Monthly Archives: Październik 2014

Indiopol: Homo occidentalis (albo lampki na palmie)

Czasami się wkurzam. Jak tego popołudnia ostatnio, kiedy kupowałam mój ulubiony przekąskowy sok z mango na kampusie, a sprzedawca nie chciał mi widać 8 rupii reszty, prosząc żebym ja mu dała 2 i on mi wtedy da dychę w papierku. I to mimo że miał przed sobą pełną miskę monet, a ja mu powtarzam że nie mam drobnych (wszystko poszło na auto-rikszę). Był przy tym bardzo opryskliwy (zazwyczaj mam drobne), że aż inni studenci zaczęli nam się przyglądać ze zdziwieniem. Użyłam więc mojej magicznej mocy bengalskich przekleństw i sama wydałam sobie resztę. A zaskoczony sprzedawca nie odezwał się ani słowem.

Innym razem pisałam esej zaliczeniowy o wspaniałym Rabindranacie Tagore, którego tutaj w Bengalu wielbi się i wychwala do granic przyzwoitości. Miałam pisać o jego poglądach religijnych, i tym jak wiążą się one z jego romantyczną, lukrowaną wizją ludzkości. Wiecie, Tagore z takiego niby-socjologicznego punktu widzenia. Umiarkowanie pociągający temat (powiedziałabym nawet, że wybitnie niepociągający), zwłaszcza, że cały nasz rok miał pisać o tym samym. No więc nie mając innego wyjścia zaczęłam wgłębiać się w jego życiorys, aby lepiej człowieka zrozumieć. I dowiedziałam się, że Tagore jest o wiele mniej idealny niż się go tutaj prezentuje, a tak naprawdę jest wcale nieciekawy. To po prostu taki indyjski Mickiewicz czy Słowacki, który jest lubiany za swoją nagradzaną poezję, która napawa dumą Bengalczyków (i Indusów w ogóle). Poezja wyjątkowo romantyczna, mistyczna, ładna, przyznać trzeba. Idea uniwersytetu popularnego, edukacji kobiet itd. fajna, naprawdę. Jego poglądy religijne uniwersalistyczne, nowoczesne jak na jego czasy, choć też mocno braministyczne, do kasty Braminów przecież Pan Rabindranath należał.

IMG_20141006_013745

No właśnie, i tu jest pies pogrzebany. Otóż okazuje się, że Tagore – taki niby światły – w wieku lat 20-kilku został ożeniony z 12 letnią dziewczynką, która wydała mu na świat pierwsze dziecię w wieku lat 15. No tak, wszyscy przecież dobrze wiemy, że Bramini mają obsesję na punkcie czystości krwi (kasty) i innych takich wymysłów. Kobieta jako własność rodziny, kobieta jako reproduktorka. No i młody jeszcze wtedy był Tagore (choć już zdążył zaliczyć kilkuletni pobyt w Wielkiej Brytanii), dzieciak prawie (kiedyś już wspominałam, że Indusi niezwykle długo pozostają bardzo zależni od rodziców), to pewnie konserwatywny ojciec go zmusił? Jakby tego jeszcze było mało, Tagore własne córki wydał za mąż w podobnym wieku, zanim skończyły szkołę. I gdzie jest jego postępowość tutaj? Dodam jeszcze, że jego bratanice zostały wydane za mąż dopiero koło 30-tki. Skąd więc w nim taka „posłuszność” wobec tradycji? Paskudne.

Czytam sobie o tym w Internecie, jestem zła, a w zasadzie zawiedziona. Oczywiście wiem doskonale, że child marriages są w Indiach praktykowane od dawna, i z czego wynikać mogą – zła sytuacja ekonomiczna rodziny, śmierć ojca, czy wręcz przeciwnie, polityczne sojusze (zupełnie jak w średniowiecznej Polsce…), wyliczać można. Ale że Tagore? Ten którego tutaj wszyscy wielbią? Jakże to tak? Idę więc zapytać R. co o tym sądzi. A on na to, że nie jest zdziwiony, choć sam o tym akurat nie wiedział. Pytam się go więc, jak to jest że tyle osób traktuje Tagore jak pół-boga, paląc świeczki przed jego podobizną? Jakoś nikt (kogo znam) nie czci w ten sposób naszych narodowych wieszczów. Czy to przez jego poglądy religijne…?

R. na to, że to głównie przez jego twórczość i Nobla, ale w przypadku choćby dalszej rodziny R. obsesja ma inne podłoże – ich rodzina pochodzi z tej samej mieściny co Tagore, jego dziadkowie są tradycyjnymi (choć nie konserwatywnymi) Braminami. No tak, myślę sobie, przecież wiem że któraś z ciotecznych babć R. wyszła za mąż w podobnym wieku co żona Tagore. Tak samo jak jej cztery siostry. Wszystkie pięć zostało wydanych za mąż za pięcioro braci z innej bramińskiej rodziny (tak się ładnie złożyło). Wszystkie wesela miały miejsce tuż po II wojnie światowej. Pierwsze dzieci zaczęły się rodzić jednak dopiero jak młode żony osiągnęły lat 20 i ukończyły przynajmniej liceum. Wszystkie dożyły późnej starości i doczekały się wnuków, a w niektórych przypadkach i prawnuków. Dobra, jestem mniej zła, ale za to na pewno zawiedziona. Dawno już zapoznałam się z krytyką Matki Teresy czy Gandhiego, innych indyjskich ikonach, uwielbianych na całym świecie a mocno krytykowanych w Indiach. Te mnie jednak aż tak bardzo nie zbulwersowały. Myślę o innych „wielkich tego świata” – czy tylko Dalajlamę można uczciwie, absolutnie podziwiać?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Wkurzyły mnie jeszcze te niedawne protesty, które trwają nadal, choć teraz już tylko symbolicznie. Że w ogóle muszą mieć miejsce, ponieważ bezpieczeństwo studentek jest zagrożone, a rektor okazał się frajerem nasyłającym na studentów swoich goons. Wkurzyło mnie też to, że w końcu rektor nie został odwołany. Przykre, bo przecież tak bardzo chciałabym, aby mój nowy uniwersytet dał się lubić w stu procentach, a nie tylko w wymiarze studenckim i departamentowym.


Wczesna jesień to w Bengalu okres intensywnie świąteczny – tydzień temu skończyła się wielka Durga Puja i zestaw towarzyszących jej pomniejszych świąt, po niej było kilka dni obchodów Eid, w przyszłym tygodniu będzie Diwali. Również pogoda wyraźnie sprzyja spotkaniom towarzyskim. Teraz zaczynają się gry w karty – Diwali to świetny czas na domowy hazard; gra się we flash, coś co nazwać by można ubogą wersją pokera, stawia się drobne kwoty, a im więcej uczestników tym zabawniej. Przez cały miesiąc ma także miejsce masa prywatek, wyjść rodzinnych czy domówek – zarówno z dziadkami i babciami, jak tylko w gronie młodych. Te ostatnie raczej wyłącznie dla upper i upper-middle class – grup społecznych, które zazwyczaj nie mają nic przeciwko temu, aby ich dzieci wybierały się na mieszane płciowo imprezy do swoich znajomych. Niże kasty, gdzie segregacja płci nie jest tak silna, także mają do sprawy zdrowe podejście. Jedynie pretensjonalna moralność klasy średniej patrzy krzywo nawet na dziewczyńskie sleepovers.

R. wpadł na tydzień na początku października. Przyjechał w związku ze świętami oraz w związku z przerwą w zajęciach na Id w muzułmańskim Bangladeszu, gdzie studiuje. Także w tym roku jego urodziny wypadły w Puję (która podobnie jak Wielkanoc jest świętem ruchomym, ale jej datę wyznacza się według kalendarza lunarnego, nie zaś solarnego). Było więc bardzo przyjemnie; oprócz codziennych zajęć – to jest oprócz mojej pracy przed komputerem, a jego spędzania czasu z rodziną – włóczyliśmy się sporo po mieście, odwiedzając różnych znajomych.

Kalkuta wygląda teraz pięknie, cała rozświetlona lampkami choinkowymi, które wiszą tutaj od tygodnia przed Durga Pują (to jest powiedzmy od 23 września), a zostaną jeszcze przez tydzień po Diwali (koniec października). Atmosfera jest iście karnawałowa (w Bengalu Durga Puja kończy Stary i rozpoczyna Nowy Rok), dla mnie zaś raczej gwiazdkowa w znaczeniu bożonarodzeniowym. W tym roku nie będę w Polsce na Święta i jest to dla mnie nowe doświadczenie – będzie to bowiem nie tylko moja pierwsza Gwiazdka poza krajem (albo raczej pierwsza nie z rodziną), ale także moje pierwsze urodziny bez bliskich (prawie bez nich, gdyż mój Tata przyjeżdża w końcu w odwiedziny!). Jestem dzieckiem gwiazdkowym i święta Bożego Narodzenia mają dla mnie przede wszystkim – o ile nie wyłącznie – wartość rodzinno-towarzyską (jesteśmy przecież całą rodziną innowiercami różnego rodzaju, częściowo buddyjskimi, a częściowo ateistyczno-antropologicznymi).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nadejście października oznacza w Indiach coś więcej niż tylko miesiąc świąt, urlopów i braku zajęć. To początek sezonu turystycznego i do Kalkuty zaczynają zjeżdżać całe tabuny spragnionych wrażeń backpackersów, ale także zorganizowanych grup turystycznych. Jest na co popatrzeć, zwłaszcza teraz, nie przeczę! Październik to jednak także moment w którym w mieście pojawia się nowa porcja wolontariuszy, spieszących ratować biedne, przeludnione Indie.

Rozmawiałam ostatnio z O., moją włoską przyjaciółką, która od lat pracuje w Indiach zajmując się kwestiami plemiennymi. Z jakiegoś powodu nasza rozmowa zeszła na temat wolonatryzmu, szczególnego zjawiska ostatnich lat, które jest w skrócie ni mniej ni więcej a jedną z form neokolonializmu. Oto wykształcona, mniej lub bardziej bogata (na pewno bogatsza niż osoby, którym pomagają) młodzież kulturowo rozumianego Zachodu przyjeżdża na miesiąc, trzy lub rok do Kalkuty, znanej w świecie ze swojej stereotypowej biedoty i bijącej rekordy liczby żebraków (kompletny mit; tak może i było pół wieku temu…). Przyjeżdża ta młodzież szerzyć wiedzę – Francuskie nastolatki uczą angielskiego (!) dzieciaki w slumsach, opiekują się starszymi osobami w punktach pomocowych, prowadzonych przez zakonnice Matki Teresy, uczą młode dziewczęta szycia na maszynie czy obsługi komputera, słowem – zbawiają świat.

Nie ukrywam, że nie cierpię tego rodzaju wolontariuszy, którzy ze swoim świętobliwym nastawieniem bardziej szkodzą niż pomagają. Uczą dzieci ze slumsów, że bogaty Zachód i sprzedawane przez niego wartości to ten lepszy świat, że muszą być wdzięczne białym (przeważnie) ochotnikom za udzielaną im pomoc. Max Forte w najnowszej edycji Alert Press Vol. 4 (dostępna w całości on-line tutaj), dostrzega w tych wolontariuszach po prostu turystów, hipokrytów pragnących podbudować swojego ego modną „pomocą” ubogim, zupełnie tak jak robiły to w XIX wieku cierpiące na nadmiar wolnego czasu arystokratki.

Nie twierdzę, że cały ten wolontaryzm to zatrważająca zbrodnia, ale jest to jednak na tyle pretensjonalne zjawisko, że za każdym razem jak widzę kolejną naiwną Hiszpankę czy Francuzkę, przemierzającą Kalkutę w spodniach typu Western-Indian-style, bolą mnie zęby. Niektóre NGO zaczęły bardziej przypominać alternatywne agencje turystyczne, oferujące „niezapomniane przeżycia oraz autentyczne doświadczenie prawdziwego życia w Indiach”.

Zastanawia mnie – jak tak bardzo zależy tym wszystkim złotym duszom na dobru indyjskich dzieci czy starców, czemu nie wspomóc finansowo istniejących indyjskich organizacji pozarządowych lub zmusić lobbyingiem rząd indyjski do rozwoju programu opieki społecznej (stan tragiczny)? Dlaczego bogate dzieciaki ze Stanów czy Australii mają naprawiać Indie, przywożąc ze sobą swoją tożsamość i styl życia, swoją „lepszość”, swoje szczęście – bo przecież miały go więcej, skoro nie urodziły się na przedmieściach Kalkuty i nie wyszły za mąż w wieku lat 15, czyż nie? Tacy wolontariusze to po prostu pukający od drzwi do drzwi akwizytorzy, którzy zamiast sprzedawać polisy ubezpieczeniowe (nieświadomie) sprzedają swoją zachodniość.

Kiedy Globalna Północ próbuje pomóc Globalnemu Południu bardzo często kończy się to paskudnie. Nie będę przywoływać tutaj przykładów amerykańskiego imperializmu, który tak bardzo chciał ulepszyć Japonię czy Wietnam (efekty znamy), nie będę cofać się do czasów kolonializmu – bo przecież kolonie też miały służyć szerzeniu osiągnięć naszej wspaniałej cywilizacji, a towarzyszące im misje szerzeniu jedynie słusznego chrześcijaństwa. Zamiast tego zabijały jednak kultury lokalne, miejscowe zwyczaje, wierzenia, systemy wartości. Czasem, zbyt często, dosłownie. Najprostszy przykład – Ameryki, najbliższy z Indii – Australia, Nowa Zelandia. Ale miałam o tym nie pisać, bo to przecież oczywiste.

Oprócz tych naiwnych „wolonturystów”, są jednak jednostki cudzoziemskie, które przywracają wiarę w rozsądność homo occidentalis. To wszyscy Ci, którzy przyjeżdżają do Indii nie po to, aby zbawiać świat, ale po to aby faktycznie pomóc – to badacze (tacy jak ja, he he), którzy prowadzą tutaj badania we współpracy z indyjskimi ośrodkami; to praktykanci, którzy zatrudniają się za minimalne wynagrodzenie w lokalnych organizacjach pozarządowych, aby uczyć się – o kulturze kraju, sztuce ludowej i plemiennej, klasycznym teatrze, praktykach rozwojowych; to w końcu indolodzy, studenci  – ci którzy przyjeżdżają szlifować język, zostać nauczycielami jogi czy tańców klasycznych. Wszystkie te grupy łączy jedno – szacunek dla kraju, jego kultury, obyczajów. A nawet biedy. Brak litości, która zbyt często ma wiele wspólnego z pogardą (niestety nie raz słyszałam dziewczęta, wolontariuszki zszokowane „warunkami życia” dzieci z którymi pracują). Mają bardzo jasne podejście do tego co robią – chcą się czegoś nauczyć (a nie przyjeżdżają łaskawie uczyć innych), chcą pomóc, ale są pełni pokory, wiedzą że najpierw trzeba nauczy się jak.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Należy do nich T., mój szwedzki kolega, z którym chodzę na zajęcia z bengalskiego. Mieszka w Indiach już pięć lat razem ze swoją dziewczyną, Bengalką. Jest informatykiem, ale pracuje w lokalnym NGO, pomagając rozwijać organic food movement w Kalkucie (przypomina np. warszawskie kooperatywy spożywcze). Zapytany o to co myśli o przyszłości kraju odpowiada, że Indie nie popełniły jeszcze wielu błędów, które myśmy kiedyś zrobili (i ma tu na myśli tą bogatą, nowoczesną Szwecję!). T. przyjechał do Indii na staż w jednej z firm informatycznych. Został, bo uważa że są tu lepsze warunki do życia niż w Europie – i ludzie są milsi. Choć dodaje, że to pewnie dlatego że jest blondynem o niebieskich oczach. Otwarcie przyznaje, że wie że ma łatwiej przez kolor skóry – gdyby był ciemnoskórym Szwedem, np. z pochodzeniem afrykańskim, mogłoby być nieco inaczej. Ale tego akurat T. nie lubi. Choć do dziwnego traktowania, dystansu z jakim się spotyka, podejrzliwości, tego, że rzuca się w oczy, dawno się już przyzwyczaił. Każdy musi, jeśli chce tu zostać.

Do podobnej kategorii należy także L., Wenezuelka. Też chodzi ze mną na bengalski, w Indiach mieszka już trzeci rok. Jest członkinią ruchu Hare Krishna, mieszka w lokalnym aśramie. Ubiera się w sari z wprawą, jej skóra jest jednak w odcieniu jasnego brązu. Na początku myślałam, że jest po prostu Induską, która wyemigrowała do Kalkuty z południa kraju (tam Indusi są trochę ciemniejsi niż ci z Północy). L. ma jednak po prostu afro-amerykańskie korzenie. Sama przyznaje, że jej wygląd jest sporym ułatwieniem, ponieważ nie nie onieśmiela Indusów. L. nie rzuca się w oczy co ma też duże znaczenie praktyczne – jest dzięki temu bezpieczniejsza, zwłaszcza jeśli tak dobrze nosi sari.

T., kiedy rozmawialiśmy o kwestiach koloryzmu i rasizmu, przyznał że jego karnacja głównie ułatwia mu życie, ale wie że jego płeć ma tutaj istotne znaczenie. Bycie białą kobietą w Indiach jest o wiele trudniejsze – nawet jeśli ubierzemy się w salwar kamiz czy sari, zawsze będziemy odstawać, zwracać uwagę. Kojarzymy się też Indusom z wyzwoleniem seksualnym, bo przecież w tych wszystkich zachodnich filmach białe kobiety są takie śmiałe, uprawiają seks kiedy chcą, noszą się jak chcą. No i są jeszcze filmy pornograficzne zdominowane przez białe kobiety, półnagie tancerki z Rosji, zatrudniane w produkcjach Bollywood do scen tanecznych, kiedy potrzeba pokazać większy fragment kobiecych nóg, są też białe cheerleaderki z RPA, które umilają czas kibicom podczas meczów w krykieta.


IMG_20140926_204834

Kiedy w pocie czoła ślęczałam nad esejem o Tagore i jego poglądach religijnych, często zastanawiałam się (przyznam, prokrastynacyjnie) nad sensem pisania (z cyklu „czy ktoś to w ogóle czyta?”). Z każdym rokiem piszę coraz więcej, a odkąd zaczęłam prowadzić tego bloga piszę w swojej głowie codziennie – za każdym razem kiedy przeżywam coś, co warto by opisać w Indiopolu. Zaczęłam inaczej doświadczać moją indyjską codzienność, bardziej świadomie, bo moje myślowe notatki przypominają te, które robiłabym prowadząc badania etnograficzne. Jestem tu jednak w stanie migracji, po prostu mieszkam w Kalkucie.

Kiedy mam takie dni w które się złoszczę – gdy myślę że ktoś chciał mnie oszukać, biorąc mnie za naiwną turystkę, kiedy nieprzyjemnie zaskoczą mnie kulturowe różnice, albo w sytuacjach w których ktoś wziął mnie za jednego z tych paskudnych wolonturystów – coraz częściej towarzyszy mi myśl, że mam do tej złości prawo. Że mam prawo się wkurzać na złe traktowanie, na klasyfikowanie, na głupotę ludzką – tak samo wkurzałabym się na nią (lub tak samo bym ją ignorowała, w większości przypadków) mieszkając w Polsce. Mam prawo nawet zawsze będę homo occidentalis. To uczucie „prawda do” wydaje się bezpośrednio związane z rosnącym we mnie poczuciem zadomowienia się, z którym trudno było jeszcze w lipcu, tuż po powrocie z ojczyzny.

I znów małe rzeczy sprawiają mi ogromną przyjemność, budząc wspomnienia. Przypominając mój pierwszy dom, sprawiają że tworzy się mój drugi – tutaj. To małe rytuały. Możliwość kupienia w indyjskiej sieciówce kawy a la Starbucks, która smakuje dokładnie tak samo jak ta, którą w paskudnie depresyjne zimowe wieczory kupowałam za ostatnie grosze w Coffee Heaven w BUW; tutaj też działa zbawiennie, tylko dawna odrobina studenckiego luksusu zamiast 15 kosztuje teraz 5 PLN. Zastąpienie rytuału między-zajęciowego kupowania bułki w Galerii Wypieków i zapijania jej sokiem pomidorowym przystawaniem na ulicy na chai czy masala ThumbsUp z batata puri. Po prostu rutyna, rzeczy które robi się codziennie, a które są tej codzienności symbolem. A teraz jeszcze doszły te lampki choinkowe, które dla mnie – bożonarodzeniowego dziecka – są kwintesencją domowości. Nawet jeśli w moim nowym indyjskim domu wiszą na palmie.

Otagowane , , , , , , ,