Indiopol: Górska mania Mani (albo tongba zamiast szampana)

Pierwszą rzecz, którą słyszysz budząc się o siódmej rano w Gangtoku, w ostatni dzień Starego Roku jest cisza. To znaczy, nie słychać nic. Po pierwszych kilku minutach zaczynają do ciebie dochodzić niemrawe odgłosy miasta (w końcu stolica stanu, więc tak zupełnie cicho być nie może)  – przemykające wąskimi uliczkami jeepy, śpieszące czy to do sąsiednich miast, czy to do Darjeelingu lub New Jaipalguri, pokrzykiwania właścicieli otwierających swoje sklepy, nawet dźwięki trąb z pobliskiego klasztoru. Ty jednak nie robisz sobie z tego nic; w porównaniu do hotelu w którym zatrzymałeś się noc wcześniej nowe lokum to raj.

Widok za miliard rupii

Sikkim, w przeciwieństwie do legendarnego wszakże Darjeelingu (odmawiam tutaj użycia spolszczonej nazwy tego miasta, gdzie pojawia się taka rażąca oczy literka jak „dż”, a po niej jakże urocze „y”), nie jest popularny wśród zagranicznych turystów. To znaczy nie jest aż tak bardzo, zwłaszcza nie o tej porze roku (w ciągu kilku dni naliczyłam się ich tu tylko sześcioro, poza nami rzecz jasna). Sikkim popularny jest za to, zwłaszcza Gangtok, wśród turystów lokalnych. Z jakichś niesprecyzowanych bliżej powodów przyjeżdżają tutaj tabuny Bengalczyków, najbardziej średniej klasy średniej korzystającej z wakacji swoich pociech. Czemu przyjeżdżają, co ich tu tak właściwie ściąga? (Wierzcie mi, jest czemu się dziwić; Sikkim nie wpisuje się ani odrobinkę w lokalne wyobrażenie o idealnych wakacjach = pasywny odpoczynek). Gangtok to nie jest przecież miejsce ani lekkie do przebywania (jednak zimno, a ogrzewania brak), ani wybitnie atrakcyjne dla średniej krajowej. Być może dlatego, że jest taniej, niż np. wyprawa nad morze, do popularnego Puri? To kiepski argument, wcale aż tak tanio nie jest (najtańsze pokoje w cenie 800 INR za dwójkę). Dlaczego więc? Hm, hm, hm.

Wiem na pewno do czego tutaj nie przyjeżdżają. Nie jest to temperatura – chociaż w ciągu dnia jest przyjemne 20 stopni, a nocą tylko 10 (czasem trochę zimniej, ale ogólnie zupełnie znośnie nawet bez ogrzewania), na pogodę nieustannie narzekają (ha, pewnie że rozumiem, mój wspaniały bengalski!), zasłaniając się niezdarnie warstwami swetrów i szalików powyciąganych z otchłani swoich przepastnych szaf (w ciągu roku tam skąd pochodzą nie mają specjalnie okazji ich nosić).

Nie przybywają tu w podskokach także dla zabytków bogatej kultury buddyzmu tybetańskiego (nie sposób znaleźć tabunów zwiedzających stare klasztory czy stupy). Ani dla jedzenia – to dla nich wszakże pootwierane są tutaj niezliczone vege bary serwujące dokładnie to co na co dzień owi bengalscy turyści pałaszują ze smakiem w swoich domach. Warto tutaj dodać, że zazwyczaj bengalska, jakże konserwatywna obyczajowo middle class przestrzega tabu jedzeniowych, zwyczaj ma ten jednak granice przestrzenne. Bardzo wielu Bengalczyków przy okazji niezliczonych okazji, kiedy już wybierają się do restauracji/na wakacje pałaszuje mięsko ze smakiem. W domu oczywiście nie, bo jakże to tak, ale już po za nim, czy nawet z daleka od srogiego oka żony/matki/teściowej/babki – jak najbardziej. W każdym razie, nie przyjeżdżają do Sikkimu raczej także na trekking. Może widoki?

IMG_20141231_175218

Nasuwa mi się tu jednak inna odpowiedź – może chodzi o to, że Sikkim tak bardzo różni się od znanych im, tych codziennych Indii, że sprawia wrażenie jakby był zupełnie innym krajem? Taką bliską „zagranicą” do której w dodatku niezmiernie łatwo się dostać? Względnie „egzotycznym” miejscem gdzie można pojechać bez potrzeby wydawania dużej ilości pieniędzy i bez potrzeby długofalowego planowania? Sikkimowa inność tak właśnie może być atrakcyjna dla całej tej rzeszy Bengalczyków (i turystów ze stanów sąsiednich). Tym bardziej przecież, że jest bezpieczna – oswojona jako część tego samego państwa, gwarantująca poczucie bezpieczeństwa także poprzez oferowanie znanych, swojskich wyborów żywnościowych (kropka w kropkę to co można na każdym rogu dostać w Kalkucie, włącznie z bengalską obsługą) czy lokalowych (tu zhinduizowany wystrój większości średnio-budżetowych hoteli, nomen omen prowadzonych przez migrację napływową z innych części Indii, głównie z Bengalu; wszakże biznes to biznes).

Nie mniej, z Tatą pierwszej nocy trafiliśmy do takiego właśnie hotelu. Miejsce miało być fajne, prowadzone przez dalszą rodzinę znajomego Tybetańczyka. Okazało się być jednak smutnym, podupadającym przybytkiem, choć faktycznie dobrze położonym (główny deptak miasta). Nie chodzi nawet o to że było brudno (kwestia obecności grzyba we wszystkich dostępnych pokojach w połączeniu z astmą mojego Taty, oraz inne atrakcje lokalowe). Było naprawdę nieprzyjemnie z innego jeszcze względu. Jak naprawdę uważam Bengalską klasę średnią (maksymalnie szeroko rozumianą) za „do wytrzymania” na co dzień, wakacje od Kalkuty służyć mają przerwie także od niej, zwłaszcza zaś od jej negatywnych cech – Dulskiej moralności, hałaśliwości, kłótliwości i pretensjonalnemu aspiracjonizmowi społecznemu. Jako badaczka społeczna wszystko to jest zrozumiałe itd., ale jak czasem staram się tłumaczyć co po niektórym – praca to praca,, a życie prywatne to życie prywatne. Mam prawo się złościć na moich rozmówców i ich styl życia, mam prawo mieć ich dosyć raz na jakiś czas. Zwłaszcza zaś w wakacje. Niestety jednak trafiliśmy na takich sąsiadów na jakich nadzieję miałam nie trafić – podróżujących po kosztach Bengalczyków, którzy jako tacy są przyjemnymi ludźmi, ale na wakacjach lubią sobie popić, pośmierdzieć w korytarzu papierosami (chłopcy i mężczyźni), a następnie kłócić się przy otwartych drzwiach w środku nocy (obie płcie; tu znowu moja znajomość bengalskiego okazuje się znacząco irytującą, wolałabym czasami nie rozumieć tego co mówią, a chwilę później nie wykłócać się o ciszę po 11 w nocy). Generalnie jest tak: znudzone młodziaki są najgorsze, pamiętajcie!

IMG_20141231_175509

Także z radością udaliśmy się z Tatą następnego ranka na poszukiwania hotelu w nieco przyjemniejszej okolicy, rozsądny kawałek drogi od centrum. I znaleźliśmy odpowiednie lokum w naprawdę fajnym miejscu – u stóp wzgórza mieszczącego Do Drul Chorten Stupa.

Także, nowy hotel. Budzisz się rano w ciszy. Otwierasz drzwi balkonu a tam widok wart milion rupii – słońce dopiero co wzeszło ponad dolinę, ale góry na około wciąż są mgliste i schowane w cieniu. Byłoby miliard rupii, gdybyśmy mieli z pokoju widok na Kanczendzongę, ale przecież nie można mieć wszystkiego za cenę całych 50 PLN za dwójkę. Ale i tak jest dobrze, bardzo dobrze. Duże góry zawsze są dobre, a możliwość patrzenia na nie (a niedługo, łażenia po nich) po miesiącach kalkuckiej szarej rzeczywistości jest najlepszym prezentem, o jakim mogłabym pomyśleć. Nawet elegancki grancik na badania nie byłby lepszy (zgoda, tu mogę polemizować…).

Dziś urodziny mojego Taty i Sylwester. Będziemy podziwiać tysiące gwiazd i pić tongbę (aka chhaang), piwo z pełnoziarnistego prosa (kasza jaglana pochodzi z tej samej rodziny) przyrządzane tylko w regionie Himalajów.

Kolejny rok dobiega końca, Antropoludens czekają wkrótce spore zmiany, będziemy się rozwijać! Ja z bajecznego Sikkimu, a Sznel z mroźnej i śnieżnej (oraz równie bajecznej) Warszawy, składamy Wam, Drodzy Czytelnicy, najserdeczniejsze i najszczersze, zupełnie zdekonstruowane życzenia. Nie będziemy życzyć Wam miłości (bo przecież i tak na nią zasługujecie, jeśli jeszcze jej nie macie), ani szczęścia (oczywista oczywistość). Życzyć Wam będziemy natomiast godzin konstruktywnej pracy, badawczej czy każdej innej. Takiej, która przyniesie Wam satysfakcję na co dzień i na całe życie. Każdego dnia w tym 2015 Nowym Roku i w każdym kolejnym. Bez względu na to kim jesteście i co robicie – żyjcie pełnią ducha, żyjcie na sto procent!

Reklamy
Otagowane , , , ,

One thought on “Indiopol: Górska mania Mani (albo tongba zamiast szampana)

  1. bfutoma pisze:

    wow, zazdrochy, ehhh… moze za rok…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: