w Gdańsku interdyscyplinarna konferencja „Śmieć w kulturze„. Polecam uwadze i sama czekam na pokonferencyjną publikację.

[4] Selina urodziła się w Moskwie, i – jak sama podkreśla – doświadczenie obu rodzajów gospodarek – niedoboru w Rosji lat 90. i nadmiaru w Danii XXI wieku uwrażliwiło ją na zjawisko masowego marnowania żywności.

[5] „Skraldere” to czasownik od rzeczownika „Skrald” – śmieci. Szczegółowe tłumaczenie duńskiego terminu zawdzięczam mojej współlokatorce.

[6] Polecam listę na dole tej notki.

[7] Ta charakterystyka jest jednak niepełna. Gdy „badałam” warszawskie miejscówki dla freegan, na warszawskim Szembeku moją „konkurencję” stanowili głównie emeryci w trudnej sytuacji finansowej. Nie, nie mieli smartfonów i ciuchów OBEY. I z pewnością nie nazywają siebie „freeganami”, ale towarzyszące im pobudki są podobne.

[8] O takich doświadczeniach opowiadał podczas dyskusji po światowej premierze filmu Seeds of Time, duński hodowca marchwi przynosząc ze sobą naręcz  „nielegalnych” odmian i jawnie zachęcając do oprotestowania absurdalnych unijnych rozporządzeń. Polecam sam film o współczesnej Arce Noego wypełnionej nasionami milionów odmian roślin z różnych zakątków świata.

[9] Popularna definicja freeganizmu sugeruje jakoby freeganie byli jednocześnie veganami (free + vegan). Niemniej wielu Skraldere wyjmuje ze śmietników również nabiał i mięso.

[10] O tym, że żywność w śmietnikach jest dobrej jakości świadczą opróżnione opakowania po jogurtach, serkach i alkoholu. Przez kogo? Dosyć często, pracownicy supermarketów ubiegają Skraldere i tuż przed opuszczeniem miejsca pracy opróżniają kilka butelek wina, pałaszują słodycze. Smuteczek.

[11] W Danii istnieje przyzwolenie na dumpster diving, lecz zjawisko nie jest uregulowane prawnie. Staje się jednak przestępstwem gdy freeganie naruszają własność prywatną – przeskakują przez płoty, niszczą kłódki, przecinają łańcuchy. Większość osób, z którymi wymieniałam doświadczenia nigdy nie została przyłapana przez policję. Ci, którym się to zdarzyło mówili jednak, ze skończyło się na słownym pouczeniu. Spragnionych wiedzy dotyczących aspektów prawnych w różnych krajach odsyłam na trashwiki.org.

Poczytaj

  1. APPADURAI A. The Social Life of Things: Commodities in Cultural Perspective
  2. BAUDRILLARD J. The System of Objects; For a Critique of the Political Economy of the Sign
  3. BOURDIEU P. Distinction: A Social Critique of the Judgement of Taste / Społeczna krytyka władzy sądzenia
  4. DOUGLAS M. Purity and Danger / Czystość i zmaza
  5. FERRELL J. Empire of Scrounge. Inside the Urban Underground of Dumpster Diving, Trash Picking and Street Scavenging
  6. GILES D. The Anatomy of a Dumpster: Abject Capital and the Looking Glass of Value  [się robi]
  7. MORE V. C. Dumpster Dinners: An Ethnographic Study of Freeganism
  8. NESTLE M. Food Politics. How the Food Industry Influences Nutrition, and Health
  9. PIETRZYK K. Freeganism: Food for Mind, Body and Soul
  10. WILSON T. M. Food, Drink and Identity in Europe
  11. WRIGHT W. & MIDDENDORF G. The Fight over Food. Producers, Consumers, and Activists Challenge the Global Food System.
Reklamy
Otagowane , , , , , , ,

Świnia w obiektywie. Rozważania o fotografii zwierząt uroczych

Serdecznie zapraszamy do lektury pierwszego gościnnego wpisu na naszym blogu, którego autorką jest Mania Góralska. Jednocześnie przypominamy, że nic się nie zmieniło i wciąż zapraszamy wszystkich chętnych do współpracy. Tradycyjnie już odsyłamy do zakładki Zostań Antropoludem.

Mania Góralska. Adeptka antropologii kulturowej oraz studentka sztuk wyzwolonych. Wciąż jej mało więc studiuje również w Collegium Invisible. Dużą rolę w jej życiu odgrywa jedzenie oraz genetyczne modyfikacje. Specjalna korespondentka Antropoludens z Subkontynentu Indyjskiego, gdzie mieszka kontestując lokalne glokalności. Wieczorami popija uwikłaną w kolonialne konteksty herbatę oraz snuje rozważania, spoglądając na wiszącą nad jej biurkiem podobiznę Bruno L.

Bardzo dobrze pamiętam moment, w którym pomysł na ten tekst nabrał ostatecznego kształtu. Czekałam w kolejce na warszawskiej Poczcie Głównej wczesną wiosną. Walentynkowe motywy na pocztówkach ustąpiły już miejsca kolorowym pisankom, żółciutkim kurczaczkom czy puchatym króliczkom, otoczonym baziami i żonkilami. „Nasi milusińscy” pojawili się na nich jako uosobienie niewinności oraz symbol życia – te niegroźne dla człowieka stworzenia są przecież bezbronne jak nowonarodzone dzieci; tak też je traktujemy. Podążając za instynktem rodzicielskim, otaczamy opieką młode różnych gatunków, które budzą w nas uczucie empatii. Tak samo reagujemy na widok mięciutkich króliczków, chomików czy świnek morskich, które nawet będąc dojrzałymi osobnikami, rozczulają większość swoją bezbronnością. Wrażenie, jakie u nas wywołują czyni je idealnym obiektem marketingowym. Ich przedstawienia pojawiają się więc przy najróżniejszych okazjach: na kartkach z życzeniami, na kalendarzach czy na dziecięcych ubraniach i akcesoriach. Skąd potrzeba patrzenia na te zwierzęta, czy też otaczania się ich wizerunkami?

Wszelkie zdjęcia, w tym także i fotografie zwierząt, są bez wątpienia wyrazem naszych pragnień. Aparat fotograficzny można jednak także postrzegać jako narzędzie władzy – rytuał fotografowania może być odbierany jako próba (magiczna czy komercyjna) zawłaszczania czyjegoś wizerunku. Susan Sontag, w swojej słynnej książce O fotografii (1977), pisze: „fotografowanie jest równoznaczne z przywłaszczaniem sobie zdejmowanego przedmiotu” [1]. Akt ten można rozumieć następująco: robiąc zdjęcie zabieramy wizerunek fotografowanego obiektu ze sobą, zostaje on uwieczniony w chwili, w której światło wpadające przez obiektyw aparatu odbija się na kartce papieru. Jednak termin użyty przez Sontag ma jeszcze drugie dno – robiąc czemuś (lub komuś) zdjęcie stawiamy to coś (lub kogoś) w określonym „świetle”. Nakierowujemy widza na odbiór przedstawionego w określony sposób, za pomocą różnych sygnałów – scenerii, ujęcia, nawet gry cieni. Mamy władzę nadawania znaczeń przed-stawiając  coś  lub kogoś naszymi oczyma, w naszej interpretacji.

1

Fotografie – inaczej niż malowane obrazy – powstały jednak jako odbicie rzeczywistości, wydać się więc nam mogą bardziej prawdziwe. Przypisujemy im wiarygodność, wierzymy im czasem nawet bezwiednie – ile skandalu budzą wyretuszowane, zafałszowane zdjęcia modelek, które obwinia się o obniżenie poczucia własnej wartości u tak wielu kobiet? Wiedza, którą czerpiemy patrząc na zdjęcia ma wpływ na nasze wyobrażenie o świecie, a więc także i na nasze działania. Już sam fakt, że dany obiekt został sfotografowany nadaje mu jakieś znaczenie i stanowi komunikat. Warto podkreślić tutaj ludzki wymiar tej czynności – jesteśmy jedynym gatunkiem na Ziemi, który potrafi świadomie posługiwać się aparatem fotograficznym.

Robiąc zdjęcia zwierzętom kierujemy się różnymi motywami. Chcemy uchwycić zwierzęta „dzikie” do których zaliczylibyśmy wszelkiego rodzaju gatunki, ponieważ kojarzą nam się z tym, co pierwotne, nieokiełznane i pozaludzkie. Napawają oglądającego zachwytem nad pięknem przyrody, tęsknotą za czymś nieokreślonym, jakąś odległą przeszłością, w której człowiek żył „w harmonii” z fauną oraz florą. Fotografujemy także zwierzęta „słodkie” – wszelkie niedorosłe potomstwo różnych gatunków, jak i ich niektóre postaci dorosłe, budzące rozrzewnienie pozorami bezbronności czy niewinności (np. delfiny, jeże czy świnki morskie). Możemy wyróżnić także obrazy zwierząt „przemysłowych”, spoglądających na nas z opakowań produktów, do których powstania bezwiednie się przyczyniły. Warto także wspomnieć o zdjęciach wykonanych zwierzętom zranionym przez organizacje „prozwierzęce”. Na portalach społecznościowych, forach internetowych czy na oficjalnych stronach schronisk możemy znaleźć dokumentację zwierząt ocalonych z wypadków czy odebranych od okrutnych właścicieli, najczęściej psów i kotów.

Przywołując ponownie Sontag, która zauważa, że wielu ludzi daje się uwieźć pozornej obiektywności zdjęć, możemy stwierdzić iż jakiekolwiek fotografowanie zwierząt jest ich częściowym uprzedmiotowieniem, zobiektywizowaniem. Odrealnienie zwierzęcia ujętego na fotografii oparte jest jednak także na jego odseparowaniu od otoczenia. Szczególnie widoczne jest to w przypadku dwóch, z wymienionych wyżej kategorii: fotografii zwierząt przemysłowo użytecznych oraz stworzeń zinfantylizowanych, która zdaje się budzić najmniej kontrowersji. W obronie uprzedmiotowionych zwierząt hodowlanych stają wegetarianie, weganie czy obrońcy praw zwierząt, żądając nieukrywania cierpienia, jakie stoi za masową produkcją wyrobów mleczarskich czy mięsnych. Niewiele zainteresowania budzi jednak kwestia udziecinnionych wizerunków zwierząt domowych czy niedorosłych przedstawicieli innych gatunków. Ich zamknięcie w fotograficznej „klatce” może silnie wpływać na nasze wyobrażenie o świecie zwierząt, niebezpiecznie zniekształcając odbiór „świata przyrody”.

Sfotografowanie oznacza przede wszystkim wytworzenie przedmiotu – zdjęcia. Wszystkie czynności towarzyszące jego powstaniu są, jak pisze Marta Miskowiec „rodzajem transformacji żywego w nieżywe, wprowadzeniem kolejnego obrazu w wirtualny świat znaczeń i symbolicznych opowieści” [2]. Co więcej, wrażenie odcięcia od rzeczywistości, jakie wywołuje patrzenie na wycinek świata, jakim jest fotografia, może sprawić że osoba lub zwierzę na niej przedstawione także stanie się obiektem. Samo zdjęcie jest już rzeczą, ale czy to, co przedstawia także ma zostać w naszych umysłach zobiektywizowane?

Kiedy patrzę na zdjęcia kociąt, szczeniąt czy królików, spoglądających na nas z kalendarzy, okładek szkolnych zeszytów czy kartek z życzeniami, uderza mnie przede wszystkim ich odrealnienie. Zazwyczaj ujęte są one w pozach statycznych, przypominając raczej pluszowe zabawki, aniżeli żywe organizmy. Poczucie to zostaje umocnione przez otoczenie – wyreżyserowane w pracowni fotograficznej, a następnie silnie wyretuszowane za pomocą Photoshopa, lub będące po prostu fotomontażem. Poniższe zdjęcia stanowią doskonałe przykłady takich właśnie przestawień. Fotografia, będące okładką zeszytu, została wykonana w podobny sposób, co zdjęcie wielkanocnego króliczka z wcześniejszej pocztówki. Pies Chihuahua został silnie zinfantylizowany poprzez swoje „akcesoria” – diadem oraz sznur pereł, oraz zaprezentowanie go w statycznej pozycji w małym, wiklinowym koszyku . Patrząc na to zdjęcie można nawet zacząć się zastanawiać czy jest on w ogóle żywym zwierzęciem. Zdjęcie z pewnością zostało poddane zaawansowanej obróbce graficznej, która wzmogła wrażenie jego odrealnienia. Podobny komunikat możemy odczytać spoglądając na inną okładkę, tym razem przedstawiającą mopsa – jego zdjęcie zostało po prostu przeklejone na graficzne tło.

32

Bardziej uderzający przykład stanowią dwie świnki, ubrane w sukienki baletnic z dorobionymi rączkami. Sfotografowane na różowym atłasie w studiu fotograficznym nie przypominają swoich rodziców, którzy jako wieprzowina przeznaczeni zostali do konsumpcji. Te zantropomorfizowane prosiaczki, kiedy już dorosną, prawdopodobnie podzielą ich los. Teraz jednak nikt się nad tym nie zastanawia – na zdjęciu wyglądają zabawnie i słodko, można wykorzystać je w kalendarzu lub na okładce zeszytu. Przedstawienie wysyła jednak sprzeczny komunikat, jakoby świnki były czym innym niż dojrzałe świnie – a przecież są tym samym. Ich odrealnienie – poprzez charakteryzację oraz scenerię – pozwala jednak o tym zapomnieć.

4

Wszystkie wymienione powyżej przypadki są przykładami twórczości „artystycznej” człowieka, opartej na jego władzy nad zależnymi od niego istotami. Oba psy należą do ras „do towarzystwa”, które nieraz postrzegane są bardziej jako ruszające się zabawki, aniżeli zwierzęta. Prosięta, które najprawdopodobniej zakończą swój żywot na talerzu, także budzą silne uczucia opiekuńcze wśród patrzących na nie osób. Sontag podkreśla, że „bez względu na ograniczenia (amatorskie) i pretensje (artystyczne), związane z osobowością i umiejętnościami fotografa, dostrzegamy w każdym zdjęciu […] bliższy stosunek do widocznej rzeczywistości, niż w innych przypadkach jej naśladowania” [3]. Jednak każde z tych zwierzątek, sprowadzone do swojego przedstawienia na okładce zeszytu czy na stronach kalendarza, przestanie być tym, czym jest – żywą istotą. W momencie sfotografowania, kontekst w którym zostały przedstawione, wykluczył je z „porządku natury”; zostały wcielone w „świat człowieka”, w którym przywłaszczamy sobie prawo by dowolnie nimi dysponować. Ich przedstawienia nie wywołują wrażenia realizmu.

Zdjęcia króliczka, kurczaczka, dwóch piesków oraz dwóch świnek, które zaprezentowałam są częścią kultury popularnej. Spectatorzy, jak nazwałby Roland Barthes widzów, nie widzą w nich fotografii zwierząt, są to po prostu okładki z pieskiem czy kalendarz ze słodkimi świnkami, odpowiadające estetycznym potrzebom człowieka. Fotograf, Barthesowski operator, „zoperował” ich naturę do przedmiotu. Wyciął je ze świata „naturalnego”, czyniąc z nich symbole uroczości i słodkości – „aparat fotograficzny atomizuje [przecież] rzeczywistość, poddaje ją manipulacji i zniekształca” [4]. Jako konstrukty oparte na ludzkich wyobrażeniach, są symulakrami – małymi inscenizacjami tego, co autorzy zdjęć uważają o istotach, które według nich powinny wywoływać uczucie rozrzewnienia. Popyt napędza podaż, więc podobnie muszą myśleć konsumenci, osoby dla których produkty te zostają stworzone. A może jednak gusta konsumentów nie były zawsze takie, może zostały ukształtowane przez wzorce kulturowe, wchłonięte na przestrzeni lat? Odpowiedź na to pytanie może być wyłącznie pozytywna, bez względu na to czy nasze nieuświadomione przed-sądy zasadzają się na chrześcijańskim wyobrażeniu o zwierzętach, jako niezdolnych do odczuwania istotach (bo pozbawionych nieśmiertelnej duszy), czy też na podejściu nauk przyrodniczych, najczęściej odbierających „faunie” możliwość posiadania myśli czy świadomość działania. Niemniej, bardzo często zwierzęta ulegają antropomorfizacji. Jak pisze James Serpell, ponieważ „myślimy o nich podobnie jak o istotach ludzkich, jesteśmy związani tym samym kodeksem moralnym, który rządzi naszym postępowaniem wobec ludzi”, więc „naznacza [to] nasz stosunek do innych gatunków głębokim konfliktem moralnym” [5].

Postrzegając zdjęcia jako najdoskonalszy sposób na przedstawianie prawdy o świecie, napotykamy pewien, często nieuświadomiony, zgrzyt. Otaczają nas jednocześnie przedstawienia bardzo rzeczywiste, jak również takie którym daleko od realności. Zdjęcia świń na opakowaniach kiełbasy, niewiele mają wspólnego z pięknymi prosiaczkami w różowych sukienkach, a przecież obie postaci należą do tego samego gatunku. Jednocześnie oba zdjęcia funkcjonują jako zobiektywizowane przedstawienia, stając się mimowolnie źródłem wiedzy o otaczającej nas rzeczywistości. Patrząc na zinfantylizowane obrazy poprzebieranych zwierząt zaczynamy bardziej widzieć w nich obiekty, aniżeli czujące istoty. Być może niektórzy rzeczywiście zapomną, że zwierzę nie jest rzeczą i zdziwią się gdy ich miniaturowy york przestanie być tak radosny jak niegdyś, zestarzeje się i zacznie chorować. Nie pomogą mu jednak wtedy ani kolorowe kokardki ani kubraczek w kratkę. Zdjęcia, które lubimy ujawniają nie tylko to kim jesteśmy, czy jacy chcemy być, ale pokazują również, jaki jest nasz stosunek do zwierząt.


[1] Susan Sontag, O fotografii, przeł. S. Magala, Warszawa 2009, s. 8
[2] Marta Miskowiec, Sceny rodzajowe ze śnieżną panterą w tle. O fotografii zwierząt, Konteksty 04/2009, s. 139
[3] Susan Sontag, O fotografii, przeł. S. Magala, Warszawa 2009, s. 10
[4] Susan Sontag , O fotografii, przeł. S. Magala, Warszawa 2009, s. 26
[5] John Serpell, People in Disguise. Anthropomorphism and the Human-Pet Relationship, w: Thinking with Animals. New Perspectives on Anthropomorphism, ed. L. Daston, G. Mitman, New York 2005, s.124, przeł. D. Czaja, Przefarbowany świat. Mitologie polowania, Konteksty 04/2009, s. 110-125

Bibliografia:

Roland Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii , przeł. J. Trznadel, Warszawa 1996
Dariusz Czaja, Przefarbowany świat. Mitologie polowania, Konteksty 04/2009, s. 110-125
Marta Miskowiec, Sceny rodzajowe ze śnieżną panterą w tle. O fotografii zwierząt, Konteksty 04/2009, s. 137­142
John Serpell, People in Disguise. Anthropomorphism and the Human-Pet Relationship, w: Thinking with Animals. New Perspectives on Anthropomorphism, ed. L. Daston, G. Mitman, New York 2005
Susan Sontag, O fotografii, przeł. S. Magala, Warszawa 2009, wyd. oryginału 1977

Otagowane , , , ,

Kongres antropologiczny w kraju nad Wisłą

Już ponad tydzień minął od zakończenia I Kongresu Antropologicznego (KA). Dla porządku wspomnimy tylko, że odbył się w dniach 23-25 października w Warszawie. Głównym organizatorem zjazdu integrującego antropologów w kraju nad Wisłą był Polski Instytut Antropologii. Bogaty program kongresu uniemożliwił nam uczestnictwo w większości dyskusji panelowych (w tym samym czasie odbywało się kilka różnych paneli; niestety Dmitry Itskov, planuje ukończenie spersonalizowanego ludzkiego cyborga dopiero na 2045 rok), podążyłyśmy zatem za najbardziej zbieżnymi z naszymi zainteresowaniami i sympatiami punktami w programie. Oto garść subiektywnych relacji, przypadkowych spostrzeżeń i nieustrukturyzowanych refleksji, którymi chcemy się podzielić.

ze sobą i o sobiePo suche fakty odsyłamy do relacji na stronę miesięcznika Sprawy Nauki

DZIEŃ I: OTWARCIE REJESTRACJI

Zamykanie/otwieranie kongresu

Sznel: Na korytarzu Starej Biblioteki Uniwersyteckiej na Kampusie Głównym UW odbieram kongresowy zestaw: konferencyjny identyfikator (do wyboru na niebieskiej bądź bordowej smyczy; w późniejszej rozmowie z jednym z pracowników IEiAK UW usłyszę opinię, że możliwość wyboru koloru smyczy ucieleśniła tendencję do wewnętrznych podziałów w środowisku), płócienną torbę, w której znajduję program kongresu, folder z najświeższymi wydawnictwami PIA oraz Księgę abstraktów. Okazuje się, że „Księga” dostępna jest tylko dla zarejestrowanych uczestników, którzy opłacili uczestnictwo w wydarzeniu. Deal with it. Pozostali zainteresowani musieli zadowolić się tytułami wystąpień podanymi w programie KA. Na kolejnych dyskusjach widzę osoby, które przychodzą z własnymi kserówkami „Księgi”. Polska zaradność. W tym samym czasie Facebooka obiega informacja umieszczona na fanpejdżu KA o wolnym wstępie na wszystkie wydarzenia. Radość wyrażona dziesiątkami „lajków”; niektórzy komentują „wygraliśmy” na łamach grupy dyskusyjnej „Uwolnić kongres antropologiczny”, niemniej, z oczywistych przyczyn, news nie wzbudza aż tak dużego entuzjazmu wśród osób spoza Warszawy.

Balmas: Jako, że nie uczestniczyłam w kongresie w charakterze antropo-VIPa nie dane mi było zmierzyć się z trudną decyzją „niebieski czy bordowy” (zawsze bordowy!), muszę się jednak podzielić swym spostrzeżeniem na temat księgi abstraktów, gdyż nie daje mi spać po nocach. Nie dało się jej wyjustować? Srsly? Takie niechlujstwo boli me oczy i duszę.

WYKŁAD INAUGURACYJNY

Are we, anthropologists, ethical cowards?

Po oficjalnej części inauguracyjnej, na wystosowane po polsku zaproszenie Prof. Katarzyny Kaniowskiej mównicę przejmuje Thomas Hylland Erriksen. W swoim wykładzie skupionym wokół współczesnej tożsamości antropologów i ich zaangażowania w życie publiczne (are we ethical cowards?) naszych własnych społeczeństw, ich aktualne problemy, przywołuje kategorię home-blindness wykazując że antropologia „u siebie” (anthropology at home) jest o tyle ambitnym, co narażonym na porażkę projektem. Dlaczego? Jako członkowie własnego społeczeństwa jesteśmy silnie zakorzenieni w rodzimych kontekstach kulturowych, ciężko jest się zdystansować wobec tego, co własne, udomowione, oswojone i uczynić je obcym, skonstruowanym, o czym postuje na google+ Edwin Bendyk. Eriksen przypomina o korzeniach antropologii podważającej europejskie oczywistości: studenckie ruchy kontestacyjne lat 60.-70., Habermasowską koncepcja krytycznych nauk społecznych ukazujących relacje władzy panujące w społeczeństwie. Jednocześnie przestrzega przed dwoma potencjalnymi niebezpieczeństwami uprawiania antropologii w domu: dążeniem do uproszczeń (neoliberalizm wszystkiemu winien!) i modą na postmodernizm, kulturowe i społeczne hybrydy (wszystko zależy od kontekstu!). Dzieli się złotym przepisem na antropologiczne zaangażowanie: the quest for knowledge should be driven by curiosity, not anxiety.

DZIEŃ II: PANEL: ANTROPOLOGIA PŁCI I SEKSUALNOŚCI. PERSPEKTYWY MARGINALNE

Polski feminizm sypia z wrogiem

Cóż rzec można o panelu z zakresu antropologii płci i seksualności? Po pierwsze, tą tematyką dalej zajmują się głównie kobiety (co widać nie tylko po panelistkach, ale i publiczności), czym chyba nikogo szczególnie nie zdziwimy. Co jednak ciekawe kwestia płci mówczyń pojawiła się również podczas innego panelu – dotyczącego mediów. Tam swoje wystąpienia również prezentowały wyłącznie kobiety, na co uwagę zwrócił prowadzący w kontekście stereotypu o technologiach jako „tradycyjnej” działce mężczyzn.

Treść wystąpień podczas panelu genderowego była zróżnicowana[1], luźno krążyła jednak wokół tematu przewodniego – marginalizacji. Wszystkie referaty w jakimś stopniu dotyczyły kategorii sprawczości oraz strategii oporu (odwołania m.in. do koncepcji Jamesa Scotta). Mnie osobiście zaciekawiło spostrzeżenie z referatu Agaty Chełstowskiej (który został odczytany, bo autorka nie mogła pojawić się na kongresie osobiście) dotyczącego kasjerek w supermarketach.

Oczywiście nie obeszło się bez przywołania filmu „Dzień kobiet” ukazującego formatowanie pracownic, dyscyplinujące praktyki panujące w polskich supermarketach. To niezmiernie ważny nurt badań w polskich realiach, które zapoczątkowała Elizabeth Dunn w „Prywatyzując Polskę”.

True that. Na podstawie jednego z wywiadów badaczka dowiedziała się, że kasjerki traktują „bycie kobietą” jako strategię oporu wobec robotyzacji. Rozmówczyni Chełstowskiej przyznała, że poniedziałki są jej ulubionym dniem pracy, ponieważ wtedy do sklepów przychodzi najwięcej emerytów. Niewinny flirt ze starszymi mężczyznami pozwala jej poczuć się jak osoba, a nie jeden z elementów stanowiska kasowego (cyborgizacja).

Ostatnie wystąpienie oraz większa część dyskusji końcowej dotyczyły relacji feminizmu i neoliberalizmu. I to właśnie z tej części spotkania pochodzi cytat z podtytułu. Ostatni referat (wygłoszony przez dr. Renatę Hryciuk) tyczył się dyscyplinowania kobiet meksykańskich do zwiększania wysiłku ekonomicznego oraz społecznego w warunkach neoliberalnych. Dyskusja kończąca panel przeniosła się jednak na grunt rodzimy. Kto więc sypia z neoliberalnym wrogiem? Nie kto inny jak mainstreamowy nurt polskiego feminizmu, budujący swoją historię w oparciu o drugą falę feminizmu amerykańskiego.

PANEL: ANTROPOLOGIA ZAANGAŻOWANA/KRYTYCZNA.

Bleib kritisch!

Osoba nie będąca na co dzień związana ze światem antropoludów, najprawdopodobniej podsumowałaby to wydarzenie pytaniem: CO TO? Panel zdawał się zawierać wszystko to, co nie pomieściło się w ramach ugruntowanych w polskim kontekście subdyscyplin antropologicznych obecnych na innych panelach, co potwierdziło fakt, że obie młodsze siostry (czy bliźniaczki?!) mają u nas raczej status raczkującego bękarta. Panel przepełniony był ulubioną antropologiczną metaforyką płci i pokrewieństwa, toteż spróbuję podtrzymać tę konwencję i teraz.

Wysłuchaliśmy wystąpienia dr. Kacpra Pobłockiego (a.k.a. promocji popularnonaukowej książki, której nigdzie nie można już kupić, ale można pobrać) dotyczącego kilkuletniego mariażu antropologa z miejskim aktywizmem w ramach odskoczni od bólu pisania doktoratu (antropologia angażująca to taka, która opuszcza akademię, by budować wiedzę w oparciu o lokalne praktyki i wyobrażenia mieszkańców miast, społecznych ekspertów), którego dzieckiem okazuje się być pączkująca zmiana paradygmatu wytwarzania przestrzeni polskich miast.

Dr Monika Baer krytycznie odniosła się zaś do swoich doświadczeń z innym małżeństwem, które podczas panelu ANTROPOLOGIA PŁCI I SEKSUALNOŚCI zostało rozpoznane jako sypiające z amerykańskim wrogiem, co skutkowało rozwodem badaczki z zaangażowaniem w działalność feministyczną w Polsce, pomimo, że próbowała swoimi krytycznymi tekstami rozsadzić transplantowaną epistemologię feministyczną zza wielkiej wody. Smuteczek.

Ciekawym wystąpieniem był referat dr. Tomasza Warczoka (socjolog; kto go wpuścił do etno-elity?! Jak śmie legitymizować wyniki swoich badań podawaniem liczby przeprowadzonych wywiadów… i obserwacji?!), który nie miał swoich pełnych piętnastu minut, gdyż nieudane skoki do wody z dziesięciometrowej wieży zajęły niektórym nieco więcej czasu. Badania prowadzone wśród ofiar transformacji ustrojowej pozostawiającej rzesze niewykwalifikowanych (z perspektywy zapotrzebowania na konkretny rodzaj kapitału ludzkiego w nowym systemie gospodarczym) pracowników na łasce/niełasce matki Polski zmaterializowanej pod postacią pracowników socjalnych ukazują jak reifikowana jest kategoria brudu i nieczystości, gdy mowa o „ludzkich” odrzutach, niechcianych dzieciach neoliberalnej gospodarki. Stosunkowo nowa kategoria „roszczeniowych klientów” systemu opieki społecznej to rodzaj społecznie skonstruowanego stygmatu pozwalającego na estetyczną/polityczną/ekonomiczną kategoryzację obywateli. Czy przepełniona żartobliwymi reakcjami sala była dowodem na to, że krytyczni i zaangażowani antropolodzy sami przyswoili znaturalizowaną koncepcję różnicy, gdy posiadanie/nieposiadanie stanowi o wartości i użyteczności człowieka? Dobrze, wróćmy do szydery.

FORUM MŁODYCH ANTROPOLOGÓW.

Antropologia jest stara

Byłam osobiście zaangażowana w otwieranie tego, jak mi się wydawało, kluczowego dla młodych adeptów antropologii wydarzenia podczas KA. W myśl zasady nihil novi postanowiłam dołożyć wszelkich starań, by zalać Muzeum Sztuki Nowoczesnej masą studentów, których niekoniecznie byłoby stać na przybycie do dawnej Emilki za stówkę. Postanowiwszy przerwać zadymione konwersacje o renesansie antropologii fizycznej uprawianej chałupniczo przez Tadeusza Świątka udaliśmy się (Antropoludens, IKNAPiZ i część Pracowni Etnograficznej) na Forum.

By rozpocząć czekano tylko na nas – wypełniliśmy limit liczby uczestników nałożony przez MSN w ramach ograniczonych możliwości pomieszczenia młodego ducha, który mógłby poważnie zagrozić nowoczesności (modernizm?!)  i  w gronie blisko dwudziestu pięciu osób wysłuchaliśmy dwugodzinnej rozgrywki ligi mistrzów klasy A. Zaproszeni przez moderatorkę, Katarzynę Mirochę, prelegenci – młodzi (czasem duchem), z sukcesami na koncie i o prestiżowych afiliacjach mówili gdzież to możemy znaleźć zatrudnienie po ukończeniu studiów w sytuacji, gdy zaledwie garstka z nas stanie przed możliwością kontynuacji „kariery” naukowej. W sytuacji, gdy wykształcenie antropologiczne zostaje w branży konsultingowej (to przecież jedyna poważna alternatywa wobec pracy naukowej) zredukowane do zestawu umiejętności badacza rynku, które można przyswoić w kilka tygodni. W sytuacji, gdy w jednym ogłoszeniu o pracy na tysiąc (oj, chyba trochę ubarwiłam) pojawia się zawołanie „zatrudnię antropologa”.

Paneliście przewidują nam jeszcze jedną możliwą ścieżkę rozwoju zawodowego – pracę w NGOsach. Ale jeśli to też nam nie pasuje, to pozostaje nam już tylko zgorzkniałe narzekanie o fatalnie wybranych studiach (ale, że wcześniej byłam na mongolistyce i tybetologii, to możecie mi wierzyć, że naprawdę wiem czym są durne decyzje o wyższej edukacji, i etno to jednak nie to). W każdym razie z panelu wynika jednoznacznie: zostajesz w Polsce? Możesz spróbować swoich sił na uczelni (gdzie może są jakieś dwa miejsca dla nowych pracowników), działać w NGOsach, bądź zostać odpowiednikiem Pani Pieniążki. No more options.

Zdecydowanie za długa debata pomiędzy zaproszonymi gośćmi udowodniła, że choć badania antropologiczne krytykują indywidualistyczną wizję człowieka jako samostwarzającego się produktu na rynku pracy, ta w najlepsze obowiązuje w świecie antropoludów. Sugerując podczas debaty, do której została włączona zgromadzona publiczność, że antropologii brak w Polsce publicznego wizerunku, zbiorowej reprezentacji poza murami akademii, odniosłam się do sytuacji w Wielkiej Brytanii czy Danii  (warto zajrzeć również tutaj), gdzie antropolodzy potrafili wspólnie wypracować niszę na rynku, którą sprawnie zapełnili, często nie musząc iść na kompromisy, na których cierpiałaby etyka badacza.

fiołkiŹródło: Sztuczne Fiołki, jak zwykle w sedno sprawy

Chciałabym jeszcze zapytać: gdzie są młodzi?! Nieliczna reprezentacja studentów zrodziła we mnie niepokojącą refleksję, że w gruncie rzeczy studentom nie zależy na tym, by uczestniczyć w debatach bezpośrednio ich dotyczących. By głośno komunikować swoje potrzeby, pomysły, postulaty. Na zadane przez moderatorkę pytanie „jak wygląda przyszłość antropologii w Polsce?” nikt z zaproszonych gości nie był w stanie udzielić odpowiedzi. Dlaczego? Bo ta nie będzie świetlana dopóty, dopóki nie spróbujemy pożegnać myślenia o indywidualizmie i projektowania kariery w pojedynkę, a „etnograficzne badania rynku” pozostaną dominującą sferą pozauczelnianej aktywności antropologa. Czy zdobyta na uczelni antropologiczna wiedza, wrażliwość i krytyka zastanej rzeczywistości przydaje się tylko do przebadania wyborów konsumenckich? O przepraszam, zapomniałam, że przecież zaangażowanie w istotne społecznie problemy i partycypacja w projektach definiowanych w małych społecznościach nie jest przecież hot, gdyż perspektywa zarobku odchodzi tutaj na dalszy plan.

DZIEŃ III: PANEL: ANTROPOLOGIA MEDIÓW / MEDIA W ANTROPOLOGII.

Tylko bez eksperymentów proszę!

Czy mamy do czynienia ze zwrotem cyfrowym w antropologii? Od postawienia tego pytania panel się rozpoczął i do niego w większym lub mniejszym stopniu powracano w kolejnych referatach. Czy te wszystkie netno-, online- i cyber-antropologie to już nowy paradygmat? Pierwsza z panelistek – Magdalena Zdrodowska –  przekonywała, że absolutnie nie. Nie mamy do czynienia ani z nowymi jakościami ani nowymi narzędziami, a jedynie z próbą translacji starych dobrych metod (obserwacja, wywiad) do sieci. Zresztą macie szansę posłuchać co Zdrodowska ma w tej kwestii do powiedzenia za pośrednictwem Jutuba, a także obejrzeć przedstawioną na kongresie prezentację.

technology

Zaprezentowane referaty oprócz internetu poruszały także problematykę filmów, seriali czy wszechobecnych smartfonów. Najwięcej kontrowersji wzbudziło jednak wystąpienie Agaty Stanisz dotyczące praktykowania antropologii poprzez dźwięk. W związku z tematyką referatu pokusiła się ona o mały eksperyment, ze swojego wystąpienia eliminując całkowicie aspekt wizualny. Puściła prezentację w formie nagrania dźwiękowego zrealizowanego przy współpracy z poznańskim radiem Mercury. Jak każda nowość zostało to oczywiście odebrane raczej negatywnie. Stanisz oskarżono o brak szacunku dla uczestników panelu oraz redukowanie antropologii. Moim zdaniem jest to przejaw zachowawczości. Lepiej się dziewczyno nie wychylaj i nie wyskakuj na elitarnym Kongresie Antropologicznym z eksperymentami. Rób tak jak wszyscy albo idź z tym gdzie indziej. Pozostaje tylko pytanie: GDZIE? Przecież gdzieś te nowości trzeba wprowadzić żeby zaistniały, prawda? Dla porównania: Tom Boellstorff, badacz „Second Life” na konferencjach występuje w formie swojego avatara. Nowe przyjdzie, nowe jest dobre. Deal with it. Ale czy każda nowość jest dobra?

Moja rodzicielka twierdzi, że nie.

Spoko, oczywiście nie mi oceniać, które metody są lepsze, a które gorsze, przyznam jednak, że podczas prezentacji współpracujących z mBankiem badaczek zastanawiałam się czy to w ogóle jest antropologia? Generalnie kilkukrotnie w trakcie kongresu miałam wrażenie, że nastąpiło trochę pomieszanie z poplątaniem jeśli chodzi o role i pojęcia. „Badacza” stawia się na równi z „antropologiem”, przy czym moim zdaniem nie są to terminy równoznaczne. Anyways… Panie zaprezentowały aplikację użytą przez mBank do przeanalizowania zachowań użytkowników smartfonów. Badana grupa miała przez okres kilku tygodni zainstalowaną w telefonach apkę, której celem było śledzenie ich każdego ruchu. Piszesz SMSa? Czytasz Pudelka? Grasz w Plants vs. Zombies? Bank wie dokładnie, o której godzinie, jak długo i w jaki sposób korzystałeś ze swojego telefonu. Tylko co im to daje? Nie mają pojęcia dlaczego wysyłasz e-maile o 4 nad ranem, musisz ich o tym poinformować dodatkową notatką. Przyznasz się, że właśnie po pijaku piszesz do byłej dziewczyny czy może raczej sprzedasz ładną historię o tym jak to w środku nocy przypomniałeś sobie, że miałeś wysłać coś do pracy? Wybór jest twój. Strategie i taktyki, anyone? De Certeau, anyone? O ile z komentarzem o redukcjonizmie skierowanym do Agaty Stanisz się nie zgadzam, o tyle to badanie jest dla mnie redukcją w czystej postaci. Gdzie się podział czynnik ludzki? Interpretacja? Refleksja? Umarły? Smuteczek.

SESJA PLENARNA: ANTROPOLOGIA W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ

Z Heideggerem pod strzechy

Tę sesję współ-relacjonujemy na blogu Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Antropologii Publicznej i Zaangażowanej. Ale pozwolimy sobie również na wersję mniej poważną…

To, co chyba najważniejsze to punkt wyjścia dyskusji i wnioski do jakich ostatecznie uczestniczy doszli. Kwestia wyjściowa była taka, że w środowisku antropologów sami ze sobą dyskutować umiemy, porozumiewamy się tymi samymi kategoriami i generalnie już wszystko wiemy tylko teraz trzeba zająć się problemem jakim jest dotarcie do innych środowisk. Jak przełożyć nasze kategorie tak, żeby „zwykły, szary człowiek”, który nie czytuje Heideggera zrozumiał o czym mówimy? Wszystko się pięknie zaczęło: zrozumienie, wspólne cele, dotarcie z antropologią do szerszej publiczności, cuuukier! Po dwóch godzinach sytuacja się jednak diametralnie zmieniła. Po burzliwej (i szczerze mówiąc nieszczególnie merytorycznej) dyskusji głos z ludu zarządził: we have to agree to disagree, bo do porozumienia w życiu nie dojdziemy. Jedni byli za tym, że antropolog, jeśli chce coś osiągnąć i się zaangażować, musi występować w charakterze eksperta, inni twierdzili, że absolutnie tak być nie może. Rozwiązanie? Niech po prostu każdy się dalej zajmuje swoim poletkiem i wszystko będzie cacy. Czcijmy indywidualizm, nie wchodźmy sobie w paradę i nie próbujmy wypracować wspólnego głosu, bo to trudne jednak jest.

Ogólny, nieszczególnie odkrywczy wniosek, jest taki, że antropolodzy jak najbardziej powinni wypowiadać się w kwestiach publicznych tylko, że:

a) media nie chcą z nimi gadać, bo bełkoczą, wszystko utrudniają nie wiadomo po co i generalnie nikt ich nie rozumie,

b) wszyscy się boją publicznie wypowiadać z obawy przed tym, co o nich pomyśli reszta elitarnego antropologicznego światka[2].

Are we, anthropologists, ethical cowards?

Osobiście miałam również wrażenie, że podczas panelu wyjątkowo wyraźne były podziały jakie istnieją w środowisku polskich antropologów. Wśród wypowiedzi publiczności dawało się wyłapać komentarze krytykujące osoby z innych ośrodków, poziom szydery pozwala natomiast wnioskować, że wszyscy nauki w tym zakresie czerpali od samego Baudrillarda. Dodatkowo pojawiła się kwestia autorytetu. Jeśli jesteś studentem to niech w ogóle odejdzie, bo życia nie zna. Doktorancie ty możesz siedzieć, ale lepiej milcz, bo jeszcze nie masz wystarczająco dużo publikacji na koncie byśmy twoje słowa brali na poważnie.

Wciąż nie mogę jednak pojąć jaka wizja upublicznienia antropologii drzemie w głowach antropoludów w kraju nad Wisłą. Czy taka suit and tie, z mądrych głów i książek płynąca, czy raczej zwalczająca barierę badacz – społeczność (którą zdaje się praktykować Thomas Hylland Eriksen), brodząca w tym samym błotku, utożsamiająca te same wyzwania codzienności jak kurczący się obszar wolności, kurczące się przywileje socjalne, skurczony żołądek.

Miało być jakieś epickie spostrzeżenie z przytupem na koniec, ale po wyrzuceniu z siebie tego wszystkiego jesteśmy już nieco wyprane z uczuć i mózgów, a więc po prostu pytanie do tych z Was, którzy byli na kongresie: co sądzicie? Co Was uderzyło/zachwyciło/zawiodło/zdziwiło? Czekamy na komentarze!


[1] Powstrzymamy się od wymieniania nazwisk wszystkich panelistów i tematów przedstawionych przez nich referatów, ponieważ notka  [ponownie] osiągnęłaby zawrotne rozmiary. Odsyłamy więc do programu kongresu, który dostępny jest tutaj w formacie pdf.

[2] Przywołanie „medialnej dyskusji” prof. Joanny Tokarskiej-Bakir z poznańską doktorantką Małgorzatą Wosińską nt. reportażu Wojciecha Tochmana o sytuacji w Rwandzie.

Otagowane , , , , , ,