Indiopol: Teoria okrągłości

Bycie antropolożką ma to do siebie, że zatrważająco łatwo można popaść w pracoholizm. Przyłapałam się na tym kilka dni temu, w niedzielę, kiedy reszta rodziny R. miała wolne, a ja sumiennie pisałam sobie kolejny artykuł (moje hobby to… antropologia, co za pytanie). Oczywiście, że kocham to co robię, ale mówiąc szczerze, trudno mi sobie przypomnieć kiedy po raz ostatni miałam dzień zupełnie wolny od pracy (i bez poczucia winny, że się bezprawnie lenię). Nie pomaga fakt, że w Polsce trwają w najlepsze wakacje, a tutaj to już środek roku akademickiego i do najbliższego dłuższego weekendu zostały prawie dwa miesiące (tygodniowe obchody Durga Puja pod koniec września).

W związku z powyższymi przemyśleniami, postanowiłam skorzystać ze sposobności i wykorzystać fakt, że zaplanowane na dziś zajęcia odwołano. Położyłam się więc wczoraj spać wcześnie, aby móc możliwie jak najlepiej wykorzystać tę niespodziewaną „dobę wakacyjną”.

Dochodzi siódma rano, a ja powoli zaczynam się budzić. Pierwsze co słyszę to bucząca na zewnątrz klimatyzacja (jak wakacje, to i luksus – zazwyczaj śpię tylko z wiatrakiem sufitowym; jest tak gorąco że nie idzie wytrzymać bez niego, a poza tym odgania komary!). Potem zaczynają do mnie dochodzić śpiewy ptaków, popiskiwania i pohukiwania ukrytych w gąszczu krzaków istot, zamieszkujących pole golfowe za płotem. Po chwili dołącza do nich wołanie ulicznych sprzedawców: „sabji!”, „sabji!”. Na zaprzęgniętych w rowery przyczepkach sprzedają świeże warzywa. Ich przybycie oznacza, że świat na zewnątrz obudził się już na dobre.

Mój plan na dziś: brak planu oraz same konstruktywne przyjemności. Żadnego siedzenia w sieci czy oglądania amerykańskich seriali.

Wstaję, szybki prysznic w zimnej wodzie – nie chcę włączać grzejnika, i tak jest przecież gorąco. Poranna owsianka i kawa. Skonsumowane powoli. Czuję się prawie jak Julia Roberts w Eat, Pray, Love. Kto widział ten wyjątkowo ambitny film, ten wie co mam na myśli. Dolce farniente. Słodkie lenistwo. O ironio, myślę sobie. Też zbierałam w dzieciństwie zdjęcia z National Geographic, hehe. Ale nie marzyłam wtedy o podróżach do egzotycznych krajów, po prostu fascynowała mnie różnorodność świata. No ale ja przecież nie jestem w Kalkucie turystką, jak bohaterka grana przez Roberts. Ja tu mieszkam. To już ponad rok. 12 miesięcy i 24 dni.

Pani w różu

Postanowione zatem: spędzę ten dzień turystycznie. Spróbuję pójść na prawdziwy spacer, prawdziwe szwędanie, nie będę tylko przebiegać z punktu A do punktu B. Naprawdę nie pamiętam, kiedy po raz ostatni spacerowała po Kalkucie (poza oprowadzaniem gości, co się zupełnie nie liczy). Inna sprawa, że miasto to – podobnie jak wszystkie inne indyjskie metropolie – nie sprzyja spacerowaniu. Przestrzeń publiczna jest zatłoczona; chodniki zapchane budkami z jedzeniem, wszędzie ludzie i – najgorsze – hałas. Uliczne zapachy nie przeszkadzają tak bardzo. Czasem, jak przechodzi się koło jakiegoś lokalnego śmietniska trochę zaciągnie, ale bez przesady. Idzie wytrzymać. Poza tym, Kalkuta jest dość zielona, a teraz, w porze deszczowej, wszystko kwitnie (mówiąc szczerze, coś tutaj zawsze kwitnie, w zależności od sezonu…). Zwłaszcza wieczorami czuć w powietrzu słodki zapach jaśminu.

Kierunek na dziś: Gariahat Market. Nie ma nic lepszego niż małe zakupy, a poza tym obszar bazaru, jest jednym z niewielu miejsc gdzie Indusi spokojnie spacerują (poza nielicznymi parkami oraz centrami handlowymi). Można ich wtedy poobserwować, lub porha-shuna kora, pisząc fonetycznie. To piękne słowo oznacza studiować i składa się z trzech członów – czytać, słuchać, robić. Dla Bengalczyków to study to poznawanie czegoś na wiele sposobów, a potem wcielanie tej wiedzy w życie, czynienie. Jedno słowo, które w niesamowicie precyzyjny sposób podsumowuje naturę warsztatu badacza.  A zatem, ami ajke porha-shuna korbo.

Wsiadam w auto-rikszę (5 rupii), która podwozi mnie na skrzyżowanie, gdzie mogę złapać odpowiedni autobus (6 rupii). Widzę pędzący numer 110, mój ulubiony, bo wozi mnie także na zajęcia z bengalskiego. Macham ręką, autobus przystaje, łapię za poręcz i przez zawsze otwarte drzwi wskakuję do środka. Dochodzi 9, godziny szczytu dobiegają końca, jest więc dużo wolnych siedzeń. Siadam w moim ulubionym miejscu, na samym przodzie, tuż przy kierowcy. Przez otwarte lufciki w przedniej szybie wpada strumień powietrza, który przyjemnie chłodzi skórę.

Wysiadam przy Gariahat, który rozpościera się przy ogromnym skrzyżowaniu, składając się z ciągu maleńkich sklepów oraz zajmujących szerokie chodniki straganów. Pod wiaduktem, przebiegającym ponad ulicą, zebrała się właśnie grupka mężczyzn, aby rozpocząć codzienną partyjkę gry w szachy. Wielu z nich zostanie tu do późna, przychodzą od lat. Młodzi, starzy. Czemu? Po prostu. Bo lubią, bo nie mają nic innego do roboty. Bo akurat mają dzień wolnego, albo są bezrobotni, albo są „na emeryturze”, jakbyśmy powiedzieli na Zachodzie. Mają dzieci odpowiednio dorosłe, aby ich utrzymać lub wystarczającą ilość pieniędzy odłożonych, żeby już na starość nie pracować.

IMG_20140813_013829

Kupuję herbatę w małej, glinianej czareczce. Jest słodka, tłusta – dużo w niej mleka. Pasteryzowanego co prawda, ale przynajmniej nie w proszku (to robi się niestety coraz popularniejsze, zastępując te od lokalnych dostawców, czy nawet te ze sklepowych półek w osiedlowych spożywczakach).

Dopijam herbatę i ruszam na zakupy. Przechadzam się między straganami, tym razem powolnym krokiem, inaczej niż zazwyczaj. Jest wcześnie i sprzedawcy dopiero co rozkładają towar, otwierają sklepy. To dobrze, łatwiej będzie mi się targować. W buszowaniu pośród spódnic i salwar kamizów towarzyszą mi tylko panie w średnim wieku, bengalskie żony i matki. Już po 9, zdążyły więc odprawić mężów do pracy, a dzieci do szkoły. Zanim przyjedzie pora, żeby je odebrać (młodsze już koło 11, starsze koło 13), mają trochę czasu na zakupy oraz dla siebie.

Przyglądam się im. Większość zawinięta w codzienne, bawełniane sari. Kolorowe, kobiece, piękne.

W Indiach funkcjonuje powodzenie, że wszystko w Bengalu jest okrągłe. Przede wszystkim Bengalczycy, a zwłaszcza zaś Bengalki – zarówno te mieszkające w Indiach, jaki i te po drugiej stronie, w Bangladeszu. Mają okrągłe w zarysie twarze, a także o-krągłe kształty – obfite piersi i powabne biodra. Sensualne, nawet pulchne. Pełne erotyzmu, którego nie potrafimy zauważyć czy zrozumieć. Wielu z moich zagranicznych gości pyta się mnie nieśmiało, z dziecięcą ciekawością, dlaczego tak wiele Indusek z klasy średniej (i wyżej) jest otyłych i czemu bez oporów pokazują swoje wątpliwe, ich zdaniem, wdzięki nosząc sari, które przecież odsłania spory kawałek brzucha oraz plecy? Przecież my byśmy te fałdki tłuszczu starali się za wszelką cenę zamaskować!

IMG_20140813_013359

Odpowiedź na te pytanie nie jest prosta. Przede wszystkim, nadprogramowa waga jest w Indiach – podobnie jak np. w niektórych państwach afrykańskich i na Bliskim Wschodzie – postrzegana jako oznaka sukcesu, dobrobytu w rodzinie. Nadwaga, mniejsza lub większa, świadczy o tym, że jej posiadacz, primo, je dostatnio (mięso codziennie lub co drugi dzień), oraz, secundo, nie musi za często wychodzić z domu, a jeśli już to robi, to używa w tym celu samochodu, który jest nie tylko komfortowy, ale izoluje także od gorąca oraz hałasu ulicy. Co więcej, w Indiach nie istnieje tradycja uprawiania sportów u osób dorosłych. W okresie dzieciństwa – czyli mniej więcej do momentu podjęcia studiów – od młodzieży wręcz oczekuje się czynnego udziału w wydarzeniach sportowych, „bycia dobrym” w czymkolwiek. Zarówno od chłopców, jak i od dziewcząt (choć w ich przypadku głównie w szkołach chrześcijańskich, a i tradycja ta powoli zanika).

Z biegiem czasu wysportowane niegdyś dziewczęta i atletyczni chłopcy zmieniają tryb życia na „osiadły” – kobiety zostają żonami i matkami, przybierając na wadze, którą uważa się za oznakę zdrowia i jej nie krytykuje. Przecież w ciąży i tak trzeba przytyć dla dobra dziecka, a po niej nie trzeba być już młodzieńczo atrakcyjną, wszak w małżeństwie chodzi przecież przede wszystkim o dzieci. Dodatkowa waga oznacza (pozornie) stabilny tryb życia (do którego dąży większość) i budzi szacunek. W przypadku mężczyzn – podejmują pracę zawodową, kupują pierwszy samochód. Rozpoczyna się wielkie siedzenie – długie godziny spędzone w biurze, potem w aucie. Małżonkowie wieczorem, po dniu wypełnionym posiłkami pysznymi, acz kalorycznymi, pełnymi smażonychi warzyw czy mięsa, siedzą dalej. Zalegają oboje przed telewizorem, bo na nic więcej nie mają już siły.

Pół żartem, pół serio. Krągłość ciała w Indiach ma także swoje inne oblicze – niedożywienie. Wzdęty od nieodpowiedniego jedzenia brzuch ma sobie za nic grubość portfela. Nieurozmaicona dieta to zarówno jedzenie jedynie soczewicy oraz białego ryżu (najbiedniejsi), jak i nadmiar produktów mięsnych (bogaci). W pierwszym przypadku winą można obarczać m.in. programy rozwojowe lat 60 oraz 70, przywiezione do Azji z przygniecionego poczuciem winy Zachodu. To wówczas wprowadzono do rolnictwa indyjskiego łatwiejsze w uprawie odmiany białego ryżu, które wyparły jego rodzime gatunki oraz inne zboża uprawne, znacznie bogatsze w wartości odżywcze [1]. W drugim zaś przypadku mamy do czynienia z kulturowym „przeżywieniem”, charakterystycznym dla lepiej zarabiających warstw indyjskiego społeczeństwa, zakochanych w konsumpcyjnym stylu życia. Byle więcej i tego co najlepsze. Byle dużo i tłusto.

IMG_20140813_013441

Ta swoista teoria bengalskiej okrągłości nie dotyczy tylko ciał. Pół żartem, pół serio, o-krągłość jest tu wszechobecna. Spacerując dzisiejszego ranka po Kalkucie dostrzegłam jej mnóstwo – w słynnych przekąskach (okrągłe chrupki do puchka czy batata puri), przy obiedzie (okrągłe roti, dosa czy inne rodzaje „chleba”), w girlandach kwiatów, ale także w języku. W Kalkucie mieszka wielu imigrantów z terenu całego kraju, dla których pierwszym językiem jest hindi. Wielu z nich nie mówi prawie wcale po bengalsku i śmieje się, że wystarczy iż zamienią wszystkie „a” w hindi na „o” i będzie bengalski. Durga Pujo, Hanumon, sobji. I jest w tym trochę prawdy, czasami wystarczy dane słowo wymówić bardziej na “okrągło”. Ale to tylko procent, różnic jest o wiele więcej. To trochę tak jakby porównywać polski z rosyjskim.

Wracając do jedzenia. Czytałam ostatnio ciekawy artykuł w Pacific Standard [2], traktujący o domniemanych przyczynach otyłości u osób o niskim dochodzie. Jego autorka odwołuje się w nim do interesującej książki Scarcity: Why Having Too Little Means So Much [3]. Jej autorzy twierdzą, że niedostatek – czy też ciągłe poczucie zagrożenia, obawa przed utratą ciężko wypracowanego dobytku – sprawia, że w momencie, kiedy mamy wybrać między zdrowszym, np. gotowanym jedzeniem, a niezdrowym, smażonym, między prawdziwymi owocami a landrynkami „o smaku”, wybierzemy te drugie. Dostarczą nam one szybkiej satysfakcji, zachwycą nasze przytępione kubki smakowe, nasycą cukrami, podnosząc ciśnienie i natychmiast, choć tylko na chwilę, dodadzą energii. Sprawią, że poczujemy się lepiej. Ale nie będzie to trwać długo. Koniec końców, wciąż będziemy ofiarami – życia w niepewności, pełnego stresu, który próbujemy sobie osłodzić. Być może tak właśnie dzieje się w przypadku tych otyłych z majętnych. Być może ich wyborami żywieniowymi, oprócz społeczno-kulturowego znaczenia produktów przez nich wybieranych (drogie mięso, drogie słodycze), kieruje właśnie taka potrzeba uspokajania codziennej niepewności na rynku pracy tym co tanie, łatwo dostępne i kaloryczne. Ale tak się tylko zastanawiam, jeszcze nie udało mi się znaleźć żadnej pracy, która by ten problem w Indiach opisywała z perspektywy nauk społecznych.

Reklamy

2 thoughts on “Indiopol: Teoria okrągłości

  1. Schnell pisze:

    Twój wpis przypomniał mi o tym jak niedawno poddawałam refleksji funkcjonowanie „brzuszka”, czy „mięśnia piwnego” w Polsce. Można się tutaj dopatrzyć szeregu podobieństw, bo w gruncie rzeczy – pominąwszy to co świat medycyny miałby do powiedzenia na temat otyłości, przybierania na wadze – otyłość dorosłego i żonatego mężczyzny również spotyka się ze społeczną aprobatą, albowiem miałaby ona świadczyć o dobrobycie panującym w jego domu (żona „dobrze” gotuje, racząc męża mięsem i tłustymi daniami, mężczyzna nie musi pracować fizycznie etc.). Ciekawe czy są jakieś badania węszące powiązń między otyłością a klasą/kastą społeczną, zarówno uwzględniające statystyki jak i postrzeganie „brzuszka” w społeczności. Pisz nam na okrągło! 😉

    • Antropoludens pisze:

      Z pewnością są! I to nawet pewnie indyjskie, trudno powiedzieć czy będą dobre. Ale trudno je będzie znaleźć – problem z niepłeną cyfryzacją ośrodków naukowych w tym kraju jest taki, że naprawdę trudno dotrzeć do badań, które się przeprowadza. Na pewno jest związek z postrzeganiem osoby otyłej jako zamożnej, zatem wśród tych co „aspirują do bycia wyżej” nie mówi się „odchódź się”, choć np. w faktycznej upper middle class już tak. Ale często to kończy się też na słowach – „powinnam się odchudzać (ale dobrze mi z tym, bo otyłość nie równa się w Indiach wykluczenie społeczne, a tylko pobłażliwe rady lub czułe żarty, jeżeli w ogóle).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: