Indiopol: Mania w Tropikach

Kampus Jadavpur University ma to do siebie, że jest ogromny (prawie 2,5 km2!). Mieści w sobie prawie wszystkie uniwersyteckie wydziały, budynki administracyjne i akademiki oraz całą masę przeróżnych, podejrzanych obiektów – amfiteatr, warsztat maszyn maszynowych, jeziorko oraz niewielkie pole, które w zasadzie powinno być boiskiem, jednak mało kto go używa – zajęć WF brak (a szkoda, bo mogłoby być to doświadczenie zaiste bezcenne!).

Pierwszego dnia zajęć zameldowałam się grzecznie w Foregin Student Cell, wypełniłam i podpisałam co trzeba, a następnie otrzymałam instrukcję jak dostać się na Wydział Socjologii. Instrukcja brzmiała: w lewo, prosto do końca i w prawo, też do końca. Niby proste, prawda? Ha! Fool’s hope! Po godzinie poszukiwań w końcu, w pocie czoła (co akurat nie jest wielkim osiągnięciem), dotarłam na samiusieńki możliwy koniec końców, gdzie, jak się okazuje, pośród gąszczu zieleni, gruzów po remoncie sąsiedniego amfiteatru, stoi on. Mój wydział. Wieża.

20140714_140505

No dobra, żartuję, żadna tam wieża. Po prostu budynek Wydziału Socjologii robi specyficzne wrażenie. Stojąc na pustym placyku, oraz w porównaniu do średniej wysokości budynków Kampusu (3 piętra), wydaje się złowieszczo wysoki (5 pięter). W ogóle cała sceneria przywodzi na myśl urzeczywistnione, mistrzowskie opisy Bruno Schultza ze Sklepów Cynamonowych. Trochę strasznie, trochę hipnotyzująco, a wszystko niby w zastoju, a jednak wewnątrz, w murach budynku tętni życie i produkuje się umysł socjologiczny (czy też socjologiczno-antropologiczny, jak mam nadzieję się nie zawieść). A może to magia zbitego szyldu z nazwą wydziału? Budynek ma jeszcze swoje inne, oficjalne imię, pięknie zakomunikowane dużymi, błyszczącymi w słońcu literami. Rabindra Bhavan. Rabindra od Rabindranatha Tagore (a kto go tu nie kocha ubóstwia?). A Bhavan to po prostu budynek.

Także pierwszego dnia zajęć wkraczam do środka i gramolę się na drugie piętro. Pusto. Hm. Nie wiem o której zajęcia się zaczynają, no bo skąd? Pan z administracji nie wie, Pan urzędujący w sekretariacie na Socjologii też nie wie. Proszę siąść i czekać. No więc siadam i czekam. Mija godzina. Uff, jak gorąco. Ale jak dobrze, że mają tu tyle wiatraków! Po jakimś czasie przychodzi Pan Profesor BB. Rozmarzonym wzrokiem pytania się mnie „A Pani tu skąd?”. A ja na to „Z Polski, sir. Na studia magisterskie. Ze stypendium”. Profesor BB się śmieje: „Po co wy do tych Indii przyjeżdżacie?”. Następnie zadaje różne pytania, a czemu Indie, a czemu Kalkuta, a w ogóle to po co. I że on w Stanach siedział, i że zajmuje się socjologią technologii (<3). I ja go słucham, i słucham. Przytakuję, uśmiecham się, żartuje. I myślę sobie, uff, udało się. Nie jest źle. Zapowiada się ciekawie. Profesor BB wydaje się rozsądny, więc może i reszta będzie.

Mija pierwsze dziesięć dni zajęć. W tym okresie albo zajęć nie ma, albo są wprowadzające. Nie ma się czego z resztą czepiać, plan się ustala, normalka, tak samo jest i u nas. Wykładowcy wracają z badań, kończą pracę z doktorantami i nie mają jeszcze czasu na jakichś tam magisterniaków. I się im, mówiąc szczerze, nie dziwię.

Na Jadavpur University nie ma studiów I stopnia z socjologii/antropologii społecznej. Od tego są inne college porozrzucane po mieście, które w klimacie i w sposobie nauczania stanowią raczej kontynuację liceów. Co z resztą sami przyznają ich absolwenci (częściowo sobie to chwaląc, a częściowo narzekając). Problem polega jednak na tym, że na takich magisterskich w JU (uważanym za najlepszy na wschodzie Indii ośrodek nauk społecznych) ląduje zupełnie patchworkowa grupa studentów, na bardzo różnym poziomie zaawansowania, zarówno teoretycznego, jak i językowego (piątka piątce nie równa). Parę moich koleżanek (i dwóch na dwóch kolegów) nie mówi po angielsku zbyt dobrze (choć wszystko elegancko rozumieją). Przyczyna? Studiowali w państwowych placówkach z wykładowym bengalskim. Są jednak inteligentni i im zależy. Gdyby im nie zależało nie poszli by na magisterskie w ogóle. W Indiach w dalszym ciągu większość studentów (czyli niezwykle przepastna middle class) po uzyskaniu dyplomu BA nie kontynuuje nauki, bo licencjat na socjologii to wystarczająco, aby znaleźć dobrą pracę. Np. jako nauczycielka w liceum.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W każdym razie, różnice w poziomie wiedzy o teorii socjologicznej i metodach badawczych, sprawiają, że różni wykładowcy na różne sposoby starają się sprostać zadaniu zaspokajania potrzeb wszystkich. Mój ulubiony przykład to Pani Profesor PS, która każde zdanie po angielsku tłumaczy na bengalski (choć nie musi i nie powinna). Nie mniej, nie narzekam. Dla mnie i tak najważniejsza jest wiedza, którą mogę uzyskać na zajęciach z  Indian Society – Selected Issues czy Indian Sociologists, bo tu mam największe braki. Z przyjemnością po raz nie wiadomo który przeczytam Orientalizm Saida i nie będę się (zbyt) popisywać, bo nie chcę moich koleżanek (i dwóch kolegów), którzy go nie znają, onieśmielić jeszcze bardziej.

Bo onieśmielam. Tym, że jestem z tego odległego, bogatego Zachodu, a jednak przyjechałam do Indii, i to jeszcze na stypendium rządowym. Tym, że mam jasną skórę i jak jest mi gorąco to się rumienię (oni tutaj nie mają za bardzo do czynienia z tym zjawiskiem). Tym, że całkiem nieźle odnajduję się w indyjskiej modzie i już wiem co się z czym nosi. Tym że paraduję jednak czasem w tych zachodnich ciuchach i używam na zajęciach Kindle (pożyczonego, ale co tam). Tym, że spędziłam prawie rok w Kalkucie, jeszcze przed studiami i doskonale wiem co i gdzie jest. Tym, że jestem z tej dalekiej Europy, którą każdy chciałby choć raz w życiu odwiedzić. Generalnie, trochę straszę i trochę fascynuję. Ale jest jeszcze jedna rzecz.

Dystans.

Podczas tego roku spędzonego w Kalkucie przed studiami, zauważyłam, że wielu Indusów odnosi się do jasnoskórych cudzoziemców z dystansem. Zwłaszcza zaś do tych z Europy, którzy swoją osobą tak bardzo przypominają tych paskudnych, brytyjskich kolonizatorów. I ja, siłą rzeczy, także mam doklejaną taką metkę. Jak to kiedyś powiedział R.: „Bóg uciekł z Indii na widok Brytyjczyków”, a ja swoją obecnością o tym przypominam.

I tak właśnie, podczas pierwszych zajęć z Modern Social Theories, rozmawiamy o metodologiach badawczych w naukach społecznych, o tym jak konstruuje się wiedzę. I wykładowca bierze mój oryginalny przykład (nie tylko że obcokrajowczyni, ale także i zdeklarowana antropolożka) i zadaje pytanie, skąd się wzięła antropologia? Na sali cisza. Prawie 40 osób i cisza. Słychać szum wiatraków, wieje lekka bryza, pot spływa mi po czole cienkimi stróżkami (spływa wszystkimi, bo jest dobre 30 parę stopni i monsunowa duchota). No i w końcu podnoszę tę rękę i mówię: „colonial administration”. Dokładnie, rzecze Pan Profesor AM. I opisuje w skrócie początki dyscypliny, jak to tam było, gwoli przypomnienia, bo przecież wszyscy to już przerabiali.

I robi to tak jak miałam nadzieję, że zrobi – ze zdrowym podejściem, ani negatywnie, ani pozytywnie, rzeczowo, świetnie. Nawet zwracając uwagę na podobne problemy etyczne, o których pamiętam jak dyskutowaliśmy jeszcze na pierwszym roku. Standard. Historia przecież. Na koniec tylko dodaje, pół-żartem, pół-serio, że w wielu krajach na Zachodzie wciąż panuje przekonanie, że żeby się sprawdzić jako badacz trzeba jechać „gdzieś w tropiki” (tu przywołuje Malinowskiego). Ja od razu podnoszę rękę i mu mówię, że antropologia w domu, że to i tamto i tak dalej. Ale wzrok klasy na swoich plecach jak czułam trochę, tak czuję mocniej. I to chyba nie tylko dlatego że właśnie się odezwałam, ani nie dlatego że akurat siedzę w pierwszej ławce. Raczej siła skojarzeń. Raczej „Mania w Tropikach”.

Z jednej strony, spodziewałam się tego i to w takiej właśnie formie. Antropolożka w badaniach. Klasyka, czyż nie? Trzeba będzie sobie z tym radzić, z porównaniami, żartami o moim neokolonializmie (który, swoją drogą, jako problem należy brać śmiertelnie poważnie). Z tymi dziwnymi, zdystansowanymi spojrzeniami, w których jednak jest potencjał na koleżeństwo, jest ciekawość poznania, choć pomieszana z obawą o zostanie ocenionym. Trzeba będzie sobie radzić z demaskującym obcość wyglądem – kolorem skóry, włosów, oczów, ogona. Nawet wzrostem. Trzeba będzie tłumaczyć. Dużo. Zawsze.

Ok. Może być. Zgadzam się. Będę wszystko cierpliwie znosić, nawet jeśli będę musiała to robić do końca moich dni. Bo czego się nie robi z miłości?

Reklamy
Otagowane , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: