Indiopol: Hokkolorob, czyli gniew studentów

Pada od rana. Niebo ciężkie, ciemnoszare. Wczoraj zapowiadali, że nadciąga wielka fala deszczy, ostatnie tchnienie monsunu i że będzie tak dzień w dzień do środy. W nocy już pokapywało. Nie dobrze, myślę sobie. Jest sobota 20 września i coś bardzo ważnego ma się dzisiaj wydarzyć.

IMG_20140923_125756

Sanskriti

Wszystko zaczęło się pod koniec sierpnia. To był dokładnie wieczór 28, drugi dzień kilkudniowego festiwalu studenckiego Sanskriti na Jadavpur University, który obejmował także tzw. freshers, uroczyste rozpoczęcie nowego roku akademickiego i powitanie dopiero co przyjętych studentów (w Indiach semestr zimowy rozpoczyna się w lipcu). W uniwersyteckim amfiteatrze trwała zabawa – koncerty, pokazy taneczne, wspólne śpiewanie; wszędzie kręcili się ludzie – studenci, ich koledzy z innych jednostek akademickich w mieście, absolwenci, przypadkowe osoby.

Tego właśnie wieczoru wydarzyło się także coś bardzo przykrego. Studentka drugiego roku została zaatakowana przez kilku studentów, kiedy poszła ze swoim kolegą na ubocze, w okolice akademików, aby po prostu ulżyć pęcherzowi (braku łazienek). Przechodząca grupa studentów najpierw pobiła jego, a potem zaciągnęła ją do akademiku męskiego, których kilka znajduje się na terenie kampusu, gdzie stała się ofiarą napaści seksualnej – chłopcy zaczęli ją najpierw obrażać, a potem dotykać , popychać. Jakoś udało jej się uciec.

Dziewczyna sprawę zgłosiła natychmiast rektorowi JU, a po braku reakcji z jego strony na policję, ale prywatnie, bo władze Jadavpur University oświadczyły, że muszą najpierw zbadać sprawę. Powołano specjalny komitet, składający się z profesorów oraz administracji JU. Mieli ustalić szczegóły wydarzenia i zastanowić się co dalej.

Mijały dni, a sprawa nie ruszała z miejsca, jedynie podejrzani o napaść zostali zawieszeni. Co więcej, poszkodowanej złożyły wizytę dwie profesor, oskarżających ją o to że była pijana i niestosownie ubrana w dniu incydentu. W rezultacie, w jej imieniu All India Progressive Women’s Association oraz the General Student’s Body wystosowały oficjalne pismo z zażaleniem do rektora.

W pomoc studentce zaangażowały się uczelniane stowarzyszenia, z których część uwikłana jest do pewnego stopnia w lokalną politykę, mniej lub bardziej oficjalnie sympatyzując z tymi to a tymi ugrupowaniami. Organizowane były apolityczne protesty i małe pochody, cały kampus zasłany był więc ręcznie skonstruowanymi banerami i plakatami, na których czerwono-czarnymi literami wymalowano w bengali żądania szybkiej reakcji ze strony rektora oraz pomocy poszkodowanej.

Wtorek

Był wtorek wieczorem 16 września, dwadzieścia dni od feralnego wieczoru. Siedziałam w domu, jak co tydzień przygotowując się do kolejnych zajęć z języka bengalskiego w Ramakrishna Mission. Akurat dziś odwołali nam na JU zajęcia (bez powodu…), nie byłam więc na kampusie. O wszystkim co tego wieczoru miało tam miejsce dowiedziałam się więc dopiero następnego dnia rano, od znajomego; bariera językowa stanowi czasem spory problem. Moje koleżanki z roku rozmowy na naszej 20-osobowej grupie dyskusyjnej na WhatsApp prowadzą po bengalsku. Zaglądam tam tylko raz na jakiś czas i to po to aby poprosić je po angielsku, aby dawały mi znać jeśli coś istotnego się dzieje. Tym razem nie dały i wiadomość dotarła do mnie na krótko przed poranną prasą.

Od tygodnia trwa z przerwami pokojowy strajk okupacyjny Aurobindo Bhavan, budynku administracji. Studenci rozsiedli się przed wejściem i ogłosili, że będą tak trwać do skutku – aż ktoś z JU podejmie w końcu jakieś kroki i pomoże doprowadzić do skazania sprawców. Przecież bezpieczeństwo wszystkich studentów powinno stanowić dla władz priorytet. Tego dnia, we wtorek, studenci zablokowali swoimi ciałami wejście do budynku. W środku utknął vice-chancellor JU Abijit Chakrabarti, a także część administracji. Bali się wyjść i skonfrontować z młodzieżą, mimo że protest miał charakter zupełnie pokojowy. Jedynym warunkiem jego zaprzestania było oficjalne ogłoszenie przez rektora, że podejmie bardziej kategoryczne kroki w sprawie molestowanej dziewczyny.

Koło szóstej wieczorem zaczęło się ściemniać, protest trwa w najlepsze. Mijają dwie godziny, pojawia się policja i huligani TMC, Trinamool Congress, partii rektora. Mija kolejnych kilka godzin, jest już bardzo późno, po północy. Na wieść o obecności policji, próbującej zmusić studentów do zarzucenia protestu, dołączają kolejni, także z Presidency University. Ich liczba rośnie, protestuje już około 200 osób. Atmosfera w dalszym ciągu pokojowa. Gra muzyka, protestujący blokują wejście do budynku, skandują Justice! We want justice! Hok Kolorob!.

Dochodzi druga w nocy. W pewnym momencie wszędzie na chwilę gasną światła i cały uniwersytet ginie w mroku. Wyłączyli je pracownicy JU na polecenie rektora. Nagle ze wszystkich stron na uczestników protestów napadają goons z TMC oraz policja, zaczynają szarpać, kopać, popychać, słychać krzyki. Biją i gonią chłopców, popychają dziewczyny, drąc im ubrania. Wracają światła, na miejscu jest reporter ABP Ananda, stanowej telewizji, wszystko filmują też sami studenci z EyeZin magazine.

Wszystkiemu przyglądają się obojętnie policjanci, którzy na terenie uniwersytetu nie mają prawa rozganiać nielegalnych protestów. Może to natomiast robić tzw. policja ochotnicza, utworzoną w 2009, aby tłumić protesty ze strony studentów, kiedy policja nie może wkroczyć na kampus. A jest ich sporo. Taka „policja” ubiera się jednak po cywilu. Co więcej, wielu z tych którzy w podskokach pobiegli bić studentów to wyborcy bengalskiego TMC, a dokładniej All India Trinamool Congress, którego liderką jest Mamata Banerjee. TMC to w Zachodnim Bengalu partia rządząca, a Mamata jest chef minister stanu West Bengal; odkąd w 2011 roku wygrała wybory, miażdżąc rządzącą nieprzerwanie od 37 lat marksistowską Communist Party of India, już zdążyła sobie wyrobić niepochlebną opinię. Ale o tym innym razem.

W Indiach stanowiska rektora i jego zastępcy w uniwersytetach państwowych (do których należy właśnie Jadavpur University) obsadzane są z urzędu, przez stanowego ministra edukacji, Partha Chatterjee i często rektorzy sami są politykami. Argumentem za takim rozwiązaniem ma być „niezaradność naukowców”, jeśli ci mieliby zarządzać akademią na własną rękę. W praktyce takowy stan rzeczy skutkuje niezwykle wysokim stopniem upolitycznienia uniwersytetów – nie tylko ze względu na aktywność nieoficjalnych młodzieżówek poszczególnych partii. Konsekwencje  widać zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta – władze JU nie potrafią dojść do porozumienia ze studentami, próbując zamieść problem pod dywan, nie podejmują dialogu i ze strachu uciekają się do przemocy. Góruje przekonanie, że student praw nie ma, ma tylko obowiązki – najważniejszy z nich to obowiązek posłuszeństwa. Nie należy występować przed szereg, najlepiej to nie mieć własnego zdania, tak jak za czasów szkolnych, aż do dnia ślubu (przecież człowiek wyswatany to człowiek dorosły!).

Studenci byli posłuszni – swoją lojalność okazali jednak nie władzom, a własnym wartościom, niemożliwości zaakceptowania obojętności administracji wobec tak istotnej kwestii.

W Polsce mówi się, że co raz częściej patrzymy władzy na ręce i że jest to nasz obywatelski obowiązek, że to podstawa demokracji i jedyny sposób, aby przeciwdziałać nadużyciom. Kiedy w Indiach rektorami uniwersytetów są politycy, ma miejsce ta sama sytuacja. Silne związki studenckie walczą o swoje prawa; zawsze znajdzie się ponad to przynajmniej jedno zrzeszenie, które nie sympatyzuje z partią do której dany rektor należy. Podstawowa zasada brzmi: nie należy mu do końca ufać, bo zawsze będzie kierował się interesem swojego ugrupowania (a raczej swoim własnym), w najmniejszych strajkach dopatrując się ukrytych prowokacji ze strony innych partii, manipulujących studentami czy podstawiających outsiders. W takich chwilach z przyjemnością myślę o naszym starym, dobrym Uniwersytecie Warszawskim i jego autonomiczności. Jego Miłościwie Nam Panująca Ekscelencja prof. Marcin Pałys ignorujący przypadek molestowania? Nasyłający na protestujących studentów osiłków, aby gawiedź rozpędzili? Takie sceny pamiętają tylko moi rodzice, ale to było przecież 25, 30 lat temu. Dziś taka wizja wydaje się śmieszna.

Ale kiedy dochodzi do takiej sytuacji faktycznie jest przykro.

Tego dnia na terenie kampusu do wczesnych godzin porannych zostało pobitych łącznie około 40 osób, z czego 10 trafiło do szpitala na odział intensywnej terapii. Dokładne dane nie są znane, policja także nie podała ile osób aresztowała – ze studentów – pod zarzutem zakłócania porządku na terenie kampusu oraz grożenia rektorowi. Na szczęście większość z nich została, po kilku godzinach straszenia, bicia i obrażania na komisariacie, puszczona wolno.

Sieć

Wiadomość rozprzestrzeniła się po portalach społecznościowych, WhatsAppach i Twitterach z prędkością światła. Już popołudniu następnego dnia, na skrzyżowaniu pod jedną z bram JU zaczął się spontaniczny protest – poza murami uniwersytetu, w miejscu publicznym, gdzie każdy może być świadkiem, jeśli dojdzie po prowokacji ze strony policji czy „wolontariuszy” TMC.

Zebrało się bagatela 5 tysięcy osób, blokując ruch. Tłum skandował żądanie sprawiedliwości i natychmiastowego odwołania rektora. Wszędzie słychać było Hok Kolorob (dosłownie „let there be noise!”, od słów piosenki bengalskiego artysty Arnaba).

Natychmiast padł pomysł na kolejny protest i 18 września ruszył ze stacji metra Rabindra Sarobar marsz do Jadavpur University. Jego celem było zwrócenie uwagi miasta i rządu na nadużywanie władzy ze strony rektora, nieadekwatne stosowanie przemocy oraz lekceważący stosunek do studentów (z którymi się w ogóle nie krył i jeszcze był z nich dumny). I zmuszenie go do natychmiastowej rezygnacji.

Treść Manifestu

Pod kampus pomaszerowało już 10 tysięcy osób. Skala odzewu oraz zdyscyplinowanie pokojowego protestu pozytywnie zaskoczyło wszystkich; protest zwołał się bowiem w pewnym sensie sam – informacja o marszu, zainicjowanym przez  grono studentów (pozostających anonimowymi), docierała do wszystkich przez media społecznościowe. Hasło #HokKolorob skutecznie zmobilizowało masy do zaangażowania się.

Czwartek to pierwszy dzień, kiedy studenci nie przyszli na zajęcia. Większość z nich poszła na marsz, wyrazić swoje niezadowolenie. Rozpoczął się oficjalny bojkot uniwersytetu, który nieoficjalnie poparł także związek zawodowy profesorów JU. Bojkot trwa do dziś.

Sobota

Czwartkowy marsz nie przyniósł rezultatów, ale też nikt nie oczekiwał że przyniesie. W Indiach aby politycy przestali bagatelizować problem trzeba czegoś więcej.  Już tego samego dnia wieczorem media społecznościowe po raz kolejny potwierdziły swoją użyteczność, czy wręcz niezastąpioność w takich sytuacjach. Obiegła je bowiem informacja, że w sobotę ruch studencki zaniesie gubernatorowi stanu Keshari Nath Tripathiemu (przedstawicielowi władzy centralnej w Zachodnim Bengalu), prośbę o interwencję w kwestii odwołania rektora.  Mój telefon co pięć minut buczy; to kolejna wiadomość  o meha mihil, wielkim pochodzie, który ma przekonać wszystkich o sile protestu i niekwestionowanej konieczności zmiany. Jak? Poprzez sparaliżowanie centrum miasta, tłumnie przezeń przechodząc, blokując ruch na jak długo się da w drodze do siedziby gubernatora in Governors Camp, Raj Bhavan przy Indira Ghandi Sarani.

Informacja swabodnie krąży po sieci, razem z całą serią memów, komentujących ostatnie wydarzenia. Jednym z nich jest V-Chhi. To przekręcony skrót  V-C, od angielskiego vice-chancellor, czyli rektora. Chhi w bengali to polskie fu  i oznacza coś obrzydliwego.

Meha Mihil

Wychodzę z mieszkania kwadrans po pierwszej. Mam wystarczająco dużo czasu aby spokojnie dotrzeć metrem na stację Rabindra Sadan, gdzie umówiłam się z dziewczynami z klasy. Już na stacji dostrzegam pierwsze czarne koszule – to niepisany dress code dzisiejszego wydarzenia. W Indiach czerń nie oznacza śmierci;  to kolor buntu i gniewu, należący do ukochanej bogini Zachodniego Bengalu – Kali.

Z każdym przystankiem coraz więcej młodych ludzi wsiada do wagonów. Inni pasażerowie z ciekawością nam się przyglądają. Nikt się nie uśmiecha, w powietrzu czuć napięcie, oczekiwanie. Być może wszyscy boją się tego, co zastaną jak już dotrą pod Akademię Sztuk Pięknych przy Cathedral Road, skąd ruszyć ma marsz – ile osób zniechęciły do pojawienia sie ulewne deszcze. Środa i czwartek były przecież słoneczne. Może nie pomóc nawet wsparcie ze strony słynnych, bengalskich artystów, z których jeden nagrał o tym nawet piosenkę [wyżej].

O tym że takie obawy są nieuzasadnione dowiadujemy się, kiedy pociąg metra zatrzymuje się z piskiem przy stacji. Na peron wylegają tłumy i przynajmniej 200 osób osób rusza żwawo w kierunku Akademii. Wychodzę z dziewczynami z metra i ogłusza nas typowy dla centrum zgiełk i zapach spalin. Jedyną różnicą są setki przemykających między samochodami studentów, zmierzających tłumnie na protest. Podążamy za nimi, jest nas tysiące. A deszcz jak padał, tak pada – ulewnie, nieprzerwanie, jakby zamówiony przez rektora, aby nas zniechęcić.

Jednak chyba efekt ulewa osiągnęła odwrotny od zamierzonego – Indusom monsun nie straszny, a trudne warunki pogodowe zdaje się, że potęgują  zawziętość studentów. Nie dam się i ja!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dochodzi druga popołudniu, jesteśmy jednymi z wielu. Gdzie nie spojrzeć tłumy. Wszyscy kierują się zgodnie w jednym kierunku – na ulicę przed ASP. Ruch już dawno na niej zablokowany, wokół spokojnie czeka policja. Mimo że marsz jest nielegalny (informacja o planowanym zgromadzeniu musi być dostarczona do lokalnego komisariatu na kilka dni przed), nie mają wyjścia, muszą go „ochraniać”, skala jest zbyt duża. Tam ustawiamy się w dwie kolumny, aby jak najmniejszym nakładem osób zająć przestrzeń ulic, przez które będziemy iść, na jak najdłużej. Spotykam przypadkiem kilkoro znajomych spoza JU – jakie to niezwykłe uczucie, w tym tłumie i ja, cudzoziemka, spotykam swoich indyjskich znajomych! Duma!

Między kolumnami biegają ochotnicy, przekazujący innym co się dzieje na czele marszu, który już ruszył naprzód. Dbają o porządek, o to abyśmy szli w rządkach, równo przy krawędzi ulicy, inicjują slogany – krótkie rymowanki, chwytliwe hasła, które krzyczymy razem z nimi. Jest w nich mowa o nieuczciwości władz, nieugiętości studentów, sile ich solidarności.

Slogan

Niesamowite jak wszyscy są zdyscyplinowani, spokojnie czekając aż kolumna przesunie się kolejne pięć metrów do przodu. Atmosfera jest pełna oczekiwania, ale nie napięcia – wszyscy podbudowani są tysiącami, które przyszły wesprzeć studentów Jadavpur. Przyjechali zewsząd – z St. Xavier’s University, z Presidency, z Calcutta University czy z licznych kalkuckich politechnik porozrzucanych po całym mieście. Niektórzy zrzucali się na wynajem minibusów czy po prostu ciężarówek, aby dojechać do centrum na czas.

Patrzę na swoje koleżanki z roku, patrzę na innych młodych ludzi obok mnie  – bycie tutaj to dla nich obowiązek, są przecież studentami, a to pojęcie wokół którego wielu buduje swoją tożsamość; moment transformacji z podporządkowanego ucznia do mniej podporządkowanego studenta jest dla wielu niezwykle ważny. Koleżanka P. mówi, że to właśnie na akademii ludzie uczą się w końcu myśleć samodzielnie, uniezależniają od rodziców. Dlatego przyjście na marsz jest dla nich takie ważne, to kwestia honoru.

Przyszłam na marsz, bo sprawa jest poważna, ale też dlatego aby zamanifestować moją przynależność do tego uniwersytetu. Dzielić doświadczenie z koleżankami, budować wspólnotę doświadczeń. Być częścią, być mniej outsiderką.

Kiedy czoło pochodu dotarło do Mayo Street, gdzie policjanci ustawili blokadę, jego ogon wciąż był na poziomie ASP. Protestujący zdołali zablokować Mayo Road, Cathedral Road oraz ogromną J. Nerhu Road na całej długości na kilka godzin, skutecznie przyciągając uwagę. Gubernator przyjął przemoczoną do suchej nitki delegację, poczęstował ich herbatą i wysłuchał z osobna, obiecując zająć się sprawą. Marsz nie spodobał się jednak Mamacie Banerjee, ani minister edukacji w jej rządzie. Nie spodobało im się zwłaszcza to, że na protest przyszło przynajmniej 30 tysięcy osób. Niektórzy mówią nawet o 40 tysiącach. A wliczając w to protesty w innych miastach, zorganizowane przez solidaryzujące się z JU uniwersytety – w Delhi, Bangalore czy Hyderabadzie – liczba ta wzrasta dwukrotnie.

Co dalej?

Od soboty zmieniło się niewiele. Bojkot uniwersytetu trwa, rektor dalej jest rektorem, mamy do czynienia z ogólnym impasem, gazety nie mają o czym pisać (co ciekawe, ktoś wrzucił już wydarzenia ostatnich dni na Wikipedię). TMC próbowała sprowokować środowiska studenckie organizując marz „przeciwko ruchowi studenckiemu”. Niestety protest skompromitował się sam, kiedy dziennikarze zaczęli pytać uczestników dlaczego biorą w nim udział. Nikt nie wiedział jaki jest cel marszu: „Jestem tu bo rektor został oskarżony o molestowanie”, „Jestem tu bo domagam się zapewnienia bezpieczeństwa studentek”. Panowie wybrali chyba nie ten protest, co trzeba…

Nikt nie wie, czy skompromitowany rektor ustąpi. Niektórzy, jak np. młoda A., która od niedawna pracuje na JU w dziale statystyk uniwersyteckich, twierdzi że VC nigdy nie odzyska twarzy, choć przyznaje że sytuacja jest trudna. Poprzedni rektor też zrezygnował z urzędu – nie potrafił poradzić sobie z problemem raggingu, który w Polsce nazwali byśmy koceniem. A. uważa także że w Indiach protesty studenckie są na porządku dziennym, choć jeszcze nigdy na taką skalę. Mówi, że ludzie lubią protestować, czuć że mają na coś wpływ, mniej lub bardziej konstruktywnie krytykować. Nadzieją jest jednak utworzona przez gubernatora stanu pięcio-osobowa, niezależna komisja, która ma ocenić całą sprawę. Trzymajcie kciuki! Za rogiem Durga Pujo, najważniejsze święto roku w Bengalu. Po niej Kali Puja, a potem Diwali. Długie wakacje, z kilkodniowymi przerwami na zajęcia. Mam nadzieję, że po nich zajęcia zostaną wznowione. Bo w tym tygodniu nie będą.

Ciekawy mam ten uniwersytet.


Lista z adresami stron do których odnośniki znalazły się w tekście oraz inne, ciekawe linki:

http://www.youthkiawaaz.com/2014/09/jadavpur-university-molestation-case-students-protest-administrative-inaction/

http://kafila.org/2014/09/17/from-jadavpur-university-kolkata-i-am-one-of-those-survivors-who-has-experienced-a-nightmare-last-night-tanumay-naskar-%E2%80%A8/

http://www.telegraphindia.com/1140921/jsp/calcutta/story_18857306.jsp#.VB6MI5SSwa4

http://en.wikipedia.org/wiki/2014_Jadavpur_University_protests

http://zeenews.india.com/news/west-bengal/jadavpur-university-impasse-can-be-solved-through-discussion-minister_1471230.html

IMG_20140923_125157

Reklamy
Otagowane , , , , ,

3 thoughts on “Indiopol: Hokkolorob, czyli gniew studentów

  1. bfutoma pisze:

    wow, trzymam kciuki za was, i podziwiam za ta energie, i dobra organizacje:), tego brakuje nam tutaj w kraju, prawie wszyscy wygladaja jakby byli odmuzdzeni ;(

  2. Anonim pisze:

    z drugiej strony, spokojnie tam. jestes gosciem

  3. […] Pamiętacie te protesty studenckie w Kalkucie o których pisałam parę miesięcy temu? Rektor mojej kochanej uczelni w końcu […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: