Indiopol: Wspólnota doświadczeń

W Indiach zadziwiająco wiele osób obchodzi Dzień Przyjaźni, który tutaj ma miejsce w pierwszą niedzielę sierpnia. Święto, o którego istnieniu nie miałam pojęcia jeszcze kilka dni temu, zaskoczyło mnie na portalach społecznościowych i komunikatorach. Od wszystkich moich nowych i nowszych indyjskich koleżanek napłynęły serdeczne życzenia. Jak zapytałam, skąd ta idea się tutaj w ogóle wzięła, otrzymałam odpowiedź, że to dość dziwne, że tego nie znam, no bo to przecież „z Zachodu”. Jak się okazuje, Friendship Day faktycznie został pierwotnie wymyślony w Stanach Zjednoczonych, jednak jego popularność od dziesięcioleci jest tam znikoma. Najwięcej osób obchodzi go Ameryce Południowej oraz właśnie w Azji (choć w obu przypadkach daty są różne – oprócz Indii i Bangladeszu jest to zazwyczaj 30 lipca). Także, w związku z tym zglobalizowanym „zachodnim” zwyczajem, profile młodych Indusów (mniej) oraz Indusek (bardziej) zasypały się wspomnieniami, zdjęciami „bransoletek przyjaźni” i pełnymi żalu wyznaniami, że szkoda że trzeba dorastać, że czas leci i tyle osób wyprowadziło się do innego miasta czy wyemigrowało za granicę.

Moja klasa

Moja klasa

Czytając te wyznania uświadomiłam sobie, jak wiele nas różni. Mnie i moje koleżanki z roku. Nie mówię tylko o nieznacznej, acz istotnej różnicy wieku (około 3 lata; w Indiach studia zaczyna się rok wcześniej niż w Polsce). Raczej o tempie dorastania, różnicy doświadczeń życiowych, odmiennych kompetencjach kulturowych. R. kiedyś mi powiedział, że w Indiach młodzi ludzie bardzo późno się usamodzielniają, nie mówiąc już o życiu uczuciowym, które kształtuje się tutaj trochę inaczej niż u nas (z oczywistych względów – dorastamy wszakże w innym kontekście społeczno-kulturowym, choć np. wszyscy bierzemy udział w tej samej dziecięcej globalnej kulturze popularnej: ArielkiPocahontas i Kubuś Puchatek są ponadnarodowe). Większość myśli o każdym związku w kontekście jego przyszłościowości, relacje damsko-męskie wymagają aprobacji rodziców, nadzór i kontrola. Seks przedmałżeński jest zazwyczaj tematem tabu; młodzież wszystkiego dowiaduje się z plotek, czy z Internetu (niestety coraz częściej z filmów pornograficznych…). Wychowanie seksualne w szkołach nie istnieje, a rodzice nie uświadamiają swoich dzieci, bo przecież nie wypada „o tym” rozmawiać. Namiętność w popkulturze jest cenzurowana – czułość nie, ale nie ma jednak dosłownej nagości, nie ma uwodzenia; ludzka seksualność nie może być przedstawiana bezpośrednio.

Jak wieść gminna niesie, tylko może jakieś pięć procent dziewcząt (albo i mniej) w wieku od 18 do 25 lat cieszy się względną wolnością decydowania o swoim życiu uczuciowym. W efekcie wiele moich koleżanek i kolegów z roku jest od swoich rodziców uzależnionych nie tylko finansowo, ale i życiowo, emocjonalnie. Jedna z dziewczyn z mojego roku zrezygnowała ze studiów ponieważ dojazd na uniwersytet zajmował jej aż dwie godziny. Kiedy zaproponowałam, że może przeprowadzić się do akademika odparła „Nie poradziłabym sobie sama, bez matki. Jak to tak? Potrzebuję, żeby mi ktoś gotował i prał, bo sama sobie nie poradzę, a poza tym się boję. Jestem jeszcze za młoda, żeby mieszkać samej”. Koleżanka właśnie skończyła 22 lata.

Jednakże pewne różnice w doświadczeniu utrudniają trochę zawieranie przyjaźni. Co mam na myśli poprzez „przyjaźń” w tym kontekście? Taką relację jak mam np. z moją włoską przyjaciółką, O. (ma roczną wizę biznesową, wcześniej tak jak siedziała tu na turystycznych; jest specjalistką o kultur ludowych północno-wschodnich Indii, lat 27). Rozmawiamy szczerze o życiu w Indiach, mężczyznach, naszej pracy, smutkach, radościach, obawach o przyszłość. Łączy nas wspólnota doświadczeń w przeszłości (dorastanie w Europie), jak i w teraźniejszości – życie w Kalkucie. Należymy do jakiejś podobnej grupy pracoholiczek, mających w miarę podobne wykształcenie (O. nie jest badaczką społeczną, a kulturoznawczynią). Są między nami jednak pewne różnice. Dla O. Indie są przede wszystkim miejscem pracy. Ja oprócz badań i studiów mam jeszcze R. Nie jestem tutaj tylko antropolożką.

Kampus JU: The World View gdzie wszyscy się obijają

Kampus JU: The World View gdzie wszyscy się obijają

Z moich skromnych obserwacji wynika, że oprócz barier związanych z moją „obcością kulturową” jako cudzoziemki, istotna jest jeszcze inna kwestia – charakteru relacji towarzyskich w Indiach. Jako że jest to kraj w którym bardzo wiele załatwia się po znajomości, wiele osób będzie się chciało z Tobą „zaprzyjaźnić”, bo może im się taki kontakt do czegoś przydać. Niektórzy chcą móc się pochwalić znajomością z kimś z zagranicy (Mania nobilitująca?!), albo chcą po prost skorzystać na znajomości ze względu na Twój status zawodowy czy społeczny. Interesowność jest tutaj na porządku dziennym i czasem bardzo trudno jest się przebić przez wszechobecną podejrzliwość (no bo przecież nikt nie bywa miły tak zupełnie bezinteresownie!). Wynikający z tego częściowo dystans, o którym już kiedyś pisałam, jest trudny do przejścia. O., zapytana przeze mnie o swoje doświadczenia, odpowiada że sama – po prawie czterech latach spędzonych w Indiach na pracy z artystami – nie ma ani jednej „prawdziwej przyjaciółki”, która jest Induską (czy też przyjaciela-Indusa). Ja po roku także nie. Ja się pytam, dlaczego? Przecież nie jesteśmy jakieś wyjątkowo wredne, niesympatyczne czy nieprzystępne. Odpowiedź może być następująca – trudno wpaść na ludzi podobnych sobie (poza innymi cudzoziemcami), z którymi można by „pogadać o wszystkim”, tak jak z przyjaciółmi zostawionymi w ojczyźnie. A trochę czegoś takiego automatycznie poszukujemy.

W Kalkucie, czy w ogóle w Indiach, nie ma punktów na mapie miast, które skupiałyby określone środowiska czy ściągały podobne typy ludzi. Nie ma miejsc takich jak Pawilony, BUW czy CSW, miejsc gdzie mogą się szwędać interesujące jednostki (nie ma w tym kraju w ogóle za dużo przestrzeni do szwędania się, ale o tym innym razem). Nie ma tu też ludzi, którzy by do takich miejsc (gdyby istniały) przyszli. Tak wiele osób ucieka z konserwatywnych Indii na Zachód. Nawet na ciekawych studiach (ja) czy w fajnej pracy (O.) – spotykamy osoby o względnie podobnych zainteresowaniach naukowych czy zawodowych, ale reszta – poglądy na życie, wartości, gusta – są już inne.

Nie ukrywam, że zależy mi na nawiązaniu bliższej relacji z nie-obcokrajowcem. Nie będzie to jednak taki sam rodzaj przyjaźni jaki mam z O., czy z bliskimi mi osobami w Polsce, oparty na rzeczonej wspólnocie doświadczenia. Nie liczę na znalezienie w Induskach czy Indusach „bratniej duszy” , nie chcę się też zawieść oczekując za wiele. Mam po prostu nadzieję na ten dziwny typ przyjaźni, jaki zawieramy z osobą zupełnie od nas odmienną, w oparciu o nić sympatii dla tej totalnej odmienności, wspieraną przez ciekawość, otwartość i wyrozumiałość. Zaczęłam się więc starać z moimi koleżankami na roku – założyłam nam grupę na Facebooku, lajkuję zdjęcia, proponuję wyjście do kina (na film anglojęzyczny, bo hindi to ja nie za bardzo), pytam, słucham. Uczę się bengalskiego. Próbujemy, próbujemy!

Indian Coffee House

Indian Coffee House

Nie mnie jednak, postanowiłam przeprowadzić mini badania etnograficzne wśród różnych cudzoziemców mieszkających na stałe w Kalkucie/ w Indiach od przynajmniej roku. Podobnie jak ja. Czemu? Aby zobaczyć jakie są ich wrażenia, doświadczenie w relacjach towarzyskich, jakie przyjmują strategie radzenia sobie z samotnością, tęsknotą za rodziną, krajem, przyjaciółmi, tym co znajome. Będzie to taka antropologia na potrzeby domowe, częściowo auto-etnograficzna z zacięciem poradnikowo-praktycznym. Bo przecież znaleźliśmy się wszyscy w podobnej sytuacji i fajnie jest dowiedzieć się, czy inni podzielają Twoje doświadczenie życia w tym pięknym, acz skomplikowanym kraju. Także dam znać niebawem co mi z tych poszukiwań wyszło.

* * *

Taka sytuacja. Środek zajęć z panią N.T., młodą doktorantką. Omawiamy Augusta (Comta) i jego niezwykle cenne rozważania o społeczeństwie. Zajęcia na chwilę przerywa prof. A.M. z informacją, że odwołuje piątkowe zajęcia. To jedyny profesor, oprócz N.T., który uczy ciekawie, z odrobiną ironii i zdrowego dystansu do nauk społecznych. Ma mnóstwo wiedzy, poczucie humoru. Ale od początku roku akademickiego mieliśmy z nim może z trzy zajęcia. Powiniśmy mieć dwanaście. Czyli 9 zostało odwołanych, od sierpnia miały być już regularnie.

Jeszcze niedawno informacja tego typu by mnie ucieszyła (bo można zawsze się polenić nadprogramowo), albo rozbawiła (ot specyfika lokalnej kultury akademickiej). Haha. Ale powoli zaczyna mnie to irytować, czy może po prostu smucić. Przyczyn dla których zdecydowałam się pojechać do Indii jest wiele, ale decyzja o podjęciu studiów magisterskich była podyktowana tym, że primo, będę mogła pozyskać wiedzę o tym kraju z pierwszej ręki, a secudno tym, że z dwuletnią wizą będę mogła z łatwością prowadzić tu swoje badania. Nie nastawiałam się na wiele, aplikując tutaj na studia. No ale dostałam się, mam te stypendium. Fajnie. Także o co mi chodzi? Gdzie problem? Może w tym, że szukam intelektualnej stymulacji, wyzwań, angażujących dyskusji? Do tej pory, na JU występują jedynie na zajęciach u pani N.T. (może też będą na zajęciach u prof. RS, które zaczęły się w zeszły piątek – zajęcia o indyjskich teoretykach społecznych), kiedy próbuje rozruszać umysły moich (trzydziestu) koleżanek i (dwóch) kolegów. Kto by pomyślał, że ekscytować mnie będą zajęcia z klasycznych teorii socjologicznych! Ale to chyba „z braku laku”. Jak na razie, jedyną partnerką do rozmów jest moja włoska przyjaciółka O., odkąd R. pojechał za miedze przez pół roku studiować w Dhace (Bangladesz) fotografię. Z tego co słyszę, fajnie tam ma, świetni wykładowcy i studenci, którzy zjechali z całego świata specjalnie po to aby być w Pathshali.

Prof. RS też uczy o Comcie

Prof. RS też uczy o Comcie

Kończą się zajęcia, idę do gabinetu za N.T., może coś mi doradzić. Pytam wprost, co mogę zrobić ekstra, w czym mogę uczestniczyć w Departamencie, może jakieś kółka studenckie, czy coś. Bo przecież nie wiem jeszcze, to dopiero mój pierwszy miesiąc na JU (a samemu nie sposób do niczego dojść, kiedy nie da się nawet nic podsłuchać – wszyscy rozmawiają między sobą w bengali, ogłoszenia na tablicach są w bengali; uczę się języka, ale powoli, powoli…). Mówię jej szczerze, że zajęcia to dla mnie za mało, że dyrektor mi odmówiła możliwości udziału w zajęciach dla drugiego roku. NT z nutą goryczy w głosie odpowiada: „Pani Magdaleno, mówiąc szczerze uniwersytety w Indiach są bardzo ortodoksyjne, konserwatywne. Profesorowie nie mają tutaj w zwyczaju angażować się bardziej niż to potrzebne.” Pytam, „A co z ambitniejszymi studentami?”. NT: „Muszą radzić sobie sami. Idą poza uniwersytet, do NGO’sów, na wolontariaty, staże. Ja Pani radzę iść do bibliotek i czytać, mamy tutaj dużo książek, będzie miała Pani silne podstawy teoretyczne. My tutaj na uniwersytecie nie jesteśmy bardzo nastawieni na badania, uczy głównie teorii”. Dziękuję za radę i wychodzę na korytarz. I robi mi się przykro. I jestem zła, a raczej czuję bezsilność. Nie po to przejechałam tysiące kilometrów, żeby po raz kolejny studiować Comta! No ale dobra, powtarzam sobie, uczę się po angielsku, przestawiam się na obcy język, chociaż tylę zyskuję. A poza tym nie zaszkodzi powtórzyć. No i są jeszcze te zajęcia o teoretykach indyjskich, o indyjskim społeczeństwie. I zajęcia z bengalskiego. To po tu jestem. A jak się na dobre zaczną zajęcia z Modern Social Theory z AM, będzie już zupełnie dobrze! O ile się faktycznie zaczną…

Idę do klasy, biorę butelkę i idę ją napełnić schłodzoną wodą przez filtr (stoi na każdym piętrze). Po drodze spotykam koleżankę A., która jest jedną z najbardziej aktywnych studentek u nas, skończyła najlepszy kurs BA w mieście, w St. Xavier’s College, podobnie jak P., jak dotąd moja najbliższa koleżanka z JU (wyjątkowo lekko się nam rozmawia, choć wspomnianej wcześniej wspólnoty doświadczeń jeszcze nie ma – różnica wieku, wychowania, zainteresowań; naszą dopiero budujemy). Mówię jej o rozmowie z N.T. Koleżanka odpowiada mi: „Tak to tu już jest. W St. X. jest bardziej po waszemu, po europejsku, ale to dlatego że nasi wykładowcy kształcą się w Europie. Ale to wyjątek w skali regionu. No i nie mają tam kursu MA. A JU jest jedną z lepszych placówek w kraju. Nie martw się, może być gorzej. Żeby uczyć się kunsztu badawczego jeździ się za granicę, na stypendia.” Uśmiecham się. Fajnie, że nie tylko ja jestem trochę zawiedziona. Jak tak sobie pomyślę, to w zasadzie należę do najbardziej optymistycznych jednostek, bo narzekanie wydaje się tutaj najlepszą rozrywką, po plotkowaniu. Prawie jak u nas w Polandzie!

Kampus JU: Gaza

Chociaż muszę przyznać, że pod wieloma względami nasza rodzima akademia jest bez porównania lepsza. Prosty a istotny przykład – podczas studiów licencjackich (uwaga, uwaga!) studenci nie mają obowiązku czytania oryginalnych tekstów socjologów, o których się uczą. Nie mają żadnych konwersatoriów. Ma to czasem o wiele poważniejsze konsekwencje, niż tylko braki w wiedzy – mniej więcej 1/3 studentów nie potrafi studiować po angielsku, tj. czytać tekstów teoretycznych ze zrozumieniem, co jest od nich wymagane no studiach magisterskich. Nie jest to łatwe, ale tego właśnie powinni się już uczyć na kursie licencjackim. Przecież my w Polsce tak to właśnie robimy, a nie jesteśmy krajem w którym na codzień używa się angielskiego w sferze publicznej. Tacy studenci bez znajomości języka nie będą się mogli dalej rozwijać, mimo że na bengalski jest przetłumaczona całkiem spora ilość tekstów socjologicznych czy antropologicznych. Są jednak one dość trudne do znalezienia.

Ale jak słyszałam, bardzo wiele studentek nie studiuje po to, aby później pracować w zawodzie. Robią to dla przyjemności, nie dla ocen, nie muszę być prymuskami (a studia są tutaj bardzo tanie – około 50 PLN za semestr dla Indusów), tekstów więc nie szukają, bo wiedzą że zaliczą egzamin bez ich czytania. Wychodzą z założenia, że i tak prędzej czy później wyjdą za mąż, a potem będą po prostu „paniami domu”. No i z wykształceniem będą lepszą partią. Być może fakt, że większość studentek socjologii nie będzie w przyszłości pracować w zawodzie, albo nie będzie pracować w ogóle, jest przyczyną dla której niektórym wykładowcom się po prostu „nie chce” uczyć nikogo prócz doktorantów. Ale, moim zdaniem, nie powinno mieć to dla nich żadnego znaczenia. Każdy ma prawo do rozwoju osobistego, do wiedzy oraz do wyboru stylu życia i nie im oceniać „czy warto”. Jednak może być też tak, że wykładowcy nie angażują się za bardzo w nauczanie i wspieranie studentów, bo zbyt są zajęci sprawami administracyjnymi, wyrabianiem norm czy swoją własną karierą [link]. Na poziomie akademickim w Indiach nauczanie to raczej przykry obowiązek (bo zarobek średni, choć prestiż znaczny), aniżeli pasja i poczucie misji [czytaj!]. No może poza St. Xavier’s College, jak twierdzą A. i P. Ciekawa jestem jakby prowadzili tam kurs magisterski…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: