Monthly Archives: Sierpień 2014

Indiopol: Wyprawa do kina

 Odkąd mieszkam sama (R. w Bangladeszu), co raz więcej czasu poświęcam zgłębianiu tajników indyjskiego życia rodzinnego. Jako że jego rodzice mieszkają nad nami, mam ku temu niezliczone sposobności. Będąc prawie-członkinią-rodziny, jestem zabierana na spotkania towarzyskie, zakupy, codziennie karmiona, więcej czasu spędzam „na górze”. Zanim wprowadziłam się do R. w lipcu zeszłego roku, byłam jednak przyzwyczajona do życia w pojedynkę. Moja wielka, patchworkowa rodzina rozrzucona jest po Polsce i zagranicy. Mimo codziennych kontaktów, żyłam sobie sama przez prawie dwa lata. I uwielbiałam to. Przeskoczenie do sytuacji w której mieszka się z partnerem, a także – de facto – z jego rodziną, było nielada wyzwaniem. Ach, należy jeszcze podkreślić współrzędne geograficzne tej zmiany – Indie. Inny świat, nowe środowisko. Kilka miesięcy zajęło mi przystosowywanie się do nowych warunków życia, zarówno w sensie walki z szokiem kulturowym (oraz odruchowymi próbami poszukiwania znajomych zapachów i smaków, aby poczuć się bezpieczniej), jak i przystosowywaniem się do życie kolektywnego. Łatwo nie było, ale też nie jakoś bardzo trudno. Na pewno pomaga w tym fakt, że rodzina R. do standardowych nie należy.

Uliczna puja

Nie wchodząc w szczegóły, najistotniejsze jest, że nikogo nie bulwersuje nasze mieszkanie razem bez ślubu (!), co z kolei wprawia w lekką konsternację niektóre moje koleżanki z roku. Trudno orzec ze stu procentową pewnością, ale ta swoista progresywność obyczajowa jest chyba jednak cechą indywidualną. Mniejsze znaczenie ma tutaj fakt, że rodzina R. należy do specyficznego rodzaju upper-middle class, charakteryzującego się wysokim poziomem zwesternizowania.

Angielski dla większości stanowi tutaj język pierwszy, ten który zna się najlepiej – przez edukację w szkołach oraz uniwersytetach anglojęzycznych, należących do najlepszych w mieście/kraju (co prawda, bengalski służy do codziennej komunikacji, ale zapisywanie czegokolwiek, czasem poza odręcznymi notatkami, odbywa się w języku dawnych kolonizatorów). Zachodnie są także gusta muzyczne oraz odzieżowe, czy fascynacja sztuką europejską, głównie klasyczną (uwikłaną w post-kolonialne konteksty). Do tych dóbr kultury zawsze był dostęp. Trudniejszy lub łatwiejszy, w zależności od czasów. Sprawa ma się jednak zupełnie inaczej, jeżeli chodzi o dostęp do kina.

Przez lata wytwórnie indyjskie doskonale radziły sobie z zaspokajaniem potrzeb rosnącej publiczności, minimalizując przy tym jej pragnienie oglądania filmów zza granicy. Częstokroć, zwłaszcza zaś w ciągu ostatnich dwudziestu lat, reinterpretowały przy tym tytuły zachodnie, produkując ich lokalne odpowiedniki. Kinematografii indyjskiej przyznać trzeba także niezwykłą umiejętność trafiania – oraz kształtowania – gustów i sympatii bardzo zróżnicowanej publiczności. Poza kinem alternatywnym, którego tytuły pojawiają się na srebrnym ekranie raptem kilka razy do roku, średnio co dwa – trzy tygodnie do kin wchodzi jakiś nowy „hit”, skierowany do wielomilionowego ogółu – czy to wyprodukowany w Bollywood, czy w kalkuckim Tollywood.

Skuteczność lokalnego przemysłu filmowego w docieraniu do tak zróżnicowanej grupy odbiorców jest dziś na tyle duża, że jak zauważa Suketu Mehta, pisarz, autor słynnego Maximum City: Bombay Lost and Found, Indie jednym z niewielu krajów w których produkcje hollywoodzkie stanowią [w dalszym ciągu] jedynie bardzo niewielką część wyświetlanych filmów (około pięć procent). […] Kiedy światowy przemysł filmowy upadł przed Hollywood na kolana, Indie wyszły mu naprzeciw. Powitały go, połknęły w całości i zwróciły. To co połknięte, wymieszało się w indyjskim brzuchu ze wszystkim, co było tam wcześniej, i zostało wydalone z dziesięcioma nowymi głowami” [1]. Popularne kino indyjskie adresowane jest do szerokiej widowni, a jego twórcy liczą się z potrzebami każdego widza. Filmy zawierają mnogość przekazu – „piękną tradycyjną muzykę i piosenki z wyrafinowanymi, poetyckimi słowami, które docenią widzowie wykształceni muzycznie i znający język [sanskryt, język literacki], oraz muzykę popularną i nieskomplikowane, pełne humoru przyśpiewki; przaśny dowcip, który rozbawi dzieci i ludzi prostych, oraz satyrę dla zorientowanych w sytuacji politycznej; elementy tragedii przeplatające się z motywami komediowymi; wątki zaczerpnięte z hinduskich eposów” [2]. Także coś miłego dla każdego.

Mimo tak wielu zalet lokalnych produkcji, moja indyjska rodzina od lat chodzi do kina głównie na produkcje zachodnie (bo ciekawsze, a i ja się cieszę – nie znam hindi za dobrze). Średnio co dwa – trzy tygodnie pojawia się jeden nowy tytuł – w przypadku murowanych hitów, takich jak Transformers czy Hercules, które z pewnością ściągną przed ekrany tłumy, premiera kinowa w Indiach zbiega się z tą światową. W przypadku zaś filmów “trudniejszych”, co do których kasowości dystrybutorzy mogę mieć wątpliwość, ich screening może opóźnić się nawet o rok (lub więcej), jak to było w przypadku The Grand Budapest Hotel.

Także w ostatnią sobotę poszliśmy sobie całą rodzinką na zupełnie lekki film pt. Guardians of the Galaxy. Dodam jeszcze tylko, że ja oraz tata R. poszliśmy na ten film po razy drugi (tak się jemu podobał, że chciał zabrać też żonę oraz nastoletnich kuzynów R.). Przyjemna rozrywka a la Gwiezdne Wojny, z dodatkową szczyptą humoru. Co ciekawe, film pokazywany jest w bardzo ciekawy zestawie godzinowym – albo wczesnym popołudniem (około 14), albo bardzo późną nocą (po 23). Czemu akurat tak? Przecież w kinie, do którego chodzimy najczęściej, jest aż sześć sal! Czyżby wszystkie były przez resztę dnia zajęte przez wyjątkowo długie indyjskie produkcje, które ze względu na popularność wyświetla się kilka naraz, symultanicznie? Hm… Odpowiedź na to pytanie na zawsze pozostanie zagadką (a może po prostu zapytam w kinie, jak tylko wybiorę się następnym razem. Pytanie tylko, kogo…).

Rodzinny wypad do kina poprzedziło małe przyjęcie, niesamowicie przypominające te, urządzane przez moich rodziców lub ich znajomych w Polsce. Co prawda, zamiast domowych nalewek lub wina, albo polskiego piwa, indyjskie wino oraz likier pomarańczowy, ale gitara i piosenki jak najbardziej w tym samy klimacie (choć oczywiście bengalskie lub angielskie). Podobieństwo niewielkie, ale i tak cieszy, zwłaszcza jeśli objawia się tak zupełnie niespodziewanie, i to w najmniej oczekiwanej formie. Fajnie się poczuć swojsko na indyjskiej obczyźnie.

Westernizacja? A może w tym kontekście po prostu globalizacja? Przecież i rodzice R. i moi dorastali słuchając Beatelsów, i w ten sposób tworzą ponadnarodową wspólnotę doświadczeń. Dla jednych i drugich był to ten „odległy Zachód” (choć może dla Indusów trochę mniej odległy, zważywszy na beatelsowską fascynację Indiami). Nie mniej, odkryłam ostatnio, że Polska też jest na Zachodzie. Tak samo jak Zachodem z indyjskiej perspektywy jest Rosja, Ukraina czy Bałkany. A nawet Kaukaz. Wszystko co w niedalekiej odległości od Europy, minus „świat muzułmański” (ponad-geograficzny). Oksydentalizacja? Nie sądzę. Czasami chyba zdajemy się nie pamiętać, jak wiele jest tych kulturowych „Zachodów”. W Indiach o mojej własnej zachodniości dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy przyłapałam się na podświadomym zaliczaniu do kategorii swoje m.in. produkcji hollywoodzkich (tu mam akurat na myśli The Grand Budapest Hotel). Zaskakująco pojemna okazuje się być swojskość.

[1] S. Mehta, Maximum City: Bombay Lost and Found, New Delhi 2006, s. 376

[2] U. Woźniakowska, Sceniczna masala Parsów, czyli skąd się wziął Bollywood [w:] Nie tylko Bollywood, Kraków 2009, s. 20

Reklamy
Otagowane , , , ,

Indiopol: Teoria okrągłości

Bycie antropolożką ma to do siebie, że zatrważająco łatwo można popaść w pracoholizm. Przyłapałam się na tym kilka dni temu, w niedzielę, kiedy reszta rodziny R. miała wolne, a ja sumiennie pisałam sobie kolejny artykuł (moje hobby to… antropologia, co za pytanie). Oczywiście, że kocham to co robię, ale mówiąc szczerze, trudno mi sobie przypomnieć kiedy po raz ostatni miałam dzień zupełnie wolny od pracy (i bez poczucia winny, że się bezprawnie lenię). Nie pomaga fakt, że w Polsce trwają w najlepsze wakacje, a tutaj to już środek roku akademickiego i do najbliższego dłuższego weekendu zostały prawie dwa miesiące (tygodniowe obchody Durga Puja pod koniec września).

W związku z powyższymi przemyśleniami, postanowiłam skorzystać ze sposobności i wykorzystać fakt, że zaplanowane na dziś zajęcia odwołano. Położyłam się więc wczoraj spać wcześnie, aby móc możliwie jak najlepiej wykorzystać tę niespodziewaną „dobę wakacyjną”.

Dochodzi siódma rano, a ja powoli zaczynam się budzić. Pierwsze co słyszę to bucząca na zewnątrz klimatyzacja (jak wakacje, to i luksus – zazwyczaj śpię tylko z wiatrakiem sufitowym; jest tak gorąco że nie idzie wytrzymać bez niego, a poza tym odgania komary!). Potem zaczynają do mnie dochodzić śpiewy ptaków, popiskiwania i pohukiwania ukrytych w gąszczu krzaków istot, zamieszkujących pole golfowe za płotem. Po chwili dołącza do nich wołanie ulicznych sprzedawców: „sabji!”, „sabji!”. Na zaprzęgniętych w rowery przyczepkach sprzedają świeże warzywa. Ich przybycie oznacza, że świat na zewnątrz obudził się już na dobre.

Mój plan na dziś: brak planu oraz same konstruktywne przyjemności. Żadnego siedzenia w sieci czy oglądania amerykańskich seriali.

Wstaję, szybki prysznic w zimnej wodzie – nie chcę włączać grzejnika, i tak jest przecież gorąco. Poranna owsianka i kawa. Skonsumowane powoli. Czuję się prawie jak Julia Roberts w Eat, Pray, Love. Kto widział ten wyjątkowo ambitny film, ten wie co mam na myśli. Dolce farniente. Słodkie lenistwo. O ironio, myślę sobie. Też zbierałam w dzieciństwie zdjęcia z National Geographic, hehe. Ale nie marzyłam wtedy o podróżach do egzotycznych krajów, po prostu fascynowała mnie różnorodność świata. No ale ja przecież nie jestem w Kalkucie turystką, jak bohaterka grana przez Roberts. Ja tu mieszkam. To już ponad rok. 12 miesięcy i 24 dni.

Pani w różu

Postanowione zatem: spędzę ten dzień turystycznie. Spróbuję pójść na prawdziwy spacer, prawdziwe szwędanie, nie będę tylko przebiegać z punktu A do punktu B. Naprawdę nie pamiętam, kiedy po raz ostatni spacerowała po Kalkucie (poza oprowadzaniem gości, co się zupełnie nie liczy). Inna sprawa, że miasto to – podobnie jak wszystkie inne indyjskie metropolie – nie sprzyja spacerowaniu. Przestrzeń publiczna jest zatłoczona; chodniki zapchane budkami z jedzeniem, wszędzie ludzie i – najgorsze – hałas. Uliczne zapachy nie przeszkadzają tak bardzo. Czasem, jak przechodzi się koło jakiegoś lokalnego śmietniska trochę zaciągnie, ale bez przesady. Idzie wytrzymać. Poza tym, Kalkuta jest dość zielona, a teraz, w porze deszczowej, wszystko kwitnie (mówiąc szczerze, coś tutaj zawsze kwitnie, w zależności od sezonu…). Zwłaszcza wieczorami czuć w powietrzu słodki zapach jaśminu.

Kierunek na dziś: Gariahat Market. Nie ma nic lepszego niż małe zakupy, a poza tym obszar bazaru, jest jednym z niewielu miejsc gdzie Indusi spokojnie spacerują (poza nielicznymi parkami oraz centrami handlowymi). Można ich wtedy poobserwować, lub porha-shuna kora, pisząc fonetycznie. To piękne słowo oznacza studiować i składa się z trzech członów – czytać, słuchać, robić. Dla Bengalczyków to study to poznawanie czegoś na wiele sposobów, a potem wcielanie tej wiedzy w życie, czynienie. Jedno słowo, które w niesamowicie precyzyjny sposób podsumowuje naturę warsztatu badacza.  A zatem, ami ajke porha-shuna korbo.

Wsiadam w auto-rikszę (5 rupii), która podwozi mnie na skrzyżowanie, gdzie mogę złapać odpowiedni autobus (6 rupii). Widzę pędzący numer 110, mój ulubiony, bo wozi mnie także na zajęcia z bengalskiego. Macham ręką, autobus przystaje, łapię za poręcz i przez zawsze otwarte drzwi wskakuję do środka. Dochodzi 9, godziny szczytu dobiegają końca, jest więc dużo wolnych siedzeń. Siadam w moim ulubionym miejscu, na samym przodzie, tuż przy kierowcy. Przez otwarte lufciki w przedniej szybie wpada strumień powietrza, który przyjemnie chłodzi skórę.

Wysiadam przy Gariahat, który rozpościera się przy ogromnym skrzyżowaniu, składając się z ciągu maleńkich sklepów oraz zajmujących szerokie chodniki straganów. Pod wiaduktem, przebiegającym ponad ulicą, zebrała się właśnie grupka mężczyzn, aby rozpocząć codzienną partyjkę gry w szachy. Wielu z nich zostanie tu do późna, przychodzą od lat. Młodzi, starzy. Czemu? Po prostu. Bo lubią, bo nie mają nic innego do roboty. Bo akurat mają dzień wolnego, albo są bezrobotni, albo są „na emeryturze”, jakbyśmy powiedzieli na Zachodzie. Mają dzieci odpowiednio dorosłe, aby ich utrzymać lub wystarczającą ilość pieniędzy odłożonych, żeby już na starość nie pracować.

IMG_20140813_013829

Kupuję herbatę w małej, glinianej czareczce. Jest słodka, tłusta – dużo w niej mleka. Pasteryzowanego co prawda, ale przynajmniej nie w proszku (to robi się niestety coraz popularniejsze, zastępując te od lokalnych dostawców, czy nawet te ze sklepowych półek w osiedlowych spożywczakach).

Dopijam herbatę i ruszam na zakupy. Przechadzam się między straganami, tym razem powolnym krokiem, inaczej niż zazwyczaj. Jest wcześnie i sprzedawcy dopiero co rozkładają towar, otwierają sklepy. To dobrze, łatwiej będzie mi się targować. W buszowaniu pośród spódnic i salwar kamizów towarzyszą mi tylko panie w średnim wieku, bengalskie żony i matki. Już po 9, zdążyły więc odprawić mężów do pracy, a dzieci do szkoły. Zanim przyjedzie pora, żeby je odebrać (młodsze już koło 11, starsze koło 13), mają trochę czasu na zakupy oraz dla siebie.

Przyglądam się im. Większość zawinięta w codzienne, bawełniane sari. Kolorowe, kobiece, piękne.

W Indiach funkcjonuje powodzenie, że wszystko w Bengalu jest okrągłe. Przede wszystkim Bengalczycy, a zwłaszcza zaś Bengalki – zarówno te mieszkające w Indiach, jaki i te po drugiej stronie, w Bangladeszu. Mają okrągłe w zarysie twarze, a także o-krągłe kształty – obfite piersi i powabne biodra. Sensualne, nawet pulchne. Pełne erotyzmu, którego nie potrafimy zauważyć czy zrozumieć. Wielu z moich zagranicznych gości pyta się mnie nieśmiało, z dziecięcą ciekawością, dlaczego tak wiele Indusek z klasy średniej (i wyżej) jest otyłych i czemu bez oporów pokazują swoje wątpliwe, ich zdaniem, wdzięki nosząc sari, które przecież odsłania spory kawałek brzucha oraz plecy? Przecież my byśmy te fałdki tłuszczu starali się za wszelką cenę zamaskować!

IMG_20140813_013359

Odpowiedź na te pytanie nie jest prosta. Przede wszystkim, nadprogramowa waga jest w Indiach – podobnie jak np. w niektórych państwach afrykańskich i na Bliskim Wschodzie – postrzegana jako oznaka sukcesu, dobrobytu w rodzinie. Nadwaga, mniejsza lub większa, świadczy o tym, że jej posiadacz, primo, je dostatnio (mięso codziennie lub co drugi dzień), oraz, secundo, nie musi za często wychodzić z domu, a jeśli już to robi, to używa w tym celu samochodu, który jest nie tylko komfortowy, ale izoluje także od gorąca oraz hałasu ulicy. Co więcej, w Indiach nie istnieje tradycja uprawiania sportów u osób dorosłych. W okresie dzieciństwa – czyli mniej więcej do momentu podjęcia studiów – od młodzieży wręcz oczekuje się czynnego udziału w wydarzeniach sportowych, „bycia dobrym” w czymkolwiek. Zarówno od chłopców, jak i od dziewcząt (choć w ich przypadku głównie w szkołach chrześcijańskich, a i tradycja ta powoli zanika).

Z biegiem czasu wysportowane niegdyś dziewczęta i atletyczni chłopcy zmieniają tryb życia na „osiadły” – kobiety zostają żonami i matkami, przybierając na wadze, którą uważa się za oznakę zdrowia i jej nie krytykuje. Przecież w ciąży i tak trzeba przytyć dla dobra dziecka, a po niej nie trzeba być już młodzieńczo atrakcyjną, wszak w małżeństwie chodzi przecież przede wszystkim o dzieci. Dodatkowa waga oznacza (pozornie) stabilny tryb życia (do którego dąży większość) i budzi szacunek. W przypadku mężczyzn – podejmują pracę zawodową, kupują pierwszy samochód. Rozpoczyna się wielkie siedzenie – długie godziny spędzone w biurze, potem w aucie. Małżonkowie wieczorem, po dniu wypełnionym posiłkami pysznymi, acz kalorycznymi, pełnymi smażonychi warzyw czy mięsa, siedzą dalej. Zalegają oboje przed telewizorem, bo na nic więcej nie mają już siły.

Pół żartem, pół serio. Krągłość ciała w Indiach ma także swoje inne oblicze – niedożywienie. Wzdęty od nieodpowiedniego jedzenia brzuch ma sobie za nic grubość portfela. Nieurozmaicona dieta to zarówno jedzenie jedynie soczewicy oraz białego ryżu (najbiedniejsi), jak i nadmiar produktów mięsnych (bogaci). W pierwszym przypadku winą można obarczać m.in. programy rozwojowe lat 60 oraz 70, przywiezione do Azji z przygniecionego poczuciem winy Zachodu. To wówczas wprowadzono do rolnictwa indyjskiego łatwiejsze w uprawie odmiany białego ryżu, które wyparły jego rodzime gatunki oraz inne zboża uprawne, znacznie bogatsze w wartości odżywcze [1]. W drugim zaś przypadku mamy do czynienia z kulturowym „przeżywieniem”, charakterystycznym dla lepiej zarabiających warstw indyjskiego społeczeństwa, zakochanych w konsumpcyjnym stylu życia. Byle więcej i tego co najlepsze. Byle dużo i tłusto.

IMG_20140813_013441

Ta swoista teoria bengalskiej okrągłości nie dotyczy tylko ciał. Pół żartem, pół serio, o-krągłość jest tu wszechobecna. Spacerując dzisiejszego ranka po Kalkucie dostrzegłam jej mnóstwo – w słynnych przekąskach (okrągłe chrupki do puchka czy batata puri), przy obiedzie (okrągłe roti, dosa czy inne rodzaje „chleba”), w girlandach kwiatów, ale także w języku. W Kalkucie mieszka wielu imigrantów z terenu całego kraju, dla których pierwszym językiem jest hindi. Wielu z nich nie mówi prawie wcale po bengalsku i śmieje się, że wystarczy iż zamienią wszystkie „a” w hindi na „o” i będzie bengalski. Durga Pujo, Hanumon, sobji. I jest w tym trochę prawdy, czasami wystarczy dane słowo wymówić bardziej na “okrągło”. Ale to tylko procent, różnic jest o wiele więcej. To trochę tak jakby porównywać polski z rosyjskim.

Wracając do jedzenia. Czytałam ostatnio ciekawy artykuł w Pacific Standard [2], traktujący o domniemanych przyczynach otyłości u osób o niskim dochodzie. Jego autorka odwołuje się w nim do interesującej książki Scarcity: Why Having Too Little Means So Much [3]. Jej autorzy twierdzą, że niedostatek – czy też ciągłe poczucie zagrożenia, obawa przed utratą ciężko wypracowanego dobytku – sprawia, że w momencie, kiedy mamy wybrać między zdrowszym, np. gotowanym jedzeniem, a niezdrowym, smażonym, między prawdziwymi owocami a landrynkami „o smaku”, wybierzemy te drugie. Dostarczą nam one szybkiej satysfakcji, zachwycą nasze przytępione kubki smakowe, nasycą cukrami, podnosząc ciśnienie i natychmiast, choć tylko na chwilę, dodadzą energii. Sprawią, że poczujemy się lepiej. Ale nie będzie to trwać długo. Koniec końców, wciąż będziemy ofiarami – życia w niepewności, pełnego stresu, który próbujemy sobie osłodzić. Być może tak właśnie dzieje się w przypadku tych otyłych z majętnych. Być może ich wyborami żywieniowymi, oprócz społeczno-kulturowego znaczenia produktów przez nich wybieranych (drogie mięso, drogie słodycze), kieruje właśnie taka potrzeba uspokajania codziennej niepewności na rynku pracy tym co tanie, łatwo dostępne i kaloryczne. Ale tak się tylko zastanawiam, jeszcze nie udało mi się znaleźć żadnej pracy, która by ten problem w Indiach opisywała z perspektywy nauk społecznych.

Indiopol: Wspólnota doświadczeń

W Indiach zadziwiająco wiele osób obchodzi Dzień Przyjaźni, który tutaj ma miejsce w pierwszą niedzielę sierpnia. Święto, o którego istnieniu nie miałam pojęcia jeszcze kilka dni temu, zaskoczyło mnie na portalach społecznościowych i komunikatorach. Od wszystkich moich nowych i nowszych indyjskich koleżanek napłynęły serdeczne życzenia. Jak zapytałam, skąd ta idea się tutaj w ogóle wzięła, otrzymałam odpowiedź, że to dość dziwne, że tego nie znam, no bo to przecież „z Zachodu”. Jak się okazuje, Friendship Day faktycznie został pierwotnie wymyślony w Stanach Zjednoczonych, jednak jego popularność od dziesięcioleci jest tam znikoma. Najwięcej osób obchodzi go Ameryce Południowej oraz właśnie w Azji (choć w obu przypadkach daty są różne – oprócz Indii i Bangladeszu jest to zazwyczaj 30 lipca). Także, w związku z tym zglobalizowanym „zachodnim” zwyczajem, profile młodych Indusów (mniej) oraz Indusek (bardziej) zasypały się wspomnieniami, zdjęciami „bransoletek przyjaźni” i pełnymi żalu wyznaniami, że szkoda że trzeba dorastać, że czas leci i tyle osób wyprowadziło się do innego miasta czy wyemigrowało za granicę.

Moja klasa

Moja klasa

Czytając te wyznania uświadomiłam sobie, jak wiele nas różni. Mnie i moje koleżanki z roku. Nie mówię tylko o nieznacznej, acz istotnej różnicy wieku (około 3 lata; w Indiach studia zaczyna się rok wcześniej niż w Polsce). Raczej o tempie dorastania, różnicy doświadczeń życiowych, odmiennych kompetencjach kulturowych. R. kiedyś mi powiedział, że w Indiach młodzi ludzie bardzo późno się usamodzielniają, nie mówiąc już o życiu uczuciowym, które kształtuje się tutaj trochę inaczej niż u nas (z oczywistych względów – dorastamy wszakże w innym kontekście społeczno-kulturowym, choć np. wszyscy bierzemy udział w tej samej dziecięcej globalnej kulturze popularnej: ArielkiPocahontas i Kubuś Puchatek są ponadnarodowe). Większość myśli o każdym związku w kontekście jego przyszłościowości, relacje damsko-męskie wymagają aprobacji rodziców, nadzór i kontrola. Seks przedmałżeński jest zazwyczaj tematem tabu; młodzież wszystkiego dowiaduje się z plotek, czy z Internetu (niestety coraz częściej z filmów pornograficznych…). Wychowanie seksualne w szkołach nie istnieje, a rodzice nie uświadamiają swoich dzieci, bo przecież nie wypada „o tym” rozmawiać. Namiętność w popkulturze jest cenzurowana – czułość nie, ale nie ma jednak dosłownej nagości, nie ma uwodzenia; ludzka seksualność nie może być przedstawiana bezpośrednio.

Jak wieść gminna niesie, tylko może jakieś pięć procent dziewcząt (albo i mniej) w wieku od 18 do 25 lat cieszy się względną wolnością decydowania o swoim życiu uczuciowym. W efekcie wiele moich koleżanek i kolegów z roku jest od swoich rodziców uzależnionych nie tylko finansowo, ale i życiowo, emocjonalnie. Jedna z dziewczyn z mojego roku zrezygnowała ze studiów ponieważ dojazd na uniwersytet zajmował jej aż dwie godziny. Kiedy zaproponowałam, że może przeprowadzić się do akademika odparła „Nie poradziłabym sobie sama, bez matki. Jak to tak? Potrzebuję, żeby mi ktoś gotował i prał, bo sama sobie nie poradzę, a poza tym się boję. Jestem jeszcze za młoda, żeby mieszkać samej”. Koleżanka właśnie skończyła 22 lata.

Jednakże pewne różnice w doświadczeniu utrudniają trochę zawieranie przyjaźni. Co mam na myśli poprzez „przyjaźń” w tym kontekście? Taką relację jak mam np. z moją włoską przyjaciółką, O. (ma roczną wizę biznesową, wcześniej tak jak siedziała tu na turystycznych; jest specjalistką o kultur ludowych północno-wschodnich Indii, lat 27). Rozmawiamy szczerze o życiu w Indiach, mężczyznach, naszej pracy, smutkach, radościach, obawach o przyszłość. Łączy nas wspólnota doświadczeń w przeszłości (dorastanie w Europie), jak i w teraźniejszości – życie w Kalkucie. Należymy do jakiejś podobnej grupy pracoholiczek, mających w miarę podobne wykształcenie (O. nie jest badaczką społeczną, a kulturoznawczynią). Są między nami jednak pewne różnice. Dla O. Indie są przede wszystkim miejscem pracy. Ja oprócz badań i studiów mam jeszcze R. Nie jestem tutaj tylko antropolożką.

Kampus JU: The World View gdzie wszyscy się obijają

Kampus JU: The World View gdzie wszyscy się obijają

Z moich skromnych obserwacji wynika, że oprócz barier związanych z moją „obcością kulturową” jako cudzoziemki, istotna jest jeszcze inna kwestia – charakteru relacji towarzyskich w Indiach. Jako że jest to kraj w którym bardzo wiele załatwia się po znajomości, wiele osób będzie się chciało z Tobą „zaprzyjaźnić”, bo może im się taki kontakt do czegoś przydać. Niektórzy chcą móc się pochwalić znajomością z kimś z zagranicy (Mania nobilitująca?!), albo chcą po prost skorzystać na znajomości ze względu na Twój status zawodowy czy społeczny. Interesowność jest tutaj na porządku dziennym i czasem bardzo trudno jest się przebić przez wszechobecną podejrzliwość (no bo przecież nikt nie bywa miły tak zupełnie bezinteresownie!). Wynikający z tego częściowo dystans, o którym już kiedyś pisałam, jest trudny do przejścia. O., zapytana przeze mnie o swoje doświadczenia, odpowiada że sama – po prawie czterech latach spędzonych w Indiach na pracy z artystami – nie ma ani jednej „prawdziwej przyjaciółki”, która jest Induską (czy też przyjaciela-Indusa). Ja po roku także nie. Ja się pytam, dlaczego? Przecież nie jesteśmy jakieś wyjątkowo wredne, niesympatyczne czy nieprzystępne. Odpowiedź może być następująca – trudno wpaść na ludzi podobnych sobie (poza innymi cudzoziemcami), z którymi można by „pogadać o wszystkim”, tak jak z przyjaciółmi zostawionymi w ojczyźnie. A trochę czegoś takiego automatycznie poszukujemy.

W Kalkucie, czy w ogóle w Indiach, nie ma punktów na mapie miast, które skupiałyby określone środowiska czy ściągały podobne typy ludzi. Nie ma miejsc takich jak Pawilony, BUW czy CSW, miejsc gdzie mogą się szwędać interesujące jednostki (nie ma w tym kraju w ogóle za dużo przestrzeni do szwędania się, ale o tym innym razem). Nie ma tu też ludzi, którzy by do takich miejsc (gdyby istniały) przyszli. Tak wiele osób ucieka z konserwatywnych Indii na Zachód. Nawet na ciekawych studiach (ja) czy w fajnej pracy (O.) – spotykamy osoby o względnie podobnych zainteresowaniach naukowych czy zawodowych, ale reszta – poglądy na życie, wartości, gusta – są już inne.

Nie ukrywam, że zależy mi na nawiązaniu bliższej relacji z nie-obcokrajowcem. Nie będzie to jednak taki sam rodzaj przyjaźni jaki mam z O., czy z bliskimi mi osobami w Polsce, oparty na rzeczonej wspólnocie doświadczenia. Nie liczę na znalezienie w Induskach czy Indusach „bratniej duszy” , nie chcę się też zawieść oczekując za wiele. Mam po prostu nadzieję na ten dziwny typ przyjaźni, jaki zawieramy z osobą zupełnie od nas odmienną, w oparciu o nić sympatii dla tej totalnej odmienności, wspieraną przez ciekawość, otwartość i wyrozumiałość. Zaczęłam się więc starać z moimi koleżankami na roku – założyłam nam grupę na Facebooku, lajkuję zdjęcia, proponuję wyjście do kina (na film anglojęzyczny, bo hindi to ja nie za bardzo), pytam, słucham. Uczę się bengalskiego. Próbujemy, próbujemy!

Indian Coffee House

Indian Coffee House

Nie mnie jednak, postanowiłam przeprowadzić mini badania etnograficzne wśród różnych cudzoziemców mieszkających na stałe w Kalkucie/ w Indiach od przynajmniej roku. Podobnie jak ja. Czemu? Aby zobaczyć jakie są ich wrażenia, doświadczenie w relacjach towarzyskich, jakie przyjmują strategie radzenia sobie z samotnością, tęsknotą za rodziną, krajem, przyjaciółmi, tym co znajome. Będzie to taka antropologia na potrzeby domowe, częściowo auto-etnograficzna z zacięciem poradnikowo-praktycznym. Bo przecież znaleźliśmy się wszyscy w podobnej sytuacji i fajnie jest dowiedzieć się, czy inni podzielają Twoje doświadczenie życia w tym pięknym, acz skomplikowanym kraju. Także dam znać niebawem co mi z tych poszukiwań wyszło.

* * *

Taka sytuacja. Środek zajęć z panią N.T., młodą doktorantką. Omawiamy Augusta (Comta) i jego niezwykle cenne rozważania o społeczeństwie. Zajęcia na chwilę przerywa prof. A.M. z informacją, że odwołuje piątkowe zajęcia. To jedyny profesor, oprócz N.T., który uczy ciekawie, z odrobiną ironii i zdrowego dystansu do nauk społecznych. Ma mnóstwo wiedzy, poczucie humoru. Ale od początku roku akademickiego mieliśmy z nim może z trzy zajęcia. Powiniśmy mieć dwanaście. Czyli 9 zostało odwołanych, od sierpnia miały być już regularnie.

Jeszcze niedawno informacja tego typu by mnie ucieszyła (bo można zawsze się polenić nadprogramowo), albo rozbawiła (ot specyfika lokalnej kultury akademickiej). Haha. Ale powoli zaczyna mnie to irytować, czy może po prostu smucić. Przyczyn dla których zdecydowałam się pojechać do Indii jest wiele, ale decyzja o podjęciu studiów magisterskich była podyktowana tym, że primo, będę mogła pozyskać wiedzę o tym kraju z pierwszej ręki, a secudno tym, że z dwuletnią wizą będę mogła z łatwością prowadzić tu swoje badania. Nie nastawiałam się na wiele, aplikując tutaj na studia. No ale dostałam się, mam te stypendium. Fajnie. Także o co mi chodzi? Gdzie problem? Może w tym, że szukam intelektualnej stymulacji, wyzwań, angażujących dyskusji? Do tej pory, na JU występują jedynie na zajęciach u pani N.T. (może też będą na zajęciach u prof. RS, które zaczęły się w zeszły piątek – zajęcia o indyjskich teoretykach społecznych), kiedy próbuje rozruszać umysły moich (trzydziestu) koleżanek i (dwóch) kolegów. Kto by pomyślał, że ekscytować mnie będą zajęcia z klasycznych teorii socjologicznych! Ale to chyba „z braku laku”. Jak na razie, jedyną partnerką do rozmów jest moja włoska przyjaciółka O., odkąd R. pojechał za miedze przez pół roku studiować w Dhace (Bangladesz) fotografię. Z tego co słyszę, fajnie tam ma, świetni wykładowcy i studenci, którzy zjechali z całego świata specjalnie po to aby być w Pathshali.

Prof. RS też uczy o Comcie

Prof. RS też uczy o Comcie

Kończą się zajęcia, idę do gabinetu za N.T., może coś mi doradzić. Pytam wprost, co mogę zrobić ekstra, w czym mogę uczestniczyć w Departamencie, może jakieś kółka studenckie, czy coś. Bo przecież nie wiem jeszcze, to dopiero mój pierwszy miesiąc na JU (a samemu nie sposób do niczego dojść, kiedy nie da się nawet nic podsłuchać – wszyscy rozmawiają między sobą w bengali, ogłoszenia na tablicach są w bengali; uczę się języka, ale powoli, powoli…). Mówię jej szczerze, że zajęcia to dla mnie za mało, że dyrektor mi odmówiła możliwości udziału w zajęciach dla drugiego roku. NT z nutą goryczy w głosie odpowiada: „Pani Magdaleno, mówiąc szczerze uniwersytety w Indiach są bardzo ortodoksyjne, konserwatywne. Profesorowie nie mają tutaj w zwyczaju angażować się bardziej niż to potrzebne.” Pytam, „A co z ambitniejszymi studentami?”. NT: „Muszą radzić sobie sami. Idą poza uniwersytet, do NGO’sów, na wolontariaty, staże. Ja Pani radzę iść do bibliotek i czytać, mamy tutaj dużo książek, będzie miała Pani silne podstawy teoretyczne. My tutaj na uniwersytecie nie jesteśmy bardzo nastawieni na badania, uczy głównie teorii”. Dziękuję za radę i wychodzę na korytarz. I robi mi się przykro. I jestem zła, a raczej czuję bezsilność. Nie po to przejechałam tysiące kilometrów, żeby po raz kolejny studiować Comta! No ale dobra, powtarzam sobie, uczę się po angielsku, przestawiam się na obcy język, chociaż tylę zyskuję. A poza tym nie zaszkodzi powtórzyć. No i są jeszcze te zajęcia o teoretykach indyjskich, o indyjskim społeczeństwie. I zajęcia z bengalskiego. To po tu jestem. A jak się na dobre zaczną zajęcia z Modern Social Theory z AM, będzie już zupełnie dobrze! O ile się faktycznie zaczną…

Idę do klasy, biorę butelkę i idę ją napełnić schłodzoną wodą przez filtr (stoi na każdym piętrze). Po drodze spotykam koleżankę A., która jest jedną z najbardziej aktywnych studentek u nas, skończyła najlepszy kurs BA w mieście, w St. Xavier’s College, podobnie jak P., jak dotąd moja najbliższa koleżanka z JU (wyjątkowo lekko się nam rozmawia, choć wspomnianej wcześniej wspólnoty doświadczeń jeszcze nie ma – różnica wieku, wychowania, zainteresowań; naszą dopiero budujemy). Mówię jej o rozmowie z N.T. Koleżanka odpowiada mi: „Tak to tu już jest. W St. X. jest bardziej po waszemu, po europejsku, ale to dlatego że nasi wykładowcy kształcą się w Europie. Ale to wyjątek w skali regionu. No i nie mają tam kursu MA. A JU jest jedną z lepszych placówek w kraju. Nie martw się, może być gorzej. Żeby uczyć się kunsztu badawczego jeździ się za granicę, na stypendia.” Uśmiecham się. Fajnie, że nie tylko ja jestem trochę zawiedziona. Jak tak sobie pomyślę, to w zasadzie należę do najbardziej optymistycznych jednostek, bo narzekanie wydaje się tutaj najlepszą rozrywką, po plotkowaniu. Prawie jak u nas w Polandzie!

Kampus JU: Gaza

Chociaż muszę przyznać, że pod wieloma względami nasza rodzima akademia jest bez porównania lepsza. Prosty a istotny przykład – podczas studiów licencjackich (uwaga, uwaga!) studenci nie mają obowiązku czytania oryginalnych tekstów socjologów, o których się uczą. Nie mają żadnych konwersatoriów. Ma to czasem o wiele poważniejsze konsekwencje, niż tylko braki w wiedzy – mniej więcej 1/3 studentów nie potrafi studiować po angielsku, tj. czytać tekstów teoretycznych ze zrozumieniem, co jest od nich wymagane no studiach magisterskich. Nie jest to łatwe, ale tego właśnie powinni się już uczyć na kursie licencjackim. Przecież my w Polsce tak to właśnie robimy, a nie jesteśmy krajem w którym na codzień używa się angielskiego w sferze publicznej. Tacy studenci bez znajomości języka nie będą się mogli dalej rozwijać, mimo że na bengalski jest przetłumaczona całkiem spora ilość tekstów socjologicznych czy antropologicznych. Są jednak one dość trudne do znalezienia.

Ale jak słyszałam, bardzo wiele studentek nie studiuje po to, aby później pracować w zawodzie. Robią to dla przyjemności, nie dla ocen, nie muszę być prymuskami (a studia są tutaj bardzo tanie – około 50 PLN za semestr dla Indusów), tekstów więc nie szukają, bo wiedzą że zaliczą egzamin bez ich czytania. Wychodzą z założenia, że i tak prędzej czy później wyjdą za mąż, a potem będą po prostu „paniami domu”. No i z wykształceniem będą lepszą partią. Być może fakt, że większość studentek socjologii nie będzie w przyszłości pracować w zawodzie, albo nie będzie pracować w ogóle, jest przyczyną dla której niektórym wykładowcom się po prostu „nie chce” uczyć nikogo prócz doktorantów. Ale, moim zdaniem, nie powinno mieć to dla nich żadnego znaczenia. Każdy ma prawo do rozwoju osobistego, do wiedzy oraz do wyboru stylu życia i nie im oceniać „czy warto”. Jednak może być też tak, że wykładowcy nie angażują się za bardzo w nauczanie i wspieranie studentów, bo zbyt są zajęci sprawami administracyjnymi, wyrabianiem norm czy swoją własną karierą [link]. Na poziomie akademickim w Indiach nauczanie to raczej przykry obowiązek (bo zarobek średni, choć prestiż znaczny), aniżeli pasja i poczucie misji [czytaj!]. No może poza St. Xavier’s College, jak twierdzą A. i P. Ciekawa jestem jakby prowadzili tam kurs magisterski…