Monthly Archives: Styczeń 2015

Indiopol: Rozmowy o seksie (awkward!)

Popkultura zwierciadłem narodu, rzecz by można. Trochę na wyrost, a może w sam raz. W każdym razie, szczęśliwy ten, kto może wejrzeć w Indie przez ich telewizję. Znaleźć w niej można wszystko, dla każdego coś dobrego. Oferty abonamentowe przygotowywane są niezwykle zręcznie. Programy w każdym języku w tym kraju mówionym, produkcje indyjskie, jak i zagraniczne.

Dużo też o danym społeczeństwie dowiedzieć się można z tego, czego akurat w telewizji nie pokazują. Weźmy takie Indie. Poza cenzurą przemocy – zarówno tej z horrorów, gdzie delikwent odcina swojej ofierze po kolei (lub za jednym razem…) wszystkie członki – wycięciu (bądź zamazaniu!) podlegają rozbebeszone ciała/zwłoki na stołach operacyjnych oraz, rzecz jasna, wszelkie kwestie około-erotyczne. Zbyt namiętne pocałunki, nagości, większe lub mniejsze. Sceny seksu? Gdzież to! Bardzo zgrabnie temat ten opisuje nasza kochana Wikipedia.

Mieszkając przez te paręnaście miesięcy z R. oraz biorąc (razem z nim) udział w życiu towarzyskim Kalkuty, zebrałam pokaźną ilość obserwacji dotyczących relacji damsko-męskich indyjskiej klasy średnio-średniej oraz średniej-wyższej. Rozróżnienie to jest istotne o tyle, że zdolność imprezowa jednostki, by tak rzec, uzależniona jej zaplecza finansowego. To ile rodzina młodego człowieka zarabia wpływa na odebraną przez niego edukację oraz, w bardzo wielu przypadkach, odpowiada skali wystawienia go na wpływy kultury zachodniej. Poczynając od dzieciństwa – wybór jednej szkoły determinuje dostanie się dziecka do kolejnej. Szkoła bengalska, rodzina bardziej konserwatywna, mniej zamożna. Szkoły z angielskim językiem wykładowym są przecież o wiele bardziej kosztowne. Mniej angielskiego, gorsze wyniki w nauce, średni uniwersytet, średnie wyniki, normalna praca. Świetny angielski, świetna edukacja, najlepsze wyniki. Wyjazd za granicę.

Love

Tak, zgadzam się – indyjska (i nie tylko) migracja bywa bardziej konserwatywna, niż konserwatyści w samych Indiach. Nie mniej, ogólna zależność wydaje się prosta – więcej angielskiego, więcej „Zachodu”. A co za tym idzie, w przypadku młodych ludzi, przemiany obyczajowe. Jakie?

Najbardziej kontrowersyjną zmianą, której obecność jest uzależniona od środowiska domowego jednostki, jest akceptacja dla seksu przed-małżeńskiego. Nawet nie tyle przez jej/jego rodziców, co przez samą jednostkę właśnie.

Temat jest wyjątkowo grząski. I chyba dlatego tak świetnie nadaje się na imprezowe dywagacje.

Środowisko w którym obracałam się, podążając za R., opiera się na konstrukcji złożonej z jego szkolnych znajomych. Jak świetnie kiedyż zauważyła O., przerażające jest jak w Indiach ludzie – w dalszym ciągu – przez większość swojego życia obracają się w tym samym wąskim gronie swoich znajomych i krewnych. Oczywiście, pięknie, przyjaźnie na całe życie itd. Ale bardzo często nie jest to kwestia wyboru. Tak po prostu jest. Z resztą, to najczęstsza odpowiedź na większość pytań dotyczących Indii, którą dostawałam od R. Dlaczego? Ponieważ. Przyczyny wielu, wydawałoby się oczywistych kwestii, bardzo trudno znaleźć, a jeszcze trudniej wyjaśnić istniejący status quo.

Także, R. uczęszczał do Prestiżowego Zespołu Szkół Założonych Przez Pewnego Francuskiego Generała Filantropa. Szkoła elitarna, produkująca elity podobnie jak sąsiedni Prestiżowy Zespół Szkół Jezuickich. Większość jego znajomych to ludzie między dwudziestym, a trzydziestym rokiem życia. U progu kariery zawodowej, tuż przed lub po ślubie. Dwudziesto-kilkuletnie dzieci, które muszą właśnie szybko dorosnąć. W większości przypadków, przedłużone dzieciństwo pozbawione było trosk natury materialnej. Było za to pełne imprez. I na takie imprezy miałam właśnie okazję zajrzeć.

Rozkręcają się powoli, na początku na ogół jest zaskakująco drętwo, jako że to dopiero alkohol skłania ludzi do wyrażania bardziej interesujących poglądów. Kiedy towarzystwo jest już w odpowiedniej formie (rozluźnione, ale nie za bardzo podchmielone), bardzo ciekawym doświadczeniem jest sprowadzić rozmowę na tematy nieco kontrowersyjne.

Jedną z takich kwestii jest oczywiście seks.

Po kilku chwilach niezręcznej ciszy co odważniejsze jednostki zaczynają wyrażać swoje zdanie.

„Well, yes. I mean, nowadays more and more people have pre-marital sex, but it’s very complicated issue. Like, for example, for girls, they have to be very careful. To do not destroy their reputation. But there are very nice girls who have sex with their boyfriends, even live with them before marriage, it all depends on the family they are from”.

„I agree. More liberal families are okay with that, but most of them are not liberal, so teenagers have to snick out to have sex to their friends parties, or when parents are out.”

Dobra, tego się można domyślić. A co powiecie o życiu seksualnym? Dyskurs o obowiązkowości rodzicielstwa jest wszechobecny.

„It is, of course. After all that’s why we traditionally get married. To produce children. It’s less about love, you know. Like this arranged marriages, they are all about that. To be comfortable in life and have children. Passion? It can be there. It grows, sometimes more, sometimes less. It’s very different than in the West. For you marriage has to be about love and good sex, that’s why you have so many divorces. But ok, not always, I presume. Even here you would have more divorces, but people are lazy, I guess. Lazy, manne, they prefer to have an affair then complicate their life and reputation by divorcing. It’s easier.”

„For me the worst thing about most of the Indian boys is the fact that they are very demanding. You know, in the West everyone knows India as the country of Kamasutra. The art of love, the art of getting pleasure. And it is exactly what it is. If you think like that – patriarchal society, women at home raising children. And you think then that women will be passive in the bed. Like, you know, not moving or something. Not enjoying it. Well, the truth is, I think, that actually the men are those who are passive. But in the same time they are dominant. How come? It’s very simple. They just lie on this bed and tell you what they want. Ok, not like directly. But they are very demanding. And the women is the one doing all the effort. Moving etc. So she is active, but passive in the same time. Because it’s not really about her pleasure and what she wants. It’s about what he wants. Without his pleasure there are no children.”

Picture1

Zaraz, czyli że kobiety są traktowane instrumentalnie?

„Well, yes. Look at the female fetus abortion problem. And the Personal Laws of different religions in India. In muslim or hindu law man can divorce his wife without any consequences if she cannot give him children. She is left with nothing.”

Niezbyt wesoło.

„Indeed. It is quite sad. Most women never had orgasm from having sex in their entire life. They even do not know what it is. You see, we don’t talk about sex. Like never. Not at school, not at home. With friends, yes. But not really seriously, even then. So we basically do not share this stuff. Why? Well, we do not know how to talk about that, most of the time. We can talk about money, our earnings, sickness, etc. But sex? It’s a problem. Children learn from those few movies, and more and more often from the Internet. And men start to watch porns. And this is when it gets very nasty. All this violence and so on. Well, it’s one of the reasons, obviously. Not only in India. Everywhere. The bad kind of porn. But here it’s even worst. The prudery in everyday life is contrasted with the images of naked women and man having sex. It’s highly disturbing and gives people bad image about sex and love.”

„I agree, and also you have the movies, all this Bollywood romantic comedies. People are becoming very confused. And ashamed, if they don’t have in live such a lovely love affair to be proud of. And the sad thing is that the pressure is such that some arranged couples even make up their love stories. Just for that. Because now everyone asks „How did you meet?”. And what will you tell? „Ow, on dating website for Indians”. It doesn’t sound good.”

„The funny thing is that most Indian girls would like to have sex before marriage, but they are too shy. So what they do is that they take nude pictures and send them to their „boyfriends”. But they will never do anything else. They will keep doing it till marriage. No, it’s not a strategy, not really. So actually some do have sex, but still it is a small percentage. Ok, in some cases it’s easier for the couple to do it after the official engagement ceremony. It traditionally is just before the marriage itself, but in more westernized families it happens one year or two before marriage so they actually date „legally” much earlier. But yes, in those cases they usually had sex before anyway”.

Rozmowy o seksie mają miejsce wieczorową porą. Nocą właściwie. Przy szklance rumu lub whiskey. W papierosowym dymie. Na czyjejś domówce na dachu, gdzie jedynym źródłem światła są uliczne latarnie. Albo w czyimś domu, pod nieobecność rodziców, kiedy muzyka gra tak głośno, że ostatnie ślady zakłopotania uciekają gdzie pieprz rośnie.

Rozmowy o seksie są zawsze przepełnione smutkiem. Bo przecież rozmówcy zwracają się do mnie – do postępowej zachodniej feministki, kobiety wyzwolonej, w ich mniemaniu, ze społecznych konwenansów. A tutaj, w Indiach, cały sex life jest taki uwikłany, taki nie-zachodni. Aż wstyd.

Internet pełen treści. Telewizja zaś cenzuruje nawet bajki dla dzieci z elementów plażowej nagości (w ostatnim Disneyowskim Frozen wycięli nawet małą scenkę z rodziną korzystającą z sauny). Półnagie modelki w reklamach zachodnich marek, a z drugiej strony od dziewcząt wymaga się by nosiły zasłaniające dekolt i pośladki tuniki (kurta). Młodzi dorastają w rzeczywistości, która rozciąga się od skrajności w skrajność. Globalizacja, tak, oczywiście. Na razie jednak po prostu confusion.

“Sex life in India? There is no sex in our lives. There is love, hugging and handling hands in Bollywood movies. And there is reproduction, politically important. And sometimes not even that. You know, because children grow on mango trees. Ok, I’m joking. But really, this taboo is a big problem.” Co dalej? Zobaczymy.

Reklamy
Otagowane , , , , ,

Indiopol: Darjeeling bez ograniczeń (albo nie-Indie)

In the (un)limited Darjeeling, stars were shining coldly in a cloudless sky. It was Tuesday evening and the jeep just dropped us in the city center. Skierowaliśmy swoje kroki do Glanery’s, starej kawiarnio-piekarni, pamiętającej czasy świetności British Raj. Mają Internet i plan był taki, aby ulokować tamże Tatę, a samej udać się na poszukiwanie hotelu. Ale najpierw kawa. Dobra, po prostu czarna, z ekspresu. Tak dawno nie pita.

IMG_20150118_231904

Darjeeling jest ze wszech miar miastem turystycznym. Zarówno Indusom, jak i zaprawionym zagranicznym turystom, oferuje swoją bogatą herbaciano-górsko-buddyjską ofertę. Wśród backpackersów jest po prostu cool. I chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Co widzą w nim Indusi? Oto dobre pytanie.

Dawno, dawno temu, w pięknych czasach przed Brytyjczykami, miasto to było po prostu częścią Królestwa Sikkimu, maleńkiego, niewiele znaczącego państewka, wciśniętego pomiędzy British Raj, Nepal i Indie. Młode państwo (utworzone na mocy interesującej unii z 1757 roku), utraciło ten teren już po kilkudziesięciu latach – na rzecz ludu Gorkha, składającego się z różnych plemion nepalskich. W wojnie angielsko-gorkhowskiej, Brytyjczycy odbili jednak Darjeeling, ofiarowując go z powrotem współpracującemu z nimi królowi Sikkimu, a sobie zostawiając jedynie darjeelińskie wzgórze. Kompania Wschodnioindyjska, która objęła władzę nad miastem, stworzyła tutaj sanatorium oraz bazę wojskową (przydatną, jak mniemam, ze względu na bliskość Chin). Z czasem, zaczęli także uprawiać herbatę.

A więc Darjeeling, ze względu na swoje strategiczne położenie oraz piękną naturę i przyjemny klimat, stał się istotną brytyjską kolonią. Co roku, piękną granatową ciuchcią pół Kalkuty opuszczało swoje imponujące miejskie kamienice i wille, przenosząc się na sezon letni do swoich równie imponujących, drewnianych górskich posiadłości.

Dziś także Darjeeling do Sikkimu nie należy. Administracyjnie – Bengal Zachodni. Etnicznie – głównie Gorkhowie, inne plemiona górskie (np. sikkimscy Lepcha czy Tybetańczycy), przypałętały się także różnorakie twory migracyjne. Poza pewną liczbą naszych ukochanych Bengalczyków, w mieście mieszka np. całkiem sporo muzułmańskich Kaszmirczyków. Stanowią ciekawą grupę – wielu z nich przywędrowało tutaj już w XIX wieku; znani ze swojego talentu do handlu zajmowali się m.in. szmuglowaniem oraz sprzedażą różnego rodzaju artefaktów i osobliwości z Ladakhu (w tym żywych i martwych „okazów zoologicznych”) za niezłą gotówkę od wszystko-kolekcjonujących Brytyjczyków.

Zastanawiasz się może, Drogi Czytelniku, czemuż to miasto Darjeeling zostało wcielone do Bengalu Zachodniego, zamiast do Sikkimu, kiedy Indie uzyskały niepodległość po drugiej wojnie światowej…? Otóż wyróżnić możemy dwie przyczyny takiego stanu rzeczy.

Po pierwsze, Darjeeling symbolizuje dwa bardzo istotne elementy tego co uważa się za heritage of the Great Indian Nation (czymkolwiek ta nacja miała by nie być).

IMG_20150118_233308

Powód do dumy nr jeden. Ma tu swoją siedzibę, od połowy XIX wieku, założony (oczywiście) przez Britisherów, Himalayan Mountineering Institute. To stąd wyruszały pierwsze wyprawy na Mount Everest, który wszakże należy do Indii. I tak w każdy weekend nawiedzają Darjeeling kolejne pokolenia Indusów, głównie Bengalczyków oraz Biharczyków (bo mają blisko), chcących obejrzeć buty, czapki oraz liny śmiałków, którym udało się wspiąć na tę górę (dokonała tego po raz pierwszy wyprawa, nomen omen, brytyjska w 1953 roku), ulokowane w instytutowym muzeum. Są dumni z tego klejnotu w koronie, jednego z symboli wokół których przez ostatnie kilkadziesiąt lat rząd indyjski próbuje u każdego Indusa wzbudzić poczucie tożsamości narodowej (nie mylić z silnymi tożsamościami lokalnymi; a z jakim skutkiem to inna kwestia). Wielkie Indie, spadkobiercy wspaniałych cywilizacji, stary naród. I mają największą górę na świecie. Hurra!

Drugim powodem do dumy jest oczywiście herbata. Nie ważne, że została tutaj sprowadzona (znów) przez Brytyjczyków, nie ma znaczenia, że do jej uprawy zatrudnili wpierw chińskich specjalistów. Ważne, że uczynili Indie jej słynnym producentem, i że można na tym zarobić. A herbata jest, trzeba przyznać, wyśmienita. Mimo że kolonialnie naznaczona, tak samo z resztą jak cukier. Taka ciekawostka: trzcinę cukrową sprowadzili do Indii po raz pierwszy także kochani kolonizatorzy. Tęsknili za cukrem, bo wcześniej Indusi do słodzenia używali przede wszystkim ghur, syropu palmowego. Pyszny, ale raczej trudno go ładnie zcukrzyć. Do rozkręcenia pierwszych upraw Brytyjczycy sprowadzili (oczywiście) ekspertów z Chin. I dlatego w hindi oraz bengali cukier zowie się chini (dostrzegacie tę subtelną koneksję?). Także, zarówno i herbata, jak i cukier trzcinowy, zostały wprowadzone do kultury indyjskiej przez Brytyjczyków. A dziś kto może wyobrazić sobie dzień w Kalkucie bez zatrzymania się na czareczkę ulicznej herbaty – czarnej i słodkiej, na mleku? W dalszym ciągu piję sie ją jednak w takie właśnie formie deserowej. Do jedzenia zawsze po prostu woda. Albo zimna, albo gorąca. Zależy od pogody. Kto by pomyślał, co?

Ale tak, nic w Indiach nie jest takie jakim się wydaje.

Doświadczyć tego uczucia można zwłaszcza oglądając popularne kino indyjskie. Jak wszyscy dobrze wiemy, jest radosne, kolorowe i pełne emocji. Aktorzy tańczą, śpiewają, kochają się, a potem żyją długo i szczęśliwie. Ich życie jest idylliczne. Z kolei codzienność w Indiach jest smutna, zakurzona, monotonna. Każdy dzień taki sam dla większości narodu indyjskiego (nawet dla tych produkujących filmy w Bollywood). Praca-dom-praca. Zarabianie pieniędzy, rozmnażanie się. A w wolnym czasie wydawanie pieniędzy, konsumowanie czego się da, a potem zwiedzanie dum narodu indyjskiego.

Po drugie, w związku z powyższym, Darjeeling zawsze był nieodłącznym elementem tego co nazwalibyśmy wyobrażeniem o kolonialnych Indiach. Jakże więc mógłby być oddzielny od Zachodniego Bengalu, i Kalkuty – stolicy British Raj do 1911 roku? I wszystkie te jego dochody z turystyki to miałyby iść w zupełności do kieszeni lokalnego rządu, gdyby region stał się jeszcze oddzielnym stanem, tak jak wielu chce – the Gorkhaland? Nigdy w życiu! Także dlatego – symbolicznie i politycznie – Darjeeling musi być częścią tych indyjskich Indii, a nie tego mistycznego, i zupełnie nie-indyjskiego North-East, do którego wrotami jest właśnie Sikkim. I mógłby też być Gorkhaland, gdyby istniał.

IMG_20150118_233032

Takie miejsca jak Darjeeling, które stoją na granicy tych „indyjskich” Indii (hałaśliwych, chaotycznych i brudnych) z tymi „nie-indyjskimi” Indiami (cichymi, uporządkowanymi i o wiele czystszymi), mimo mijających lat nie dały się w tę indyjskość zupełnie wciągnąć.

Są pomiędzy; Darjeeling jest taką obietnicą, zapowiedzią tego co jest w Sikkimie. Komunikuje: „Hej turysto, tutaj za miedzą, w sąsiedniej dolinie, jest zupełnie inny świat. Mają w nim wiklinowe kosze na śmieci (naprawdę!), gustujących w ciszy mieszkańców oraz przepyszne, nie prze-przyprawione jedzenie”. Oczywiście w Sikkimie, podobnie jak np. w Mongolii, jest problem z alkoholizmem. Ale i tak, ludzie są mniej opresyjni, lepiej wykształceni (tutaj akurat zawdzięczać to trzeba szkołom misyjnym, z wykładowym angielskim). Taki, mniej więcej, jest cały North East oraz częściowo Kashmir, plus niektóre miejsca na południu kraju, w tym inne restricted areas (np. Andamany).

Tak, tak, Drogi Czytelniku. Wydaje Ci się doskonale. Po wydarzeniach ostatnich tygodni (rozstanie, perspektywa przeprowadzki, etc., itd.), Indie trochę zalazły mi za skórę. Cudowny ponad dwutygodniowy retreat w Sikkimie bez wątpienia dodał energii. Ale trzeba wrócić, zajęcia w kochanym uniwersytecie oraz praca (to akurat fajne). Jeszcze tylko 1,5 roku, ale na szczęście teraz mogę postrzegać Indie po prostu jako fieldwork. Idealne miejsce do badań nad rozwojem rolnictwa. Ni mniej, ni więcej. (Wyczekiwana) zmiana planów na przyszłość i nie muszę już nigdy próbować wyobrazić sobie siebie mieszkającej tutaj na stałe. Indie naprawdę można kochać, znając ich wszystkie wady i zalety. Ale – w moim przypadku – tylko jeśli na horyzoncie jest nieodległa wizja ich opuszczenia. Nie wiem czy kolejne cztery miesiące (stycznia już nie liczę) zaliczają się do tej kategorii, ale tak czy siak – czerwiec i część lipca w Polsce. A potem znów w grudniu, a dalej już magister i koniec przygody.

Filiżanka z kawą w ręce. Czarna jak noc za oknem. Siorb, siorb, pycha! Widok z kawiarni na Kanczendzongę zapiera dech w piersiach. Wokół trochę cudzoziemców, trochę Indusów. Nagle… czyżbym słyszała polski? Tak! Dwóch Polaków siedzi nieopodal, także piją kawę. Dosiadam się. Jak się okazuje Dwaj Królewicze to podróżująca para buddystów. Polecają hotel, w którym sami się zatrzymali. Idę z nimi zobaczyć miejsce. Zaraz, zaraz. Z opisu wygląda znajomo. Tak, nie wierzę. To ten sam hotel w którym dokładnie rok temu zatrzymałam się z A., R. oraz jego znajomym. Dobra, przynajmniej wiem, że czysto, tanio i że Internet faktycznie działa. Pytam o wolne pokoje. Jedyny wolny, przyzwoity i w cenie to ten sam gdzie z kolegą spał R. Że zacytuję klasyka: „Przypadek? Nie sądzę”.

Pokój był dość wygodny, choć jednak trochę zimno o tej porze roku.

Otagowane , , ,

Indiopol: No Internet, girl! (Dalej w Sikkim)

Wyobraź sobie, że jedziesz pociągiem. Rytmicznie dudni, wagon buja się usypiająco, koła śpiewają. Jedziesz gdzieś. Masz cel, ale i tak nie do końca wiesz co cię czeka. Te przyjemne uczucia ciepła w żołądku, ekscytacja. Może szczypta obawy (zależy gdzie i po co jedziesz). Po prostu podróż.

10929150_986311021382494_6821334242981948257_n

Po co mi taki wydumany wstęp? Już tłumaczę.

Podróż w swoim wymiarze fizycznym to dla mnie zatrzymanie w czasie. W sensie czynnościowym, by tak rzec. Przemieszczanie się to jakby nie-bycie. Wiesz, chodzi mi o ten moment, kiedy nie możesz robić nic innego niż po prostu oddać się jego przejściowości. W pociągu, autobusie, samochodzie czy samolocie. Czytasz książkę, oglądasz film, gapisz się przez okno, śpisz (okay, jest tutaj oczywiście wyjątek, kiedy jedziesz na konferencję i nerwowo kończysz na kolanie swoją prezentację). W każdym razie trwasz w zawieszeniu, mniej lub bardziej. W zależności jak długo taki transfer trwać będzie.

Przedłużeniem tego stanu egzystencji jest inny rodzaj przymusowego nic-nie-robienia. Sytuacja bycia bez internetu. Trafiasz do miejsca, które nie ma żadnego połączenia ze światem. Nie jest podpięte do sieci  –nie możesz wyciągnąć macek swojego umysłu, niczym gigantyczna ośmiornica, do innych wymiarów w cyber-rzeczywistości. Nie możesz śledzić znajomych na Facebooku, przeglądać newsów, odpisywać na maile z pracy. Jesteś sama/sam ze sobą. Po prostu musisz się oddać chwili. Oczywiście to też zależy z kim w tym odludnym miejscu jesteś. Tak czy siak, musisz przeczekać, aż ten retreat dobiegnie końca.

Ravangla (czy też Rabongla) w Południowym Sikkimie jest takim właśnie miejscem. Nie daj się zwieść – mimo że południowa, ta część stanu daje popalić o tej porze roku. W nocy temperatura schodzi do zera, w ciągu dnia na słońcu może z 15 stopni. Ogrzewania brak, no chyba że się skombinuje mini-grzejniczek.

Nocujemy w zaprzyjaźnionym klasztorze. Zawiła droga przez las/górską dżunglę (nie wiem co myśleć, masa pnączy na drzewach, ale jednak zimno) z głównej części wsi na jej peryferia. Z braku Internetu do jego jeszcze większej nieobecności (na rynku była co prawda niedziałająca, ale jednak kafejka internetowa).

Wysiadamy z samochodu pod klasztorem. Krótki marsz pod górę i docieramy. Klasztor Dolling pod nami, a my w jego guesthousie.

Każdy dzień taki sam. O 8 śniadanie. O 12 obiad. Kolacja o 18. W górach ludzie idą spać wcześnie; zimą zmrok zapada o piątej, nie ma później co robić. Wstaje się ze słońcem.

W ośrodku mieszka rodzina lokalnego tulku oraz jeden przesympatyczny, europejski lama. Zanim przyjechał tu miesiąc temu oddać się zgłębianiu dharmy w krainie Guru Padmasambawy, przez trzy (!) lata przebywał na odosobnieniu w jednym z centrów Nigmapy. Siedzą z Tatą wieczorami i dyskutują o buddyzmie. Jak zwykle bywa w takich sytuacjach, dzielą wielu wspólnych znajomych.

Klasztor. Wieś. Idę na spacer. Pracy (różnorakiego pisania) tylko trochę. Do głowy pchają się natrętnie rozmaite, czasem zupełnie niespodziewane myśli. Potwory i spółka wyłażą z mrocznych zakamarków niechronionego nadmiarem pracy umysłu, nie dają spokoju. W tej aktywnościowej flaucie do głosu dochodzą lęki, małe i większe strachy. Przed tym co będzie. Przed problemami ze znalezieniem nowego miejsca dla siebie i kotki, przed mieszkaniem samej w obcym, bądź co bądź, kraju. Odwagi!, myślę sobie. To wszystko jest tego warte. Jest? Musi być.

P.S. Pamiętacie te protesty studenckie w Kalkucie o których pisałam parę miesięcy temu? Rektor mojej kochanej uczelni w końcu ugiął się pod presją opinii publicznej i poddał się do dymisji. Także sukces!

Otagowane , , ,

Indiopol: Po prostu Sikkim

Instytut Tybetologii w Gangtoku jakby zatrzymał się w czasie. Jego wystrój oddaje atmosferę dekady, w której został wzniesiony. Indyjskie złote lata 70 w pełnej krasie łypią melancholijnie na każdego osobnika, który nieopatrznie zwrócił swoją uwagę na tę ich wizualną reprezentację.  Kremowe ściany biblioteki, stare mapy na ścianach, nawet przytarte ławy w czytelni przywodzą na myśl zaskakująco swojskie skojarzenia. Podobnie w budynku administracji –  pokoje wyłożone drewnianymi panelami od podłogi do sufitu, paprotki, stara sofa. Tylko J. Św. Dalajlama zamiast JPII. No i brakuje jeszcze meblościanki. Lokalny akcent nadaje całości reprezentacyjna fasada budynków – stylizowana na tradycyjną  tybetańską zabudowę, a może faktycznie zbudowana według dawnych architektonicznych prawideł. Nie mniej, jest ładnie. Nawet dyrektor Instytutu jakby esencjonalny – niewysoki pan po sześćdziesiątce, z zachowania i nazwiska reprezentant starej sikkimskiej arystokracji. W eleganckiej koszuli od Polo, amerykańskich dockersach i nowiutkich, skórzanych mokasynach. Oczywiście bardzo gościnny.

IMG_20150107_181916

O czym rozmawialiśmy? O możliwej współpracy w przyszłości (tu, rzecz jasna, chodzi głównie o mojego Tatę, o mnie tylko troszeczkę). Ale też, jak przystało na wykształconego „na Zachodzie” członka upper-upper class (pan dyrektor studiował w Seattle), dowiedziawszy się o moich zawodowych zainteresowaniach, zagadnął mnie o politykę rolną Unii Europejskiej. Zaprezentował przy tym najbardziej aktualną z dyplomatycznych opinii w tej kwestii – że problem z rozwojem rolnictwa, że w którą stronę powinno się iść, że co to będzie z tym zrównoważonym kierunkiem, ale że z drugiej strony przemysłowe źle, więc tak naprawdę nie wiadomo co robić. A tak naprawdę to trzeba zwalczać przeludnienie na świecie, bo to główna przyczyna wszelkiego zła. Trudno się z panem dyrektorem oczywiście nie zgodzić. Zarówno dyplomatycznie, jak i faktycznie, na pewno zaś w kwestii Indii. Kiedy oboje uzgodniliśmy, że się w tej kwestii doskonale rozumiemy, ponarzekaliśmy uszczypliwie na to co wyprawiają nasi zwariowani lokalni (ministra Bengalu Zachodniego Mamata Banerjee) i krajowi (Modi, oczywiście) politycy . Taki sobie small talk. Ale dodam tutaj, że jestem z niego niesłychanie dumna. Mówi się na etnologii, że jak się rozumie żarty społeczności, którą się studiuje, to niepodważalny znak, że się w terenie badań zadomowiło. Ogólnie git galant, hulaj (badawcza) duszo, piekła nie ma. Nawet jeśli pan dyrektor poruszył tematykę, którą wiedział że będę znać. Tak czy siak, czerpie się niesamowitą satysfakcję ze świadomości, że można czuć się mniej lub bardziej komfortowo w każdej rozciągłości geograficznej własnego obszaru badań. Bo przecież w Sikkimie nikt po bengalsku (czy nawet w hindi) nie mówi, nieliczni rozumieją. Oczywiście poza moimi ulubionymi turystami.

IMG_20150107_182641

Wschodni Sikkim jest tourist destination z kilku powodów. Po pierwsze, wielu, zwłaszcza młodych ludzi, przyjeżdża tutaj ze względu na szeroką dostępność i niskie cenny trunków alkoholowych (nie chodzi tu o lokalne cuda, a po prostu rum i whiskey). Do drugie, Gangtok, a dokładniej klasztor i świątynia w Rumtek, ze względu na pewien religijny konflikt zyskały rozgłos tu i ówdzie w świecie.

Główna świątynia w tejże wsi została wzniesiona w latach 60 ubiegłego wieku i jako taka gra ceremonialnie pierwsze skrzypce. To tutaj tabunami zjeżdżają wierzący oraz turyści – oglądają gonpę, a potem wspinają się by zobaczyć Golden Stupa. Prawdziwą moc, że się tak wyrażę, ma jednak Stary Rumtek, pierwsza, macierzysta świątynia wzniesiona w XVI wieku na wzgórzu nieopodal. Ukryta za wierzchołkami drzew i prawie niewidoczna z nowego budynku, jest po prostu zachwycająca. Odwiedzają ją głównie lokalni mieszkańcy. Przychodzą, aby się pomodlić lub uzyskać blessing. O fascynującej żywotności tego miejsca świadczy zwłaszcza sąsiadująca z nim bezimienna „kaplica”. Nie jestem zwolenniczką używania terminu autentyczne doświadczenie do opisu jakiejkolwiek sytuacji, czy to jedzeniowej czy religijnej. Tutaj jednak mogłabym zrobić wyjątek – trafiliśmy z Tatą na co miesięczny rytuał, który odprawia się w każdą pełnię księżyca (jak sądzimy). Przeprowadziliśmy przy tym pełną obserwację uczestniczącą – za pozwoleniem ze strony uczestników wydarzenia (mnich, który odprawiał ceremonię poczęstował nas nawet na koniec owocami z pudży). Oto co z zebranych informacji wynika. Uczestnikami wydarzenia były lokalne kobiety, Sikkimki (być może z konkretnego plemienia, może Lepcha?), mężatki (sądząc po stroju), doświadczone (patrząc po średniej wiekowej jakichś 60 lat). Większość zaopatrzona była w białe chusty oraz białe male (Tata wysnuł podejrzenie, że może być to symboliczne nawiązanie do pełni księżyca). Było naprawdę pięknie. Może macie podobne doświadczenie – to takie przyjemne poczucie domowości i bezpieczeństwa w obliczu jakiejś takiej ponadczasowej mądrości, czy może takiego ogólnego przekonania, że wszystko ma sens. Takie właśnie wrażenie sprawiały owe modlące się panie. I bardzo to było kojące, znaleźć się na chwilę w tak innym świecie. W rzeczywistości w której dekonstruuje się (przynajmniej w teorii) tylko swojego ego, a wszystko inne po prostu jest prostą rzeczywistością, nawet jeśli iluzoryczną (jak Budda nauczał). Tak sobie właśnie egzotyzuję te wspaniałe panie i ich życie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jutro jedziemy dalej. Dalej w Sikkim, a potem już tylko Darjeeling, z powrotem do Siliguri i Kalkuta. I trzeba będzie szukać mieszkania i budować wszystko od nowa. Ale dobrze, początki są zawsze dobre. A poza tym, nie jestem sama – jak przystało na prawdziwą feministkę i zwolenniczkę genderów, mam do towarzystwa kiciucha.

Otagowane , , ,