Indiopol: Darjeeling bez ograniczeń (albo nie-Indie)

In the (un)limited Darjeeling, stars were shining coldly in a cloudless sky. It was Tuesday evening and the jeep just dropped us in the city center. Skierowaliśmy swoje kroki do Glanery’s, starej kawiarnio-piekarni, pamiętającej czasy świetności British Raj. Mają Internet i plan był taki, aby ulokować tamże Tatę, a samej udać się na poszukiwanie hotelu. Ale najpierw kawa. Dobra, po prostu czarna, z ekspresu. Tak dawno nie pita.

IMG_20150118_231904

Darjeeling jest ze wszech miar miastem turystycznym. Zarówno Indusom, jak i zaprawionym zagranicznym turystom, oferuje swoją bogatą herbaciano-górsko-buddyjską ofertę. Wśród backpackersów jest po prostu cool. I chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Co widzą w nim Indusi? Oto dobre pytanie.

Dawno, dawno temu, w pięknych czasach przed Brytyjczykami, miasto to było po prostu częścią Królestwa Sikkimu, maleńkiego, niewiele znaczącego państewka, wciśniętego pomiędzy British Raj, Nepal i Indie. Młode państwo (utworzone na mocy interesującej unii z 1757 roku), utraciło ten teren już po kilkudziesięciu latach – na rzecz ludu Gorkha, składającego się z różnych plemion nepalskich. W wojnie angielsko-gorkhowskiej, Brytyjczycy odbili jednak Darjeeling, ofiarowując go z powrotem współpracującemu z nimi królowi Sikkimu, a sobie zostawiając jedynie darjeelińskie wzgórze. Kompania Wschodnioindyjska, która objęła władzę nad miastem, stworzyła tutaj sanatorium oraz bazę wojskową (przydatną, jak mniemam, ze względu na bliskość Chin). Z czasem, zaczęli także uprawiać herbatę.

A więc Darjeeling, ze względu na swoje strategiczne położenie oraz piękną naturę i przyjemny klimat, stał się istotną brytyjską kolonią. Co roku, piękną granatową ciuchcią pół Kalkuty opuszczało swoje imponujące miejskie kamienice i wille, przenosząc się na sezon letni do swoich równie imponujących, drewnianych górskich posiadłości.

Dziś także Darjeeling do Sikkimu nie należy. Administracyjnie – Bengal Zachodni. Etnicznie – głównie Gorkhowie, inne plemiona górskie (np. sikkimscy Lepcha czy Tybetańczycy), przypałętały się także różnorakie twory migracyjne. Poza pewną liczbą naszych ukochanych Bengalczyków, w mieście mieszka np. całkiem sporo muzułmańskich Kaszmirczyków. Stanowią ciekawą grupę – wielu z nich przywędrowało tutaj już w XIX wieku; znani ze swojego talentu do handlu zajmowali się m.in. szmuglowaniem oraz sprzedażą różnego rodzaju artefaktów i osobliwości z Ladakhu (w tym żywych i martwych „okazów zoologicznych”) za niezłą gotówkę od wszystko-kolekcjonujących Brytyjczyków.

Zastanawiasz się może, Drogi Czytelniku, czemuż to miasto Darjeeling zostało wcielone do Bengalu Zachodniego, zamiast do Sikkimu, kiedy Indie uzyskały niepodległość po drugiej wojnie światowej…? Otóż wyróżnić możemy dwie przyczyny takiego stanu rzeczy.

Po pierwsze, Darjeeling symbolizuje dwa bardzo istotne elementy tego co uważa się za heritage of the Great Indian Nation (czymkolwiek ta nacja miała by nie być).

IMG_20150118_233308

Powód do dumy nr jeden. Ma tu swoją siedzibę, od połowy XIX wieku, założony (oczywiście) przez Britisherów, Himalayan Mountineering Institute. To stąd wyruszały pierwsze wyprawy na Mount Everest, który wszakże należy do Indii. I tak w każdy weekend nawiedzają Darjeeling kolejne pokolenia Indusów, głównie Bengalczyków oraz Biharczyków (bo mają blisko), chcących obejrzeć buty, czapki oraz liny śmiałków, którym udało się wspiąć na tę górę (dokonała tego po raz pierwszy wyprawa, nomen omen, brytyjska w 1953 roku), ulokowane w instytutowym muzeum. Są dumni z tego klejnotu w koronie, jednego z symboli wokół których przez ostatnie kilkadziesiąt lat rząd indyjski próbuje u każdego Indusa wzbudzić poczucie tożsamości narodowej (nie mylić z silnymi tożsamościami lokalnymi; a z jakim skutkiem to inna kwestia). Wielkie Indie, spadkobiercy wspaniałych cywilizacji, stary naród. I mają największą górę na świecie. Hurra!

Drugim powodem do dumy jest oczywiście herbata. Nie ważne, że została tutaj sprowadzona (znów) przez Brytyjczyków, nie ma znaczenia, że do jej uprawy zatrudnili wpierw chińskich specjalistów. Ważne, że uczynili Indie jej słynnym producentem, i że można na tym zarobić. A herbata jest, trzeba przyznać, wyśmienita. Mimo że kolonialnie naznaczona, tak samo z resztą jak cukier. Taka ciekawostka: trzcinę cukrową sprowadzili do Indii po raz pierwszy także kochani kolonizatorzy. Tęsknili za cukrem, bo wcześniej Indusi do słodzenia używali przede wszystkim ghur, syropu palmowego. Pyszny, ale raczej trudno go ładnie zcukrzyć. Do rozkręcenia pierwszych upraw Brytyjczycy sprowadzili (oczywiście) ekspertów z Chin. I dlatego w hindi oraz bengali cukier zowie się chini (dostrzegacie tę subtelną koneksję?). Także, zarówno i herbata, jak i cukier trzcinowy, zostały wprowadzone do kultury indyjskiej przez Brytyjczyków. A dziś kto może wyobrazić sobie dzień w Kalkucie bez zatrzymania się na czareczkę ulicznej herbaty – czarnej i słodkiej, na mleku? W dalszym ciągu piję sie ją jednak w takie właśnie formie deserowej. Do jedzenia zawsze po prostu woda. Albo zimna, albo gorąca. Zależy od pogody. Kto by pomyślał, co?

Ale tak, nic w Indiach nie jest takie jakim się wydaje.

Doświadczyć tego uczucia można zwłaszcza oglądając popularne kino indyjskie. Jak wszyscy dobrze wiemy, jest radosne, kolorowe i pełne emocji. Aktorzy tańczą, śpiewają, kochają się, a potem żyją długo i szczęśliwie. Ich życie jest idylliczne. Z kolei codzienność w Indiach jest smutna, zakurzona, monotonna. Każdy dzień taki sam dla większości narodu indyjskiego (nawet dla tych produkujących filmy w Bollywood). Praca-dom-praca. Zarabianie pieniędzy, rozmnażanie się. A w wolnym czasie wydawanie pieniędzy, konsumowanie czego się da, a potem zwiedzanie dum narodu indyjskiego.

Po drugie, w związku z powyższym, Darjeeling zawsze był nieodłącznym elementem tego co nazwalibyśmy wyobrażeniem o kolonialnych Indiach. Jakże więc mógłby być oddzielny od Zachodniego Bengalu, i Kalkuty – stolicy British Raj do 1911 roku? I wszystkie te jego dochody z turystyki to miałyby iść w zupełności do kieszeni lokalnego rządu, gdyby region stał się jeszcze oddzielnym stanem, tak jak wielu chce – the Gorkhaland? Nigdy w życiu! Także dlatego – symbolicznie i politycznie – Darjeeling musi być częścią tych indyjskich Indii, a nie tego mistycznego, i zupełnie nie-indyjskiego North-East, do którego wrotami jest właśnie Sikkim. I mógłby też być Gorkhaland, gdyby istniał.

IMG_20150118_233032

Takie miejsca jak Darjeeling, które stoją na granicy tych „indyjskich” Indii (hałaśliwych, chaotycznych i brudnych) z tymi „nie-indyjskimi” Indiami (cichymi, uporządkowanymi i o wiele czystszymi), mimo mijających lat nie dały się w tę indyjskość zupełnie wciągnąć.

Są pomiędzy; Darjeeling jest taką obietnicą, zapowiedzią tego co jest w Sikkimie. Komunikuje: „Hej turysto, tutaj za miedzą, w sąsiedniej dolinie, jest zupełnie inny świat. Mają w nim wiklinowe kosze na śmieci (naprawdę!), gustujących w ciszy mieszkańców oraz przepyszne, nie prze-przyprawione jedzenie”. Oczywiście w Sikkimie, podobnie jak np. w Mongolii, jest problem z alkoholizmem. Ale i tak, ludzie są mniej opresyjni, lepiej wykształceni (tutaj akurat zawdzięczać to trzeba szkołom misyjnym, z wykładowym angielskim). Taki, mniej więcej, jest cały North East oraz częściowo Kashmir, plus niektóre miejsca na południu kraju, w tym inne restricted areas (np. Andamany).

Tak, tak, Drogi Czytelniku. Wydaje Ci się doskonale. Po wydarzeniach ostatnich tygodni (rozstanie, perspektywa przeprowadzki, etc., itd.), Indie trochę zalazły mi za skórę. Cudowny ponad dwutygodniowy retreat w Sikkimie bez wątpienia dodał energii. Ale trzeba wrócić, zajęcia w kochanym uniwersytecie oraz praca (to akurat fajne). Jeszcze tylko 1,5 roku, ale na szczęście teraz mogę postrzegać Indie po prostu jako fieldwork. Idealne miejsce do badań nad rozwojem rolnictwa. Ni mniej, ni więcej. (Wyczekiwana) zmiana planów na przyszłość i nie muszę już nigdy próbować wyobrazić sobie siebie mieszkającej tutaj na stałe. Indie naprawdę można kochać, znając ich wszystkie wady i zalety. Ale – w moim przypadku – tylko jeśli na horyzoncie jest nieodległa wizja ich opuszczenia. Nie wiem czy kolejne cztery miesiące (stycznia już nie liczę) zaliczają się do tej kategorii, ale tak czy siak – czerwiec i część lipca w Polsce. A potem znów w grudniu, a dalej już magister i koniec przygody.

Filiżanka z kawą w ręce. Czarna jak noc za oknem. Siorb, siorb, pycha! Widok z kawiarni na Kanczendzongę zapiera dech w piersiach. Wokół trochę cudzoziemców, trochę Indusów. Nagle… czyżbym słyszała polski? Tak! Dwóch Polaków siedzi nieopodal, także piją kawę. Dosiadam się. Jak się okazuje Dwaj Królewicze to podróżująca para buddystów. Polecają hotel, w którym sami się zatrzymali. Idę z nimi zobaczyć miejsce. Zaraz, zaraz. Z opisu wygląda znajomo. Tak, nie wierzę. To ten sam hotel w którym dokładnie rok temu zatrzymałam się z A., R. oraz jego znajomym. Dobra, przynajmniej wiem, że czysto, tanio i że Internet faktycznie działa. Pytam o wolne pokoje. Jedyny wolny, przyzwoity i w cenie to ten sam gdzie z kolegą spał R. Że zacytuję klasyka: „Przypadek? Nie sądzę”.

Pokój był dość wygodny, choć jednak trochę zimno o tej porze roku.

Reklamy
Otagowane , , ,

One thought on “Indiopol: Darjeeling bez ograniczeń (albo nie-Indie)

  1. Anonim pisze:

    bardzo emocjonujący przypadek to musiał być 🙂 W Indiach zawsze jest dużo emocji…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: