Monthly Archives: Lipiec 2014

Indiopol: Postępowe jeansy, odróżnianie i naznaczanie

Wyglądam przez okno na ulicę, żeby zobaczyć czy pada. Dzielnicowe psy śpią spokojnie na poboczu drogi, za rogiem znika pan na rowerze, owinięty od stóp do głów w przeciwdeszczowy kombinezonik. Uff, tylko popaduje. Jest piątek i wybieramy się z R. na koncert Bikrama Gosha w ramach pierwszej edycji Kolkata Drum Festival. Bierzemy samochód, więc nie zmokniemy, ale i tak wybór obuwia ma znaczenie – w monsunie nawet jeśli masz do przejścia jedyne 500 metrów na pewno ubrudzisz sobie stopy. A przecież nie wypada wparadować na widownię z zabłoconymi paluchami! Także wybieram mokasynki, podobnie jak R. Przyzwoite, niekontrowersyjne, słowem – to czego nam trzeba. R. nie pochwala jednak mojego wyboru odzieży – kolorowej, prostej sukienki z Meksyku. Bardzo skromnej, na swój sposób eleganckiej. Couchsurferka Anna, która jeszcze u nas wtedy gościła, popiera mój wybór. Przecież dekolotu nie widać, sukienka za kolano. Co może być z nią nie tak? R. próbuje cierpliwie wytłumaczyć sprawę dwóm europejskim ignorantkom.

Saree

Problemem jest oryginalność, to że sukienka odchodzi od normy. A na koncercie będą przecież bardzo ważni ludzie, na których będziemy mieć szansę wywrzeć pozytywne wrażanie. Kto wie, może nowe kontakty nam się później przydadzą? R. orzeka, że jestem już wystarczająco widoczna i nie potrzebuję bardziej na siebie uwagi zwracać. Po co mam wyrażać swoją indywidualność, jak mogę po prostu założyć jeansy oraz porządną koszulę? Nie daj Boże ktoś pomyśli, że chcę się popisywać! A w Indiach dobry social network to podstawa. 

Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Indie (styczeń zeszłego roku), kwestię ubioru potraktowałam swobodnie. Nosiłam się grzecznie, zakładałam dłuższe tuniki czy luźniejsze koszule do prostych spodni – jeansów czy dockersów. Nie chciałam się nosić po swojemu (polski folk, trochę retro, trochę standard), nie chciałam się też przebierać za Induskę niczym pretensjonalne turystki – przyjechałam na badania i wolałam pozostać „neutralnie zachodnia”. I nikt nie oczekiwał ode mnie niczego innego. Sari oraz salwar kamiz założyłam tylko raz, na wesele na które mnie i mojego kolegę, T., wówczas zaproszono. Sytuacja zmieniła się jednak znacznie, kiedy przyjechałam do Kalkuty sześć miesięcy później z myślą o zostaniu na dłużej.

Nie wzięłam wielu ubrań, bo pomyślałam, że i tak mogę sobie nowe tanio na miejscu sprawić, zarówno lokalne, jak i takie, które nosiłabym na codzień w Polsce. Całą szafę zostawiłam więc w Warszawie, zabierając tylko najbardziej ulubione rzeczy (oraz buty – rozmiar 40-41 nie jest wyjątkowo popularny w Azji…). Niestety, postąpiłam nieopatrznie, czego nie omieszkał mi uzmysłowić R. Ceny ubrań zachodnich są w indyjskich centrach handlowych zbliżone do tych, które mamy w ojczyźnie. Czyli nie stać mnie na ich regularne kupowanie. Odzież na którą mnie stać to moda lokalna, indyjska z różnymi jej regionalymi odmianami. Salwary, churidary, legginsiki, spódnice do ziemi, kurty krótkie (do połowy uda), kurty długie (przed kolano), kurty mini (za kolano). Z bawełny, lnu lub jedwabiu, drukowane, malowane, wyszywane. Pomyśleć by można, co za problem? Nakupuję sobie tego i w tym łazić będę. Śliczne przecież te wzory, motywy, kolory i kroje. Co za różnica? Ale za pięknie by było, gdyby w całym tym systemie mody nie było drugiego dna.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Panowie

Moda damska oraz męska dzieli się w Indiach na dwa rodzaje – zachodnią oraz indyjską. Kobiety na codzień częściej noszą ubrania indyjskie, mężczyźni zachodnie. Dhoti (dłuższy kawałek materiału zmyślnie zawiązany w pasie) nosi się od święta lub na wyjątkowo ważne rodzinne uroczystości – „pierwszy ryż” dziecka, zaręczyny czy ślub. Lungi, krótką chustę przewiązaną w biodrach, w Kalkucie noszą tylko najbiedniejsi. Reszta zakłada normalne spodnie, a do tego koszule – z długim lub krótkim rękawkiem. Gładkie, białe lub błękitne, w kratkę lub w paski. Zunifromizowane, przyzwoite. Niektórzy, którym zależy aby pokazać, że nie należą do mainstreamu, noszą tradycyjne koszule z długim lub krótkim rękawem i z tzw. chinese collar, skrojone z surowej bawełny lub lnu (zwanych khadi), gładkie lub z wzorami z batiku lub malowanymi (kalamkari). Ach, są jeszcze męskie kurty – długie, bo aż za kolano, także szyte z surówek bawełnianych lub lnianych, czasem z domieszką jedwabiu. W każdym kolorze tęczy; białe lub kremowe i haftowane noszone są najczęściej na codzień przez muzułmanów, na pewno przy okazji świąt. Reszta hinduistyczna także nosi je czasem od święta (o ile nie wskakują w błyszczące sarwani). Jak jest chłodniej dochodzi do tego jeszcze kamizelka a la Nerhu.
To właśnie takie fasony można kupić w sławnym Fabindia – indyjskiej sieci sklepów z dobrej jakości odzieżą, wspierającą rodzimą produkcję tekstyliów. Założona w 1960 roku firma szczyci się precyzyjnym systemem certyfikacji tradycyjnie wytwarzanych materiałów. Obok sieci Anokhi, przez lata stanowiła jedyne miejsce w którym zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą zaopatrzyć się w coś „stylowego”, co jednocześnie nie należy do kategorii „odzież zachodnia”. Dziś można przebierać w designerskich galeriach, choć na tego rodzaju ubrania stać zaledwie garstkę.
Życie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Panie

Sytuacja z kobietami jest proporcjonalnie odwrotna. Kobiety chcące wyglądać dostojnie, poważnie noszą sari. Kolor i materiał zależy od wielu czynników, choć głównie liczy się pogoda – ciepłe jedwabie zimą, przewiewne bawełny latem. Len nie występuje, choć np. szyfon już tak. Prostsze wzory na codzień, sari bardziej wykwintne na okazje. Co bardziej majętne panie tworzą całe kolekcje sari, które zwożą z różnych podróży po kraju – każdy region ma przecież swoje charakterystyczne wzory, którymi można potem się popisywać przed innymi żonami, zzieleniałymi z zazdrości. No i takie sari to przecież inwestycja – dobrze zaopiekowane może służyć i prawnuczkom. Poza tym nosi się także salwar kamiz – luźne spodnie wraz z kurtą maksymalnie do kolana, lub churidar kamiz – wąskie, potwornie niewygodne spodnie wraz z dłuższą kurtą. A do tego obowiązkowo dupatta, aby zakryć biust. Coraz częściej tradycyjne fasony spodni ustępują miejsca legginsom lub jeansom. Młodsze kobiety i dziewczęta chętnie zakładają do nich koszule skrojone w zachodnim stylu lub po prostu t-shirty.

Dobra. To teraz – kto co nosi, kiedy i dlaczego?

Kobiety na stanowiskach rządowych lub pełniące oficjalne, zarządcze funkcje z pewnością będą nosiły sari, eleganckie, w stonowanych kolorach i w dobrym guście, aby dodać sobie powagi. Jak stwierdziła matka R., nikt w firmie, której jest dyrektorką, nie brał by jej poważnie, gdyby paradowała po biurze w salwar kamizie. Czasem go zakłada, ale tylko w luźniejsze dni. Indyjskie prawniczki na sari zakładają dodatkowo kamizelkę lub marynarkę. Niestety nie udało mi się jeszcze żadnej uwiecznić na zdjęciu, parę razy mignęły mi tylko na mieście. Policjantki oraz żołnierki oczywiście noszą uniformy – niektóre w zestawie mają dołączoną także urzędniczą dupattę. Podobnie z mundurkami dziewcząt z tradycyjnych, bengalsko-języcznych szkół – młodsze noszą salwar kamiz, starsze szkolne sari. Tylko dziewczynki w szkołach z wykładowym angielskim noszą od początku do końca spódnice przed kolano.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Które z pań najczęściej noszą ciuchy zachodnie? Nastolatki. Ale także Anglo-Induski, Chinki i indyjskie chrześcijanki. Również dziewczyny z Darjeelingu i Sikkimu – czemu? Ponoć to przez to, że już od czasów brytyjskich rzesze turystów przyjeżdżają podziwiać lokalne widoki oraz klasztory, smakować miejscowej kuchni oraz delektować się herbatą. Mieszkańcy czują się więc bardzo związani z Zachodem. Tak wieść gminna niesie. Wyglądają „zachodnio”, i faktycznie, odwiedzając region człowiek czuje się jakby trochę mniej w Indiach. Zwłaszcza w Sikkimie. Ulice spokojniejsze, populacja mniejsza. Miło.

Tradycyjne fasony dominują więc w ubraniach hinduistek oraz muzułmanek z klasy średniej i niżej, gdzie przyzwoitość jest pierwszą z cnót kobiecych. Eksperymentować odważają się tylko te lepiej wykształcone i bardziej majętne (nie ważne czy przed czy po ślubie). Albo te zupełnie młode (jeszcze w szkole), które „mogą sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa”. Zakładają więc jeansy i luźne T-shirty i czują się nowocześnie. A konserwatywni liderzy czuwają. Jeszcze nie tak dawno temu paru polityków publicznie obwiniało nieprzyzwoity ubiór za wzrost liczby gwałtów na kobietach [Artykuł]. Interesująco odniosła się do tego pewna grupa komediowa [1].

Nie zapominajmy jeszcze o bardziej konserwatywnych muzułmankach przestrzegających hidżabu. W Kalkucie można spotkać wszystko – chusty, czadory, czarczafy, nikaby i burki. Oraz bardzo ciekawe, kolorowe warianty zasłon (patrz galeria wyżej).

O co tyle zamieszania z tym ubiorem? Jak wytłumaczył mi R., w Indiach bardzo dużo wagi przywiązuje się do robienia wrażenia – „jak cię widzą, tak cię piszą”, rzec by można. Ludzie chcą być odbierani w określony sposób, aby więc zaspokoić swoją potrzebę kreowania wizerunku, zakupują rozmaite artefakty. Artefaktem może być telewizor albo smartfon, ale i określone ubranie. Stwarza się pozory bogactwa, dostatniości, przynależenia do określonej grupy społecznej, wspólnoty religijnej czy mniejszości etnicznej. Cytując Phillipa Perrota, „odkąd odzież sama w sobie zaczęła być używana do rozróżniania, stała się także metodą naznaczania. Prawidłowość ta przejawia się w symbolach i konwencjach, […] w tradycjach, przywilejach, dziedzictwach, kastach, lineażach, […] statusach cywilnych, pozycji społecznej czy ekonomicznej, przekonaniach politycznych czy ideologicznej przynależności. Ubiór, jako znak bądź symbol, potwierdza lub ujawnia podziały, hierarchie czy lojalizmy, zgodnie z kodem gwarantowanym i utrwalanym przez społeczeństwo oraz jego instytucje” [2].

Jak się w tym wszystkim odnaleźć?

Za każdym razem, kiedy wychodzimy gdzieś z R., zaczyna się dyskusja pod tytułem „co Mania dziś na siebie włoży?”. Wbrew pozorom nie jest to problem z gatunku „nie mam się w co ubrać, jestem wybredna i leniwa”. Kiedy przeniosłam się do Indii w lipcu, natychmiast zaczęłam się przejmować tym co ludzie o mnie pomyślą. Z jakiegoś bliżej niesprecyzowanego powodu nie chciałam być brana za turystkę czy pracownika pozarządowego. Takie osoby bardzo często próbują na siłę wtopić się w indyjskie społeczeństwo, nosząc na codzień tylko salwar kamiz, a nawet sari (sic!). Robiąc to nieumiejętnie bardziej sobie jednak szkodzą, niż pomagają. Co prawda większość doceni wysiłek włożony w poszanowanie lokalnych zwyczajów ubiorowych, jednak reszta – młodzi Indusi, klasa średnia i wyżej nie będą aż tak entuzjastyczni. Na początku lepiej powoli poznawać zasady obowiązujące w danej grupie, niż udawać kogoś, kim się nie jest i na siłę próbować wkupić w łaski otoczenia. Od cudzoziemców nikt przecież nie oczekuje natychmiastowego wmieszania się w tłum. Co nie jest z resztą możliwie w przypadku tych o urodzie odbiegającej od lokalnych. Nigdy nie uciekną od swojego koloru skóry, oczu, akcentu czy sposobu poruszania się. Także lepiej pozostać sobą. Po prostu. No może poza noszeniem wyjątkowo odsłaniającej odzieży. Szortów, głębokich dekoltów, krótkich spódniczek. Cała reszta dozwolona, a nawet preferowana.

Po jakimś czasie jak najbardziej można zacząć się przestawiać – kupować lokalne ubrania, łączyć je z zachodnimi. Z czasem, kiedy mowa naszego ciała będzie sygnalizować, że jesteśmy w Indiach już dłuższy okres czasu, można próbować eksperymentować. Z szacunku dla lokalnych zwyczajów nie należy jednak próbować wskakiwać w nie swoją skórę. Trzeba figurować gdzieś pomiędzy „tu” (mieszkam w Indiach) i „tam” (pochodzę skądinąd). Zwłaszcza jeśli jest się badaczem terenowym. W moim przypadku było trochę łatwiej, gdyż R. wiele mi zawczasu wytłumaczył. Efekt – mniej niezręcznych sytuacji (choć kilka oczywiście zaliczyłam i, o dziwo, nie dotyczyły trudności w noszeniu lokalnych strojów, a koktajlowych kreacji…).

Co jakiś czas wpadam w Kalkucie na różne kategorie cudzoziemców. Niektórzy z nich, zwłaszcza ci co dopiero przyjechali pracować dla miejscowych organizacji pozarządowych, są najzabawniejsi. Jasnowłosi Szwedzi w kurtach i klapeczkach, Australijki potykające się w zwojach sari, czy Amerykanki paradujące w salwarach i krótkim T-shircie (których w żadnym razie nie powinno się łączyć!). Jest śmiesznie, no ale skąd biedaki mają wiedzieć, że to może nie najlepszy pomysł?

W moim przypadku problem jes trochę innej natury. Na codzień, na uniwersytet noszę różne wariaty krótkich kurt z salwarami bądź jeansami. Czasem założę coś bardziej zachodniego, jak flanelową koszulę, ale jest ostatnio tak gorąco, że nie ma to trochę sensu. Ostatnio najbardziej przydają się proste lniane spodnie i luźna tunika. Przyzwoicie, stosownie, kobieco. Robi się jednak trudniej, kiedy zaproszona zostaję na różnego rodzaju przyjęcia domowe (tzw. domówki młodzieżowe lub w towarzystwie „ciotek” i „wujków”). W takich sytuacjach należy się ubrać „na Zachód”, ale bez nadmiernej oryginalności. Żeby nie pomyśleli, żem hipsterka, jak R. się zamartwia. Sari tylko na rodzinne święta lub śluby.

Kilka dni temu minął okrągły rok mojego – mniej lub bardziej – stałego pobytu w Indiach. Dużo się w tym czasie nauczyłam, jeżeli chodzi o całą tę ubraniową filozofię. Udało mi się nawet doprowadzić do mistrzostwa kwestię szycia ubrań na miarę! Jak można się domyślić, materiały są tutaj dość tanie, podobnie jak usługa krawiecka. Wystarczy tylko zabrać jakiś wzór i krawcowe odtworzą bluzkę/spódnicę/kurtę z nowego materiału. Jest to oczywiście odrobinę droższe niż standard, który można dostać na bazarach, ale czasem warto postarać się być trochę bardziej „wyrafinowanym”. Nawet jeśli będzie to tylko detal – ładnie obszyty kołnierz, czy fajny materiał. Ludzie docenią znajomość tradycyjnych wzorów i sposobów noszenia. Ale to przychodzi z czasem.

[1] P. Perrot, Fashioning the Bourgeoisie: A History of Clothing in the Nineteenth Century, 1994. s. 8

[2] Zobacz: https://www.youtube.com/watch?v=8hC0Ng_ajpY

Poczytaj

  1. APPADURAI A. The Social Life of Things: Commodities in Cultural Perspective
  2. BAUDRILLARD J. The System of Objects; For a Critique of the Political Economy of the Sign
  3. BOURDIEU P. Distinction: A Social Critique of the Judgement of Taste / Społeczna krytyka władzy sądzenia
  4. JACYNO M. Kultura indywidualizmu

Reklamy
Otagowane , , , ,

Indiopol: Spokojnie, to tylko miasto (albo głową w mur)

Indiopol 3: Spokojnie, to tylko miasto // Głową w mur

Kalkuta nie jest miastem starym. Jest znacznie młodsza od Delhi (VI w. p.n.e.) czy Bombaju (VI w. p.n.e.), a nawet Warszawy (ok. IX w. n.e.). Jeszcze w XVII wieku były tutaj tylko tereny rolnicze, parę chatek, słowem – wiejska sielanka. A potem przypłynęli Brytyjczycy i poszło z górki. Miasto rozrastało się i rozrastało, i dziś jako aglomeracja liczy już ponad 14 milionów mieszkańców, upchniętych na ponad 1 800 km2 (wliczając w to migrację z przyległości oraz sezonowych migrantów z sąsiednich stanów). No tak. Jeszcze trochę i mamy pół Polski.

Auto-riksza, Auto-riksza

Tak więc, Kalkuta stara nie jest, ale za to ludna. I głośna. I w tym tkwi właśnie jej urok. Jeżeli chcecie doświadczyć uroczego indyjskiego tłumu rodem z filmów Bolly, chodników pełnych przekupniów, ulic zatłoczonych rikszami, tuk-tukami (tutaj zwanymi auto-rikszami), dziesiątkami tysięcy żółciótkich taksówek marki Ambasador (oficjalnie najlepsza taksówka na świecie), rozklekotanymi autobusami oraz setkami tysięcy samochodów, zapraszam do nas! Kalkuta tym jednak różni się ponoć od innych miejskich molochów w Indiach, że jest przestrzennie bardziej przyjazna, mniej opresyjna. Tak przynajmniej twierdzą Indusi. I trzeba im przyznać rację. Jest znośnie, jak na lokalne możliwości. Wypadałoby zatem zadać sobie trochę trudu i spróbować odpowiedzieć na pytanie, a czemuż?

Wystarczyło krótkie śledztwo (przepytywanie znajomych), aby znaleźć możliwe rozwiązanie naszej małej zagwostki. Otóż wydaje się, że miasto swoją przystępność zawdzięcza brytyjskiemu dziedzictwu, zbiurokratyzowanej kolonialnej administracji. To właśnie jedne z jej dawnych rozporządzeń – których część obowiązuje do dziś – uratowały stare centrum miasta od zabudowania wieżowcami. Kalkuta, niegdyś jeden z najważniejszych portów Azji, rozłożyła się na glebach aluwialnych, które z oczywistych względów nie sprzyjają wysokiemu budownictwu (czego jednak do dziś wiele osób nie rozumie…). Dzisiaj, kiedy miasto liczy sobie już parę set lat, dzięki „nowym technologiom”, wielopiętrowe biurowce oraz bloki mieszkalne (rodem z PRL) rosną jak grzyby po deszczu na jego obrzeżach. Choć i tu deweloperzy nie mają łatwo – dzięki wysiłkom kilku działaczy społecznych, wspartych przez przeróżne mniejsze lub większe osobistości, okoliczne waterlands, czyli mokradła oraz stawy rybne, udało się uchronić przed zasypaniem. Podobnie jak starą część miasta (Centrum i Północ), pamiętającą jeszcze czasy rządów Kompanii Wschodnioindyjskiej.

Pod koniec zeszłego tygodnia gościliśmy z R. przez parę dni Annę, działaczkę społeczną z Wielkiej Brytanii, która wybrała się w podróż po Indiach. Korzystając z dnia akurat wolnego (zajęcia odwołane ze względu na któreś ze świąt, przydarzających się nad wyraz często), zabrałam koleżankę na spacer do starej części miasta. Zwiedziłyśmy tzw. standard – okolice Park Street, New Market oraz tereny wokół Victoria Memorial. Kiedyś napiszę o tych wspaniałych przybytkach więcej, teraz tylko pokrótce. Poza Wiktorią, czyli muzeum-pomnikiem, przez pozostałe obszary w zasadzie przeleciałyśmy. Albo inaczej – ja pędziłam, a Anna za mną. Monsun nie jest najlepszym momentem na zwiedzanie wiekowych ulic – przed błotem po kostki nie uchronią nawet najlepsze kaloszki, a od hałasu ulicy i tłoku ludzkiego – uroczego w dni słoneczne – można zwariować. A poza tym ile można patrzeć na te piękne, kolonialne kamienice i wille? Jest ich tysiące, a każda mniej lub bardziej taka sama.

Także, po całodziennym maratonie siedzimy razem z Anną w parku. Podziwiamy wyjątkowo zadbane jeziorko oraz przytłaczający budynek Victoria Memorial. Wokół nas zakochane pary – przestrzeń parkowa jest w dużych miastach jednym z niewielu miejsc, gdzie młodzi mogą bez obaw umawiać się na schadzki oraz liczyć na minimum prywatności dla swoich uczuć. Drugim miejscem są centra handlowe, ale tam nie wypada przecież publicznie się obściskiwać. Za dużo ludzi, no i za duże zagrożenie wpadnięciem na któreś z ciotek lub wujków.

Zatem siedzimy w parku. Pytam się Annę, co sądzi o Kalkucie. Anna odpowiada, że to interesujące miasto. Bardzo intensywne, o wiele więcej ludzi na ulicach w porównaniu do Bombaju czy Chennai, ale jest milej, może dlatego że czuć tutaj historię, widać upływ czasu na starych budynkach, w dalszym ciągu służącym mieszkańcom miasta. Przytakuję.

No właśnie, czuć. Kalkuta, z resztą podobnie jak Warszawa (przepraszam za ciągłe jej przywoływanie, to tak z sentymentu do rodzinnej wsi), nie należy do miast które można „zobaczyć” w ciągu jednego dnia. Poza Wiktorią, Muzeum Narodowym czy świątynią Kali, nie ma tutaj zbyt wielu słynnych zabytków (nie wliczam domu Matki Teresy czy Tagore). Wzrok nie jest w tym mieście najważniejszym narzędziem poznawczym. Po Kalkucie nie da się spacerować – za głośno, za ciasne uliczki, zatłoczone chodniki. No dobra, są miejsca w których można, ale jest ich niewiele. Zazwyczaj człowiek pragnie tylko przemieścić się z punktu A do punktu B. Ale co poradzić? Takie właśnie jest to miasto. Żeby naprawdę poznać, zrozumieć i docenić Kalkutę trzeba ją doświadczyć. Czasem może być to bolesne, zwłaszcza jeśli człowiek nie wie czego się spodziewać. Ale warto spróbować. Warto zatrzymać się na uliczną herbatę czy przekąskę (puchka! batata puri! papri chat!), zjeść lunch w wegeteriańskim fast foodzie Haldiram czy biryani z koziną w muzułmańskiej restauracji, przejechać się auto-rikszą, pójść nad rzekę Hoogli i wynająć łódkę, wieczorem wpaść na koncert rockowy, a rano na chińskie śniadanie. Tego wszystkiego nie da się jednak zrobić bez czyjejś pomocy. Kalkuta należy do tego typu miast, które pilnie strzegą swoich sekretów. Podobnie jak w Warszawie, najlepsze punkty na jej mapie są zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych. Być może dlatego wycieczki zagraniczne zatrzymują się w dawnej stolicy Indii tylko na jeden dzień, a backpakersi na dwa czy trzy, w drodze do Varanasi, Darjeelingu czy na Andamany.

Ale może to dobrze, że tak jest…? Jak by zapewne odparł Pan John Urry, turystyka ma być przede wszystkim wypoczynkiem. Po co się niepotrzebnie męczyć, wystarczy z dystansem „pospoglądać” [1].

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Idę na zajęcia. W sąsiedztwie łapię trzykołową auto-rikszę, która kursuje na trasie Tollygunge Metro – Jadavpur University. W przeciwieństwie do innych stanów, tuk-tuki w tej części Indii funkcjonują jak dzielnicowe mini auto-busy (przy czym autobusy są międzydzielnicowe). Mieszczą czterech pasażerów z kierowcą i pędzą na gazie aż miło.

Także, wsiadam do środka i zaczyna się zabawa. Jako że auto ma tylko przednią szybę wiatr przyjemnie chłodzi pasażerów; mniej przyjemne są spaliny które docierają do nas za każdym razem kiedy przeciskamy się między sznurkiem autobusów i samochodów czekających na zmianę świateł. Rozmiarowo są niezwykle praktyczne – myk-myk poboczami dróg, myk-myk wąskimi osiedlowymi uliczkami i jestem u celu. Szybko i za całe sześć rupii. Tyle samo co autobus. Taniocha. Są może tylko trochę bardziej niebezpieczne, bez tych okien i drzwi… Choć na pewno nie tak jak tradycyjne riksze rowerowe, najbardziej lokalne, które wynajmuje się indywidualnie. Potwornie chybotliwe diabelstwa, no i kosztowne – całe 20 do 40 rupii!

Czasami idąc do szkoły biorę autobus (żeby go złapać muszę się przejść kawałek/ podjechać auto do większej ulicy). Autobusy to wyższa szkoła jazdy. Z auto-rikszami jest prosto, bo wystarczy powiedzieć na postoju gdzie się chcę, a panowie wskażą odpowiedni wehikuł. Potem tylko człowiek siedzi chwilę i czeka, aż uzbiera się reszta pasażerów (minimum trójka żeby riksza w ogóle ruszyła). No dobra, to też nie jest takie znowóż proste, żeby załapać jak cały ten auto-rikszowy system funkcjonuje. Tłumaczenia znajomych nie do końca pomagają, trzeba samemu się w tym temacie rozeznać. Z autobusami wiążę się jednak o wiele więcej hałasu i ulicznego harmidru. Pędzą z otwartymi drzwiami wejściowymi, zatrzymują się gdzie popadnie, zgarniając ludzi z ulicy jak leci. Numery z mojej dzielnicy znam już dobrze, ale zazwyczaj po prostu czekam na poboczu i widząc przędzącą maszynę macham ręką i wykrzykuję nazwę miejsca, do którego chcę się udać: „Maidan! Maidan!” albo „Metro! Metro!”, a pan bileter – lub któryś z pasażerów – potwierdza albo kręci głową. Jeśli potwierdza to łapię się poręczy i w iście wyczynowym stylu wskakuję do środka. Od razu dodam, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – tak tutaj podróżuje się autobusami, to nie tylko moja cudzoziemska nieporadność. Do truchtu podrywają się zarówno matki z dziećmi, jak i babcie, dziadkowie oraz obładowani towarem sprzedawcy. Bez wyjątku. Czy są w mieście przystanki autobusowe? Są, całkiem sporo. Czy autobusy się na nich zatrzymują? Na pewno przystają w pobliżu, na krócej jeśli akurat jest zielone, albo na dłużej, jeśli akurat czerwone. Nie mniej, za pędzącym autobusem się biegnie i nikt się temu nie dziwi.

A w środku nieźle rzuca, motor rechocze złowieszczo, z frontu spoglądają przenikająco wizerunki przeróżnych bóstw i mędrców, czasem towarzyszą im spojrzenia zaciekawionych współ-pasażerów. Ostatnio jest ich co raz więcej. Czemu więcej? Widząc obcokrajowca próbującego podróżować autobusem ludzie oczekują zagubionego turysty z oczami wielkości spodków. Kiedy takowy pasażer okazuje się być jednak w miarę ogarnięty, do ciekawości dołącza odwaga – i zaczynamy rozmawiać.  I to jest fajne, bo człowiek od razu czuje się z siebie dumny. Bo się samodzielnie porusza, bo może komuś sprawić przyjemność tym, że już „tak dużo” wie o Kalkucie i trochę „gawari” po bengalsku.

Takie małe rzeczy cieszą zwłaszcza po całym dniu walenia głową w mur. Mur czego? Biurokracji. Mimo obiecującego poranka (uporałam się z procedurą zakładania konta w banku indyjskim!), popołudnie okazało się dziś wyjątkowo rozczarowujące. Po długiej rozmowie, Szanowna Pani Profesor RS, dyrektorka Departamentu Socjologii, odmówiła mi możliwości udziału w zajęciach dla drugiego roku. O wiele ciekawszych niż te z pierwszego semestru (których jest tylko cztery, po dwa razy w tygodniu, co daje JEDYNE 8 godzin lekcyjnych tygodniowo). Aghrrr. Co zrobić. Trzeba będzie te dwa lata grzecznie (?) wysiedzieć. Ale nie martwcie się o mnie! Już sobie znalazłam dodatkowe zajęcie. Poza tym wszystkim co robię na codzień – tj. badaniem na własną rękę oraz pisaniem, pisaniem i pisaniem. W zeszłym tygodniu zaczęłam regularne zajęcia bengalskiego. Dwa razy w tygodniu, Ramakrishna Mission’s School of Languages. A od grudnia dołączy do tego… rosyjski!

Jak już (prawie) każdy bierze mnie tutaj za Rosjankę, po czym się chwali, że zna parę słów po rosyjsku, a ja mu na to, że ja to tak średnio, albo i wcale, to dla przyzwoitości (i przede wszystkim z powodów praktycznych – wszędzie go pełno w niedalekim sąsiedztwie od Indii), się tego języka nauczę. A co.

[1] Patrz: J. Urry, Spojrzenie turysty i in.

Otagowane , , , , , , , ,

Indiopol: Mania w Tropikach

Kampus Jadavpur University ma to do siebie, że jest ogromny (prawie 2,5 km2!). Mieści w sobie prawie wszystkie uniwersyteckie wydziały, budynki administracyjne i akademiki oraz całą masę przeróżnych, podejrzanych obiektów – amfiteatr, warsztat maszyn maszynowych, jeziorko oraz niewielkie pole, które w zasadzie powinno być boiskiem, jednak mało kto go używa – zajęć WF brak (a szkoda, bo mogłoby być to doświadczenie zaiste bezcenne!).

Pierwszego dnia zajęć zameldowałam się grzecznie w Foregin Student Cell, wypełniłam i podpisałam co trzeba, a następnie otrzymałam instrukcję jak dostać się na Wydział Socjologii. Instrukcja brzmiała: w lewo, prosto do końca i w prawo, też do końca. Niby proste, prawda? Ha! Fool’s hope! Po godzinie poszukiwań w końcu, w pocie czoła (co akurat nie jest wielkim osiągnięciem), dotarłam na samiusieńki możliwy koniec końców, gdzie, jak się okazuje, pośród gąszczu zieleni, gruzów po remoncie sąsiedniego amfiteatru, stoi on. Mój wydział. Wieża.

20140714_140505

No dobra, żartuję, żadna tam wieża. Po prostu budynek Wydziału Socjologii robi specyficzne wrażenie. Stojąc na pustym placyku, oraz w porównaniu do średniej wysokości budynków Kampusu (3 piętra), wydaje się złowieszczo wysoki (5 pięter). W ogóle cała sceneria przywodzi na myśl urzeczywistnione, mistrzowskie opisy Bruno Schultza ze Sklepów Cynamonowych. Trochę strasznie, trochę hipnotyzująco, a wszystko niby w zastoju, a jednak wewnątrz, w murach budynku tętni życie i produkuje się umysł socjologiczny (czy też socjologiczno-antropologiczny, jak mam nadzieję się nie zawieść). A może to magia zbitego szyldu z nazwą wydziału? Budynek ma jeszcze swoje inne, oficjalne imię, pięknie zakomunikowane dużymi, błyszczącymi w słońcu literami. Rabindra Bhavan. Rabindra od Rabindranatha Tagore (a kto go tu nie kocha ubóstwia?). A Bhavan to po prostu budynek.

Także pierwszego dnia zajęć wkraczam do środka i gramolę się na drugie piętro. Pusto. Hm. Nie wiem o której zajęcia się zaczynają, no bo skąd? Pan z administracji nie wie, Pan urzędujący w sekretariacie na Socjologii też nie wie. Proszę siąść i czekać. No więc siadam i czekam. Mija godzina. Uff, jak gorąco. Ale jak dobrze, że mają tu tyle wiatraków! Po jakimś czasie przychodzi Pan Profesor BB. Rozmarzonym wzrokiem pytania się mnie „A Pani tu skąd?”. A ja na to „Z Polski, sir. Na studia magisterskie. Ze stypendium”. Profesor BB się śmieje: „Po co wy do tych Indii przyjeżdżacie?”. Następnie zadaje różne pytania, a czemu Indie, a czemu Kalkuta, a w ogóle to po co. I że on w Stanach siedział, i że zajmuje się socjologią technologii (<3). I ja go słucham, i słucham. Przytakuję, uśmiecham się, żartuje. I myślę sobie, uff, udało się. Nie jest źle. Zapowiada się ciekawie. Profesor BB wydaje się rozsądny, więc może i reszta będzie.

Mija pierwsze dziesięć dni zajęć. W tym okresie albo zajęć nie ma, albo są wprowadzające. Nie ma się czego z resztą czepiać, plan się ustala, normalka, tak samo jest i u nas. Wykładowcy wracają z badań, kończą pracę z doktorantami i nie mają jeszcze czasu na jakichś tam magisterniaków. I się im, mówiąc szczerze, nie dziwię.

Na Jadavpur University nie ma studiów I stopnia z socjologii/antropologii społecznej. Od tego są inne college porozrzucane po mieście, które w klimacie i w sposobie nauczania stanowią raczej kontynuację liceów. Co z resztą sami przyznają ich absolwenci (częściowo sobie to chwaląc, a częściowo narzekając). Problem polega jednak na tym, że na takich magisterskich w JU (uważanym za najlepszy na wschodzie Indii ośrodek nauk społecznych) ląduje zupełnie patchworkowa grupa studentów, na bardzo różnym poziomie zaawansowania, zarówno teoretycznego, jak i językowego (piątka piątce nie równa). Parę moich koleżanek (i dwóch na dwóch kolegów) nie mówi po angielsku zbyt dobrze (choć wszystko elegancko rozumieją). Przyczyna? Studiowali w państwowych placówkach z wykładowym bengalskim. Są jednak inteligentni i im zależy. Gdyby im nie zależało nie poszli by na magisterskie w ogóle. W Indiach w dalszym ciągu większość studentów (czyli niezwykle przepastna middle class) po uzyskaniu dyplomu BA nie kontynuuje nauki, bo licencjat na socjologii to wystarczająco, aby znaleźć dobrą pracę. Np. jako nauczycielka w liceum.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W każdym razie, różnice w poziomie wiedzy o teorii socjologicznej i metodach badawczych, sprawiają, że różni wykładowcy na różne sposoby starają się sprostać zadaniu zaspokajania potrzeb wszystkich. Mój ulubiony przykład to Pani Profesor PS, która każde zdanie po angielsku tłumaczy na bengalski (choć nie musi i nie powinna). Nie mniej, nie narzekam. Dla mnie i tak najważniejsza jest wiedza, którą mogę uzyskać na zajęciach z  Indian Society – Selected Issues czy Indian Sociologists, bo tu mam największe braki. Z przyjemnością po raz nie wiadomo który przeczytam Orientalizm Saida i nie będę się (zbyt) popisywać, bo nie chcę moich koleżanek (i dwóch kolegów), którzy go nie znają, onieśmielić jeszcze bardziej.

Bo onieśmielam. Tym, że jestem z tego odległego, bogatego Zachodu, a jednak przyjechałam do Indii, i to jeszcze na stypendium rządowym. Tym, że mam jasną skórę i jak jest mi gorąco to się rumienię (oni tutaj nie mają za bardzo do czynienia z tym zjawiskiem). Tym, że całkiem nieźle odnajduję się w indyjskiej modzie i już wiem co się z czym nosi. Tym że paraduję jednak czasem w tych zachodnich ciuchach i używam na zajęciach Kindle (pożyczonego, ale co tam). Tym, że spędziłam prawie rok w Kalkucie, jeszcze przed studiami i doskonale wiem co i gdzie jest. Tym, że jestem z tej dalekiej Europy, którą każdy chciałby choć raz w życiu odwiedzić. Generalnie, trochę straszę i trochę fascynuję. Ale jest jeszcze jedna rzecz.

Dystans.

Podczas tego roku spędzonego w Kalkucie przed studiami, zauważyłam, że wielu Indusów odnosi się do jasnoskórych cudzoziemców z dystansem. Zwłaszcza zaś do tych z Europy, którzy swoją osobą tak bardzo przypominają tych paskudnych, brytyjskich kolonizatorów. I ja, siłą rzeczy, także mam doklejaną taką metkę. Jak to kiedyś powiedział R.: „Bóg uciekł z Indii na widok Brytyjczyków”, a ja swoją obecnością o tym przypominam.

I tak właśnie, podczas pierwszych zajęć z Modern Social Theories, rozmawiamy o metodologiach badawczych w naukach społecznych, o tym jak konstruuje się wiedzę. I wykładowca bierze mój oryginalny przykład (nie tylko że obcokrajowczyni, ale także i zdeklarowana antropolożka) i zadaje pytanie, skąd się wzięła antropologia? Na sali cisza. Prawie 40 osób i cisza. Słychać szum wiatraków, wieje lekka bryza, pot spływa mi po czole cienkimi stróżkami (spływa wszystkimi, bo jest dobre 30 parę stopni i monsunowa duchota). No i w końcu podnoszę tę rękę i mówię: „colonial administration”. Dokładnie, rzecze Pan Profesor AM. I opisuje w skrócie początki dyscypliny, jak to tam było, gwoli przypomnienia, bo przecież wszyscy to już przerabiali.

I robi to tak jak miałam nadzieję, że zrobi – ze zdrowym podejściem, ani negatywnie, ani pozytywnie, rzeczowo, świetnie. Nawet zwracając uwagę na podobne problemy etyczne, o których pamiętam jak dyskutowaliśmy jeszcze na pierwszym roku. Standard. Historia przecież. Na koniec tylko dodaje, pół-żartem, pół-serio, że w wielu krajach na Zachodzie wciąż panuje przekonanie, że żeby się sprawdzić jako badacz trzeba jechać „gdzieś w tropiki” (tu przywołuje Malinowskiego). Ja od razu podnoszę rękę i mu mówię, że antropologia w domu, że to i tamto i tak dalej. Ale wzrok klasy na swoich plecach jak czułam trochę, tak czuję mocniej. I to chyba nie tylko dlatego że właśnie się odezwałam, ani nie dlatego że akurat siedzę w pierwszej ławce. Raczej siła skojarzeń. Raczej „Mania w Tropikach”.

Z jednej strony, spodziewałam się tego i to w takiej właśnie formie. Antropolożka w badaniach. Klasyka, czyż nie? Trzeba będzie sobie z tym radzić, z porównaniami, żartami o moim neokolonializmie (który, swoją drogą, jako problem należy brać śmiertelnie poważnie). Z tymi dziwnymi, zdystansowanymi spojrzeniami, w których jednak jest potencjał na koleżeństwo, jest ciekawość poznania, choć pomieszana z obawą o zostanie ocenionym. Trzeba będzie sobie radzić z demaskującym obcość wyglądem – kolorem skóry, włosów, oczów, ogona. Nawet wzrostem. Trzeba będzie tłumaczyć. Dużo. Zawsze.

Ok. Może być. Zgadzam się. Będę wszystko cierpliwie znosić, nawet jeśli będę musiała to robić do końca moich dni. Bo czego się nie robi z miłości?

Otagowane , , , , , ,

Indiopol, czyli antroPOLożka w Kalkucie

Tekst ten oraz podobne wpisy tworzyć będą autorską serię Mani Góralskiej „Indiopol”, gdzie będzie nam tu ona dekonstruować i opisywać swoje doświadczenie codzienności studenckiej w mieście Kalkuta. Okiem, uchem, brzuchem i paluchem. Krytycznie, pół-żartem i pół-serio. Enjoy!


Spakowanie dobytku zajęło mi niewiele czasu, a jednak konstrukcje narosłe wokół zgromadzonych przedmiotów okazały się cięższe do udźwignięcia niż sądziłam. Ostatniego dnia z lubością oddałam się więc melancholijnym wspomnieniom zasiedlającym moją pamięć. Ostatniego dnia przed wylotem. Do Indii. Na dwuletnie studia magisterskie.

Ale od początku. Indie odwiedzałam już wcześniej, spędzając w nich zawsze dłuższe okresy czasu. Powód? Przede wszystkim badawczy, także prywatny, towarzysko-turystyczny. Doświadczenia? Ani pozytywne, ani negatywne. Mieszane uczucia. Bo jakie mają być? Umówmy się szczerze – teren badań nie ma być do kochania. Tzn. można go kochać krytycznie, ale rzadko, bardzo rzadko bywa to miłość ślepa, lukrowana. O wiele częściej słodko-gorzka – zbyt dobrze znamy przecież realia tej rzeczywistości, w której przyszło nam pracować. Indie dla wielu jawią się jednak jako egzotyczna kraina roześmianych ludzi, odzianych w kolorowe stroje i tańczących ‘w deszczu strugach’. Po prostu Bollywood. I jawią sie takimi nawet tym co już je odwiedzali, nawet antropologom, którzy przecież powinni „wiedzieć lepiej”. Nie zrozumcie mnie źle. Ten kraj naprawdę mnie fascynuje. Ale także, nie tak znowóż rzadko, przeraża.

Koniec końców zdecydowałam się zostać tutaj na dłużej. Tutaj, czyli w Kalkucie, stan West Bengal, przy wschodniej granicy Indii. Tuż przy Bangladeszu, niedaleko do Darjeelingu, Sikkimu, Assamu, gdzie rośnie herbata. Wybrałam kierunek – MA Socjologia (o tym czemu, później!). Wybrałam miejsce – Jadavpur University. Zaaplikowałam o stypendium do Indian Council of Cultural Relations. I dostałam się. Początek roku akademickiego: 1 lipca (!)

Bez względu na to czy jest się antropologiem, czy nie, bardzo trudno jest wyjechać gdzieś na tak długo. Pewnie, będzie się odwiedzać ojczyznę. Ale dwa lata – szmat czasu. Na badania terenowe zazwyczaj jeździ się krócej, na parę miesięcy. A tutaj? Jak sobie poradzić w sytuacji w której teren zamienia się w miejsce do życia?

Od początku studiów (antropologicznych/etnologicznych/socjologicznych) uczy się nas jak być etnografami – jak rozmawiać z ludźmi, jak zachowywać się w terenie. Jak prowadzić wywiady i jak obserwować. Poznajemy doświadczenia badaczy przed nami – Ojców Założycieli, Malinowskiego czy Radcliffe-Browna, badaczy późniejszych – Douglas, Shostak i Geertza. Czytamy także i o tych, którzy w swoich terenach zostali na zawsze, wchodząc w bliższe jeszcze związki ze społecznością lokalną. O przypadkach tych nie słyszymy jednak w pozytywnym kontekście, postrzega się je raczej jako wypadki przy pracy – albo nie mówi się o nich wcale. Zakochał się? No tak, każdemu się zdarza. Prowadzenie badań jest jednak częścią naszego życia, angażujemy się w nie emocjonalnie, uczuciowo. Tworzymy przyjaźnie, które czasem mogą zamienić się w coś poważniejszego. I nie mam tu na myśli problematyki wpływu „osobistego zaangażowania” na wyniki badań (jakbyśmy się i tak już nie angażowali jako etnografowie). Mam na myśli migrację. Zmianę podejścia z „i tak kiedyś wrócę do siebie” na „zostanę tu na zawsze”. It makes a difference, isn’t it?

Wygrzebałam w Internecie artykuł dr Josepha Webstera z Cambridge, który częściowo porusza tę problematykę. Przywołuje on słynną już chyba radę, jaką dano Evansowi-Pritchardowi, kiedy po raz pierwszy jechał do Sudanu – “get a good desk for writing, take two tablets of quinine a day, and keep off the local women”. Co więcej, wspomina on także, co doradzono jemu samemu: “treat your fieldwork like a romance: you have to fall in love with them and you have to make them fall in love with you” [1]. Wszyscy wiemy, że to metafora, ale także zdajemy sobie sprawę, że ta miłość to broń obosieczna.

Także kiedy wylądowałam w Kalkucie w niedzielę 29 czerwca, wiedziałam że będzie tylko trudniej. Ale co zrobić? Taki żywot antropolożki. Witaj przygodo!

[1] http://www.religiousstudiesproject.com/2012/03/28/joseph-webster-ethnographic-fieldwork-falling-in-love-or-keeping-your-distance/

Otagowane , , ,