Indiopol: Wyprawa do kina

 Odkąd mieszkam sama (R. w Bangladeszu), co raz więcej czasu poświęcam zgłębianiu tajników indyjskiego życia rodzinnego. Jako że jego rodzice mieszkają nad nami, mam ku temu niezliczone sposobności. Będąc prawie-członkinią-rodziny, jestem zabierana na spotkania towarzyskie, zakupy, codziennie karmiona, więcej czasu spędzam „na górze”. Zanim wprowadziłam się do R. w lipcu zeszłego roku, byłam jednak przyzwyczajona do życia w pojedynkę. Moja wielka, patchworkowa rodzina rozrzucona jest po Polsce i zagranicy. Mimo codziennych kontaktów, żyłam sobie sama przez prawie dwa lata. I uwielbiałam to. Przeskoczenie do sytuacji w której mieszka się z partnerem, a także – de facto – z jego rodziną, było nielada wyzwaniem. Ach, należy jeszcze podkreślić współrzędne geograficzne tej zmiany – Indie. Inny świat, nowe środowisko. Kilka miesięcy zajęło mi przystosowywanie się do nowych warunków życia, zarówno w sensie walki z szokiem kulturowym (oraz odruchowymi próbami poszukiwania znajomych zapachów i smaków, aby poczuć się bezpieczniej), jak i przystosowywaniem się do życie kolektywnego. Łatwo nie było, ale też nie jakoś bardzo trudno. Na pewno pomaga w tym fakt, że rodzina R. do standardowych nie należy.

Uliczna puja

Nie wchodząc w szczegóły, najistotniejsze jest, że nikogo nie bulwersuje nasze mieszkanie razem bez ślubu (!), co z kolei wprawia w lekką konsternację niektóre moje koleżanki z roku. Trudno orzec ze stu procentową pewnością, ale ta swoista progresywność obyczajowa jest chyba jednak cechą indywidualną. Mniejsze znaczenie ma tutaj fakt, że rodzina R. należy do specyficznego rodzaju upper-middle class, charakteryzującego się wysokim poziomem zwesternizowania.

Angielski dla większości stanowi tutaj język pierwszy, ten który zna się najlepiej – przez edukację w szkołach oraz uniwersytetach anglojęzycznych, należących do najlepszych w mieście/kraju (co prawda, bengalski służy do codziennej komunikacji, ale zapisywanie czegokolwiek, czasem poza odręcznymi notatkami, odbywa się w języku dawnych kolonizatorów). Zachodnie są także gusta muzyczne oraz odzieżowe, czy fascynacja sztuką europejską, głównie klasyczną (uwikłaną w post-kolonialne konteksty). Do tych dóbr kultury zawsze był dostęp. Trudniejszy lub łatwiejszy, w zależności od czasów. Sprawa ma się jednak zupełnie inaczej, jeżeli chodzi o dostęp do kina.

Przez lata wytwórnie indyjskie doskonale radziły sobie z zaspokajaniem potrzeb rosnącej publiczności, minimalizując przy tym jej pragnienie oglądania filmów zza granicy. Częstokroć, zwłaszcza zaś w ciągu ostatnich dwudziestu lat, reinterpretowały przy tym tytuły zachodnie, produkując ich lokalne odpowiedniki. Kinematografii indyjskiej przyznać trzeba także niezwykłą umiejętność trafiania – oraz kształtowania – gustów i sympatii bardzo zróżnicowanej publiczności. Poza kinem alternatywnym, którego tytuły pojawiają się na srebrnym ekranie raptem kilka razy do roku, średnio co dwa – trzy tygodnie do kin wchodzi jakiś nowy „hit”, skierowany do wielomilionowego ogółu – czy to wyprodukowany w Bollywood, czy w kalkuckim Tollywood.

Skuteczność lokalnego przemysłu filmowego w docieraniu do tak zróżnicowanej grupy odbiorców jest dziś na tyle duża, że jak zauważa Suketu Mehta, pisarz, autor słynnego Maximum City: Bombay Lost and Found, Indie jednym z niewielu krajów w których produkcje hollywoodzkie stanowią [w dalszym ciągu] jedynie bardzo niewielką część wyświetlanych filmów (około pięć procent). […] Kiedy światowy przemysł filmowy upadł przed Hollywood na kolana, Indie wyszły mu naprzeciw. Powitały go, połknęły w całości i zwróciły. To co połknięte, wymieszało się w indyjskim brzuchu ze wszystkim, co było tam wcześniej, i zostało wydalone z dziesięcioma nowymi głowami” [1]. Popularne kino indyjskie adresowane jest do szerokiej widowni, a jego twórcy liczą się z potrzebami każdego widza. Filmy zawierają mnogość przekazu – „piękną tradycyjną muzykę i piosenki z wyrafinowanymi, poetyckimi słowami, które docenią widzowie wykształceni muzycznie i znający język [sanskryt, język literacki], oraz muzykę popularną i nieskomplikowane, pełne humoru przyśpiewki; przaśny dowcip, który rozbawi dzieci i ludzi prostych, oraz satyrę dla zorientowanych w sytuacji politycznej; elementy tragedii przeplatające się z motywami komediowymi; wątki zaczerpnięte z hinduskich eposów” [2]. Także coś miłego dla każdego.

Mimo tak wielu zalet lokalnych produkcji, moja indyjska rodzina od lat chodzi do kina głównie na produkcje zachodnie (bo ciekawsze, a i ja się cieszę – nie znam hindi za dobrze). Średnio co dwa – trzy tygodnie pojawia się jeden nowy tytuł – w przypadku murowanych hitów, takich jak Transformers czy Hercules, które z pewnością ściągną przed ekrany tłumy, premiera kinowa w Indiach zbiega się z tą światową. W przypadku zaś filmów “trudniejszych”, co do których kasowości dystrybutorzy mogę mieć wątpliwość, ich screening może opóźnić się nawet o rok (lub więcej), jak to było w przypadku The Grand Budapest Hotel.

Także w ostatnią sobotę poszliśmy sobie całą rodzinką na zupełnie lekki film pt. Guardians of the Galaxy. Dodam jeszcze tylko, że ja oraz tata R. poszliśmy na ten film po razy drugi (tak się jemu podobał, że chciał zabrać też żonę oraz nastoletnich kuzynów R.). Przyjemna rozrywka a la Gwiezdne Wojny, z dodatkową szczyptą humoru. Co ciekawe, film pokazywany jest w bardzo ciekawy zestawie godzinowym – albo wczesnym popołudniem (około 14), albo bardzo późną nocą (po 23). Czemu akurat tak? Przecież w kinie, do którego chodzimy najczęściej, jest aż sześć sal! Czyżby wszystkie były przez resztę dnia zajęte przez wyjątkowo długie indyjskie produkcje, które ze względu na popularność wyświetla się kilka naraz, symultanicznie? Hm… Odpowiedź na to pytanie na zawsze pozostanie zagadką (a może po prostu zapytam w kinie, jak tylko wybiorę się następnym razem. Pytanie tylko, kogo…).

Rodzinny wypad do kina poprzedziło małe przyjęcie, niesamowicie przypominające te, urządzane przez moich rodziców lub ich znajomych w Polsce. Co prawda, zamiast domowych nalewek lub wina, albo polskiego piwa, indyjskie wino oraz likier pomarańczowy, ale gitara i piosenki jak najbardziej w tym samy klimacie (choć oczywiście bengalskie lub angielskie). Podobieństwo niewielkie, ale i tak cieszy, zwłaszcza jeśli objawia się tak zupełnie niespodziewanie, i to w najmniej oczekiwanej formie. Fajnie się poczuć swojsko na indyjskiej obczyźnie.

Westernizacja? A może w tym kontekście po prostu globalizacja? Przecież i rodzice R. i moi dorastali słuchając Beatelsów, i w ten sposób tworzą ponadnarodową wspólnotę doświadczeń. Dla jednych i drugich był to ten „odległy Zachód” (choć może dla Indusów trochę mniej odległy, zważywszy na beatelsowską fascynację Indiami). Nie mniej, odkryłam ostatnio, że Polska też jest na Zachodzie. Tak samo jak Zachodem z indyjskiej perspektywy jest Rosja, Ukraina czy Bałkany. A nawet Kaukaz. Wszystko co w niedalekiej odległości od Europy, minus „świat muzułmański” (ponad-geograficzny). Oksydentalizacja? Nie sądzę. Czasami chyba zdajemy się nie pamiętać, jak wiele jest tych kulturowych „Zachodów”. W Indiach o mojej własnej zachodniości dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy przyłapałam się na podświadomym zaliczaniu do kategorii swoje m.in. produkcji hollywoodzkich (tu mam akurat na myśli The Grand Budapest Hotel). Zaskakująco pojemna okazuje się być swojskość.

[1] S. Mehta, Maximum City: Bombay Lost and Found, New Delhi 2006, s. 376

[2] U. Woźniakowska, Sceniczna masala Parsów, czyli skąd się wziął Bollywood [w:] Nie tylko Bollywood, Kraków 2009, s. 20

Reklamy
Otagowane , , , ,

4 thoughts on “Indiopol: Wyprawa do kina

  1. Ania pisze:

    Maniu czy filmy w Indiach sa cenzurowane? Bylismy ostatnio w Manado na Zolwiach Ninja. Rok temu jeszcze sie z tym nie zetknelam, chociaz A. twierdzi, ze tak bylo zawsze, ale tym razem rzucil mi sie w oczy komunikat wyswietlony przed wlasciwym seansem, informujacy, ze pozytywnie przeszedl on cenzure. Chociaz moi znajomi nie przypominaja sobie zeby ktorykolwiek z hitow takiej cenzury nie przeszedl. Zazwyczaj, jak to bylo w przypadku Tytanika, wycinaja gole scenki. Albo np w animowanym filmie Disney’a – Brave zatuszowali zbyt pokazny biust sluzacej. Game of Thrones ogladany na indo odpowiedniku rowniez traci swoje smaczki.

    • Antropoludens pisze:

      Pewnie, że są! Zarówno w kinie, jak i w telewizji. Przed każdym seansem kinowym pojawia się na ekranie skan takiego druczka, który oznacza że film może być pokazywany legalnie oraz jest zarazem zaaprobowany do obrotu i sprzedaży. Cenzuruje się u nas głównie sceny „erotyczne”, w tym zbyt namiętne pocałunki oraz oczywiście nagości, ale to polega na tym, że po prostu wycinają całe ujęcia. Przemoc nie jest cenzurowana, po prostu puszczana po przysłowiowej „22”, choć też nie zawsze. No chyba że jakieś wyjątkowo paskudne i krawawe scenki to tak. U nas biust służącej w Brave chyba nie był rozmazany, ale muszę to sprawdzić jeszcze :D. A z Game of Thrones to my po prostu ściągamy z neta, co tu dużo mówić – inaczej nie ma sensu!

  2. a kina jak wygladaja? Czy bywaja tez wyswietlane na dworze? takie spotkalam na wsi w Wietnamie, bylo to ciekawe przezycie…

    • Antropoludens pisze:

      Bywają w terenach wiejskich z pewnością. A kina tutaj, takie miejskie takie same jak u nas. Zwłaszcza te multipleksowe, ale też te starsze, które puszczają głównie indyjskie produkcje – wyglądają tak jak starsze, polskie kina (np. Kinoteka). Z tą różnicą, że oprócz coli, popcornu i nachos (bardzo popularnych) można też sobie dokupić np. gotowaną kukurydzę (niestety z mrożonki), lody, albo uliczne przysmaki – momo, batata puri czy puchka. Oczywiście cena się różni 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: