Indiopol: Prawo adaptacyjności

Leje ostatnio intensywniej. Zupełnie tak jakby monsun chciał się wypadać na zapas, zanim skończy się czas wyznaczony w kalendarzu na porę deszczową. A to już niedługo – z początkiem września zelżały upały, a z jego końcem odpuszczą deszcze. Powietrze stanie się suche, ostrzejsze, a temperatura zacznie powoli spadać, aż osiągnie z nadejściem zimy (która zaczyna się w listopadzie) przyjemne 20-kilka stopni. Być może właśnie dlatego wykładowcy zdecydowali się wykorzystać tę wciąż niezbyt sprzyjającą wychodzeniu z domu aurę, aby zapędzić znudzonych studentów do książek, ogłaszając egzaminy śródsemestralne (internal exams). Choć przyznać trzeba, że jak już pogoda zrobi się naprawdę świetna, a temperatura w nocy będzie spadać nawet do swojskich 17 stopni (smaczne spanie możliwe bez AC lub wiatraka, szał!), pojawi się na horyznocie piękna i tłuściutka sesja zimowa. A w nagrodę będę mogła założyć wełniany sweter na egzamin. Jej!

Oficjalne "połowinki" na JU, to i jam wystrojona

Wrzesień, oprócz zmiany pór roku, oznacza także rozpoczęcie sezonu turystycznego w północnej części Indii. Upały oraz ulewne deszcze ustępują miejsca falom turystów, którzy nawiedzać będą Kalkutę nieprzerwanie do marca, kiedy temperatury znowu zaczynają uprzykrzać życie. Nadchodzącą zmianę zarejestrowało moje konto na portalu Couchsurfing – będąc chyba jedyną cudzoziemką oferującą „kanapę” podróżującym w tym mieście, jestem wyjątkowo popularna. Głównie wśród kobiet – bardzo trudno znaleźć w Kalkucie indyjskiego hosta, który nie był by mężczyzną. W Indiach Couchsurfing jest bowiem bardzo często wykorzystywany w celach matrymonialno-towarzyskich (co swoją drogą zdarza się także i w Europie, i nikogo nie powinno dziwić…).

Wracając do turystów. Mówi się, że podróże kształcą. I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Jedziesz gdzieś, zwiedzasz, poznajesz nowych ludzi, nowe miejsca, smaki, zapachy. Zachwycasz się, dziwisz, zapamiętujesz (lub zapominasz) i wracasz do siebie. No może jeszcze jakieś zdjęcia porobisz i kupisz pamiątki. To jest bycie turystą. Tymczasowość bycia „tam”, które wykorzystujesz po to aby odpocząć (no bo po to są wakacje, czyż nie?).

Turystyczne „tam” może być pod miastem, w sąsiednim kraju lub na sąsiednim kontynencie. Swoje „tam” mają także antropologowie. Choć wielu z nas nie jeździ dziś już nigdzie, robiąc badania „tu” – u siebie, w swojej piaskownicy – i nie chodzi tylko o przestrzeń „za rogiem”. Terenem badań dla antropologa może być wszystko – popkultura, Internet, rynek, media, wyliczać można bez końca, o czym z resztą pisze Nigel Rapport (pisze sensownie, ale z całą powagą używa np. takich sformułowań jak cultural primitive [1]). Ale tak, wielu z nas wciąż jeździ there, jak by rzekł pan Clifford Geertz [2] z uroczym (?) kalifornijskim akcentem (czy istnieje w ogóle coś takiego…?).

Podczas studiów antropologicznych wielokrotnie słyszymy taki żart – że jak ktoś idzie na etnologię lub antropologię to sobie wyobraża, że będzie przez większość czasu podróżował, poznawał ludzi i zbierał materiał. Zupełnie jak India Jones! Niestety czeka nas spory zawód. I nie chodzi oczywiście o to że nie będzie Arek Noego, kryształowych czaszek i ofiar z ludzi (chociaż kto wie; zaprawdę powiadam, dziwne rzeczy zdarza się antropologom badać…). Ale już tak na serio: szara badawcza rzeczywistość jest zgoła inna – bycie badaczem to przede wszystkim czytanie (aby się porządnie do badań przygotować) oraz pisanie (przepisywanie wywiadów, analiza zebranego materiału, jego opisanie i interpretacja). Jak można się domyślić, obie te czynności zajmują sporo czasu. I polegają głównie na siedzeniu przed komputerem lub książką. Taki urok zawodu. Ale oczywiście, w międzyczasie znajdujemy siebie „tam” (nawet jeśli oznacza ono bycie „tu”) i to being there makes a diffrence. To kwintesencja bycia etnografem, istota jakości w badaniach jakościowych. Bezcenne, niezastąpione doświadczenie.

Codzienność

A więc jeździmy na krócej lub dłużej, bliżej lub dalej. Zapytać by można, co tak naprawdę różni nas od turystów? Być może odpowiedzią na pytanie będzie zależność, którą roboczo nazwałam prawem adaptacyjności. Zasada nr 1 brzmi: stopień konieczności zaadaptowania się do środowiska, w którym się znaleźliśmy, pozostaje w ścisłym związku z celem naszego się w nim znalezienia. Zasada nr 2 to zaś: Trudność w zaadaptowaniu się do danego środwiska jest proporcjonalnie zależna do czasu, jaki zamierzamy w nim spędzić. Im dłużej, tym trudniej.

Odwołując się więc pół żartem, a pół serio do tej teorii, skleconej na potrzeby niniejszego tekstu, można stwierdzić więc co następuje (według zasady pierwszej): w przypadku turysty, którego celem jest chęć odpoczynku i który aby ten cel osiągnąć nie musi wchodzić w bliższe relacje ze środowiskiem w którym się znalazł, stopień konieczności jego zaadaptowania się – dostosowania – do świata w którym się znalazł jest niewielki. W przypadku antropologa proporcja ta jest jednak zgoła inna – będąc w terenie badań, z którego chcemy przywieźć jak najwięcej materiału, wchodzimy w interakcje z naszymi rozmówcami, z osobami, które udzielają nam wywiadów. Obserwujemy, uczestniczymy, angażujemy się osobiście, uczuciowo – nie tylko po to, aby zdobyć zaufanie społeczności czy poszczególnych jej członków, ale także dlatego że nie możemy tego uniknąć. Siłą rzeczy więc musimy, albo raczej po prostu chcemy się dostosować do wymogów badawczej codzienności. Konieczność tego zaadaptowania się  wyposażona jest jednak zawsze w „wentyl bezpieczeństwa” – nie ważne czy badania się udadzą czy nie, prędzej czy później wrócimy „do siebie”. Sytuacja oczywiście ulega diametralnej zmianie w sytuacji, kiedy niegdyś badawcze (lub turystyczne) „tam” zamienić ma sie w nasz dom.

Pamiętam dokładnie pierwsze tygodnie mojego pobytu w Indiach, tuż po przyjeździe do Kalkuty w lipcu zeszłego roku. Wylądowałam tu wówczas z bagażem nadziei oraz obaw – wciąż na turystycznej, półrocznej wizie, ale jednak tak, przeprowadzam się do Kalkuty. Za rok rozpocznę tu studia, teraz będę robić swoje badania, ale też żyć i pracować z R. Mój status z quasi-turystyki i antropolożki zmienił się w migrantkę, a konieczność zaadaptowania się do wymogów kalkuckiej rzeczywistości stała priorytetem. Według zasady nr 2 prawa adaptacyjności, trudność tego zadania jest wyjątkowo wysoka. Migrant choć może czasem myśleć o powrocie w rodzinne strony lub przenosinach gdzieś indziej, osiada w danym miejscu z intencją w nim pozostania na znacznie dłuższy okres czasu oraz zadomowienia się (co równa się emocjonalnym związaniem z miejscem; zazwyczaj przynajmniej). Są jeszcze kosmopolitanie, o których pisze m.in. Ulf Hannerz, ale o tym innym razem [3]. W każdym razie, w przypadku migracji, nie chodzi więc ani o odpoczynek od codzienności (turysta), ani o zebranie materiału badawczego (antropolog).

Interesujące jest co się dzieje z „ja” w takim właśnie procesie migracyjnego osiedlania się. Otóż z mojego doświadczenia – oraz z doświadczenia fellow migrants w Kalkucie – najtrudniejsze są pierwsze dwa-trzy miesiące. To pierwszy okres adaptowania się, który czasem poprzedzony jest około dwoma-trzema tygodniami euforii oraz ekscytacji przebywaniem w nowym miejscu. W przypadku Indii obecność tej euforyczności jest wyjątkowo dyskusyjna – w zależności od otrzymanej wizy czeka człowieka najpierw cała masa roboty papierkowej, ewentualnie problemy ze znalezieniem mieszkania. W zależności od celu przyjazdu może być łatwiej, a może być trudniej. Jeżeli czeka na nas ktoś bliski zazwyczaj mamy od razu przyjemne miejsce do mieszkania, jeżeli zaś przyjeżdżamy tutaj na roczny wolontariat (liczne przypdaki w Kalkucie) jest o wiele trudniej; lokum musimy sobie wówczas załatwić sami, punktem startowym jest zazwyczaj niezbyt kosztowny i niezbyt przytulny hostel.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Brak miejsca, do którego można wrócić po ciężkim dniu pracy i odizolować się od męczącej rzeczywistości, jest jedną z największych przeszkód w procesie dostosowywania się do nowego środowiska. Ja wylądowałam w Kalkucie w samym środku monsunu, zastając mieszkanie R. w nienajgorszym stanie, jak sobie teraz pomyślę w jakich warunkach niektórym „nowym” przychodzi tu na początku żyć. Wówczas jednak nie byłam tak optymistyczna. Przeskok z oswojonego, przytulnego domu w Warszawie do przestrzeni pełnej kurzu i różnych, dziwnych istnień (z czego najgorsze nie są nawet karaluszki, a niegroźny acz niezmordowany fungus, który pokrywa w porze deszczowej wszystkie drewniane, niezabezpieczone powierzchnie oraz ubrania, pozostawione nieopatrznie same sobie na zbyt długo).

Prawdę mówiąc wcale jednak nie chodzi o ten cały kurz, to szczegóły. To co jest głównym problemem to strach przed zostawieniem tego co znane na rzecz bliżej nieokreślonej przyszłości. Utrata stabliności, ryzyko – to jest to z czym migrant, ja musiałam sobie radzić.

Pierwsza rzecz jaką wówczas zrobiłam to zaadaptowałam mieszkanie – wysprzątałam (z pomocą pomocy domowej mamy R., tyle tego było) oraz wyznaczyłam sobie swoją przestrzeń – postawiłam własną szafę i biurko. Uff, dobra. Teraz jestem bardziej „u siebie”. Przez kolejne miesiące mojego pobytu w Indiach zaczęłam rozbudowywać swoja kolekcję rzeczy, które sprawiają że czuję się tutaj bardziej w domu. Oprócz, wspomnianego już kiedyś, wypracowania systemu poruszania się samej po mieście oraz ubierania się, wsiąkłam w życie codzienne rodziny R., opierające się głównie na jedzeniu wspólnie kolacji (najważniejszy posiłek dnia). Zaczęłam także gotować więcej „mojego” jedzenia – pasty, kotelty, puree, sałatki, słowem: wszystko to co jadłabym na codzień w Warszawie. W miarę możliwości kuchennych i składnikowych oczywiście. Próbowałam upiec nawet prawdziwy chleb, ale tutejsza mąka nie zdała jednak egzaminu. Wychodzą natomiast naleśniki, ciastka, tarty. Udało się zrobić kopytka, placki ziemniaczane, a jak po kilku miesiącach przyjaciółka A. wpadła w odwiedziny, przywożąc kapustę kiszoną, zrobiłyśmy z moją mamą (też akurat była) wspaniałe pierogi z kapustą i grzybami (pieczarki co prawda, ale nie wybrzydzajmy). Wspaniale, mniam mniam mniam. Zupełnie jak… w domu?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

No właśnie. Od pamiętnego lipca minął już ponad rok. W moim warszawskim domu mieszka teraz moja przyjaciółka M., a moje graty spakowałam i zniosłam do piwnicy. W końcu przecież będę siedzieć tutaj – bez względu na to co się wydarzy w moim życiu towarzyskim – przez pełne cztery semestry moich studiów. No więc, wyemigrowałam na te dwa lata.  I teraz tu jest mój dom, mam w Kalkucie miejsca które są „moje”, wypracowała nowe nawyki jedzeniowe, ubraniowe, nowe sposoby relaksowania się, spotykania z ludźmi, nawet przyzwyczaiłam się do wszechobecnej klimatyzacji. Ciągle jednak buduję swoją społeczną intuicję – tę niewypowiedzianą umiejętność rozpoznawania „kategorii” społecznych, tego kto jest kim po tym jak się zachowuje i jak wygląda, jak mówi. Nawet nie wiem jak to nazwa poprawnie, ale chyba wiecie o co mi chodzi. To jest co decyduje o naszym „byciu u siebie” – to że potrafimy poruszać się w ludzkiej plątaninie, wiemy z kim jak rozmawiać, rozpoznajemy konteksty kulturowe w mgnieniu oka. Ale to buduje się przez lata, także. Aste aste. Powolutku. Co będzie dalej, zobaczymy.

W międzyczasie jednak jestem „tu” (i teraz), które kiedyś było moim badawczym „tam”. Co się zmieniło, kiedy teren badań przestał być tylko terenem badań? Za każdym razem kiedy jedziemy gdzieś there, jesteśmy trochę innymi sobą. Wszystko zależy od tego gdzie i na jak długo. Zastosowanie ma tu prawo adaptacyjności – adaptujemy się do okoliczności, dopasowujemy swoje „ja” odrobinę, w zależności od sytuacji. I to moje kalkuckie, migracyjne „ja” jest inne od tego warszawskiego. Poza zmianą nawyków życia codziennego, prowadzę obserwację uczestniczącą cały czas, kiedy jestem „na mieście”. Czemu? Otóż chodzi o to, że cokolwiek nie zrobię z tym jak wyglądam, zawsze będę widzialna. Świadomość tego, że jestem obserwowana nie pozwoli mi w pełni zapomnieć o tym, że pochodzę skądinądś i zawsze będę pomiędzy, ani „tu”, ani „tam”.  Jedną nogą w Europie, na Zachodzie – z moim gustami, smakami, wychowaniem, wykszatłceniem, a drugą tutaj – z tym co zyskuję i kim się staję mieszkając w Indiach. Jak rzekł raz pewien mędrze zwany Heraklitem z Efezu – no man can cross the same river twice because neither the man nor the river are the same.

I tak, kiedy uczę się do egzaminów podczas tej mini-sesji, odczuwam niesłychaną – i zadziwiającą – przyjemność z przerabiania po raz kolejny teoretyków myśli socjologicznej, zarówno tych klasycznych, jak i współczesnych. Uczę się o Spencerze, uczę się o Simmerze i przypominają mi się pierwsze lata studiów w Instytucie Etnologii na Żurawiej. To miłe wspomnienia, bo to już było – to samo robiłam w „tamtym”, polskim domu. I to że to samo robię teraz w tym „nowym” sprawia, że czuję się tak jakbym odtwarzała historię, za jej pomocą oswajała tę rzeczywistość. Tak jakbym związywała się teraz z tym miejscem, z tymi ludźmi – studentami, wykładowcami – poprzez znane rytuały, ewokujące wspomnienia, które przynoszą poczucie bezpieczeństwa.

Choć to też w pewnym sensie dziwne, że duża część historii myśli socjologicznej i tutaj składa się z tych samych teoretyków. No dobra, może nie dziwne, ale w jakimś sensie niepokojące… taki uniwersalizm zdominowania nauk wszelakich, w ich zalążku, przez „ludzi Zachodu”… Hm, nie wiem nawet jak to uczucie zwerbalizować. Mam tylko nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi.

Takie antropologiczne doświadczenie codzienności. Tyle na dziś.

[1] N. Rapport, The Narrative as Fieldwork Technique [w:] Constructing the Field: Ethnographic Fieldwork in the Contemporary World, red. V. Amit, Londyn 1999

[2] C. Geertz, Works and Lives, Cambridge 1988

[3] U. Hannerz, Two Faces of Cosmopolitanism: Culture and Politics, Sztokholm 2006

Reklamy
Otagowane , , ,

2 thoughts on “Indiopol: Prawo adaptacyjności

  1. Kamila pisze:

    Hm, nie wiedziałam, że Heraklit z Efezu mówił po angielsku… 🙂

    • Antropoludens pisze:

      Nie mówił też po polsku! 😉 Ale wybrałam cytat po angielsku, bo „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” jest okropnym uproszczeniem. Angielska wersja wydaje mi się lepiej oddawać sens tej idei. Ha. ;D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: