Monthly Archives: Sierpień 2015

Indiopol: Anthropology at home, which wasn’t

Każdy tak ma. Albo inaczej – mam nadzieję, że każdy tak ma. O poranku, popołudniu, wieczorem. W takich chwilach należy niezwłocznie – za radą wiadomo czyją – wybrać się do kuchni po hot beverage. Może uda się ją jeszcze przechytrzyć? Niepewność wychyla zza rogu czubek swojego przydługiego nosa za każdym razem, gdy tylko na chwilę stracimy uważność. I zaraz – haps! Wyciąga te lepkie paluchy, wielkie oczy łypią putską. Towarzyszy jej strach, niemoc, lęk. Lubi momenty przełomowe. Mlask, aż oblizuje się z apetytem!

Uprawiamy antropologię codzienności. Ha! A może to tylko pretekst, aby antropologizować te elementy swojej marnej egzystencji, które akurat najbardziej zwracają naszą uwagę? Oczywiście! Miejmy dziś zatem antropologię niepewności.

Cindirella from Disney Wikia

Siedziałam sobie wieczorem na dachu mojej kamienicy w Kalkucie. Marzec, indyjska wiosna, upał nie do zniesienia, sucho do granic. Ale już wieczór, więc codzienna bryza znad rzeki Hoogli zamiata miasto. Moje mieszkanie bez klimatyzacji nie sprzyja myśleniu, pracuję więc najczęściej nocą, prowadząc wampirzy tryb życia.

– Czas wracać! – Głos rozsądku nie daje za wygraną. A dopiero co spędziłam rozkoszny miesiąc w Polsce!

Tak. W chwilach niepewności, w chwilach zwiątpienia oglądam bajki Disneya lub komedie romantyczne z lat 90. Czemu? Kiedy widziałam je po raz pierwszy, idea poczucia niepewności – w obliczu nadchodzących zmian, potrzeby dokonywania życiowych wyborów i innych równie ekscytujących wydarzeń, jak np. starzenie się – była mi w zasadzie nieznana. Jeżeli już pojawiały się w moim sercu jakieś obawy to dotyczyły raczej wydania tych kilku złotych kieszonkowego. Odwieczny dylemat, czy kupić oranżadę w proszku, Prince Polo, a może wypaśną różową gumkę do ścierania w kształcie świnki.

W czwartej klasie podstawówki podłapałam czytanie książek trochę bardziej poważniejszych. Poza przerabianiem wszelkiej możliwej fantastyki, która wpadła mi w ręce, wciągnęły mnie reportaże i książki o Azji. W mojej ogromnej rodzinie, profesjonalnie zajmującej się materialną i duchową kulturą Dalekiego Wschodu, było ich z oczywistych względów co nie miara. Na półce w domowej biblioteczce znalazłam więc – among others – Tiziano Terzani. Co dalej, możecie domyśleć się już sami.

Tego wieczoru w Kalkucie, siedząc w półmroku na dachu i podglądając życie towarzystkie sąsiadów, poczułam się osamotniona i zagubiona w stopniu jeszcze sobie dotąd nie znanym. W latach wcześniejszych mojego niedługiego (na razie) życia byłam zawsze bardzo zajęta. Aktywność naukowa, zawodowa i pozarządowa (oraz towarzyska) przeplatały się ze sobą, a ja nie miałam czasu zastanawiać się jeszcze nad tym co dalej. Ach! Jaki błogi był to okres.

Z czytania Terzani zapamiętałam kilka istotnych frazesów. Przede wszystkim jednak, „there are two things that grant a bit of immortality: books and children”. Jako że perspektywa przełączenia się na interfejs krzemowy wydaje się na razie zbyt odległa, te już dostępne formy nieśmiertelności wydają się dość zachęcające.

Dwa lata w Indiach. Badania terenowe, dużo, różne – check. Teksty naukowe – check. Zawirowania w planach życiowych – check. Ograniczające studia na indyjskim stypendium w małomiasteczkowej Kalkucie – check.

Wciąż gorący po upalnym dniu dach kalkuckiej czynszówki. Schylam się po talerz winogron. Czyżby słuch mnie mylił? Skądże! Zatrzeszczało w kościach.

Antropologizowanie własnej codzienności bywa kłopotliwe. Zwłaszcza, jeśli jego konsekwencją jest rozkładanie na czynniki pierwsze konstruktów kulturowych czy zjawisk społecznych, stanowiących podwaliny życia jednostki. Każdy adept antropologii – taki pełnowymiarowy – przechodzi przez kryzys jeszcze na studiach. Bywa, że taka auto-dekonstrukcja boli do szpiku kości. Niekiedy trzeba  – czasem po raz pierwszy w życiu – przemyśleć sobie  własną wiarę, przekonania, kodeks moralny, więcej, całą tożsamość! Po pewnym czasie kryzys mija. Zszywamy siebie spowrotem w jeden kawałek. Ale nie ma zmiłuj, antropologu! Obciążająca samoświadomość (raczej) nie opuszcza nas definitywnie, nawyk dekonstruowania, antropologizowania okazuje się już nazbyt dobrze zakorzeniony! Nie u wszystkich, nie zawsze. Ale u wielu. W tym u mnie.

Studiując na Żurawiej mało interesowały mnie tematy czysto etnologiczne. Zajęcia poświęcone rodzinie, poczuciu wspólnotowości, tożsamości narodowej nie brzmiały interesująco. Polityka, ekonomia, rozwój, rolnictwo? Tak! Kto by się przecież zastanawiał czym jest dom? Et!

W antropologii jest takie pojęcie – anthropology at home. Antropologia w domu. I jest jeszcze pojęcie native anthropologist. Antropolog lokalny robi badania na swoim podwórku. Kiedyś wzbudzało kontrowersje, bo pozytywistyczny paradygmat nauki jak mantrę powtarzał „obiektywność”. Wiadomo było, że socjologowie, schowani za rzędami cyfr, są w stanie ją osiągnąć, mimo że badają swoje „własne” społeczeństwo. Dziś już wiemy, że tak to nie działa.

Indie miały stać się dla mnie domem. Wyjeżdżałam, by zostać na czas nieokreślony. Słowem – wyemigrowałam. Własną przestrzeń mieszkalną w Warszawie wynajęłam, graty do piwnicy.

Indie nie spełniły pokładanych w nich nadziei, choć jakieś poczucie zadomowienia towarzyszyło mi przez pewien czas.

W półtora miesiąca rozwiązałam (prawie) wszystkie zobowiązania w Indiach, spakowałam manatki i od czterech miesięcy codziennie całuję ziemię warszawską. MA, MSc, PhD. Zmiany! Dużo zmian. Poza temperaturą – w chwili obecnej w Indiach, w przeciwieństwie do Polski, przynajmniej pada!

Antropologia niepewności oznacza tyle, że na nasze samopoczucie wpływa szereg wyobrażeń o podłożu wiadomym. Społeczno-kulturowym, rzecz jasna. Aspirujący naukowiec, taki jak ja, ma przecież przed sobą niepewną przyszłość. Na tym etapie szereg niewiadomych, brak jasno wytyczonej ścieżki kariery, poza dwoma hasłami – „granty” i „publikacje”.

D. zwykł mawiać w takich sytuacjach „Takie życie!”. Zabraniamy martwić, bać się, a nakazujemy śmiać się.

Od września Antropoludens będzie po polsku i po angielsku. Będą na nim recenzje książek wiadomych, będzie też nowy serial do czytania  „Homefield”. Taki jak ten amerykański „Homeland”, ale inny. Telenowela Indiopol, rzecz jasna, dalej będzie się pojawiać – jak bardzo Indie bywają cierniem w mojej stopie, wiedzą tylko moi bliscy, ale (nie)stety dały mi wiele, trudno więc mi o nich nie pisać. (Będzie z tego książka).

Jak byłam mała, chciałam być radiowcem, tak jak mój Tata. Także, STAY TUNED!