Indiopol: Spokojnie, to tylko miasto (albo głową w mur)

Indiopol 3: Spokojnie, to tylko miasto // Głową w mur

Kalkuta nie jest miastem starym. Jest znacznie młodsza od Delhi (VI w. p.n.e.) czy Bombaju (VI w. p.n.e.), a nawet Warszawy (ok. IX w. n.e.). Jeszcze w XVII wieku były tutaj tylko tereny rolnicze, parę chatek, słowem – wiejska sielanka. A potem przypłynęli Brytyjczycy i poszło z górki. Miasto rozrastało się i rozrastało, i dziś jako aglomeracja liczy już ponad 14 milionów mieszkańców, upchniętych na ponad 1 800 km2 (wliczając w to migrację z przyległości oraz sezonowych migrantów z sąsiednich stanów). No tak. Jeszcze trochę i mamy pół Polski.

Auto-riksza, Auto-riksza

Tak więc, Kalkuta stara nie jest, ale za to ludna. I głośna. I w tym tkwi właśnie jej urok. Jeżeli chcecie doświadczyć uroczego indyjskiego tłumu rodem z filmów Bolly, chodników pełnych przekupniów, ulic zatłoczonych rikszami, tuk-tukami (tutaj zwanymi auto-rikszami), dziesiątkami tysięcy żółciótkich taksówek marki Ambasador (oficjalnie najlepsza taksówka na świecie), rozklekotanymi autobusami oraz setkami tysięcy samochodów, zapraszam do nas! Kalkuta tym jednak różni się ponoć od innych miejskich molochów w Indiach, że jest przestrzennie bardziej przyjazna, mniej opresyjna. Tak przynajmniej twierdzą Indusi. I trzeba im przyznać rację. Jest znośnie, jak na lokalne możliwości. Wypadałoby zatem zadać sobie trochę trudu i spróbować odpowiedzieć na pytanie, a czemuż?

Wystarczyło krótkie śledztwo (przepytywanie znajomych), aby znaleźć możliwe rozwiązanie naszej małej zagwostki. Otóż wydaje się, że miasto swoją przystępność zawdzięcza brytyjskiemu dziedzictwu, zbiurokratyzowanej kolonialnej administracji. To właśnie jedne z jej dawnych rozporządzeń – których część obowiązuje do dziś – uratowały stare centrum miasta od zabudowania wieżowcami. Kalkuta, niegdyś jeden z najważniejszych portów Azji, rozłożyła się na glebach aluwialnych, które z oczywistych względów nie sprzyjają wysokiemu budownictwu (czego jednak do dziś wiele osób nie rozumie…). Dzisiaj, kiedy miasto liczy sobie już parę set lat, dzięki „nowym technologiom”, wielopiętrowe biurowce oraz bloki mieszkalne (rodem z PRL) rosną jak grzyby po deszczu na jego obrzeżach. Choć i tu deweloperzy nie mają łatwo – dzięki wysiłkom kilku działaczy społecznych, wspartych przez przeróżne mniejsze lub większe osobistości, okoliczne waterlands, czyli mokradła oraz stawy rybne, udało się uchronić przed zasypaniem. Podobnie jak starą część miasta (Centrum i Północ), pamiętającą jeszcze czasy rządów Kompanii Wschodnioindyjskiej.

Pod koniec zeszłego tygodnia gościliśmy z R. przez parę dni Annę, działaczkę społeczną z Wielkiej Brytanii, która wybrała się w podróż po Indiach. Korzystając z dnia akurat wolnego (zajęcia odwołane ze względu na któreś ze świąt, przydarzających się nad wyraz często), zabrałam koleżankę na spacer do starej części miasta. Zwiedziłyśmy tzw. standard – okolice Park Street, New Market oraz tereny wokół Victoria Memorial. Kiedyś napiszę o tych wspaniałych przybytkach więcej, teraz tylko pokrótce. Poza Wiktorią, czyli muzeum-pomnikiem, przez pozostałe obszary w zasadzie przeleciałyśmy. Albo inaczej – ja pędziłam, a Anna za mną. Monsun nie jest najlepszym momentem na zwiedzanie wiekowych ulic – przed błotem po kostki nie uchronią nawet najlepsze kaloszki, a od hałasu ulicy i tłoku ludzkiego – uroczego w dni słoneczne – można zwariować. A poza tym ile można patrzeć na te piękne, kolonialne kamienice i wille? Jest ich tysiące, a każda mniej lub bardziej taka sama.

Także, po całodziennym maratonie siedzimy razem z Anną w parku. Podziwiamy wyjątkowo zadbane jeziorko oraz przytłaczający budynek Victoria Memorial. Wokół nas zakochane pary – przestrzeń parkowa jest w dużych miastach jednym z niewielu miejsc, gdzie młodzi mogą bez obaw umawiać się na schadzki oraz liczyć na minimum prywatności dla swoich uczuć. Drugim miejscem są centra handlowe, ale tam nie wypada przecież publicznie się obściskiwać. Za dużo ludzi, no i za duże zagrożenie wpadnięciem na któreś z ciotek lub wujków.

Zatem siedzimy w parku. Pytam się Annę, co sądzi o Kalkucie. Anna odpowiada, że to interesujące miasto. Bardzo intensywne, o wiele więcej ludzi na ulicach w porównaniu do Bombaju czy Chennai, ale jest milej, może dlatego że czuć tutaj historię, widać upływ czasu na starych budynkach, w dalszym ciągu służącym mieszkańcom miasta. Przytakuję.

No właśnie, czuć. Kalkuta, z resztą podobnie jak Warszawa (przepraszam za ciągłe jej przywoływanie, to tak z sentymentu do rodzinnej wsi), nie należy do miast które można „zobaczyć” w ciągu jednego dnia. Poza Wiktorią, Muzeum Narodowym czy świątynią Kali, nie ma tutaj zbyt wielu słynnych zabytków (nie wliczam domu Matki Teresy czy Tagore). Wzrok nie jest w tym mieście najważniejszym narzędziem poznawczym. Po Kalkucie nie da się spacerować – za głośno, za ciasne uliczki, zatłoczone chodniki. No dobra, są miejsca w których można, ale jest ich niewiele. Zazwyczaj człowiek pragnie tylko przemieścić się z punktu A do punktu B. Ale co poradzić? Takie właśnie jest to miasto. Żeby naprawdę poznać, zrozumieć i docenić Kalkutę trzeba ją doświadczyć. Czasem może być to bolesne, zwłaszcza jeśli człowiek nie wie czego się spodziewać. Ale warto spróbować. Warto zatrzymać się na uliczną herbatę czy przekąskę (puchka! batata puri! papri chat!), zjeść lunch w wegeteriańskim fast foodzie Haldiram czy biryani z koziną w muzułmańskiej restauracji, przejechać się auto-rikszą, pójść nad rzekę Hoogli i wynająć łódkę, wieczorem wpaść na koncert rockowy, a rano na chińskie śniadanie. Tego wszystkiego nie da się jednak zrobić bez czyjejś pomocy. Kalkuta należy do tego typu miast, które pilnie strzegą swoich sekretów. Podobnie jak w Warszawie, najlepsze punkty na jej mapie są zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych. Być może dlatego wycieczki zagraniczne zatrzymują się w dawnej stolicy Indii tylko na jeden dzień, a backpakersi na dwa czy trzy, w drodze do Varanasi, Darjeelingu czy na Andamany.

Ale może to dobrze, że tak jest…? Jak by zapewne odparł Pan John Urry, turystyka ma być przede wszystkim wypoczynkiem. Po co się niepotrzebnie męczyć, wystarczy z dystansem „pospoglądać” [1].

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Idę na zajęcia. W sąsiedztwie łapię trzykołową auto-rikszę, która kursuje na trasie Tollygunge Metro – Jadavpur University. W przeciwieństwie do innych stanów, tuk-tuki w tej części Indii funkcjonują jak dzielnicowe mini auto-busy (przy czym autobusy są międzydzielnicowe). Mieszczą czterech pasażerów z kierowcą i pędzą na gazie aż miło.

Także, wsiadam do środka i zaczyna się zabawa. Jako że auto ma tylko przednią szybę wiatr przyjemnie chłodzi pasażerów; mniej przyjemne są spaliny które docierają do nas za każdym razem kiedy przeciskamy się między sznurkiem autobusów i samochodów czekających na zmianę świateł. Rozmiarowo są niezwykle praktyczne – myk-myk poboczami dróg, myk-myk wąskimi osiedlowymi uliczkami i jestem u celu. Szybko i za całe sześć rupii. Tyle samo co autobus. Taniocha. Są może tylko trochę bardziej niebezpieczne, bez tych okien i drzwi… Choć na pewno nie tak jak tradycyjne riksze rowerowe, najbardziej lokalne, które wynajmuje się indywidualnie. Potwornie chybotliwe diabelstwa, no i kosztowne – całe 20 do 40 rupii!

Czasami idąc do szkoły biorę autobus (żeby go złapać muszę się przejść kawałek/ podjechać auto do większej ulicy). Autobusy to wyższa szkoła jazdy. Z auto-rikszami jest prosto, bo wystarczy powiedzieć na postoju gdzie się chcę, a panowie wskażą odpowiedni wehikuł. Potem tylko człowiek siedzi chwilę i czeka, aż uzbiera się reszta pasażerów (minimum trójka żeby riksza w ogóle ruszyła). No dobra, to też nie jest takie znowóż proste, żeby załapać jak cały ten auto-rikszowy system funkcjonuje. Tłumaczenia znajomych nie do końca pomagają, trzeba samemu się w tym temacie rozeznać. Z autobusami wiążę się jednak o wiele więcej hałasu i ulicznego harmidru. Pędzą z otwartymi drzwiami wejściowymi, zatrzymują się gdzie popadnie, zgarniając ludzi z ulicy jak leci. Numery z mojej dzielnicy znam już dobrze, ale zazwyczaj po prostu czekam na poboczu i widząc przędzącą maszynę macham ręką i wykrzykuję nazwę miejsca, do którego chcę się udać: „Maidan! Maidan!” albo „Metro! Metro!”, a pan bileter – lub któryś z pasażerów – potwierdza albo kręci głową. Jeśli potwierdza to łapię się poręczy i w iście wyczynowym stylu wskakuję do środka. Od razu dodam, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – tak tutaj podróżuje się autobusami, to nie tylko moja cudzoziemska nieporadność. Do truchtu podrywają się zarówno matki z dziećmi, jak i babcie, dziadkowie oraz obładowani towarem sprzedawcy. Bez wyjątku. Czy są w mieście przystanki autobusowe? Są, całkiem sporo. Czy autobusy się na nich zatrzymują? Na pewno przystają w pobliżu, na krócej jeśli akurat jest zielone, albo na dłużej, jeśli akurat czerwone. Nie mniej, za pędzącym autobusem się biegnie i nikt się temu nie dziwi.

A w środku nieźle rzuca, motor rechocze złowieszczo, z frontu spoglądają przenikająco wizerunki przeróżnych bóstw i mędrców, czasem towarzyszą im spojrzenia zaciekawionych współ-pasażerów. Ostatnio jest ich co raz więcej. Czemu więcej? Widząc obcokrajowca próbującego podróżować autobusem ludzie oczekują zagubionego turysty z oczami wielkości spodków. Kiedy takowy pasażer okazuje się być jednak w miarę ogarnięty, do ciekawości dołącza odwaga – i zaczynamy rozmawiać.  I to jest fajne, bo człowiek od razu czuje się z siebie dumny. Bo się samodzielnie porusza, bo może komuś sprawić przyjemność tym, że już „tak dużo” wie o Kalkucie i trochę „gawari” po bengalsku.

Takie małe rzeczy cieszą zwłaszcza po całym dniu walenia głową w mur. Mur czego? Biurokracji. Mimo obiecującego poranka (uporałam się z procedurą zakładania konta w banku indyjskim!), popołudnie okazało się dziś wyjątkowo rozczarowujące. Po długiej rozmowie, Szanowna Pani Profesor RS, dyrektorka Departamentu Socjologii, odmówiła mi możliwości udziału w zajęciach dla drugiego roku. O wiele ciekawszych niż te z pierwszego semestru (których jest tylko cztery, po dwa razy w tygodniu, co daje JEDYNE 8 godzin lekcyjnych tygodniowo). Aghrrr. Co zrobić. Trzeba będzie te dwa lata grzecznie (?) wysiedzieć. Ale nie martwcie się o mnie! Już sobie znalazłam dodatkowe zajęcie. Poza tym wszystkim co robię na codzień – tj. badaniem na własną rękę oraz pisaniem, pisaniem i pisaniem. W zeszłym tygodniu zaczęłam regularne zajęcia bengalskiego. Dwa razy w tygodniu, Ramakrishna Mission’s School of Languages. A od grudnia dołączy do tego… rosyjski!

Jak już (prawie) każdy bierze mnie tutaj za Rosjankę, po czym się chwali, że zna parę słów po rosyjsku, a ja mu na to, że ja to tak średnio, albo i wcale, to dla przyzwoitości (i przede wszystkim z powodów praktycznych – wszędzie go pełno w niedalekim sąsiedztwie od Indii), się tego języka nauczę. A co.

[1] Patrz: J. Urry, Spojrzenie turysty i in.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: