Świnia w obiektywie. Rozważania o fotografii zwierząt uroczych

Serdecznie zapraszamy do lektury pierwszego gościnnego wpisu na naszym blogu, którego autorką jest Mania Góralska. Jednocześnie przypominamy, że nic się nie zmieniło i wciąż zapraszamy wszystkich chętnych do współpracy. Tradycyjnie już odsyłamy do zakładki Zostań Antropoludem.

Mania Góralska. Adeptka antropologii kulturowej oraz studentka sztuk wyzwolonych. Wciąż jej mało więc studiuje również w Collegium Invisible. Dużą rolę w jej życiu odgrywa jedzenie oraz genetyczne modyfikacje. Specjalna korespondentka Antropoludens z Subkontynentu Indyjskiego, gdzie mieszka kontestując lokalne glokalności. Wieczorami popija uwikłaną w kolonialne konteksty herbatę oraz snuje rozważania, spoglądając na wiszącą nad jej biurkiem podobiznę Bruno L.

Bardzo dobrze pamiętam moment, w którym pomysł na ten tekst nabrał ostatecznego kształtu. Czekałam w kolejce na warszawskiej Poczcie Głównej wczesną wiosną. Walentynkowe motywy na pocztówkach ustąpiły już miejsca kolorowym pisankom, żółciutkim kurczaczkom czy puchatym króliczkom, otoczonym baziami i żonkilami. „Nasi milusińscy” pojawili się na nich jako uosobienie niewinności oraz symbol życia – te niegroźne dla człowieka stworzenia są przecież bezbronne jak nowonarodzone dzieci; tak też je traktujemy. Podążając za instynktem rodzicielskim, otaczamy opieką młode różnych gatunków, które budzą w nas uczucie empatii. Tak samo reagujemy na widok mięciutkich króliczków, chomików czy świnek morskich, które nawet będąc dojrzałymi osobnikami, rozczulają większość swoją bezbronnością. Wrażenie, jakie u nas wywołują czyni je idealnym obiektem marketingowym. Ich przedstawienia pojawiają się więc przy najróżniejszych okazjach: na kartkach z życzeniami, na kalendarzach czy na dziecięcych ubraniach i akcesoriach. Skąd potrzeba patrzenia na te zwierzęta, czy też otaczania się ich wizerunkami?

Wszelkie zdjęcia, w tym także i fotografie zwierząt, są bez wątpienia wyrazem naszych pragnień. Aparat fotograficzny można jednak także postrzegać jako narzędzie władzy – rytuał fotografowania może być odbierany jako próba (magiczna czy komercyjna) zawłaszczania czyjegoś wizerunku. Susan Sontag, w swojej słynnej książce O fotografii (1977), pisze: „fotografowanie jest równoznaczne z przywłaszczaniem sobie zdejmowanego przedmiotu” [1]. Akt ten można rozumieć następująco: robiąc zdjęcie zabieramy wizerunek fotografowanego obiektu ze sobą, zostaje on uwieczniony w chwili, w której światło wpadające przez obiektyw aparatu odbija się na kartce papieru. Jednak termin użyty przez Sontag ma jeszcze drugie dno – robiąc czemuś (lub komuś) zdjęcie stawiamy to coś (lub kogoś) w określonym „świetle”. Nakierowujemy widza na odbiór przedstawionego w określony sposób, za pomocą różnych sygnałów – scenerii, ujęcia, nawet gry cieni. Mamy władzę nadawania znaczeń przed-stawiając  coś  lub kogoś naszymi oczyma, w naszej interpretacji.

1

Fotografie – inaczej niż malowane obrazy – powstały jednak jako odbicie rzeczywistości, wydać się więc nam mogą bardziej prawdziwe. Przypisujemy im wiarygodność, wierzymy im czasem nawet bezwiednie – ile skandalu budzą wyretuszowane, zafałszowane zdjęcia modelek, które obwinia się o obniżenie poczucia własnej wartości u tak wielu kobiet? Wiedza, którą czerpiemy patrząc na zdjęcia ma wpływ na nasze wyobrażenie o świecie, a więc także i na nasze działania. Już sam fakt, że dany obiekt został sfotografowany nadaje mu jakieś znaczenie i stanowi komunikat. Warto podkreślić tutaj ludzki wymiar tej czynności – jesteśmy jedynym gatunkiem na Ziemi, który potrafi świadomie posługiwać się aparatem fotograficznym.

Robiąc zdjęcia zwierzętom kierujemy się różnymi motywami. Chcemy uchwycić zwierzęta „dzikie” do których zaliczylibyśmy wszelkiego rodzaju gatunki, ponieważ kojarzą nam się z tym, co pierwotne, nieokiełznane i pozaludzkie. Napawają oglądającego zachwytem nad pięknem przyrody, tęsknotą za czymś nieokreślonym, jakąś odległą przeszłością, w której człowiek żył „w harmonii” z fauną oraz florą. Fotografujemy także zwierzęta „słodkie” – wszelkie niedorosłe potomstwo różnych gatunków, jak i ich niektóre postaci dorosłe, budzące rozrzewnienie pozorami bezbronności czy niewinności (np. delfiny, jeże czy świnki morskie). Możemy wyróżnić także obrazy zwierząt „przemysłowych”, spoglądających na nas z opakowań produktów, do których powstania bezwiednie się przyczyniły. Warto także wspomnieć o zdjęciach wykonanych zwierzętom zranionym przez organizacje „prozwierzęce”. Na portalach społecznościowych, forach internetowych czy na oficjalnych stronach schronisk możemy znaleźć dokumentację zwierząt ocalonych z wypadków czy odebranych od okrutnych właścicieli, najczęściej psów i kotów.

Przywołując ponownie Sontag, która zauważa, że wielu ludzi daje się uwieźć pozornej obiektywności zdjęć, możemy stwierdzić iż jakiekolwiek fotografowanie zwierząt jest ich częściowym uprzedmiotowieniem, zobiektywizowaniem. Odrealnienie zwierzęcia ujętego na fotografii oparte jest jednak także na jego odseparowaniu od otoczenia. Szczególnie widoczne jest to w przypadku dwóch, z wymienionych wyżej kategorii: fotografii zwierząt przemysłowo użytecznych oraz stworzeń zinfantylizowanych, która zdaje się budzić najmniej kontrowersji. W obronie uprzedmiotowionych zwierząt hodowlanych stają wegetarianie, weganie czy obrońcy praw zwierząt, żądając nieukrywania cierpienia, jakie stoi za masową produkcją wyrobów mleczarskich czy mięsnych. Niewiele zainteresowania budzi jednak kwestia udziecinnionych wizerunków zwierząt domowych czy niedorosłych przedstawicieli innych gatunków. Ich zamknięcie w fotograficznej „klatce” może silnie wpływać na nasze wyobrażenie o świecie zwierząt, niebezpiecznie zniekształcając odbiór „świata przyrody”.

Sfotografowanie oznacza przede wszystkim wytworzenie przedmiotu – zdjęcia. Wszystkie czynności towarzyszące jego powstaniu są, jak pisze Marta Miskowiec „rodzajem transformacji żywego w nieżywe, wprowadzeniem kolejnego obrazu w wirtualny świat znaczeń i symbolicznych opowieści” [2]. Co więcej, wrażenie odcięcia od rzeczywistości, jakie wywołuje patrzenie na wycinek świata, jakim jest fotografia, może sprawić że osoba lub zwierzę na niej przedstawione także stanie się obiektem. Samo zdjęcie jest już rzeczą, ale czy to, co przedstawia także ma zostać w naszych umysłach zobiektywizowane?

Kiedy patrzę na zdjęcia kociąt, szczeniąt czy królików, spoglądających na nas z kalendarzy, okładek szkolnych zeszytów czy kartek z życzeniami, uderza mnie przede wszystkim ich odrealnienie. Zazwyczaj ujęte są one w pozach statycznych, przypominając raczej pluszowe zabawki, aniżeli żywe organizmy. Poczucie to zostaje umocnione przez otoczenie – wyreżyserowane w pracowni fotograficznej, a następnie silnie wyretuszowane za pomocą Photoshopa, lub będące po prostu fotomontażem. Poniższe zdjęcia stanowią doskonałe przykłady takich właśnie przestawień. Fotografia, będące okładką zeszytu, została wykonana w podobny sposób, co zdjęcie wielkanocnego króliczka z wcześniejszej pocztówki. Pies Chihuahua został silnie zinfantylizowany poprzez swoje „akcesoria” – diadem oraz sznur pereł, oraz zaprezentowanie go w statycznej pozycji w małym, wiklinowym koszyku . Patrząc na to zdjęcie można nawet zacząć się zastanawiać czy jest on w ogóle żywym zwierzęciem. Zdjęcie z pewnością zostało poddane zaawansowanej obróbce graficznej, która wzmogła wrażenie jego odrealnienia. Podobny komunikat możemy odczytać spoglądając na inną okładkę, tym razem przedstawiającą mopsa – jego zdjęcie zostało po prostu przeklejone na graficzne tło.

32

Bardziej uderzający przykład stanowią dwie świnki, ubrane w sukienki baletnic z dorobionymi rączkami. Sfotografowane na różowym atłasie w studiu fotograficznym nie przypominają swoich rodziców, którzy jako wieprzowina przeznaczeni zostali do konsumpcji. Te zantropomorfizowane prosiaczki, kiedy już dorosną, prawdopodobnie podzielą ich los. Teraz jednak nikt się nad tym nie zastanawia – na zdjęciu wyglądają zabawnie i słodko, można wykorzystać je w kalendarzu lub na okładce zeszytu. Przedstawienie wysyła jednak sprzeczny komunikat, jakoby świnki były czym innym niż dojrzałe świnie – a przecież są tym samym. Ich odrealnienie – poprzez charakteryzację oraz scenerię – pozwala jednak o tym zapomnieć.

4

Wszystkie wymienione powyżej przypadki są przykładami twórczości „artystycznej” człowieka, opartej na jego władzy nad zależnymi od niego istotami. Oba psy należą do ras „do towarzystwa”, które nieraz postrzegane są bardziej jako ruszające się zabawki, aniżeli zwierzęta. Prosięta, które najprawdopodobniej zakończą swój żywot na talerzu, także budzą silne uczucia opiekuńcze wśród patrzących na nie osób. Sontag podkreśla, że „bez względu na ograniczenia (amatorskie) i pretensje (artystyczne), związane z osobowością i umiejętnościami fotografa, dostrzegamy w każdym zdjęciu […] bliższy stosunek do widocznej rzeczywistości, niż w innych przypadkach jej naśladowania” [3]. Jednak każde z tych zwierzątek, sprowadzone do swojego przedstawienia na okładce zeszytu czy na stronach kalendarza, przestanie być tym, czym jest – żywą istotą. W momencie sfotografowania, kontekst w którym zostały przedstawione, wykluczył je z „porządku natury”; zostały wcielone w „świat człowieka”, w którym przywłaszczamy sobie prawo by dowolnie nimi dysponować. Ich przedstawienia nie wywołują wrażenia realizmu.

Zdjęcia króliczka, kurczaczka, dwóch piesków oraz dwóch świnek, które zaprezentowałam są częścią kultury popularnej. Spectatorzy, jak nazwałby Roland Barthes widzów, nie widzą w nich fotografii zwierząt, są to po prostu okładki z pieskiem czy kalendarz ze słodkimi świnkami, odpowiadające estetycznym potrzebom człowieka. Fotograf, Barthesowski operator, „zoperował” ich naturę do przedmiotu. Wyciął je ze świata „naturalnego”, czyniąc z nich symbole uroczości i słodkości – „aparat fotograficzny atomizuje [przecież] rzeczywistość, poddaje ją manipulacji i zniekształca” [4]. Jako konstrukty oparte na ludzkich wyobrażeniach, są symulakrami – małymi inscenizacjami tego, co autorzy zdjęć uważają o istotach, które według nich powinny wywoływać uczucie rozrzewnienia. Popyt napędza podaż, więc podobnie muszą myśleć konsumenci, osoby dla których produkty te zostają stworzone. A może jednak gusta konsumentów nie były zawsze takie, może zostały ukształtowane przez wzorce kulturowe, wchłonięte na przestrzeni lat? Odpowiedź na to pytanie może być wyłącznie pozytywna, bez względu na to czy nasze nieuświadomione przed-sądy zasadzają się na chrześcijańskim wyobrażeniu o zwierzętach, jako niezdolnych do odczuwania istotach (bo pozbawionych nieśmiertelnej duszy), czy też na podejściu nauk przyrodniczych, najczęściej odbierających „faunie” możliwość posiadania myśli czy świadomość działania. Niemniej, bardzo często zwierzęta ulegają antropomorfizacji. Jak pisze James Serpell, ponieważ „myślimy o nich podobnie jak o istotach ludzkich, jesteśmy związani tym samym kodeksem moralnym, który rządzi naszym postępowaniem wobec ludzi”, więc „naznacza [to] nasz stosunek do innych gatunków głębokim konfliktem moralnym” [5].

Postrzegając zdjęcia jako najdoskonalszy sposób na przedstawianie prawdy o świecie, napotykamy pewien, często nieuświadomiony, zgrzyt. Otaczają nas jednocześnie przedstawienia bardzo rzeczywiste, jak również takie którym daleko od realności. Zdjęcia świń na opakowaniach kiełbasy, niewiele mają wspólnego z pięknymi prosiaczkami w różowych sukienkach, a przecież obie postaci należą do tego samego gatunku. Jednocześnie oba zdjęcia funkcjonują jako zobiektywizowane przedstawienia, stając się mimowolnie źródłem wiedzy o otaczającej nas rzeczywistości. Patrząc na zinfantylizowane obrazy poprzebieranych zwierząt zaczynamy bardziej widzieć w nich obiekty, aniżeli czujące istoty. Być może niektórzy rzeczywiście zapomną, że zwierzę nie jest rzeczą i zdziwią się gdy ich miniaturowy york przestanie być tak radosny jak niegdyś, zestarzeje się i zacznie chorować. Nie pomogą mu jednak wtedy ani kolorowe kokardki ani kubraczek w kratkę. Zdjęcia, które lubimy ujawniają nie tylko to kim jesteśmy, czy jacy chcemy być, ale pokazują również, jaki jest nasz stosunek do zwierząt.


[1] Susan Sontag, O fotografii, przeł. S. Magala, Warszawa 2009, s. 8
[2] Marta Miskowiec, Sceny rodzajowe ze śnieżną panterą w tle. O fotografii zwierząt, Konteksty 04/2009, s. 139
[3] Susan Sontag, O fotografii, przeł. S. Magala, Warszawa 2009, s. 10
[4] Susan Sontag , O fotografii, przeł. S. Magala, Warszawa 2009, s. 26
[5] John Serpell, People in Disguise. Anthropomorphism and the Human-Pet Relationship, w: Thinking with Animals. New Perspectives on Anthropomorphism, ed. L. Daston, G. Mitman, New York 2005, s.124, przeł. D. Czaja, Przefarbowany świat. Mitologie polowania, Konteksty 04/2009, s. 110-125

Bibliografia:

Roland Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii , przeł. J. Trznadel, Warszawa 1996
Dariusz Czaja, Przefarbowany świat. Mitologie polowania, Konteksty 04/2009, s. 110-125
Marta Miskowiec, Sceny rodzajowe ze śnieżną panterą w tle. O fotografii zwierząt, Konteksty 04/2009, s. 137­142
John Serpell, People in Disguise. Anthropomorphism and the Human-Pet Relationship, w: Thinking with Animals. New Perspectives on Anthropomorphism, ed. L. Daston, G. Mitman, New York 2005
Susan Sontag, O fotografii, przeł. S. Magala, Warszawa 2009, wyd. oryginału 1977

Reklamy
Otagowane , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: