Indiopol, czyli antroPOLożka w Kalkucie

Tekst ten oraz podobne wpisy tworzyć będą autorską serię Mani Góralskiej „Indiopol”, gdzie będzie nam tu ona dekonstruować i opisywać swoje doświadczenie codzienności studenckiej w mieście Kalkuta. Okiem, uchem, brzuchem i paluchem. Krytycznie, pół-żartem i pół-serio. Enjoy!


Spakowanie dobytku zajęło mi niewiele czasu, a jednak konstrukcje narosłe wokół zgromadzonych przedmiotów okazały się cięższe do udźwignięcia niż sądziłam. Ostatniego dnia z lubością oddałam się więc melancholijnym wspomnieniom zasiedlającym moją pamięć. Ostatniego dnia przed wylotem. Do Indii. Na dwuletnie studia magisterskie.

Ale od początku. Indie odwiedzałam już wcześniej, spędzając w nich zawsze dłuższe okresy czasu. Powód? Przede wszystkim badawczy, także prywatny, towarzysko-turystyczny. Doświadczenia? Ani pozytywne, ani negatywne. Mieszane uczucia. Bo jakie mają być? Umówmy się szczerze – teren badań nie ma być do kochania. Tzn. można go kochać krytycznie, ale rzadko, bardzo rzadko bywa to miłość ślepa, lukrowana. O wiele częściej słodko-gorzka – zbyt dobrze znamy przecież realia tej rzeczywistości, w której przyszło nam pracować. Indie dla wielu jawią się jednak jako egzotyczna kraina roześmianych ludzi, odzianych w kolorowe stroje i tańczących ‘w deszczu strugach’. Po prostu Bollywood. I jawią sie takimi nawet tym co już je odwiedzali, nawet antropologom, którzy przecież powinni „wiedzieć lepiej”. Nie zrozumcie mnie źle. Ten kraj naprawdę mnie fascynuje. Ale także, nie tak znowóż rzadko, przeraża.

Koniec końców zdecydowałam się zostać tutaj na dłużej. Tutaj, czyli w Kalkucie, stan West Bengal, przy wschodniej granicy Indii. Tuż przy Bangladeszu, niedaleko do Darjeelingu, Sikkimu, Assamu, gdzie rośnie herbata. Wybrałam kierunek – MA Socjologia (o tym czemu, później!). Wybrałam miejsce – Jadavpur University. Zaaplikowałam o stypendium do Indian Council of Cultural Relations. I dostałam się. Początek roku akademickiego: 1 lipca (!)

Bez względu na to czy jest się antropologiem, czy nie, bardzo trudno jest wyjechać gdzieś na tak długo. Pewnie, będzie się odwiedzać ojczyznę. Ale dwa lata – szmat czasu. Na badania terenowe zazwyczaj jeździ się krócej, na parę miesięcy. A tutaj? Jak sobie poradzić w sytuacji w której teren zamienia się w miejsce do życia?

Od początku studiów (antropologicznych/etnologicznych/socjologicznych) uczy się nas jak być etnografami – jak rozmawiać z ludźmi, jak zachowywać się w terenie. Jak prowadzić wywiady i jak obserwować. Poznajemy doświadczenia badaczy przed nami – Ojców Założycieli, Malinowskiego czy Radcliffe-Browna, badaczy późniejszych – Douglas, Shostak i Geertza. Czytamy także i o tych, którzy w swoich terenach zostali na zawsze, wchodząc w bliższe jeszcze związki ze społecznością lokalną. O przypadkach tych nie słyszymy jednak w pozytywnym kontekście, postrzega się je raczej jako wypadki przy pracy – albo nie mówi się o nich wcale. Zakochał się? No tak, każdemu się zdarza. Prowadzenie badań jest jednak częścią naszego życia, angażujemy się w nie emocjonalnie, uczuciowo. Tworzymy przyjaźnie, które czasem mogą zamienić się w coś poważniejszego. I nie mam tu na myśli problematyki wpływu „osobistego zaangażowania” na wyniki badań (jakbyśmy się i tak już nie angażowali jako etnografowie). Mam na myśli migrację. Zmianę podejścia z „i tak kiedyś wrócę do siebie” na „zostanę tu na zawsze”. It makes a difference, isn’t it?

Wygrzebałam w Internecie artykuł dr Josepha Webstera z Cambridge, który częściowo porusza tę problematykę. Przywołuje on słynną już chyba radę, jaką dano Evansowi-Pritchardowi, kiedy po raz pierwszy jechał do Sudanu – “get a good desk for writing, take two tablets of quinine a day, and keep off the local women”. Co więcej, wspomina on także, co doradzono jemu samemu: “treat your fieldwork like a romance: you have to fall in love with them and you have to make them fall in love with you” [1]. Wszyscy wiemy, że to metafora, ale także zdajemy sobie sprawę, że ta miłość to broń obosieczna.

Także kiedy wylądowałam w Kalkucie w niedzielę 29 czerwca, wiedziałam że będzie tylko trudniej. Ale co zrobić? Taki żywot antropolożki. Witaj przygodo!

[1] http://www.religiousstudiesproject.com/2012/03/28/joseph-webster-ethnographic-fieldwork-falling-in-love-or-keeping-your-distance/

Reklamy
Otagowane , , ,

3 thoughts on “Indiopol, czyli antroPOLożka w Kalkucie

  1. Anu pisze:

    Kiedy wróciłam po roku z Indonezji i pani Kasia W. zapytała „jak się wraca”, pomyślałam – jest dziwnie… tęsknię, kocham i nienawidzę tego miejsca jednocześnie. Lubię i nie lubię tam być. Ale tu (w Polsce) teraz też już jakoś nie do końca. Pani Kasia stwierdziła wtedy: „czyli teraz już wiesz, co to jest teren”. Mój bilet w jedną stronę za dwa tygodnie. Może będzie o czym popolemizować.

    • Antropoludens pisze:

      Pewnie że będzie! Ja obstaję przy swoim – teren terenem, a migracja migracją (w końcu to przenoszenie „domu”!). Dwie sytuacje podróży – niby podobne, a jednak tak inne. Z niecierpliwością czekamy na wieści od Ciebie, Anu! 🙂 ~ Mania

    • Czyżbyś była na stypendium z Ambasady Indonezji? Myślałem o tym, ale wydają się być niezwykle restrykcyjni, czy naprawdę tak jest? Szczerzę mówiąc chciałem zobaczyć też okoliczne kraje, ale wg stypendium jest to zakazane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: