Monthly Archives: Wrzesień 2014

Indiopol: Hokkolorob, czyli gniew studentów

Pada od rana. Niebo ciężkie, ciemnoszare. Wczoraj zapowiadali, że nadciąga wielka fala deszczy, ostatnie tchnienie monsunu i że będzie tak dzień w dzień do środy. W nocy już pokapywało. Nie dobrze, myślę sobie. Jest sobota 20 września i coś bardzo ważnego ma się dzisiaj wydarzyć.

IMG_20140923_125756

Sanskriti

Wszystko zaczęło się pod koniec sierpnia. To był dokładnie wieczór 28, drugi dzień kilkudniowego festiwalu studenckiego Sanskriti na Jadavpur University, który obejmował także tzw. freshers, uroczyste rozpoczęcie nowego roku akademickiego i powitanie dopiero co przyjętych studentów (w Indiach semestr zimowy rozpoczyna się w lipcu). W uniwersyteckim amfiteatrze trwała zabawa – koncerty, pokazy taneczne, wspólne śpiewanie; wszędzie kręcili się ludzie – studenci, ich koledzy z innych jednostek akademickich w mieście, absolwenci, przypadkowe osoby.

Tego właśnie wieczoru wydarzyło się także coś bardzo przykrego. Studentka drugiego roku została zaatakowana przez kilku studentów, kiedy poszła ze swoim kolegą na ubocze, w okolice akademików, aby po prostu ulżyć pęcherzowi (braku łazienek). Przechodząca grupa studentów najpierw pobiła jego, a potem zaciągnęła ją do akademiku męskiego, których kilka znajduje się na terenie kampusu, gdzie stała się ofiarą napaści seksualnej – chłopcy zaczęli ją najpierw obrażać, a potem dotykać , popychać. Jakoś udało jej się uciec.

Dziewczyna sprawę zgłosiła natychmiast rektorowi JU, a po braku reakcji z jego strony na policję, ale prywatnie, bo władze Jadavpur University oświadczyły, że muszą najpierw zbadać sprawę. Powołano specjalny komitet, składający się z profesorów oraz administracji JU. Mieli ustalić szczegóły wydarzenia i zastanowić się co dalej.

Mijały dni, a sprawa nie ruszała z miejsca, jedynie podejrzani o napaść zostali zawieszeni. Co więcej, poszkodowanej złożyły wizytę dwie profesor, oskarżających ją o to że była pijana i niestosownie ubrana w dniu incydentu. W rezultacie, w jej imieniu All India Progressive Women’s Association oraz the General Student’s Body wystosowały oficjalne pismo z zażaleniem do rektora.

W pomoc studentce zaangażowały się uczelniane stowarzyszenia, z których część uwikłana jest do pewnego stopnia w lokalną politykę, mniej lub bardziej oficjalnie sympatyzując z tymi to a tymi ugrupowaniami. Organizowane były apolityczne protesty i małe pochody, cały kampus zasłany był więc ręcznie skonstruowanymi banerami i plakatami, na których czerwono-czarnymi literami wymalowano w bengali żądania szybkiej reakcji ze strony rektora oraz pomocy poszkodowanej.

Wtorek

Był wtorek wieczorem 16 września, dwadzieścia dni od feralnego wieczoru. Siedziałam w domu, jak co tydzień przygotowując się do kolejnych zajęć z języka bengalskiego w Ramakrishna Mission. Akurat dziś odwołali nam na JU zajęcia (bez powodu…), nie byłam więc na kampusie. O wszystkim co tego wieczoru miało tam miejsce dowiedziałam się więc dopiero następnego dnia rano, od znajomego; bariera językowa stanowi czasem spory problem. Moje koleżanki z roku rozmowy na naszej 20-osobowej grupie dyskusyjnej na WhatsApp prowadzą po bengalsku. Zaglądam tam tylko raz na jakiś czas i to po to aby poprosić je po angielsku, aby dawały mi znać jeśli coś istotnego się dzieje. Tym razem nie dały i wiadomość dotarła do mnie na krótko przed poranną prasą.

Od tygodnia trwa z przerwami pokojowy strajk okupacyjny Aurobindo Bhavan, budynku administracji. Studenci rozsiedli się przed wejściem i ogłosili, że będą tak trwać do skutku – aż ktoś z JU podejmie w końcu jakieś kroki i pomoże doprowadzić do skazania sprawców. Przecież bezpieczeństwo wszystkich studentów powinno stanowić dla władz priorytet. Tego dnia, we wtorek, studenci zablokowali swoimi ciałami wejście do budynku. W środku utknął vice-chancellor JU Abijit Chakrabarti, a także część administracji. Bali się wyjść i skonfrontować z młodzieżą, mimo że protest miał charakter zupełnie pokojowy. Jedynym warunkiem jego zaprzestania było oficjalne ogłoszenie przez rektora, że podejmie bardziej kategoryczne kroki w sprawie molestowanej dziewczyny.

Koło szóstej wieczorem zaczęło się ściemniać, protest trwa w najlepsze. Mijają dwie godziny, pojawia się policja i huligani TMC, Trinamool Congress, partii rektora. Mija kolejnych kilka godzin, jest już bardzo późno, po północy. Na wieść o obecności policji, próbującej zmusić studentów do zarzucenia protestu, dołączają kolejni, także z Presidency University. Ich liczba rośnie, protestuje już około 200 osób. Atmosfera w dalszym ciągu pokojowa. Gra muzyka, protestujący blokują wejście do budynku, skandują Justice! We want justice! Hok Kolorob!.

Dochodzi druga w nocy. W pewnym momencie wszędzie na chwilę gasną światła i cały uniwersytet ginie w mroku. Wyłączyli je pracownicy JU na polecenie rektora. Nagle ze wszystkich stron na uczestników protestów napadają goons z TMC oraz policja, zaczynają szarpać, kopać, popychać, słychać krzyki. Biją i gonią chłopców, popychają dziewczyny, drąc im ubrania. Wracają światła, na miejscu jest reporter ABP Ananda, stanowej telewizji, wszystko filmują też sami studenci z EyeZin magazine.

Wszystkiemu przyglądają się obojętnie policjanci, którzy na terenie uniwersytetu nie mają prawa rozganiać nielegalnych protestów. Może to natomiast robić tzw. policja ochotnicza, utworzoną w 2009, aby tłumić protesty ze strony studentów, kiedy policja nie może wkroczyć na kampus. A jest ich sporo. Taka „policja” ubiera się jednak po cywilu. Co więcej, wielu z tych którzy w podskokach pobiegli bić studentów to wyborcy bengalskiego TMC, a dokładniej All India Trinamool Congress, którego liderką jest Mamata Banerjee. TMC to w Zachodnim Bengalu partia rządząca, a Mamata jest chef minister stanu West Bengal; odkąd w 2011 roku wygrała wybory, miażdżąc rządzącą nieprzerwanie od 37 lat marksistowską Communist Party of India, już zdążyła sobie wyrobić niepochlebną opinię. Ale o tym innym razem.

W Indiach stanowiska rektora i jego zastępcy w uniwersytetach państwowych (do których należy właśnie Jadavpur University) obsadzane są z urzędu, przez stanowego ministra edukacji, Partha Chatterjee i często rektorzy sami są politykami. Argumentem za takim rozwiązaniem ma być „niezaradność naukowców”, jeśli ci mieliby zarządzać akademią na własną rękę. W praktyce takowy stan rzeczy skutkuje niezwykle wysokim stopniem upolitycznienia uniwersytetów – nie tylko ze względu na aktywność nieoficjalnych młodzieżówek poszczególnych partii. Konsekwencje  widać zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta – władze JU nie potrafią dojść do porozumienia ze studentami, próbując zamieść problem pod dywan, nie podejmują dialogu i ze strachu uciekają się do przemocy. Góruje przekonanie, że student praw nie ma, ma tylko obowiązki – najważniejszy z nich to obowiązek posłuszeństwa. Nie należy występować przed szereg, najlepiej to nie mieć własnego zdania, tak jak za czasów szkolnych, aż do dnia ślubu (przecież człowiek wyswatany to człowiek dorosły!).

Studenci byli posłuszni – swoją lojalność okazali jednak nie władzom, a własnym wartościom, niemożliwości zaakceptowania obojętności administracji wobec tak istotnej kwestii.

W Polsce mówi się, że co raz częściej patrzymy władzy na ręce i że jest to nasz obywatelski obowiązek, że to podstawa demokracji i jedyny sposób, aby przeciwdziałać nadużyciom. Kiedy w Indiach rektorami uniwersytetów są politycy, ma miejsce ta sama sytuacja. Silne związki studenckie walczą o swoje prawa; zawsze znajdzie się ponad to przynajmniej jedno zrzeszenie, które nie sympatyzuje z partią do której dany rektor należy. Podstawowa zasada brzmi: nie należy mu do końca ufać, bo zawsze będzie kierował się interesem swojego ugrupowania (a raczej swoim własnym), w najmniejszych strajkach dopatrując się ukrytych prowokacji ze strony innych partii, manipulujących studentami czy podstawiających outsiders. W takich chwilach z przyjemnością myślę o naszym starym, dobrym Uniwersytecie Warszawskim i jego autonomiczności. Jego Miłościwie Nam Panująca Ekscelencja prof. Marcin Pałys ignorujący przypadek molestowania? Nasyłający na protestujących studentów osiłków, aby gawiedź rozpędzili? Takie sceny pamiętają tylko moi rodzice, ale to było przecież 25, 30 lat temu. Dziś taka wizja wydaje się śmieszna.

Ale kiedy dochodzi do takiej sytuacji faktycznie jest przykro.

Tego dnia na terenie kampusu do wczesnych godzin porannych zostało pobitych łącznie około 40 osób, z czego 10 trafiło do szpitala na odział intensywnej terapii. Dokładne dane nie są znane, policja także nie podała ile osób aresztowała – ze studentów – pod zarzutem zakłócania porządku na terenie kampusu oraz grożenia rektorowi. Na szczęście większość z nich została, po kilku godzinach straszenia, bicia i obrażania na komisariacie, puszczona wolno.

Sieć

Wiadomość rozprzestrzeniła się po portalach społecznościowych, WhatsAppach i Twitterach z prędkością światła. Już popołudniu następnego dnia, na skrzyżowaniu pod jedną z bram JU zaczął się spontaniczny protest – poza murami uniwersytetu, w miejscu publicznym, gdzie każdy może być świadkiem, jeśli dojdzie po prowokacji ze strony policji czy „wolontariuszy” TMC.

Zebrało się bagatela 5 tysięcy osób, blokując ruch. Tłum skandował żądanie sprawiedliwości i natychmiastowego odwołania rektora. Wszędzie słychać było Hok Kolorob (dosłownie „let there be noise!”, od słów piosenki bengalskiego artysty Arnaba).

Natychmiast padł pomysł na kolejny protest i 18 września ruszył ze stacji metra Rabindra Sarobar marsz do Jadavpur University. Jego celem było zwrócenie uwagi miasta i rządu na nadużywanie władzy ze strony rektora, nieadekwatne stosowanie przemocy oraz lekceważący stosunek do studentów (z którymi się w ogóle nie krył i jeszcze był z nich dumny). I zmuszenie go do natychmiastowej rezygnacji.

Treść Manifestu

Pod kampus pomaszerowało już 10 tysięcy osób. Skala odzewu oraz zdyscyplinowanie pokojowego protestu pozytywnie zaskoczyło wszystkich; protest zwołał się bowiem w pewnym sensie sam – informacja o marszu, zainicjowanym przez  grono studentów (pozostających anonimowymi), docierała do wszystkich przez media społecznościowe. Hasło #HokKolorob skutecznie zmobilizowało masy do zaangażowania się.

Czwartek to pierwszy dzień, kiedy studenci nie przyszli na zajęcia. Większość z nich poszła na marsz, wyrazić swoje niezadowolenie. Rozpoczął się oficjalny bojkot uniwersytetu, który nieoficjalnie poparł także związek zawodowy profesorów JU. Bojkot trwa do dziś.

Sobota

Czwartkowy marsz nie przyniósł rezultatów, ale też nikt nie oczekiwał że przyniesie. W Indiach aby politycy przestali bagatelizować problem trzeba czegoś więcej.  Już tego samego dnia wieczorem media społecznościowe po raz kolejny potwierdziły swoją użyteczność, czy wręcz niezastąpioność w takich sytuacjach. Obiegła je bowiem informacja, że w sobotę ruch studencki zaniesie gubernatorowi stanu Keshari Nath Tripathiemu (przedstawicielowi władzy centralnej w Zachodnim Bengalu), prośbę o interwencję w kwestii odwołania rektora.  Mój telefon co pięć minut buczy; to kolejna wiadomość  o meha mihil, wielkim pochodzie, który ma przekonać wszystkich o sile protestu i niekwestionowanej konieczności zmiany. Jak? Poprzez sparaliżowanie centrum miasta, tłumnie przezeń przechodząc, blokując ruch na jak długo się da w drodze do siedziby gubernatora in Governors Camp, Raj Bhavan przy Indira Ghandi Sarani.

Informacja swabodnie krąży po sieci, razem z całą serią memów, komentujących ostatnie wydarzenia. Jednym z nich jest V-Chhi. To przekręcony skrót  V-C, od angielskiego vice-chancellor, czyli rektora. Chhi w bengali to polskie fu  i oznacza coś obrzydliwego.

Meha Mihil

Wychodzę z mieszkania kwadrans po pierwszej. Mam wystarczająco dużo czasu aby spokojnie dotrzeć metrem na stację Rabindra Sadan, gdzie umówiłam się z dziewczynami z klasy. Już na stacji dostrzegam pierwsze czarne koszule – to niepisany dress code dzisiejszego wydarzenia. W Indiach czerń nie oznacza śmierci;  to kolor buntu i gniewu, należący do ukochanej bogini Zachodniego Bengalu – Kali.

Z każdym przystankiem coraz więcej młodych ludzi wsiada do wagonów. Inni pasażerowie z ciekawością nam się przyglądają. Nikt się nie uśmiecha, w powietrzu czuć napięcie, oczekiwanie. Być może wszyscy boją się tego, co zastaną jak już dotrą pod Akademię Sztuk Pięknych przy Cathedral Road, skąd ruszyć ma marsz – ile osób zniechęciły do pojawienia sie ulewne deszcze. Środa i czwartek były przecież słoneczne. Może nie pomóc nawet wsparcie ze strony słynnych, bengalskich artystów, z których jeden nagrał o tym nawet piosenkę [wyżej].

O tym że takie obawy są nieuzasadnione dowiadujemy się, kiedy pociąg metra zatrzymuje się z piskiem przy stacji. Na peron wylegają tłumy i przynajmniej 200 osób osób rusza żwawo w kierunku Akademii. Wychodzę z dziewczynami z metra i ogłusza nas typowy dla centrum zgiełk i zapach spalin. Jedyną różnicą są setki przemykających między samochodami studentów, zmierzających tłumnie na protest. Podążamy za nimi, jest nas tysiące. A deszcz jak padał, tak pada – ulewnie, nieprzerwanie, jakby zamówiony przez rektora, aby nas zniechęcić.

Jednak chyba efekt ulewa osiągnęła odwrotny od zamierzonego – Indusom monsun nie straszny, a trudne warunki pogodowe zdaje się, że potęgują  zawziętość studentów. Nie dam się i ja!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dochodzi druga popołudniu, jesteśmy jednymi z wielu. Gdzie nie spojrzeć tłumy. Wszyscy kierują się zgodnie w jednym kierunku – na ulicę przed ASP. Ruch już dawno na niej zablokowany, wokół spokojnie czeka policja. Mimo że marsz jest nielegalny (informacja o planowanym zgromadzeniu musi być dostarczona do lokalnego komisariatu na kilka dni przed), nie mają wyjścia, muszą go „ochraniać”, skala jest zbyt duża. Tam ustawiamy się w dwie kolumny, aby jak najmniejszym nakładem osób zająć przestrzeń ulic, przez które będziemy iść, na jak najdłużej. Spotykam przypadkiem kilkoro znajomych spoza JU – jakie to niezwykłe uczucie, w tym tłumie i ja, cudzoziemka, spotykam swoich indyjskich znajomych! Duma!

Między kolumnami biegają ochotnicy, przekazujący innym co się dzieje na czele marszu, który już ruszył naprzód. Dbają o porządek, o to abyśmy szli w rządkach, równo przy krawędzi ulicy, inicjują slogany – krótkie rymowanki, chwytliwe hasła, które krzyczymy razem z nimi. Jest w nich mowa o nieuczciwości władz, nieugiętości studentów, sile ich solidarności.

Slogan

Niesamowite jak wszyscy są zdyscyplinowani, spokojnie czekając aż kolumna przesunie się kolejne pięć metrów do przodu. Atmosfera jest pełna oczekiwania, ale nie napięcia – wszyscy podbudowani są tysiącami, które przyszły wesprzeć studentów Jadavpur. Przyjechali zewsząd – z St. Xavier’s University, z Presidency, z Calcutta University czy z licznych kalkuckich politechnik porozrzucanych po całym mieście. Niektórzy zrzucali się na wynajem minibusów czy po prostu ciężarówek, aby dojechać do centrum na czas.

Patrzę na swoje koleżanki z roku, patrzę na innych młodych ludzi obok mnie  – bycie tutaj to dla nich obowiązek, są przecież studentami, a to pojęcie wokół którego wielu buduje swoją tożsamość; moment transformacji z podporządkowanego ucznia do mniej podporządkowanego studenta jest dla wielu niezwykle ważny. Koleżanka P. mówi, że to właśnie na akademii ludzie uczą się w końcu myśleć samodzielnie, uniezależniają od rodziców. Dlatego przyjście na marsz jest dla nich takie ważne, to kwestia honoru.

Przyszłam na marsz, bo sprawa jest poważna, ale też dlatego aby zamanifestować moją przynależność do tego uniwersytetu. Dzielić doświadczenie z koleżankami, budować wspólnotę doświadczeń. Być częścią, być mniej outsiderką.

Kiedy czoło pochodu dotarło do Mayo Street, gdzie policjanci ustawili blokadę, jego ogon wciąż był na poziomie ASP. Protestujący zdołali zablokować Mayo Road, Cathedral Road oraz ogromną J. Nerhu Road na całej długości na kilka godzin, skutecznie przyciągając uwagę. Gubernator przyjął przemoczoną do suchej nitki delegację, poczęstował ich herbatą i wysłuchał z osobna, obiecując zająć się sprawą. Marsz nie spodobał się jednak Mamacie Banerjee, ani minister edukacji w jej rządzie. Nie spodobało im się zwłaszcza to, że na protest przyszło przynajmniej 30 tysięcy osób. Niektórzy mówią nawet o 40 tysiącach. A wliczając w to protesty w innych miastach, zorganizowane przez solidaryzujące się z JU uniwersytety – w Delhi, Bangalore czy Hyderabadzie – liczba ta wzrasta dwukrotnie.

Co dalej?

Od soboty zmieniło się niewiele. Bojkot uniwersytetu trwa, rektor dalej jest rektorem, mamy do czynienia z ogólnym impasem, gazety nie mają o czym pisać (co ciekawe, ktoś wrzucił już wydarzenia ostatnich dni na Wikipedię). TMC próbowała sprowokować środowiska studenckie organizując marz „przeciwko ruchowi studenckiemu”. Niestety protest skompromitował się sam, kiedy dziennikarze zaczęli pytać uczestników dlaczego biorą w nim udział. Nikt nie wiedział jaki jest cel marszu: „Jestem tu bo rektor został oskarżony o molestowanie”, „Jestem tu bo domagam się zapewnienia bezpieczeństwa studentek”. Panowie wybrali chyba nie ten protest, co trzeba…

Nikt nie wie, czy skompromitowany rektor ustąpi. Niektórzy, jak np. młoda A., która od niedawna pracuje na JU w dziale statystyk uniwersyteckich, twierdzi że VC nigdy nie odzyska twarzy, choć przyznaje że sytuacja jest trudna. Poprzedni rektor też zrezygnował z urzędu – nie potrafił poradzić sobie z problemem raggingu, który w Polsce nazwali byśmy koceniem. A. uważa także że w Indiach protesty studenckie są na porządku dziennym, choć jeszcze nigdy na taką skalę. Mówi, że ludzie lubią protestować, czuć że mają na coś wpływ, mniej lub bardziej konstruktywnie krytykować. Nadzieją jest jednak utworzona przez gubernatora stanu pięcio-osobowa, niezależna komisja, która ma ocenić całą sprawę. Trzymajcie kciuki! Za rogiem Durga Pujo, najważniejsze święto roku w Bengalu. Po niej Kali Puja, a potem Diwali. Długie wakacje, z kilkodniowymi przerwami na zajęcia. Mam nadzieję, że po nich zajęcia zostaną wznowione. Bo w tym tygodniu nie będą.

Ciekawy mam ten uniwersytet.


Lista z adresami stron do których odnośniki znalazły się w tekście oraz inne, ciekawe linki:

http://www.youthkiawaaz.com/2014/09/jadavpur-university-molestation-case-students-protest-administrative-inaction/

http://kafila.org/2014/09/17/from-jadavpur-university-kolkata-i-am-one-of-those-survivors-who-has-experienced-a-nightmare-last-night-tanumay-naskar-%E2%80%A8/

http://www.telegraphindia.com/1140921/jsp/calcutta/story_18857306.jsp#.VB6MI5SSwa4

http://en.wikipedia.org/wiki/2014_Jadavpur_University_protests

http://zeenews.india.com/news/west-bengal/jadavpur-university-impasse-can-be-solved-through-discussion-minister_1471230.html

IMG_20140923_125157

Reklamy
Otagowane , , , , ,

Indiopol: Widok z balkonu (albo leniwa niedziela)

Z balkonu mieszkania rodziców R. roztacza się przepiękny widok na Royal Calcutta Golf Club, najstarsze na świecie pole golfowe (poza tymi w Wielkiej Brytanii). Widać je także nieźle z naszego mieszkania, znajdującego się piętro niżej. Krótko przystrzyżona, skontrolowana trawa kontrastuje z niepokornym gąszczem krzewów i drzew, nieokiełznaną tropikalną przyrodą, która w porze deszczowej nieźle daje ogrodnikom popalić. Na peryferiach indyjskich pól golfowych, takich jak RCGC czy nawet hipereksluzywnego Tollygunge Club (gdzie na pełne członkostwo trzeba czekać jedyne 10 lat, czyli dwa razy dłużej niż w innych elitarystycznych klubach), zawsze znajduje się miniaturowa dżungla. Drzewa banionowe radośnie produkują korzenie ze swoich rozłożystych ramion, tu i tam znajdują się kępki bambusa, regularnie podcinanego – cholerstwo, zostawione samo sobie, niebotycznie się pleni.

IMG_20140914_212649

Morze zieleniny przyprawia o białą gorączkę administrację klubów, próbujących utrzymać te prawie dwustuletnie przybytki w perfekcyjnej kondycji – w takiej, w jakiej przejęto je od ustępujących Brytyjczyków. Ludzkiej kontroli poddaje się jednak bez walki chyba tylko golfowa murawa (nie będąca z resztą nawet trawą, raczej mieszaniną różnych dziwnych miniaturowych roślin), albo maciupkie stawiki, gdzie właśnie przekwitają lilie wodne i lotosy. Pikanterii indyjskim klubom golfowym dodaje także zamieszkująca je fauna – i nie mam tu na myśli pierzastej setki gatunków ptaków (pstrych zimorodków, skrzeczących gwarków czy puchatych sów), ani nawet gigantycznych nietoperzy owocowych. Chodzi mi o niedalekich krewnych naszego lisa – bure szakale, które zawsze wyglądają tak, jakby coś je wymięło i wypluło, albo jakby dopiero co się obudziły. I w zasadzie nie jest to dalekie od prawdy (tzn. te drugie wyjaśnienie nie jest). Jeśli uda ci się w ciągu dnia zobaczyć szakala, to albo śpiącego w słońcu, albo skrytego w cieniu drzew i również śpiącego. Jako że prowadzą nocny tryb życia i są zazwyczaj dość suto dokarmiane przez pracowników klubów, dzień spędzają na trawieniu. Co noc natomiast słychać ich przejmujące wycie, kiedy całymi grupami radośnie hasają po opustoszałej murawie; jak poświecić latarką dostrzec można ich błyszczące, odbijające światło oczka.

IMG_20140914_214430

Kluby golfowe założyli w Kalkucie Brytyjczycy jeszcze w XIX wieku, u szczytu swojej władzy w koloniach. Kolonialna administracja potrzebowała przecież jakiejś przestrzeni na cywilizowaną rozrywkę i tak na ówczesnych obrzeżach stolicy British Raj założono ich kilka. Z biegiem czasu liczba tego typu instytucji rosła, nieskończona jest bowiem ludzka potrzeba awansu społecznego i elitaryzacji. Przynależność do kolonialnych „country clubs” stanowiła wyznacznik wysokiego statusu społecznego i aż do uzyskania przez Indie niepodległości, opierała się na segregacji rasowej, a w zasadzie „skórnej”. Do klubów oprócz „czystych” Britisherów należeć mogli bowiem także po europejsku wyglądający Anglo-Indusi, czyli osoby mające mieszane, europejsko-indyjskie pochodzenie. O ile oczywiście cechowały się odpowiednią aparycją – jasną karnacją, bardziej swojskimi w odczuciu klubowej administracji rysami.

Kiedy przynależność do klubów przestała być kwestią pochodzenia oraz majątku, a stała się kwestią tylko majątku, indyjscy zarządcy klubów wprowadzili nowe zasady. W różnych przypadkach było różnie; powszechna jest jednak ogólna elitarność takich miejsc, nie mniejsza niż za kolonii. Weźmy za przykład taki Tollygunge Club – stałych członków ma około trzy tysiące, zrozumiałym więc wydaje się okres 10 lat oczekiwania na pełne członkostwo (oczywiście łatwiej jest, jeśli inni członkowie twojej rodziny już do klubu należą). Za przynależność do tego ekskluzywnego grona trzeba jednak płacić – około 5 tysięcy PLN rocznie, co na lokalne standardy stanowi całkiem sporo. Co się dostaje w zamian? Udział w organizowanych przez klub imprezach (festiwalach, pokazach, koncertach, dancingach), niedrogie i dobre obiady w stołówkach przez cały rok (ok. 15-20 PLN za obiad), nieograniczony dostęp do pola golfowego, niedrogi wstęp na basen, siłownię, możliwość korzystania ze stadniny koni czy biblioteki, a także przestrzeń to organizowania wydarzeń rodzinnych „w preferencyjnej cenie”. To wszystko oraz ciszę. Pisałam kiedyś, że w indyjskich miastach nie ma przestrzeni otwartej w której można by spacerować w atmosferze ciszy i spokoju, tak jak to można robić nawet w samym centrum Warszawy, chociażby w Parku Saskim. Tutaj za komfort spaceru na łonie natury, z relatywnie niskim poziomem zgiełku, dochodzącym ze znajdującej się za murem ulicy, trzeba trochę zapłacić (o ile nie jest się gościem członka klubu, jak to niekiedy bywa w moim przypadku). Jak komuś bardzo zależy można oczywiście pojechać pod miasto, na „tereny wiejskie”, np. w okolice kalkuckich waterlands, ale jest to jednak dość daleko – przynajmniej dwie godziny jazdy. A tak piękny park/pole golfowe znajduje się na wyciągnięcie ręki. I portfela.

IMG_20140914_214535

No ale tak, to czysty elitaryzm i ekskluzywizm, przejęty i przetransformowany przez Indusów. Ciekawe, jak wiele narzędzi do wyostrzania społecznej stratyfikacji podarowali im w spadku Brytyjczycy. Ich pierwszym krokiem ku zwiększeniu rozwarstwienia społecznego w Indiach było zignorowanie praw kobiet indyjskich do posiadania ziemi oraz zarządzania nią [1], drugim zaś zignorowanie złożoności relacji między poszczególnymi vadrami, grupami oraz skomplikowanymi kategoriami społecznymi hinduistycznego społeczeństwa, które zaowocowało opracowaniem upraszczającego i krzywdzącego systemu kastowego, opartego na zgeneralizowanym rozróżnieniu pomiędzy tym co uważane za czyste, a tym co za nieczyste [2]. Z biegiem lat Indusi zaczęli sami posługiwać się popularyzowaną przez kolonizatorów logiką, podążając za neoliberalnym, kapitalistycznym modelem modernizacji kraju, zaniedbującym politykę socjalną. Wielu z moich indyjskich znajomych właśnie w tym dopatruje się przyczyn hiperkonsumpcjonizmu w Indiach – w pragnieniu wzbogacenia się oraz opartego na pieniądzu awansu społecznego za wszelką cenę, którego wyznacznikami mogą być takie symbole jak smartphone, telewizor czy samochód. Myślę że teoria krążenia elit Pareto, omawiana ostatnio na moich wspaniałych zajęciach z Classical Social Theories, mogłaby tu znaleźć swoje odzwierciedlenie. Indyjska middle-upper class jako typowa elita postkolonialna? Check!

Analogicznie do pobrytyjskich klubów, rozpowszechniła się w indyjskich aglomeracjach idea „klubów sąsiedzkich”, popularna zazwyczaj w sąsiedztwach zamieszkałych przez osoby o średnim dochodzie (cokolwiek to miałoby w Indiach nie znaczyć). Każde osiedle posiada coś w rodzaju świetlicy, której czasem towarzyszy jakiś mały park lub inny teren zielony, np. jeziorko. Raz na jakiś czas organizowane są mini-koncerty, sąsiedzi zbierają się przed komunalnym telewizorem na mecze piłki nożnej czy krykieta, a przy okazji dużych świąt, takich jak zbliżająca się wielkimi krokami Durga Pujo czy Diwali, organizowane są światełkowe dekoracje, niekiedy sąsiedztwa zrzucają się na budowanie specjalnych pandelów – czegoś w rodzaju tymczasowych świątyń, domków dla błotnych posągów bóstw z materiału, rozpiętego na bambusowych konstrukcjach. Instytucje takie sprawdzają się świetnie, integrując lokalne społeczności i sprawiając, że okolica staje się bezpieczniejsza i czystsza – wszyscy dbają o komfort innych, ponieważ wszyscy się znają. Z różnym powodzeniem, ale jednak.

Droższe ich odpowiedniki, country gentlemen clubs swoich członków przyjmują jednak na innych zasadach liczy się status społeczny oraz majątkowy, niekoniecznie w tej kolejności. Zainwestowane w klub pieniądze mają jednak szansę się zwrócić – im klub bardziej prestiżowy tym nasz social network staje się bogatszy o coraz to bardziej wpływowe jednostki. Nie ma to jak łączyć przyjemne z pożytecznym. Ciekawe, jakie miejsca czy instytucje mają podobną funkcję w Polsce? Mensa? Związek Szlachty Polskiej? Hm.

[1] Channa Subhadra Mitra, Hinduska kob ieta. Konstrukt i prawda w dobie globalizacji [w:] Gender: perspektywa antropologiczna. Tom 2, red. R. E. Hryciuk, A. Kościańska, Warszawa 2007

[2] S. Deshpande (red.), The Problem of Caste, Hyderabad 2014

Otagowane , , , , ,

Indiopol: Prawo adaptacyjności

Leje ostatnio intensywniej. Zupełnie tak jakby monsun chciał się wypadać na zapas, zanim skończy się czas wyznaczony w kalendarzu na porę deszczową. A to już niedługo – z początkiem września zelżały upały, a z jego końcem odpuszczą deszcze. Powietrze stanie się suche, ostrzejsze, a temperatura zacznie powoli spadać, aż osiągnie z nadejściem zimy (która zaczyna się w listopadzie) przyjemne 20-kilka stopni. Być może właśnie dlatego wykładowcy zdecydowali się wykorzystać tę wciąż niezbyt sprzyjającą wychodzeniu z domu aurę, aby zapędzić znudzonych studentów do książek, ogłaszając egzaminy śródsemestralne (internal exams). Choć przyznać trzeba, że jak już pogoda zrobi się naprawdę świetna, a temperatura w nocy będzie spadać nawet do swojskich 17 stopni (smaczne spanie możliwe bez AC lub wiatraka, szał!), pojawi się na horyznocie piękna i tłuściutka sesja zimowa. A w nagrodę będę mogła założyć wełniany sweter na egzamin. Jej!

Oficjalne "połowinki" na JU, to i jam wystrojona

Wrzesień, oprócz zmiany pór roku, oznacza także rozpoczęcie sezonu turystycznego w północnej części Indii. Upały oraz ulewne deszcze ustępują miejsca falom turystów, którzy nawiedzać będą Kalkutę nieprzerwanie do marca, kiedy temperatury znowu zaczynają uprzykrzać życie. Nadchodzącą zmianę zarejestrowało moje konto na portalu Couchsurfing – będąc chyba jedyną cudzoziemką oferującą „kanapę” podróżującym w tym mieście, jestem wyjątkowo popularna. Głównie wśród kobiet – bardzo trudno znaleźć w Kalkucie indyjskiego hosta, który nie był by mężczyzną. W Indiach Couchsurfing jest bowiem bardzo często wykorzystywany w celach matrymonialno-towarzyskich (co swoją drogą zdarza się także i w Europie, i nikogo nie powinno dziwić…).

Wracając do turystów. Mówi się, że podróże kształcą. I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Jedziesz gdzieś, zwiedzasz, poznajesz nowych ludzi, nowe miejsca, smaki, zapachy. Zachwycasz się, dziwisz, zapamiętujesz (lub zapominasz) i wracasz do siebie. No może jeszcze jakieś zdjęcia porobisz i kupisz pamiątki. To jest bycie turystą. Tymczasowość bycia „tam”, które wykorzystujesz po to aby odpocząć (no bo po to są wakacje, czyż nie?).

Turystyczne „tam” może być pod miastem, w sąsiednim kraju lub na sąsiednim kontynencie. Swoje „tam” mają także antropologowie. Choć wielu z nas nie jeździ dziś już nigdzie, robiąc badania „tu” – u siebie, w swojej piaskownicy – i nie chodzi tylko o przestrzeń „za rogiem”. Terenem badań dla antropologa może być wszystko – popkultura, Internet, rynek, media, wyliczać można bez końca, o czym z resztą pisze Nigel Rapport (pisze sensownie, ale z całą powagą używa np. takich sformułowań jak cultural primitive [1]). Ale tak, wielu z nas wciąż jeździ there, jak by rzekł pan Clifford Geertz [2] z uroczym (?) kalifornijskim akcentem (czy istnieje w ogóle coś takiego…?).

Podczas studiów antropologicznych wielokrotnie słyszymy taki żart – że jak ktoś idzie na etnologię lub antropologię to sobie wyobraża, że będzie przez większość czasu podróżował, poznawał ludzi i zbierał materiał. Zupełnie jak India Jones! Niestety czeka nas spory zawód. I nie chodzi oczywiście o to że nie będzie Arek Noego, kryształowych czaszek i ofiar z ludzi (chociaż kto wie; zaprawdę powiadam, dziwne rzeczy zdarza się antropologom badać…). Ale już tak na serio: szara badawcza rzeczywistość jest zgoła inna – bycie badaczem to przede wszystkim czytanie (aby się porządnie do badań przygotować) oraz pisanie (przepisywanie wywiadów, analiza zebranego materiału, jego opisanie i interpretacja). Jak można się domyślić, obie te czynności zajmują sporo czasu. I polegają głównie na siedzeniu przed komputerem lub książką. Taki urok zawodu. Ale oczywiście, w międzyczasie znajdujemy siebie „tam” (nawet jeśli oznacza ono bycie „tu”) i to being there makes a diffrence. To kwintesencja bycia etnografem, istota jakości w badaniach jakościowych. Bezcenne, niezastąpione doświadczenie.

Codzienność

A więc jeździmy na krócej lub dłużej, bliżej lub dalej. Zapytać by można, co tak naprawdę różni nas od turystów? Być może odpowiedzią na pytanie będzie zależność, którą roboczo nazwałam prawem adaptacyjności. Zasada nr 1 brzmi: stopień konieczności zaadaptowania się do środowiska, w którym się znaleźliśmy, pozostaje w ścisłym związku z celem naszego się w nim znalezienia. Zasada nr 2 to zaś: Trudność w zaadaptowaniu się do danego środwiska jest proporcjonalnie zależna do czasu, jaki zamierzamy w nim spędzić. Im dłużej, tym trudniej.

Odwołując się więc pół żartem, a pół serio do tej teorii, skleconej na potrzeby niniejszego tekstu, można stwierdzić więc co następuje (według zasady pierwszej): w przypadku turysty, którego celem jest chęć odpoczynku i który aby ten cel osiągnąć nie musi wchodzić w bliższe relacje ze środowiskiem w którym się znalazł, stopień konieczności jego zaadaptowania się – dostosowania – do świata w którym się znalazł jest niewielki. W przypadku antropologa proporcja ta jest jednak zgoła inna – będąc w terenie badań, z którego chcemy przywieźć jak najwięcej materiału, wchodzimy w interakcje z naszymi rozmówcami, z osobami, które udzielają nam wywiadów. Obserwujemy, uczestniczymy, angażujemy się osobiście, uczuciowo – nie tylko po to, aby zdobyć zaufanie społeczności czy poszczególnych jej członków, ale także dlatego że nie możemy tego uniknąć. Siłą rzeczy więc musimy, albo raczej po prostu chcemy się dostosować do wymogów badawczej codzienności. Konieczność tego zaadaptowania się  wyposażona jest jednak zawsze w „wentyl bezpieczeństwa” – nie ważne czy badania się udadzą czy nie, prędzej czy później wrócimy „do siebie”. Sytuacja oczywiście ulega diametralnej zmianie w sytuacji, kiedy niegdyś badawcze (lub turystyczne) „tam” zamienić ma sie w nasz dom.

Pamiętam dokładnie pierwsze tygodnie mojego pobytu w Indiach, tuż po przyjeździe do Kalkuty w lipcu zeszłego roku. Wylądowałam tu wówczas z bagażem nadziei oraz obaw – wciąż na turystycznej, półrocznej wizie, ale jednak tak, przeprowadzam się do Kalkuty. Za rok rozpocznę tu studia, teraz będę robić swoje badania, ale też żyć i pracować z R. Mój status z quasi-turystyki i antropolożki zmienił się w migrantkę, a konieczność zaadaptowania się do wymogów kalkuckiej rzeczywistości stała priorytetem. Według zasady nr 2 prawa adaptacyjności, trudność tego zadania jest wyjątkowo wysoka. Migrant choć może czasem myśleć o powrocie w rodzinne strony lub przenosinach gdzieś indziej, osiada w danym miejscu z intencją w nim pozostania na znacznie dłuższy okres czasu oraz zadomowienia się (co równa się emocjonalnym związaniem z miejscem; zazwyczaj przynajmniej). Są jeszcze kosmopolitanie, o których pisze m.in. Ulf Hannerz, ale o tym innym razem [3]. W każdym razie, w przypadku migracji, nie chodzi więc ani o odpoczynek od codzienności (turysta), ani o zebranie materiału badawczego (antropolog).

Interesujące jest co się dzieje z „ja” w takim właśnie procesie migracyjnego osiedlania się. Otóż z mojego doświadczenia – oraz z doświadczenia fellow migrants w Kalkucie – najtrudniejsze są pierwsze dwa-trzy miesiące. To pierwszy okres adaptowania się, który czasem poprzedzony jest około dwoma-trzema tygodniami euforii oraz ekscytacji przebywaniem w nowym miejscu. W przypadku Indii obecność tej euforyczności jest wyjątkowo dyskusyjna – w zależności od otrzymanej wizy czeka człowieka najpierw cała masa roboty papierkowej, ewentualnie problemy ze znalezieniem mieszkania. W zależności od celu przyjazdu może być łatwiej, a może być trudniej. Jeżeli czeka na nas ktoś bliski zazwyczaj mamy od razu przyjemne miejsce do mieszkania, jeżeli zaś przyjeżdżamy tutaj na roczny wolontariat (liczne przypdaki w Kalkucie) jest o wiele trudniej; lokum musimy sobie wówczas załatwić sami, punktem startowym jest zazwyczaj niezbyt kosztowny i niezbyt przytulny hostel.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Brak miejsca, do którego można wrócić po ciężkim dniu pracy i odizolować się od męczącej rzeczywistości, jest jedną z największych przeszkód w procesie dostosowywania się do nowego środowiska. Ja wylądowałam w Kalkucie w samym środku monsunu, zastając mieszkanie R. w nienajgorszym stanie, jak sobie teraz pomyślę w jakich warunkach niektórym „nowym” przychodzi tu na początku żyć. Wówczas jednak nie byłam tak optymistyczna. Przeskok z oswojonego, przytulnego domu w Warszawie do przestrzeni pełnej kurzu i różnych, dziwnych istnień (z czego najgorsze nie są nawet karaluszki, a niegroźny acz niezmordowany fungus, który pokrywa w porze deszczowej wszystkie drewniane, niezabezpieczone powierzchnie oraz ubrania, pozostawione nieopatrznie same sobie na zbyt długo).

Prawdę mówiąc wcale jednak nie chodzi o ten cały kurz, to szczegóły. To co jest głównym problemem to strach przed zostawieniem tego co znane na rzecz bliżej nieokreślonej przyszłości. Utrata stabliności, ryzyko – to jest to z czym migrant, ja musiałam sobie radzić.

Pierwsza rzecz jaką wówczas zrobiłam to zaadaptowałam mieszkanie – wysprzątałam (z pomocą pomocy domowej mamy R., tyle tego było) oraz wyznaczyłam sobie swoją przestrzeń – postawiłam własną szafę i biurko. Uff, dobra. Teraz jestem bardziej „u siebie”. Przez kolejne miesiące mojego pobytu w Indiach zaczęłam rozbudowywać swoja kolekcję rzeczy, które sprawiają że czuję się tutaj bardziej w domu. Oprócz, wspomnianego już kiedyś, wypracowania systemu poruszania się samej po mieście oraz ubierania się, wsiąkłam w życie codzienne rodziny R., opierające się głównie na jedzeniu wspólnie kolacji (najważniejszy posiłek dnia). Zaczęłam także gotować więcej „mojego” jedzenia – pasty, kotelty, puree, sałatki, słowem: wszystko to co jadłabym na codzień w Warszawie. W miarę możliwości kuchennych i składnikowych oczywiście. Próbowałam upiec nawet prawdziwy chleb, ale tutejsza mąka nie zdała jednak egzaminu. Wychodzą natomiast naleśniki, ciastka, tarty. Udało się zrobić kopytka, placki ziemniaczane, a jak po kilku miesiącach przyjaciółka A. wpadła w odwiedziny, przywożąc kapustę kiszoną, zrobiłyśmy z moją mamą (też akurat była) wspaniałe pierogi z kapustą i grzybami (pieczarki co prawda, ale nie wybrzydzajmy). Wspaniale, mniam mniam mniam. Zupełnie jak… w domu?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

No właśnie. Od pamiętnego lipca minął już ponad rok. W moim warszawskim domu mieszka teraz moja przyjaciółka M., a moje graty spakowałam i zniosłam do piwnicy. W końcu przecież będę siedzieć tutaj – bez względu na to co się wydarzy w moim życiu towarzyskim – przez pełne cztery semestry moich studiów. No więc, wyemigrowałam na te dwa lata.  I teraz tu jest mój dom, mam w Kalkucie miejsca które są „moje”, wypracowała nowe nawyki jedzeniowe, ubraniowe, nowe sposoby relaksowania się, spotykania z ludźmi, nawet przyzwyczaiłam się do wszechobecnej klimatyzacji. Ciągle jednak buduję swoją społeczną intuicję – tę niewypowiedzianą umiejętność rozpoznawania „kategorii” społecznych, tego kto jest kim po tym jak się zachowuje i jak wygląda, jak mówi. Nawet nie wiem jak to nazwa poprawnie, ale chyba wiecie o co mi chodzi. To jest co decyduje o naszym „byciu u siebie” – to że potrafimy poruszać się w ludzkiej plątaninie, wiemy z kim jak rozmawiać, rozpoznajemy konteksty kulturowe w mgnieniu oka. Ale to buduje się przez lata, także. Aste aste. Powolutku. Co będzie dalej, zobaczymy.

W międzyczasie jednak jestem „tu” (i teraz), które kiedyś było moim badawczym „tam”. Co się zmieniło, kiedy teren badań przestał być tylko terenem badań? Za każdym razem kiedy jedziemy gdzieś there, jesteśmy trochę innymi sobą. Wszystko zależy od tego gdzie i na jak długo. Zastosowanie ma tu prawo adaptacyjności – adaptujemy się do okoliczności, dopasowujemy swoje „ja” odrobinę, w zależności od sytuacji. I to moje kalkuckie, migracyjne „ja” jest inne od tego warszawskiego. Poza zmianą nawyków życia codziennego, prowadzę obserwację uczestniczącą cały czas, kiedy jestem „na mieście”. Czemu? Otóż chodzi o to, że cokolwiek nie zrobię z tym jak wyglądam, zawsze będę widzialna. Świadomość tego, że jestem obserwowana nie pozwoli mi w pełni zapomnieć o tym, że pochodzę skądinądś i zawsze będę pomiędzy, ani „tu”, ani „tam”.  Jedną nogą w Europie, na Zachodzie – z moim gustami, smakami, wychowaniem, wykszatłceniem, a drugą tutaj – z tym co zyskuję i kim się staję mieszkając w Indiach. Jak rzekł raz pewien mędrze zwany Heraklitem z Efezu – no man can cross the same river twice because neither the man nor the river are the same.

I tak, kiedy uczę się do egzaminów podczas tej mini-sesji, odczuwam niesłychaną – i zadziwiającą – przyjemność z przerabiania po raz kolejny teoretyków myśli socjologicznej, zarówno tych klasycznych, jak i współczesnych. Uczę się o Spencerze, uczę się o Simmerze i przypominają mi się pierwsze lata studiów w Instytucie Etnologii na Żurawiej. To miłe wspomnienia, bo to już było – to samo robiłam w „tamtym”, polskim domu. I to że to samo robię teraz w tym „nowym” sprawia, że czuję się tak jakbym odtwarzała historię, za jej pomocą oswajała tę rzeczywistość. Tak jakbym związywała się teraz z tym miejscem, z tymi ludźmi – studentami, wykładowcami – poprzez znane rytuały, ewokujące wspomnienia, które przynoszą poczucie bezpieczeństwa.

Choć to też w pewnym sensie dziwne, że duża część historii myśli socjologicznej i tutaj składa się z tych samych teoretyków. No dobra, może nie dziwne, ale w jakimś sensie niepokojące… taki uniwersalizm zdominowania nauk wszelakich, w ich zalążku, przez „ludzi Zachodu”… Hm, nie wiem nawet jak to uczucie zwerbalizować. Mam tylko nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi.

Takie antropologiczne doświadczenie codzienności. Tyle na dziś.

[1] N. Rapport, The Narrative as Fieldwork Technique [w:] Constructing the Field: Ethnographic Fieldwork in the Contemporary World, red. V. Amit, Londyn 1999

[2] C. Geertz, Works and Lives, Cambridge 1988

[3] U. Hannerz, Two Faces of Cosmopolitanism: Culture and Politics, Sztokholm 2006

Otagowane , , ,