Indiopol: Komedia seminaryjna w czterech aktach

Zaczyna się niewinnie. Jak zawsze. Najpierw, parę miesięcy wcześniej pojawia się plotka. Nasz kochany departament będzie organizować seminarium (to tak naprawdę konferencja, ale nie czepiajmy się szczegółów, aż tylu przynajmniej!). Temat? Religia dziś. Ach tak, zapomniałam wspomnieć – departament ma swoje własne Centrum Badań nad Religią. Także, nadchodzi seminarium. Wszyscy się ekscytują – będą zagraniczni goście! Tacy co współpracują z departamentem od lat. No i seminarium to także świetny pretekst, aby założyć sari.

IMG_20141001_192210

Czas mija i zaraz, nie wiedzieć kiedy, seminarium już za tydzień.

– Magdalena (Magdalina/Magnolia), musisz przyjść na seminarium. Będą goście z zagranicy, zagraniczni badacze. – Zatrzymuje mnie po zajęciach dyrektor Departamentu, a zarazem nasza naczelna specjalistka od religii. – Możecie założyć sari z dziewczętami (yay!), ale przyjdź, musimy dobrze się zaprezentować.

Tak, zdecydowanie. Otrzymałam właśnie nową, ważną funkcję – mam od dziś być kwiatkiem do kożucha i dzielnie reprezentować Departament, niczym brytyjska królowa Commonwealth. Mania w sari atrakcją seminarium oraz oswajaczem dla nieco zagubionych gości z zagranicy, dwóch badaczek, pani L. zajmującej się migracją w Kanadzie, oraz pani K., zajmującej się zarządzaniem w Czechach.

Zaraz, zaraz. Zastanawiasz się może, Drogi Czytelniku, czy seminarium nie miało być o religii…? Ot, szczegóły!

Dzień seminarium. Zbieramy się w super-reprezentacyjnej-sali w super-reprezentacyjnym-budynku naszego Wydziału Sztuk. Wszyscy odstawieni, włącznie ze mną. Trochę przynudzeni, włącznie z profesorami. Czekamy na rozpoczęcie konferencji, mamy spore opóźnienie. Small talk o (nie)podobieństwie naszych języków rodzimych i o tym jakie to śmieszne, że słowo ‚matka’ brzmi tak podobnie w tak wielu językach (ech).

Spotkanie rozpoczyna się od zwyczajowej walki z rzutnikiem. Jeden z pięciu asystentów technicznych wspina się na stół, coś tam dłubie, reszta się patrzy, wszyscy doradzają, wyrażając swoje szczerze oburzenie naszym uzależnieniem od techniki.

Dobra, udało się. Wszystko działa. Dyrektorka mojego Departamentu w swoim interesującym angielskim rozpoczyna seminarium.

– Socjologia przez lata nie doceniała religii (?). Religia była ignorowana przez badaczy od czasów sekularyzacji (??). Ale to bardzo ważne, żeby o tym teraz mówić, wszyscy pamiętamy co się ostatnio stało w Paryżu (???). –

To taki telegraficzny skrót z tego wprowadzenia.

Następuje przedstawienie prelegentów. Pani L. z Kanady będzie mówić o jej kolonizacji (kolonizacji kraju, nie osoby mówczyni) oraz marginalizacji aboriginal people. O religii ani słowa. Pani K., która jest profesorem zarządzania, mówi o chrześcijaństwie. Czemu? Bo czemu nie, przecież jest chrześcijanką. Po co jest wykształcenie teologiczne? Taki jest side research interest. Pani K. bardzo miła, ale wystąpienie przypomina rekolekcje z podstawówki (tak mi się wydaje, nigdy na żadnych nie byłam). Pani K. przyjechała chyba przede wszystkim na wakacje do Indii (jest tu już ponad miesiąc), a konferencję tak przy okazji zalicza.

Seminarium (aka konferencja) trwa pięć godzin. Cztery prezentacje i przerwa. Obecność obowiązkowa. Przyszłam z ciekawości, no i też dlatego że w kolejnych miesiącach będę podróżować nieprzyzwoicie dużo, więc obecności się przydadzą.

Poza gośćmi z zagranicy dwa dodatkowe wystąpienia. Śri z Ramakrishna Mission Institute, pan który jest kimś w rodzaju mnicha-badacza hinduizmu. Oraz inna pani, z uniwersytetu założonego przez Tagore nieopodal Kalkuty.

I wiecie co? Pan Śri uratował mi dziś życie. Tzn. zrobił to przede wszystkim laptop, który przezornie noszę ze sobą wszędzie, żeby uratować się od nudy i pisać te moje wspaniałe wpisy na bloga. Nie mniej, Pan Śri bardzo ciekawie o hinduizmie w czasach postmodernizmu mówił. Prawił o tradycyjnym wizerunku kobiet, paradoksach w rozwoju kultury indyjskiej, dotyczących zwłaszcza współczesnego hiper-patriarchalizmu. I bardzo słusznie w swojej konkluzji podkreślał, że za wszystko co złe w Indiach winić trzeba kolonializm. Że to Brytyjczycy w swojej władzy nad Indiami rozpowszechnili w świecie swoje o nich wyobrażenie. W tym m.in. swoją interpretację hinduizmu i to do takiego stopnia, że wsiąkła ona w percepcję rodowitych mieszkańców w samych Indiach, w to jak postrzegają swoją tradycję sami Indusi. Imersja wzorców od-kolonialnych.

Wspominałam już kiedyś o trudnej pozycji kobiet w indyjskim społeczeństwie – m.in. o ich społecznej i politycznej degradacji za czasów British Raj. Wspominałam też o zasianiu w umysłach Indusów idei wstydu w kontekście fizyczności i seksualności przez wiktoriańską pruderyjność. Jeśli Śri z Ramakrishna Mission, który jest mnichem, jegomościem na co dzień noszącym pomarańczowe szaty, dostrzega tę prawidłowość, nie będąc akademikiem per se, to bardzo dobrze. Wręcz świetnie. Konstruktywna krytyka współczesnego hinduizmu? Me like it. Więcej poproszę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: