Indiopol: Widok z balkonu (albo leniwa niedziela)

Z balkonu mieszkania rodziców R. roztacza się przepiękny widok na Royal Calcutta Golf Club, najstarsze na świecie pole golfowe (poza tymi w Wielkiej Brytanii). Widać je także nieźle z naszego mieszkania, znajdującego się piętro niżej. Krótko przystrzyżona, skontrolowana trawa kontrastuje z niepokornym gąszczem krzewów i drzew, nieokiełznaną tropikalną przyrodą, która w porze deszczowej nieźle daje ogrodnikom popalić. Na peryferiach indyjskich pól golfowych, takich jak RCGC czy nawet hipereksluzywnego Tollygunge Club (gdzie na pełne członkostwo trzeba czekać jedyne 10 lat, czyli dwa razy dłużej niż w innych elitarystycznych klubach), zawsze znajduje się miniaturowa dżungla. Drzewa banionowe radośnie produkują korzenie ze swoich rozłożystych ramion, tu i tam znajdują się kępki bambusa, regularnie podcinanego – cholerstwo, zostawione samo sobie, niebotycznie się pleni.

IMG_20140914_212649

Morze zieleniny przyprawia o białą gorączkę administrację klubów, próbujących utrzymać te prawie dwustuletnie przybytki w perfekcyjnej kondycji – w takiej, w jakiej przejęto je od ustępujących Brytyjczyków. Ludzkiej kontroli poddaje się jednak bez walki chyba tylko golfowa murawa (nie będąca z resztą nawet trawą, raczej mieszaniną różnych dziwnych miniaturowych roślin), albo maciupkie stawiki, gdzie właśnie przekwitają lilie wodne i lotosy. Pikanterii indyjskim klubom golfowym dodaje także zamieszkująca je fauna – i nie mam tu na myśli pierzastej setki gatunków ptaków (pstrych zimorodków, skrzeczących gwarków czy puchatych sów), ani nawet gigantycznych nietoperzy owocowych. Chodzi mi o niedalekich krewnych naszego lisa – bure szakale, które zawsze wyglądają tak, jakby coś je wymięło i wypluło, albo jakby dopiero co się obudziły. I w zasadzie nie jest to dalekie od prawdy (tzn. te drugie wyjaśnienie nie jest). Jeśli uda ci się w ciągu dnia zobaczyć szakala, to albo śpiącego w słońcu, albo skrytego w cieniu drzew i również śpiącego. Jako że prowadzą nocny tryb życia i są zazwyczaj dość suto dokarmiane przez pracowników klubów, dzień spędzają na trawieniu. Co noc natomiast słychać ich przejmujące wycie, kiedy całymi grupami radośnie hasają po opustoszałej murawie; jak poświecić latarką dostrzec można ich błyszczące, odbijające światło oczka.

IMG_20140914_214430

Kluby golfowe założyli w Kalkucie Brytyjczycy jeszcze w XIX wieku, u szczytu swojej władzy w koloniach. Kolonialna administracja potrzebowała przecież jakiejś przestrzeni na cywilizowaną rozrywkę i tak na ówczesnych obrzeżach stolicy British Raj założono ich kilka. Z biegiem czasu liczba tego typu instytucji rosła, nieskończona jest bowiem ludzka potrzeba awansu społecznego i elitaryzacji. Przynależność do kolonialnych „country clubs” stanowiła wyznacznik wysokiego statusu społecznego i aż do uzyskania przez Indie niepodległości, opierała się na segregacji rasowej, a w zasadzie „skórnej”. Do klubów oprócz „czystych” Britisherów należeć mogli bowiem także po europejsku wyglądający Anglo-Indusi, czyli osoby mające mieszane, europejsko-indyjskie pochodzenie. O ile oczywiście cechowały się odpowiednią aparycją – jasną karnacją, bardziej swojskimi w odczuciu klubowej administracji rysami.

Kiedy przynależność do klubów przestała być kwestią pochodzenia oraz majątku, a stała się kwestią tylko majątku, indyjscy zarządcy klubów wprowadzili nowe zasady. W różnych przypadkach było różnie; powszechna jest jednak ogólna elitarność takich miejsc, nie mniejsza niż za kolonii. Weźmy za przykład taki Tollygunge Club – stałych członków ma około trzy tysiące, zrozumiałym więc wydaje się okres 10 lat oczekiwania na pełne członkostwo (oczywiście łatwiej jest, jeśli inni członkowie twojej rodziny już do klubu należą). Za przynależność do tego ekskluzywnego grona trzeba jednak płacić – około 5 tysięcy PLN rocznie, co na lokalne standardy stanowi całkiem sporo. Co się dostaje w zamian? Udział w organizowanych przez klub imprezach (festiwalach, pokazach, koncertach, dancingach), niedrogie i dobre obiady w stołówkach przez cały rok (ok. 15-20 PLN za obiad), nieograniczony dostęp do pola golfowego, niedrogi wstęp na basen, siłownię, możliwość korzystania ze stadniny koni czy biblioteki, a także przestrzeń to organizowania wydarzeń rodzinnych „w preferencyjnej cenie”. To wszystko oraz ciszę. Pisałam kiedyś, że w indyjskich miastach nie ma przestrzeni otwartej w której można by spacerować w atmosferze ciszy i spokoju, tak jak to można robić nawet w samym centrum Warszawy, chociażby w Parku Saskim. Tutaj za komfort spaceru na łonie natury, z relatywnie niskim poziomem zgiełku, dochodzącym ze znajdującej się za murem ulicy, trzeba trochę zapłacić (o ile nie jest się gościem członka klubu, jak to niekiedy bywa w moim przypadku). Jak komuś bardzo zależy można oczywiście pojechać pod miasto, na „tereny wiejskie”, np. w okolice kalkuckich waterlands, ale jest to jednak dość daleko – przynajmniej dwie godziny jazdy. A tak piękny park/pole golfowe znajduje się na wyciągnięcie ręki. I portfela.

IMG_20140914_214535

No ale tak, to czysty elitaryzm i ekskluzywizm, przejęty i przetransformowany przez Indusów. Ciekawe, jak wiele narzędzi do wyostrzania społecznej stratyfikacji podarowali im w spadku Brytyjczycy. Ich pierwszym krokiem ku zwiększeniu rozwarstwienia społecznego w Indiach było zignorowanie praw kobiet indyjskich do posiadania ziemi oraz zarządzania nią [1], drugim zaś zignorowanie złożoności relacji między poszczególnymi vadrami, grupami oraz skomplikowanymi kategoriami społecznymi hinduistycznego społeczeństwa, które zaowocowało opracowaniem upraszczającego i krzywdzącego systemu kastowego, opartego na zgeneralizowanym rozróżnieniu pomiędzy tym co uważane za czyste, a tym co za nieczyste [2]. Z biegiem lat Indusi zaczęli sami posługiwać się popularyzowaną przez kolonizatorów logiką, podążając za neoliberalnym, kapitalistycznym modelem modernizacji kraju, zaniedbującym politykę socjalną. Wielu z moich indyjskich znajomych właśnie w tym dopatruje się przyczyn hiperkonsumpcjonizmu w Indiach – w pragnieniu wzbogacenia się oraz opartego na pieniądzu awansu społecznego za wszelką cenę, którego wyznacznikami mogą być takie symbole jak smartphone, telewizor czy samochód. Myślę że teoria krążenia elit Pareto, omawiana ostatnio na moich wspaniałych zajęciach z Classical Social Theories, mogłaby tu znaleźć swoje odzwierciedlenie. Indyjska middle-upper class jako typowa elita postkolonialna? Check!

Analogicznie do pobrytyjskich klubów, rozpowszechniła się w indyjskich aglomeracjach idea „klubów sąsiedzkich”, popularna zazwyczaj w sąsiedztwach zamieszkałych przez osoby o średnim dochodzie (cokolwiek to miałoby w Indiach nie znaczyć). Każde osiedle posiada coś w rodzaju świetlicy, której czasem towarzyszy jakiś mały park lub inny teren zielony, np. jeziorko. Raz na jakiś czas organizowane są mini-koncerty, sąsiedzi zbierają się przed komunalnym telewizorem na mecze piłki nożnej czy krykieta, a przy okazji dużych świąt, takich jak zbliżająca się wielkimi krokami Durga Pujo czy Diwali, organizowane są światełkowe dekoracje, niekiedy sąsiedztwa zrzucają się na budowanie specjalnych pandelów – czegoś w rodzaju tymczasowych świątyń, domków dla błotnych posągów bóstw z materiału, rozpiętego na bambusowych konstrukcjach. Instytucje takie sprawdzają się świetnie, integrując lokalne społeczności i sprawiając, że okolica staje się bezpieczniejsza i czystsza – wszyscy dbają o komfort innych, ponieważ wszyscy się znają. Z różnym powodzeniem, ale jednak.

Droższe ich odpowiedniki, country gentlemen clubs swoich członków przyjmują jednak na innych zasadach liczy się status społeczny oraz majątkowy, niekoniecznie w tej kolejności. Zainwestowane w klub pieniądze mają jednak szansę się zwrócić – im klub bardziej prestiżowy tym nasz social network staje się bogatszy o coraz to bardziej wpływowe jednostki. Nie ma to jak łączyć przyjemne z pożytecznym. Ciekawe, jakie miejsca czy instytucje mają podobną funkcję w Polsce? Mensa? Związek Szlachty Polskiej? Hm.

[1] Channa Subhadra Mitra, Hinduska kob ieta. Konstrukt i prawda w dobie globalizacji [w:] Gender: perspektywa antropologiczna. Tom 2, red. R. E. Hryciuk, A. Kościańska, Warszawa 2007

[2] S. Deshpande (red.), The Problem of Caste, Hyderabad 2014

Reklamy
Otagowane , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: