Monthly Archives: Grudzień 2014

Indiopol: Górska mania Mani (albo tongba zamiast szampana)

Pierwszą rzecz, którą słyszysz budząc się o siódmej rano w Gangtoku, w ostatni dzień Starego Roku jest cisza. To znaczy, nie słychać nic. Po pierwszych kilku minutach zaczynają do ciebie dochodzić niemrawe odgłosy miasta (w końcu stolica stanu, więc tak zupełnie cicho być nie może)  – przemykające wąskimi uliczkami jeepy, śpieszące czy to do sąsiednich miast, czy to do Darjeelingu lub New Jaipalguri, pokrzykiwania właścicieli otwierających swoje sklepy, nawet dźwięki trąb z pobliskiego klasztoru. Ty jednak nie robisz sobie z tego nic; w porównaniu do hotelu w którym zatrzymałeś się noc wcześniej nowe lokum to raj.

Widok za miliard rupii

Sikkim, w przeciwieństwie do legendarnego wszakże Darjeelingu (odmawiam tutaj użycia spolszczonej nazwy tego miasta, gdzie pojawia się taka rażąca oczy literka jak „dż”, a po niej jakże urocze „y”), nie jest popularny wśród zagranicznych turystów. To znaczy nie jest aż tak bardzo, zwłaszcza nie o tej porze roku (w ciągu kilku dni naliczyłam się ich tu tylko sześcioro, poza nami rzecz jasna). Sikkim popularny jest za to, zwłaszcza Gangtok, wśród turystów lokalnych. Z jakichś niesprecyzowanych bliżej powodów przyjeżdżają tutaj tabuny Bengalczyków, najbardziej średniej klasy średniej korzystającej z wakacji swoich pociech. Czemu przyjeżdżają, co ich tu tak właściwie ściąga? (Wierzcie mi, jest czemu się dziwić; Sikkim nie wpisuje się ani odrobinkę w lokalne wyobrażenie o idealnych wakacjach = pasywny odpoczynek). Gangtok to nie jest przecież miejsce ani lekkie do przebywania (jednak zimno, a ogrzewania brak), ani wybitnie atrakcyjne dla średniej krajowej. Być może dlatego, że jest taniej, niż np. wyprawa nad morze, do popularnego Puri? To kiepski argument, wcale aż tak tanio nie jest (najtańsze pokoje w cenie 800 INR za dwójkę). Dlaczego więc? Hm, hm, hm.

Wiem na pewno do czego tutaj nie przyjeżdżają. Nie jest to temperatura – chociaż w ciągu dnia jest przyjemne 20 stopni, a nocą tylko 10 (czasem trochę zimniej, ale ogólnie zupełnie znośnie nawet bez ogrzewania), na pogodę nieustannie narzekają (ha, pewnie że rozumiem, mój wspaniały bengalski!), zasłaniając się niezdarnie warstwami swetrów i szalików powyciąganych z otchłani swoich przepastnych szaf (w ciągu roku tam skąd pochodzą nie mają specjalnie okazji ich nosić).

Nie przybywają tu w podskokach także dla zabytków bogatej kultury buddyzmu tybetańskiego (nie sposób znaleźć tabunów zwiedzających stare klasztory czy stupy). Ani dla jedzenia – to dla nich wszakże pootwierane są tutaj niezliczone vege bary serwujące dokładnie to co na co dzień owi bengalscy turyści pałaszują ze smakiem w swoich domach. Warto tutaj dodać, że zazwyczaj bengalska, jakże konserwatywna obyczajowo middle class przestrzega tabu jedzeniowych, zwyczaj ma ten jednak granice przestrzenne. Bardzo wielu Bengalczyków przy okazji niezliczonych okazji, kiedy już wybierają się do restauracji/na wakacje pałaszuje mięsko ze smakiem. W domu oczywiście nie, bo jakże to tak, ale już po za nim, czy nawet z daleka od srogiego oka żony/matki/teściowej/babki – jak najbardziej. W każdym razie, nie przyjeżdżają do Sikkimu raczej także na trekking. Może widoki?

IMG_20141231_175218

Nasuwa mi się tu jednak inna odpowiedź – może chodzi o to, że Sikkim tak bardzo różni się od znanych im, tych codziennych Indii, że sprawia wrażenie jakby był zupełnie innym krajem? Taką bliską „zagranicą” do której w dodatku niezmiernie łatwo się dostać? Względnie „egzotycznym” miejscem gdzie można pojechać bez potrzeby wydawania dużej ilości pieniędzy i bez potrzeby długofalowego planowania? Sikkimowa inność tak właśnie może być atrakcyjna dla całej tej rzeszy Bengalczyków (i turystów ze stanów sąsiednich). Tym bardziej przecież, że jest bezpieczna – oswojona jako część tego samego państwa, gwarantująca poczucie bezpieczeństwa także poprzez oferowanie znanych, swojskich wyborów żywnościowych (kropka w kropkę to co można na każdym rogu dostać w Kalkucie, włącznie z bengalską obsługą) czy lokalowych (tu zhinduizowany wystrój większości średnio-budżetowych hoteli, nomen omen prowadzonych przez migrację napływową z innych części Indii, głównie z Bengalu; wszakże biznes to biznes).

Nie mniej, z Tatą pierwszej nocy trafiliśmy do takiego właśnie hotelu. Miejsce miało być fajne, prowadzone przez dalszą rodzinę znajomego Tybetańczyka. Okazało się być jednak smutnym, podupadającym przybytkiem, choć faktycznie dobrze położonym (główny deptak miasta). Nie chodzi nawet o to że było brudno (kwestia obecności grzyba we wszystkich dostępnych pokojach w połączeniu z astmą mojego Taty, oraz inne atrakcje lokalowe). Było naprawdę nieprzyjemnie z innego jeszcze względu. Jak naprawdę uważam Bengalską klasę średnią (maksymalnie szeroko rozumianą) za „do wytrzymania” na co dzień, wakacje od Kalkuty służyć mają przerwie także od niej, zwłaszcza zaś od jej negatywnych cech – Dulskiej moralności, hałaśliwości, kłótliwości i pretensjonalnemu aspiracjonizmowi społecznemu. Jako badaczka społeczna wszystko to jest zrozumiałe itd., ale jak czasem staram się tłumaczyć co po niektórym – praca to praca,, a życie prywatne to życie prywatne. Mam prawo się złościć na moich rozmówców i ich styl życia, mam prawo mieć ich dosyć raz na jakiś czas. Zwłaszcza zaś w wakacje. Niestety jednak trafiliśmy na takich sąsiadów na jakich nadzieję miałam nie trafić – podróżujących po kosztach Bengalczyków, którzy jako tacy są przyjemnymi ludźmi, ale na wakacjach lubią sobie popić, pośmierdzieć w korytarzu papierosami (chłopcy i mężczyźni), a następnie kłócić się przy otwartych drzwiach w środku nocy (obie płcie; tu znowu moja znajomość bengalskiego okazuje się znacząco irytującą, wolałabym czasami nie rozumieć tego co mówią, a chwilę później nie wykłócać się o ciszę po 11 w nocy). Generalnie jest tak: znudzone młodziaki są najgorsze, pamiętajcie!

IMG_20141231_175509

Także z radością udaliśmy się z Tatą następnego ranka na poszukiwania hotelu w nieco przyjemniejszej okolicy, rozsądny kawałek drogi od centrum. I znaleźliśmy odpowiednie lokum w naprawdę fajnym miejscu – u stóp wzgórza mieszczącego Do Drul Chorten Stupa.

Także, nowy hotel. Budzisz się rano w ciszy. Otwierasz drzwi balkonu a tam widok wart milion rupii – słońce dopiero co wzeszło ponad dolinę, ale góry na około wciąż są mgliste i schowane w cieniu. Byłoby miliard rupii, gdybyśmy mieli z pokoju widok na Kanczendzongę, ale przecież nie można mieć wszystkiego za cenę całych 50 PLN za dwójkę. Ale i tak jest dobrze, bardzo dobrze. Duże góry zawsze są dobre, a możliwość patrzenia na nie (a niedługo, łażenia po nich) po miesiącach kalkuckiej szarej rzeczywistości jest najlepszym prezentem, o jakim mogłabym pomyśleć. Nawet elegancki grancik na badania nie byłby lepszy (zgoda, tu mogę polemizować…).

Dziś urodziny mojego Taty i Sylwester. Będziemy podziwiać tysiące gwiazd i pić tongbę (aka chhaang), piwo z pełnoziarnistego prosa (kasza jaglana pochodzi z tej samej rodziny) przyrządzane tylko w regionie Himalajów.

Kolejny rok dobiega końca, Antropoludens czekają wkrótce spore zmiany, będziemy się rozwijać! Ja z bajecznego Sikkimu, a Sznel z mroźnej i śnieżnej (oraz równie bajecznej) Warszawy, składamy Wam, Drodzy Czytelnicy, najserdeczniejsze i najszczersze, zupełnie zdekonstruowane życzenia. Nie będziemy życzyć Wam miłości (bo przecież i tak na nią zasługujecie, jeśli jeszcze jej nie macie), ani szczęścia (oczywista oczywistość). Życzyć Wam będziemy natomiast godzin konstruktywnej pracy, badawczej czy każdej innej. Takiej, która przyniesie Wam satysfakcję na co dzień i na całe życie. Każdego dnia w tym 2015 Nowym Roku i w każdym kolejnym. Bez względu na to kim jesteście i co robicie – żyjcie pełnią ducha, żyjcie na sto procent!

Reklamy
Otagowane , , , ,

Indiopol: Pociąg do Darjeeling

Przez wąski korytarz dygoczącego pociągu przeciskają się sprzedawcy. Paper! – do kupienia gazety w hindi, bengali i po angielsku. Nes coffee! Cha! – średnio co kwadrans pojawia się kolejny chai walla, a zaraz po nim pani botil!, sprzedawca wody. Na kolejnych stacjach, kiedy pociąg coraz bardziej zagłębia się w bengalską prowincję, dosiadają się istoty innej maści – żebracy, sprzedawcy przekąsek (w tym gotowanych na twardo jajek, jak swojsko, o komunistyczna Polsko!). Wsiadło także kilku baulów. W białym dhoti i pomarańczowej kurcie, w kamizelce pozszywanej z kolorowych kwadratów. Obwieszeni sznurami korali, pobrzękujący bliżej niesprecyzowanymi instrumentami strunowymi. I cudownie zawodzący pieśniami o niebie, Bogu, słońcu, przyjemnościach i bólu życia, porzuconym niegdyś domu, dawnej miłości. Jest 28 grudnia. W końcu jesteśmy w drodze.

IMG_20141230_170014

Hotel w którym zatrzymaliśmy się w przeddzień wyjazdu był nieduży. W starej dzielnicy miasta, w maleńkiej uliczce, z gankiem przy wejściu po dawnemu zakratowanym, ale za to pięknie urządzonym wiklinowymi fotelami. W środku na ścianach od sufitu po podłogi stare obrazy. Portrety niesprecyzowanych bliżej członków starej bengalskiej rodziny, do której dom niegdyś należał, pejzaże, święte obrazki. Nasz pokój na przeciwko recepcji znaleziony w ostatniej chwili, po znajomości, w ciągu kilku godzin desperackiego szukania. Poprzedniego wieczora mieliśmy z Tatą jechać nad morze nocnym autobusem. Autobus miał być super, super nie był. Po wydarzeniach ostatniego tygodnia wolimy nie ryzykować. Ze względu na zdrowie Taty odwołaliśmy Nepal, Puri też jakoś przecierpimy. Bye bye Hare Hare! Udało nam się znaleźć w ostatniej chwili wcześniejsze bilety na Północ, następnego dnia jedziemy. Tym razem musi się udać. Jeszcze jeden dzień w Kalkucie i zwariuję. Także stary hotel na jedną noc, wygodny choć drogi (całe 2500 INR). Z resztą, nie ma co narzekać – wcześniej nocowaliśmy w tylko trochę tańszym przybytku. Przecież Święta były (i moje w Święta 25 urodziny (starucha!)), trochę wygody trzeba zaznać. A Kalkucka wygoda tania nie jest. Ale zaraz, zaraz – nie mieliśmy z Tatą mieszkać u mnie w mieszkaniu…?

Ostatnie tygodnie, by nie rzec ostatnie dwa miesiące – od mojego ostatniego Indiopolowego zapisku – były trudne. Nie tylko dlatego że szereg zleceń się na siebie nałożył, ani dlatego że zbliżała się semestralna sesja. Wszystko to – moja praca – sprawia mi przecież niesłychaną przyjemność. Cieszyło mnie niezmiernie pisanie tekstu do pewnego projektu o rodzinie indyjskiej w kontekście emigracji. Cieszyło mnie przygotowanie kilkunastostronicowego artykułu konferencyjnego po angielsku, a potem nagranie tejże prezentacji i wysłanie jej za pomocą YouTube’a na konferencję do Rumuni, na której niestety nie mogłam być fizycznie. Tyle samo radości sprawił mi peer review tekstów dla magazynu pewnego stowarzyszenia, czy przepisywanie wywiadów dla znajomej, która dopiero co skończyła robić badania w Kalkucie o lokalnej społeczności LGBTIQ. Niesamowicie ekscytujące było nawet studiowanie do to tych nieszczęsnych semestralnych egzaminów – czterech dwugodzinnych maratonów podczas których zapisać trzeba każdorazowo średnio siedem stron A4 (każdy egzamin to sześć pytań esejowych, trzeba odpowiedzieć na trzy).

Wszystko to uwielbiam – jakże miałabym nie? Pisanie tekstów na podstawie wcześniejszych badań (czy to desktopowych czy też etnograficznych) to sens mojej egzystencji, by tak rzec. Kim jestem jeśli nie antropologiem? (Inna kwestia, że na to pytanie nie ma w ogóle jednoznacznej odpowiedzi, bleh). Poszerzanie posiadanego zakresu wiedzy – studiowanie do egzaminów, czy po prostu badaniowe/rekreacyjne czytanie, czytanie, czytanie – to obowiązek, imperatyw moralny. I basta.

Rozumie to moja rodzina (popierając moje bycie w Indiach), rozumieją przyjaciele (równie antropologicznie zakręceni). Nie rozumiał jednak R. Nie do końca w każdym razie. Chodziło o wiele, wiele więcej (oczywiście), ale na kilka dni przed przyjazdem mojego Taty, moja dotychczasowa egzystencja w Kalkucie, mój status quo rozsypał się jak domek z kart.

Bezdomność z wyboru zagnała mnie wraz z Kitką (przygarnęłam w międzyczasie młodą kotkę) do przyjaciół, szwedzko-bengalskiej pary (nieźle zakręconych właścicieli sześciu kotów). Tata wylądował z wtorku na środę, 17 grudnia. Z lotniska pojechaliśmy prosto do szpitala – atak astmy. Szpital jeden z najlepszych w Indiach, R. i jego rodzina stanęli na wysokości zadania odbierając nas od 4 nad ranem z hotelu. Pomogli, użyczyli nawet post factum na kilka dnia swojego pokoju gościnnego. Było w porządku (choć odrobinę niezręcznie), Tata szybko poczuł się lepiej, nawet trochę zwiedziliśmy – Kalighat, budynki administracji kolonialnej, stare Chinatown i jego taoistyczne świątynki, New Market i etc. W przeddzień Wigilii wynieśliśmy się do hotelu, inni goście przyjeżdżali na Święta i dla nas zabrakło miejsca. Inna sprawa, że było ze wszech miar dziwnie. Choć nie też bardzo źle. Było uprzejmie, myślę że to odpowiednie słowo. Sama Wigilia, którą tutaj odtworzyłam ze Szwedem L., w miarę możliwości dała radę. Była choinka, były prezenty i prawie 20 osób konsumujących moją zupę grzybową i pierogi z kapustą. Rodzina R. to wielka rodzina. Typowa indyjska extended family. Byłam jej częścią przez prawie dwa lata.

Pod wieloma względami za moje poczucie ulgi po rozstaniu odpowiedzialny jest ten tekst o rodzinie indyjskiej, który pisałam dla H., w ramach wspomnianego projektu. Wiecie jak to jest – czytamy o czymś, studiujemy jakieś zjawisko kulturowe, a potem upraszczamy je aby wytłumaczyć innym, aby samemu skonstruować tekst zrozumiały dla pewnej grupy odbiorców. W moim przypadku dla wszystkich tych, którym przyjdzie pracować z indyjskimi migrantami. Wszystko fajnie, ale gorzej jeśli pracujemy z tym aspektem rzeczywistości społecznej, którego częścią sami pewnego dnia będziemy musieli się stać (mam tu na myśli moją domniemaną zmianę statusu cywilnego z udziałem R.).

IMG_20141230_170132

Indie nie są krajem w którym chcecie się żenić. Przynajmniej jeśli jesteście kobietami i podlegać będziecie prawu cywilnemu opartemu na religii, którym podlegają wyznawcy każdej większej (lub mniejszej) religii. W uproszczeniu – R. jest hinduistą, mimo że nie praktykuje ani nie wierzy to z urodzenia nim jest. W związku z tym automatycznie podlegać będzie cywilnemu Hindu Personal Law, zwłaszcza jeśli wstąpi w związek małżeński w obrządku hinduistycznym, wydanie bengalskie. Jeśli ja wstąpię w takiż związek również temu prawu podlegać będę. W praktyce oczywiście inaczej niż podlegają mu zamężne Induski; będzie bardziej skomplikowanie zważywszy na mój zbawienny tutaj status cudzoziemki. Gdybym jednak posiadała paszport indyjski w chwili rozwodu miałabym, krótko mówiąc, przechlapane – zgodnie z prawem przysługiwało by mi nie więcej niż 20 tysięcy rupii z naszego wspólnego majątku (to ok. 1000 PLN), straciłabym prawo do opieki nad dzieckiem/dziećmi, tzn. musiałyby prawnie zamieszkać z tatą. I cały szereg innych złych rzeczy mógłby mnie spotkać.

Tuż przed końcem semestru na zajęciach z Indian Society – Selected Issues¸przez ponad półgodziny dyskutowałam zawzięcie z profesorką o koncepcji sekularyzmu w Indiach i konstrukcie wspomnianych Personal Laws. Próbowałam zrozumieć, jak to możliwe aby w „największej demokracji świata” miała miejsce konstytucyjna dyskryminacja kobiet (konstytucja w praktyce gwarantuje równość płci, ale poszanowanie religii, w tym religijne prawo zwyczajowe, ma nadrzędne znaczenie, nawet jeśli prowadzi do tak oburzających nierówności społecznych). Generalnie odpowiedź jest prosta (a dla mnie mało zaskakująca) – za wprowadzenie tych praw w XIX wieku w pierwszej (i ostatniej) kolejności należy winić Brytyjczyków, „rządzących” Indiami w myśl genialnej zasady „dziel i rządź”. Wymyślili oni sobie bowiem, że „dla ułatwienia” każda wspólnota religijna będzie sama się sądzić i w ten sposób wszyscy będą zadowoleni. Jedynym wyjątkiem prawo karne. Niepodległe Indie ten stan rzeczy zostawiły, wprowadzając dla przyzwoitości szereg średnio skutecznych aktów mających przeciwdziałać najbardziej rażącym przypadkom niesprawiedliwości (np. Special Marriage Act z 1954 roku czy ostatnie rozporządzenia dotyczące przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet).

Wgłębiając się w przyczyny różnych problemów społecznych Indii trudno je lubić tak, jak się je lubiło w wieku lat 10, po obejrzeniu pierwszego Bollywoodzkiego hiciora. I szczerze mówiąc, nie rozumiem wszystkich tych indofilów, którzy podróżują przez ten kraj z tym zachwytem w oczach. Nie widzą  jak bardzo Indie nie są uduchowione? Nie widzą jak bardzo uwikłane są w kapitalistyczną wizję rozwoju, generującą nierówności społeczne? Nie dostrzegają konsumpcyjnego stylu życia i nowobogackiego zestawu wartości, wyznawanych przez gigantyczną klasę średnią? Nie dostrzegają hipokryzji, czającej się na każdym kroku, tej interesowności w relacjach społecznych?

Nie to że w innych miejscach na świecie jest inaczej. Skądże znowu. Najprawdopodobniej jest tak samo, albo gorzej (hehe). Ale Indii nie można kochać bezwarunkowo, to miłość gorzka, niewdzięczna, często jednostronna.

Co ciekawe, teraz, kiedy już wiem że nie muszę być z tym krajem związana do grobowej deski (ad. ostatnia zmiana planów matrymonialnych), zaczynam Indie o wiele bardziej lubić. Nie to że ich wcześniej nie lubiłam, ale odkąd mój pobyt tutaj jest tylko i wyłącznie praktyczny, o wiele bardziej podoba mi się perspektywa robienia tutaj badań przez kolejne kilka lat. O co mi chodzi z tą praktycznością? Indie to moje miejsce pracy. Jestem tu z wyboru, a nie dlatego że muszę bo R. nie wyobraża sobie na dłuższą metę mieszkania gdzie indziej. Robię tu badania na przeróżne tematy, badania te są podstawą do tekstów, za które ktoś tam mi mniej lub więcej płaci. Jest też to stypendium. Moje badania mają mieć jakoś swoją własną wartość dodatnią, wynikającą z samej idei antropologii zaangażowanej jako takiej. Mają czemuś służyć – czasem to tylko popularyzacja jakiegoś aspektu indyjskiej kultury (np. teksty o kuchni indo-chińskiej), ale częściej mają mieć bardziej praktyczne zastosowanie (chociażby tekst o rodzinie indyjskiej, a w dalszej perspektywie moje badania nad rozwojem indyjskiego rolnictwa i rolą w nim biotechnologii).

Powiedzmy więc, że obie strony coś zyskują. Mam jednak nadzieję, że ta druga strona zyska bardziej. Jaki bowiem sens miałyby te cholerne godziny spędzone przed komputerem gdybym nie wierzyła, że mogą jakoś tam przyczynić się do jakościowej zmiany? Nawet minimalnej? Nie mam przecież złudzeń, zmiana społeczna (czy nawet zmiana policy) w Indiach to proces trwający dekady. O ile w ogóle możliwy. No i dla pieniędzy raczej się antropologiem nie zostaje (i bardzo dobrze!).

Takie to więc wesołe myśli nawiedziły mnie w pociągu do Darjeeling. No dobra, Kandzendzonga Express nie jedzie do Darjeelingu, ani nie jedziemy do niego my. Zatrzymuje się on w Siliguri/New Jaipalguri, ostatniej stacji, która jest wrotami do tak cudownie nie-indyjskiego North-East.

Ze stacji Sealdah w Kalkucie wyjechaliśmy o 6:30 rano. Dotrzeć mieliśmy na miejsce o 7:00 wieczór. Ponad dwanaście godzin podróży sprzyja rozmyślaniom. Podobnie jak w tym filmie, bardzo dobrym z resztą, Pociąg do Darjeeling. Do Darjeelingu jeździ przecież większość turystów. Wpadniemy tam i my, na herbatę, ale najpierw najpiękniejszy i najmniej indyjski stan, do którego relatywnie szybko można dotrzeć. Sikkim. Najlepszy, trekkingowy Sikkim. Sikkim moja miłość.

Otagowane