Indiopol: Postępowe jeansy, odróżnianie i naznaczanie

Wyglądam przez okno na ulicę, żeby zobaczyć czy pada. Dzielnicowe psy śpią spokojnie na poboczu drogi, za rogiem znika pan na rowerze, owinięty od stóp do głów w przeciwdeszczowy kombinezonik. Uff, tylko popaduje. Jest piątek i wybieramy się z R. na koncert Bikrama Gosha w ramach pierwszej edycji Kolkata Drum Festival. Bierzemy samochód, więc nie zmokniemy, ale i tak wybór obuwia ma znaczenie – w monsunie nawet jeśli masz do przejścia jedyne 500 metrów na pewno ubrudzisz sobie stopy. A przecież nie wypada wparadować na widownię z zabłoconymi paluchami! Także wybieram mokasynki, podobnie jak R. Przyzwoite, niekontrowersyjne, słowem – to czego nam trzeba. R. nie pochwala jednak mojego wyboru odzieży – kolorowej, prostej sukienki z Meksyku. Bardzo skromnej, na swój sposób eleganckiej. Couchsurferka Anna, która jeszcze u nas wtedy gościła, popiera mój wybór. Przecież dekolotu nie widać, sukienka za kolano. Co może być z nią nie tak? R. próbuje cierpliwie wytłumaczyć sprawę dwóm europejskim ignorantkom.

Saree

Problemem jest oryginalność, to że sukienka odchodzi od normy. A na koncercie będą przecież bardzo ważni ludzie, na których będziemy mieć szansę wywrzeć pozytywne wrażanie. Kto wie, może nowe kontakty nam się później przydadzą? R. orzeka, że jestem już wystarczająco widoczna i nie potrzebuję bardziej na siebie uwagi zwracać. Po co mam wyrażać swoją indywidualność, jak mogę po prostu założyć jeansy oraz porządną koszulę? Nie daj Boże ktoś pomyśli, że chcę się popisywać! A w Indiach dobry social network to podstawa. 

Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Indie (styczeń zeszłego roku), kwestię ubioru potraktowałam swobodnie. Nosiłam się grzecznie, zakładałam dłuższe tuniki czy luźniejsze koszule do prostych spodni – jeansów czy dockersów. Nie chciałam się nosić po swojemu (polski folk, trochę retro, trochę standard), nie chciałam się też przebierać za Induskę niczym pretensjonalne turystki – przyjechałam na badania i wolałam pozostać „neutralnie zachodnia”. I nikt nie oczekiwał ode mnie niczego innego. Sari oraz salwar kamiz założyłam tylko raz, na wesele na które mnie i mojego kolegę, T., wówczas zaproszono. Sytuacja zmieniła się jednak znacznie, kiedy przyjechałam do Kalkuty sześć miesięcy później z myślą o zostaniu na dłużej.

Nie wzięłam wielu ubrań, bo pomyślałam, że i tak mogę sobie nowe tanio na miejscu sprawić, zarówno lokalne, jak i takie, które nosiłabym na codzień w Polsce. Całą szafę zostawiłam więc w Warszawie, zabierając tylko najbardziej ulubione rzeczy (oraz buty – rozmiar 40-41 nie jest wyjątkowo popularny w Azji…). Niestety, postąpiłam nieopatrznie, czego nie omieszkał mi uzmysłowić R. Ceny ubrań zachodnich są w indyjskich centrach handlowych zbliżone do tych, które mamy w ojczyźnie. Czyli nie stać mnie na ich regularne kupowanie. Odzież na którą mnie stać to moda lokalna, indyjska z różnymi jej regionalymi odmianami. Salwary, churidary, legginsiki, spódnice do ziemi, kurty krótkie (do połowy uda), kurty długie (przed kolano), kurty mini (za kolano). Z bawełny, lnu lub jedwabiu, drukowane, malowane, wyszywane. Pomyśleć by można, co za problem? Nakupuję sobie tego i w tym łazić będę. Śliczne przecież te wzory, motywy, kolory i kroje. Co za różnica? Ale za pięknie by było, gdyby w całym tym systemie mody nie było drugiego dna.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Panowie

Moda damska oraz męska dzieli się w Indiach na dwa rodzaje – zachodnią oraz indyjską. Kobiety na codzień częściej noszą ubrania indyjskie, mężczyźni zachodnie. Dhoti (dłuższy kawałek materiału zmyślnie zawiązany w pasie) nosi się od święta lub na wyjątkowo ważne rodzinne uroczystości – „pierwszy ryż” dziecka, zaręczyny czy ślub. Lungi, krótką chustę przewiązaną w biodrach, w Kalkucie noszą tylko najbiedniejsi. Reszta zakłada normalne spodnie, a do tego koszule – z długim lub krótkim rękawkiem. Gładkie, białe lub błękitne, w kratkę lub w paski. Zunifromizowane, przyzwoite. Niektórzy, którym zależy aby pokazać, że nie należą do mainstreamu, noszą tradycyjne koszule z długim lub krótkim rękawem i z tzw. chinese collar, skrojone z surowej bawełny lub lnu (zwanych khadi), gładkie lub z wzorami z batiku lub malowanymi (kalamkari). Ach, są jeszcze męskie kurty – długie, bo aż za kolano, także szyte z surówek bawełnianych lub lnianych, czasem z domieszką jedwabiu. W każdym kolorze tęczy; białe lub kremowe i haftowane noszone są najczęściej na codzień przez muzułmanów, na pewno przy okazji świąt. Reszta hinduistyczna także nosi je czasem od święta (o ile nie wskakują w błyszczące sarwani). Jak jest chłodniej dochodzi do tego jeszcze kamizelka a la Nerhu.
To właśnie takie fasony można kupić w sławnym Fabindia – indyjskiej sieci sklepów z dobrej jakości odzieżą, wspierającą rodzimą produkcję tekstyliów. Założona w 1960 roku firma szczyci się precyzyjnym systemem certyfikacji tradycyjnie wytwarzanych materiałów. Obok sieci Anokhi, przez lata stanowiła jedyne miejsce w którym zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą zaopatrzyć się w coś „stylowego”, co jednocześnie nie należy do kategorii „odzież zachodnia”. Dziś można przebierać w designerskich galeriach, choć na tego rodzaju ubrania stać zaledwie garstkę.
Życie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Panie

Sytuacja z kobietami jest proporcjonalnie odwrotna. Kobiety chcące wyglądać dostojnie, poważnie noszą sari. Kolor i materiał zależy od wielu czynników, choć głównie liczy się pogoda – ciepłe jedwabie zimą, przewiewne bawełny latem. Len nie występuje, choć np. szyfon już tak. Prostsze wzory na codzień, sari bardziej wykwintne na okazje. Co bardziej majętne panie tworzą całe kolekcje sari, które zwożą z różnych podróży po kraju – każdy region ma przecież swoje charakterystyczne wzory, którymi można potem się popisywać przed innymi żonami, zzieleniałymi z zazdrości. No i takie sari to przecież inwestycja – dobrze zaopiekowane może służyć i prawnuczkom. Poza tym nosi się także salwar kamiz – luźne spodnie wraz z kurtą maksymalnie do kolana, lub churidar kamiz – wąskie, potwornie niewygodne spodnie wraz z dłuższą kurtą. A do tego obowiązkowo dupatta, aby zakryć biust. Coraz częściej tradycyjne fasony spodni ustępują miejsca legginsom lub jeansom. Młodsze kobiety i dziewczęta chętnie zakładają do nich koszule skrojone w zachodnim stylu lub po prostu t-shirty.

Dobra. To teraz – kto co nosi, kiedy i dlaczego?

Kobiety na stanowiskach rządowych lub pełniące oficjalne, zarządcze funkcje z pewnością będą nosiły sari, eleganckie, w stonowanych kolorach i w dobrym guście, aby dodać sobie powagi. Jak stwierdziła matka R., nikt w firmie, której jest dyrektorką, nie brał by jej poważnie, gdyby paradowała po biurze w salwar kamizie. Czasem go zakłada, ale tylko w luźniejsze dni. Indyjskie prawniczki na sari zakładają dodatkowo kamizelkę lub marynarkę. Niestety nie udało mi się jeszcze żadnej uwiecznić na zdjęciu, parę razy mignęły mi tylko na mieście. Policjantki oraz żołnierki oczywiście noszą uniformy – niektóre w zestawie mają dołączoną także urzędniczą dupattę. Podobnie z mundurkami dziewcząt z tradycyjnych, bengalsko-języcznych szkół – młodsze noszą salwar kamiz, starsze szkolne sari. Tylko dziewczynki w szkołach z wykładowym angielskim noszą od początku do końca spódnice przed kolano.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Które z pań najczęściej noszą ciuchy zachodnie? Nastolatki. Ale także Anglo-Induski, Chinki i indyjskie chrześcijanki. Również dziewczyny z Darjeelingu i Sikkimu – czemu? Ponoć to przez to, że już od czasów brytyjskich rzesze turystów przyjeżdżają podziwiać lokalne widoki oraz klasztory, smakować miejscowej kuchni oraz delektować się herbatą. Mieszkańcy czują się więc bardzo związani z Zachodem. Tak wieść gminna niesie. Wyglądają „zachodnio”, i faktycznie, odwiedzając region człowiek czuje się jakby trochę mniej w Indiach. Zwłaszcza w Sikkimie. Ulice spokojniejsze, populacja mniejsza. Miło.

Tradycyjne fasony dominują więc w ubraniach hinduistek oraz muzułmanek z klasy średniej i niżej, gdzie przyzwoitość jest pierwszą z cnót kobiecych. Eksperymentować odważają się tylko te lepiej wykształcone i bardziej majętne (nie ważne czy przed czy po ślubie). Albo te zupełnie młode (jeszcze w szkole), które „mogą sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa”. Zakładają więc jeansy i luźne T-shirty i czują się nowocześnie. A konserwatywni liderzy czuwają. Jeszcze nie tak dawno temu paru polityków publicznie obwiniało nieprzyzwoity ubiór za wzrost liczby gwałtów na kobietach [Artykuł]. Interesująco odniosła się do tego pewna grupa komediowa [1].

Nie zapominajmy jeszcze o bardziej konserwatywnych muzułmankach przestrzegających hidżabu. W Kalkucie można spotkać wszystko – chusty, czadory, czarczafy, nikaby i burki. Oraz bardzo ciekawe, kolorowe warianty zasłon (patrz galeria wyżej).

O co tyle zamieszania z tym ubiorem? Jak wytłumaczył mi R., w Indiach bardzo dużo wagi przywiązuje się do robienia wrażenia – „jak cię widzą, tak cię piszą”, rzec by można. Ludzie chcą być odbierani w określony sposób, aby więc zaspokoić swoją potrzebę kreowania wizerunku, zakupują rozmaite artefakty. Artefaktem może być telewizor albo smartfon, ale i określone ubranie. Stwarza się pozory bogactwa, dostatniości, przynależenia do określonej grupy społecznej, wspólnoty religijnej czy mniejszości etnicznej. Cytując Phillipa Perrota, „odkąd odzież sama w sobie zaczęła być używana do rozróżniania, stała się także metodą naznaczania. Prawidłowość ta przejawia się w symbolach i konwencjach, […] w tradycjach, przywilejach, dziedzictwach, kastach, lineażach, […] statusach cywilnych, pozycji społecznej czy ekonomicznej, przekonaniach politycznych czy ideologicznej przynależności. Ubiór, jako znak bądź symbol, potwierdza lub ujawnia podziały, hierarchie czy lojalizmy, zgodnie z kodem gwarantowanym i utrwalanym przez społeczeństwo oraz jego instytucje” [2].

Jak się w tym wszystkim odnaleźć?

Za każdym razem, kiedy wychodzimy gdzieś z R., zaczyna się dyskusja pod tytułem „co Mania dziś na siebie włoży?”. Wbrew pozorom nie jest to problem z gatunku „nie mam się w co ubrać, jestem wybredna i leniwa”. Kiedy przeniosłam się do Indii w lipcu, natychmiast zaczęłam się przejmować tym co ludzie o mnie pomyślą. Z jakiegoś bliżej niesprecyzowanego powodu nie chciałam być brana za turystkę czy pracownika pozarządowego. Takie osoby bardzo często próbują na siłę wtopić się w indyjskie społeczeństwo, nosząc na codzień tylko salwar kamiz, a nawet sari (sic!). Robiąc to nieumiejętnie bardziej sobie jednak szkodzą, niż pomagają. Co prawda większość doceni wysiłek włożony w poszanowanie lokalnych zwyczajów ubiorowych, jednak reszta – młodzi Indusi, klasa średnia i wyżej nie będą aż tak entuzjastyczni. Na początku lepiej powoli poznawać zasady obowiązujące w danej grupie, niż udawać kogoś, kim się nie jest i na siłę próbować wkupić w łaski otoczenia. Od cudzoziemców nikt przecież nie oczekuje natychmiastowego wmieszania się w tłum. Co nie jest z resztą możliwie w przypadku tych o urodzie odbiegającej od lokalnych. Nigdy nie uciekną od swojego koloru skóry, oczu, akcentu czy sposobu poruszania się. Także lepiej pozostać sobą. Po prostu. No może poza noszeniem wyjątkowo odsłaniającej odzieży. Szortów, głębokich dekoltów, krótkich spódniczek. Cała reszta dozwolona, a nawet preferowana.

Po jakimś czasie jak najbardziej można zacząć się przestawiać – kupować lokalne ubrania, łączyć je z zachodnimi. Z czasem, kiedy mowa naszego ciała będzie sygnalizować, że jesteśmy w Indiach już dłuższy okres czasu, można próbować eksperymentować. Z szacunku dla lokalnych zwyczajów nie należy jednak próbować wskakiwać w nie swoją skórę. Trzeba figurować gdzieś pomiędzy „tu” (mieszkam w Indiach) i „tam” (pochodzę skądinąd). Zwłaszcza jeśli jest się badaczem terenowym. W moim przypadku było trochę łatwiej, gdyż R. wiele mi zawczasu wytłumaczył. Efekt – mniej niezręcznych sytuacji (choć kilka oczywiście zaliczyłam i, o dziwo, nie dotyczyły trudności w noszeniu lokalnych strojów, a koktajlowych kreacji…).

Co jakiś czas wpadam w Kalkucie na różne kategorie cudzoziemców. Niektórzy z nich, zwłaszcza ci co dopiero przyjechali pracować dla miejscowych organizacji pozarządowych, są najzabawniejsi. Jasnowłosi Szwedzi w kurtach i klapeczkach, Australijki potykające się w zwojach sari, czy Amerykanki paradujące w salwarach i krótkim T-shircie (których w żadnym razie nie powinno się łączyć!). Jest śmiesznie, no ale skąd biedaki mają wiedzieć, że to może nie najlepszy pomysł?

W moim przypadku problem jes trochę innej natury. Na codzień, na uniwersytet noszę różne wariaty krótkich kurt z salwarami bądź jeansami. Czasem założę coś bardziej zachodniego, jak flanelową koszulę, ale jest ostatnio tak gorąco, że nie ma to trochę sensu. Ostatnio najbardziej przydają się proste lniane spodnie i luźna tunika. Przyzwoicie, stosownie, kobieco. Robi się jednak trudniej, kiedy zaproszona zostaję na różnego rodzaju przyjęcia domowe (tzw. domówki młodzieżowe lub w towarzystwie „ciotek” i „wujków”). W takich sytuacjach należy się ubrać „na Zachód”, ale bez nadmiernej oryginalności. Żeby nie pomyśleli, żem hipsterka, jak R. się zamartwia. Sari tylko na rodzinne święta lub śluby.

Kilka dni temu minął okrągły rok mojego – mniej lub bardziej – stałego pobytu w Indiach. Dużo się w tym czasie nauczyłam, jeżeli chodzi o całą tę ubraniową filozofię. Udało mi się nawet doprowadzić do mistrzostwa kwestię szycia ubrań na miarę! Jak można się domyślić, materiały są tutaj dość tanie, podobnie jak usługa krawiecka. Wystarczy tylko zabrać jakiś wzór i krawcowe odtworzą bluzkę/spódnicę/kurtę z nowego materiału. Jest to oczywiście odrobinę droższe niż standard, który można dostać na bazarach, ale czasem warto postarać się być trochę bardziej „wyrafinowanym”. Nawet jeśli będzie to tylko detal – ładnie obszyty kołnierz, czy fajny materiał. Ludzie docenią znajomość tradycyjnych wzorów i sposobów noszenia. Ale to przychodzi z czasem.

[1] P. Perrot, Fashioning the Bourgeoisie: A History of Clothing in the Nineteenth Century, 1994. s. 8

[2] Zobacz: https://www.youtube.com/watch?v=8hC0Ng_ajpY

Poczytaj

  1. APPADURAI A. The Social Life of Things: Commodities in Cultural Perspective
  2. BAUDRILLARD J. The System of Objects; For a Critique of the Political Economy of the Sign
  3. BOURDIEU P. Distinction: A Social Critique of the Judgement of Taste / Społeczna krytyka władzy sądzenia
  4. JACYNO M. Kultura indywidualizmu

Reklamy
Otagowane , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: