Indiopol: 31

Zmęczona kładę się na kanapie. Zaczynam zasypiać, ale po chwili z drzemki budzi mnie przeraźliwy skrzek. Pawie. W ogrodach sąsiadujących z mieszkaniem znajomych, u których się zatrzymałam, urzędują te dzikie bestie.

Pawie w Delhi panoszą się wszędzie.

Poranna kawa, widok z dachu mojego bloku.

Poranna kawa, widok z dachu mojego bloku.

Po chwili dochodzą mnie odgłosy z kuchni – to B. krząta się, przygotowując imprezę imieninową dla Ł., swojego narzeczonego. Oboje mieszkają w Delhi już jakiś czas. Ł. ma tu pracę w ambasadzie.

Za kilka godzin wsiądę w taksówkę na lotnisko, a stamtąd rosyjskie linie lotnicze zabiorą mnie do Warszawy. Ukradziony miesiąc niby-wakacji, zasłużony odpoczynek po dziewięciu miesiącach Indii non-stop. Dziewięć miesięcy poza Polską to co najmniej o trzy za długo. Miesiąc od-indyjskiego detoksu w Polsce to przy tym zdecydowanie za krótko, ale trzeba wracać do Kalkuty.

31 idealnych dni w Warszawie.

I w środę 18 marca znowu Delhi, ląduję o czwartej nad ranem. Czemu Delhi, zapytacie? O wiele tańsze bilety. Trzeba tylko wytrzymać potem te dwadzieścia godzin w Rajdhani Express z powrotem do Kalkuty. Zdecydowanie warto.

Także tak: Delhi na 1,5 dnia, a potem wracamy na studia, z których bezczelnie na miesiąc zdezerterowałam.

Zapytać by można, który to już raz wracam z Polski do Indii? Czwarty? Coś takiego. Nie mniej, za każdym razem jest tak samo. Czasem  lepiej, czasem gorzej. Tym razem było lepiej, bo Indio-panika  napadła mnie dopiero w połowie lotu do Delhi.

To nie jest w żadnej razie obrzydzenie, ale raczej taka instynktowna reakcja samozachowawcza. Organizm reaguje mniej więcej tak: „Co ja tutaj robię??? W tych Indiach? Po co ja tu jadę? Jak tu jest nieprzyjemnie/ trudno/ samotnie/ odludnie/ etc.!”. Najzabawniejsze jest, że reakcja taka towarzyszyła mi przy każdym lądowaniu w tym kraju, nawet jeszcze za czasów R. Od samego początku, najmocniej chyba w lipcu zeszłego roku, kiedy leciałam zaczynać tu studia.

Biharska prowincja po drodze do Kalkuty. Rajdhani Express

Biharska prowincja po drodze do Kalkuty. Rajdhani Express

Takim oto retorycznym pytaniom towarzyszy ścisk w sercu i strach. Lęk przed powrotem do codzienności zdominowanej przez poczucie obcości i, co istotne, odosobnienia. Gdybym mieszkała w Delhi, może było by łatwiej – tyle tam cudzoziemców, zupełnie inny świat. W Kalkucie są oni jednak rozproszeni, miasto nie zapewnia też zbyt wielu przestrzeni, w których można poczuć się bardziej na miejscu, bardziej bezpiecznie. Znaczy, jest takich miejsc parę, ale tak trudno do nich dotrzeć. No i też – z kim? Wyczekuję więc powrotu O., mojej Włoszki, do Kalkuty. Na ten czas, znowu jedynie naprawdę komfortową przestrzenią w tym mieście będą cztery ściany mojego mieszkania. Mówi się, że uczymy się najwięcej, czy też rozwijamy jako jednostki wychodząc poza tę swoją comfort zone. Ale jak długo można funkcjonować poza nią?

W Delhi przygarnia mnie na te dwie noce J. z rodziną. Jej mąż, Brytyjczyk, jest tutaj na kontrakcie. Mieszkają w Guragaon, dzielnicy biznesowo-biurowej, której w Kalkucie do pewnego stopnia odpowiada Salt Lake City. Mają piękne mieszkanie w wysokościowcu. Mogę się wyspać, wykąpać, odpocząć przed kilkunastoma godzinami w pociągu, ale także powoli przestawić i przyzwyczaić do tego, że tak, to znowu Indie.

Onigiri z bufetu w wypasionej amerykańskiej szkole. Koszt - 6 PLN

Onigiri z bufetu w wypasionej amerykańskiej szkole. Koszt – 6 PLN

Mieszkanie J. oraz świat w którym funkcjonuje z rodziną jest przyjemnie kojący. Daje poczucie bezpieczeństwa w swojej ponad-narodowości – dzieci chodzą do amerykańskiej szkoły (swoją drogą, świetnej), wystrój wnętrz domu J. jest przyjemnym pomieszaniem brytyjskości, kaszubsko-polskości z indyjskimi akcentami.

Zwiedzam z J. trochę Delhi, powoli aklimatyzuję się. Następny krok kolejnego dnia – z B. oraz A., która wraz z mężem Hiszpanem również jakiś czas mieszka w Indiach (oraz prowadzi świetnego bloga tu). Idziemy do jednej z przyjemniejszych dzielnic w mieście, po prostu na zakupy.

Delhi różni się bardzo od Kalkuty, która przy stolicy wypada po prostu peryferyjnie, prowincjonalnie. Duże przestrzenie, dużo parków, szerokie i (relatywnie) zadbane ulice. No i szereg bazarów, takich baz zakupowo-rozrywkowych, w których spotkać można mieszkających w Delhi cudzoziemców. Nie do pomyślenia w Kalkucie. Są to miejsca przyjemne – w starych kamienicach ponad sklepami dobre restauracje, puby i kluby muzyczne z prawdziwego zdarzenia.

20150320_105745

W Delhi jest dużo parków z ruinami.

Można przyjemnie mieszkać w Delhi. W każdym razie, dziękuje J. z rodziną, B., Ł. oraz A., że uczynili moją ekspresową, ponowną aklimatyzację tutaj przyjemniejszą, łatwiejszą.

Dziękuję też moim bliskim w Polsce, którzy wspierają mnie bez względu na głupotę/brawurowość moich decyzji. Bez nich nie wytrzymałabym w Indiach ani sekundy; świadomość, że gdzieś się przynależy i że jest ktoś na świecie, kto za tobą tęskni gdy cię nie ma, jest bezcenna. Też nie dramatyzujmy, koniec semestru – koniec kwietnia już za rogiem. Potem egzaminy. A co dalej? Zobaczymy.

Tukan.

Tukan.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: