Category Archives: Brzuchem

Indiopol: Darjeeling bez ograniczeń (albo nie-Indie)

In the (un)limited Darjeeling, stars were shining coldly in a cloudless sky. It was Tuesday evening and the jeep just dropped us in the city center. Skierowaliśmy swoje kroki do Glanery’s, starej kawiarnio-piekarni, pamiętającej czasy świetności British Raj. Mają Internet i plan był taki, aby ulokować tamże Tatę, a samej udać się na poszukiwanie hotelu. Ale najpierw kawa. Dobra, po prostu czarna, z ekspresu. Tak dawno nie pita.

IMG_20150118_231904

Darjeeling jest ze wszech miar miastem turystycznym. Zarówno Indusom, jak i zaprawionym zagranicznym turystom, oferuje swoją bogatą herbaciano-górsko-buddyjską ofertę. Wśród backpackersów jest po prostu cool. I chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Co widzą w nim Indusi? Oto dobre pytanie.

Dawno, dawno temu, w pięknych czasach przed Brytyjczykami, miasto to było po prostu częścią Królestwa Sikkimu, maleńkiego, niewiele znaczącego państewka, wciśniętego pomiędzy British Raj, Nepal i Indie. Młode państwo (utworzone na mocy interesującej unii z 1757 roku), utraciło ten teren już po kilkudziesięciu latach – na rzecz ludu Gorkha, składającego się z różnych plemion nepalskich. W wojnie angielsko-gorkhowskiej, Brytyjczycy odbili jednak Darjeeling, ofiarowując go z powrotem współpracującemu z nimi królowi Sikkimu, a sobie zostawiając jedynie darjeelińskie wzgórze. Kompania Wschodnioindyjska, która objęła władzę nad miastem, stworzyła tutaj sanatorium oraz bazę wojskową (przydatną, jak mniemam, ze względu na bliskość Chin). Z czasem, zaczęli także uprawiać herbatę.

A więc Darjeeling, ze względu na swoje strategiczne położenie oraz piękną naturę i przyjemny klimat, stał się istotną brytyjską kolonią. Co roku, piękną granatową ciuchcią pół Kalkuty opuszczało swoje imponujące miejskie kamienice i wille, przenosząc się na sezon letni do swoich równie imponujących, drewnianych górskich posiadłości.

Dziś także Darjeeling do Sikkimu nie należy. Administracyjnie – Bengal Zachodni. Etnicznie – głównie Gorkhowie, inne plemiona górskie (np. sikkimscy Lepcha czy Tybetańczycy), przypałętały się także różnorakie twory migracyjne. Poza pewną liczbą naszych ukochanych Bengalczyków, w mieście mieszka np. całkiem sporo muzułmańskich Kaszmirczyków. Stanowią ciekawą grupę – wielu z nich przywędrowało tutaj już w XIX wieku; znani ze swojego talentu do handlu zajmowali się m.in. szmuglowaniem oraz sprzedażą różnego rodzaju artefaktów i osobliwości z Ladakhu (w tym żywych i martwych „okazów zoologicznych”) za niezłą gotówkę od wszystko-kolekcjonujących Brytyjczyków.

Zastanawiasz się może, Drogi Czytelniku, czemuż to miasto Darjeeling zostało wcielone do Bengalu Zachodniego, zamiast do Sikkimu, kiedy Indie uzyskały niepodległość po drugiej wojnie światowej…? Otóż wyróżnić możemy dwie przyczyny takiego stanu rzeczy.

Po pierwsze, Darjeeling symbolizuje dwa bardzo istotne elementy tego co uważa się za heritage of the Great Indian Nation (czymkolwiek ta nacja miała by nie być).

IMG_20150118_233308

Powód do dumy nr jeden. Ma tu swoją siedzibę, od połowy XIX wieku, założony (oczywiście) przez Britisherów, Himalayan Mountineering Institute. To stąd wyruszały pierwsze wyprawy na Mount Everest, który wszakże należy do Indii. I tak w każdy weekend nawiedzają Darjeeling kolejne pokolenia Indusów, głównie Bengalczyków oraz Biharczyków (bo mają blisko), chcących obejrzeć buty, czapki oraz liny śmiałków, którym udało się wspiąć na tę górę (dokonała tego po raz pierwszy wyprawa, nomen omen, brytyjska w 1953 roku), ulokowane w instytutowym muzeum. Są dumni z tego klejnotu w koronie, jednego z symboli wokół których przez ostatnie kilkadziesiąt lat rząd indyjski próbuje u każdego Indusa wzbudzić poczucie tożsamości narodowej (nie mylić z silnymi tożsamościami lokalnymi; a z jakim skutkiem to inna kwestia). Wielkie Indie, spadkobiercy wspaniałych cywilizacji, stary naród. I mają największą górę na świecie. Hurra!

Drugim powodem do dumy jest oczywiście herbata. Nie ważne, że została tutaj sprowadzona (znów) przez Brytyjczyków, nie ma znaczenia, że do jej uprawy zatrudnili wpierw chińskich specjalistów. Ważne, że uczynili Indie jej słynnym producentem, i że można na tym zarobić. A herbata jest, trzeba przyznać, wyśmienita. Mimo że kolonialnie naznaczona, tak samo z resztą jak cukier. Taka ciekawostka: trzcinę cukrową sprowadzili do Indii po raz pierwszy także kochani kolonizatorzy. Tęsknili za cukrem, bo wcześniej Indusi do słodzenia używali przede wszystkim ghur, syropu palmowego. Pyszny, ale raczej trudno go ładnie zcukrzyć. Do rozkręcenia pierwszych upraw Brytyjczycy sprowadzili (oczywiście) ekspertów z Chin. I dlatego w hindi oraz bengali cukier zowie się chini (dostrzegacie tę subtelną koneksję?). Także, zarówno i herbata, jak i cukier trzcinowy, zostały wprowadzone do kultury indyjskiej przez Brytyjczyków. A dziś kto może wyobrazić sobie dzień w Kalkucie bez zatrzymania się na czareczkę ulicznej herbaty – czarnej i słodkiej, na mleku? W dalszym ciągu piję sie ją jednak w takie właśnie formie deserowej. Do jedzenia zawsze po prostu woda. Albo zimna, albo gorąca. Zależy od pogody. Kto by pomyślał, co?

Ale tak, nic w Indiach nie jest takie jakim się wydaje.

Doświadczyć tego uczucia można zwłaszcza oglądając popularne kino indyjskie. Jak wszyscy dobrze wiemy, jest radosne, kolorowe i pełne emocji. Aktorzy tańczą, śpiewają, kochają się, a potem żyją długo i szczęśliwie. Ich życie jest idylliczne. Z kolei codzienność w Indiach jest smutna, zakurzona, monotonna. Każdy dzień taki sam dla większości narodu indyjskiego (nawet dla tych produkujących filmy w Bollywood). Praca-dom-praca. Zarabianie pieniędzy, rozmnażanie się. A w wolnym czasie wydawanie pieniędzy, konsumowanie czego się da, a potem zwiedzanie dum narodu indyjskiego.

Po drugie, w związku z powyższym, Darjeeling zawsze był nieodłącznym elementem tego co nazwalibyśmy wyobrażeniem o kolonialnych Indiach. Jakże więc mógłby być oddzielny od Zachodniego Bengalu, i Kalkuty – stolicy British Raj do 1911 roku? I wszystkie te jego dochody z turystyki to miałyby iść w zupełności do kieszeni lokalnego rządu, gdyby region stał się jeszcze oddzielnym stanem, tak jak wielu chce – the Gorkhaland? Nigdy w życiu! Także dlatego – symbolicznie i politycznie – Darjeeling musi być częścią tych indyjskich Indii, a nie tego mistycznego, i zupełnie nie-indyjskiego North-East, do którego wrotami jest właśnie Sikkim. I mógłby też być Gorkhaland, gdyby istniał.

IMG_20150118_233032

Takie miejsca jak Darjeeling, które stoją na granicy tych „indyjskich” Indii (hałaśliwych, chaotycznych i brudnych) z tymi „nie-indyjskimi” Indiami (cichymi, uporządkowanymi i o wiele czystszymi), mimo mijających lat nie dały się w tę indyjskość zupełnie wciągnąć.

Są pomiędzy; Darjeeling jest taką obietnicą, zapowiedzią tego co jest w Sikkimie. Komunikuje: „Hej turysto, tutaj za miedzą, w sąsiedniej dolinie, jest zupełnie inny świat. Mają w nim wiklinowe kosze na śmieci (naprawdę!), gustujących w ciszy mieszkańców oraz przepyszne, nie prze-przyprawione jedzenie”. Oczywiście w Sikkimie, podobnie jak np. w Mongolii, jest problem z alkoholizmem. Ale i tak, ludzie są mniej opresyjni, lepiej wykształceni (tutaj akurat zawdzięczać to trzeba szkołom misyjnym, z wykładowym angielskim). Taki, mniej więcej, jest cały North East oraz częściowo Kashmir, plus niektóre miejsca na południu kraju, w tym inne restricted areas (np. Andamany).

Tak, tak, Drogi Czytelniku. Wydaje Ci się doskonale. Po wydarzeniach ostatnich tygodni (rozstanie, perspektywa przeprowadzki, etc., itd.), Indie trochę zalazły mi za skórę. Cudowny ponad dwutygodniowy retreat w Sikkimie bez wątpienia dodał energii. Ale trzeba wrócić, zajęcia w kochanym uniwersytecie oraz praca (to akurat fajne). Jeszcze tylko 1,5 roku, ale na szczęście teraz mogę postrzegać Indie po prostu jako fieldwork. Idealne miejsce do badań nad rozwojem rolnictwa. Ni mniej, ni więcej. (Wyczekiwana) zmiana planów na przyszłość i nie muszę już nigdy próbować wyobrazić sobie siebie mieszkającej tutaj na stałe. Indie naprawdę można kochać, znając ich wszystkie wady i zalety. Ale – w moim przypadku – tylko jeśli na horyzoncie jest nieodległa wizja ich opuszczenia. Nie wiem czy kolejne cztery miesiące (stycznia już nie liczę) zaliczają się do tej kategorii, ale tak czy siak – czerwiec i część lipca w Polsce. A potem znów w grudniu, a dalej już magister i koniec przygody.

Filiżanka z kawą w ręce. Czarna jak noc za oknem. Siorb, siorb, pycha! Widok z kawiarni na Kanczendzongę zapiera dech w piersiach. Wokół trochę cudzoziemców, trochę Indusów. Nagle… czyżbym słyszała polski? Tak! Dwóch Polaków siedzi nieopodal, także piją kawę. Dosiadam się. Jak się okazuje Dwaj Królewicze to podróżująca para buddystów. Polecają hotel, w którym sami się zatrzymali. Idę z nimi zobaczyć miejsce. Zaraz, zaraz. Z opisu wygląda znajomo. Tak, nie wierzę. To ten sam hotel w którym dokładnie rok temu zatrzymałam się z A., R. oraz jego znajomym. Dobra, przynajmniej wiem, że czysto, tanio i że Internet faktycznie działa. Pytam o wolne pokoje. Jedyny wolny, przyzwoity i w cenie to ten sam gdzie z kolegą spał R. Że zacytuję klasyka: „Przypadek? Nie sądzę”.

Pokój był dość wygodny, choć jednak trochę zimno o tej porze roku.

Reklamy
Otagowane , , ,

Indiopol: Pociąg do Darjeeling

Przez wąski korytarz dygoczącego pociągu przeciskają się sprzedawcy. Paper! – do kupienia gazety w hindi, bengali i po angielsku. Nes coffee! Cha! – średnio co kwadrans pojawia się kolejny chai walla, a zaraz po nim pani botil!, sprzedawca wody. Na kolejnych stacjach, kiedy pociąg coraz bardziej zagłębia się w bengalską prowincję, dosiadają się istoty innej maści – żebracy, sprzedawcy przekąsek (w tym gotowanych na twardo jajek, jak swojsko, o komunistyczna Polsko!). Wsiadło także kilku baulów. W białym dhoti i pomarańczowej kurcie, w kamizelce pozszywanej z kolorowych kwadratów. Obwieszeni sznurami korali, pobrzękujący bliżej niesprecyzowanymi instrumentami strunowymi. I cudownie zawodzący pieśniami o niebie, Bogu, słońcu, przyjemnościach i bólu życia, porzuconym niegdyś domu, dawnej miłości. Jest 28 grudnia. W końcu jesteśmy w drodze.

IMG_20141230_170014

Hotel w którym zatrzymaliśmy się w przeddzień wyjazdu był nieduży. W starej dzielnicy miasta, w maleńkiej uliczce, z gankiem przy wejściu po dawnemu zakratowanym, ale za to pięknie urządzonym wiklinowymi fotelami. W środku na ścianach od sufitu po podłogi stare obrazy. Portrety niesprecyzowanych bliżej członków starej bengalskiej rodziny, do której dom niegdyś należał, pejzaże, święte obrazki. Nasz pokój na przeciwko recepcji znaleziony w ostatniej chwili, po znajomości, w ciągu kilku godzin desperackiego szukania. Poprzedniego wieczora mieliśmy z Tatą jechać nad morze nocnym autobusem. Autobus miał być super, super nie był. Po wydarzeniach ostatniego tygodnia wolimy nie ryzykować. Ze względu na zdrowie Taty odwołaliśmy Nepal, Puri też jakoś przecierpimy. Bye bye Hare Hare! Udało nam się znaleźć w ostatniej chwili wcześniejsze bilety na Północ, następnego dnia jedziemy. Tym razem musi się udać. Jeszcze jeden dzień w Kalkucie i zwariuję. Także stary hotel na jedną noc, wygodny choć drogi (całe 2500 INR). Z resztą, nie ma co narzekać – wcześniej nocowaliśmy w tylko trochę tańszym przybytku. Przecież Święta były (i moje w Święta 25 urodziny (starucha!)), trochę wygody trzeba zaznać. A Kalkucka wygoda tania nie jest. Ale zaraz, zaraz – nie mieliśmy z Tatą mieszkać u mnie w mieszkaniu…?

Ostatnie tygodnie, by nie rzec ostatnie dwa miesiące – od mojego ostatniego Indiopolowego zapisku – były trudne. Nie tylko dlatego że szereg zleceń się na siebie nałożył, ani dlatego że zbliżała się semestralna sesja. Wszystko to – moja praca – sprawia mi przecież niesłychaną przyjemność. Cieszyło mnie niezmiernie pisanie tekstu do pewnego projektu o rodzinie indyjskiej w kontekście emigracji. Cieszyło mnie przygotowanie kilkunastostronicowego artykułu konferencyjnego po angielsku, a potem nagranie tejże prezentacji i wysłanie jej za pomocą YouTube’a na konferencję do Rumuni, na której niestety nie mogłam być fizycznie. Tyle samo radości sprawił mi peer review tekstów dla magazynu pewnego stowarzyszenia, czy przepisywanie wywiadów dla znajomej, która dopiero co skończyła robić badania w Kalkucie o lokalnej społeczności LGBTIQ. Niesamowicie ekscytujące było nawet studiowanie do to tych nieszczęsnych semestralnych egzaminów – czterech dwugodzinnych maratonów podczas których zapisać trzeba każdorazowo średnio siedem stron A4 (każdy egzamin to sześć pytań esejowych, trzeba odpowiedzieć na trzy).

Wszystko to uwielbiam – jakże miałabym nie? Pisanie tekstów na podstawie wcześniejszych badań (czy to desktopowych czy też etnograficznych) to sens mojej egzystencji, by tak rzec. Kim jestem jeśli nie antropologiem? (Inna kwestia, że na to pytanie nie ma w ogóle jednoznacznej odpowiedzi, bleh). Poszerzanie posiadanego zakresu wiedzy – studiowanie do egzaminów, czy po prostu badaniowe/rekreacyjne czytanie, czytanie, czytanie – to obowiązek, imperatyw moralny. I basta.

Rozumie to moja rodzina (popierając moje bycie w Indiach), rozumieją przyjaciele (równie antropologicznie zakręceni). Nie rozumiał jednak R. Nie do końca w każdym razie. Chodziło o wiele, wiele więcej (oczywiście), ale na kilka dni przed przyjazdem mojego Taty, moja dotychczasowa egzystencja w Kalkucie, mój status quo rozsypał się jak domek z kart.

Bezdomność z wyboru zagnała mnie wraz z Kitką (przygarnęłam w międzyczasie młodą kotkę) do przyjaciół, szwedzko-bengalskiej pary (nieźle zakręconych właścicieli sześciu kotów). Tata wylądował z wtorku na środę, 17 grudnia. Z lotniska pojechaliśmy prosto do szpitala – atak astmy. Szpital jeden z najlepszych w Indiach, R. i jego rodzina stanęli na wysokości zadania odbierając nas od 4 nad ranem z hotelu. Pomogli, użyczyli nawet post factum na kilka dnia swojego pokoju gościnnego. Było w porządku (choć odrobinę niezręcznie), Tata szybko poczuł się lepiej, nawet trochę zwiedziliśmy – Kalighat, budynki administracji kolonialnej, stare Chinatown i jego taoistyczne świątynki, New Market i etc. W przeddzień Wigilii wynieśliśmy się do hotelu, inni goście przyjeżdżali na Święta i dla nas zabrakło miejsca. Inna sprawa, że było ze wszech miar dziwnie. Choć nie też bardzo źle. Było uprzejmie, myślę że to odpowiednie słowo. Sama Wigilia, którą tutaj odtworzyłam ze Szwedem L., w miarę możliwości dała radę. Była choinka, były prezenty i prawie 20 osób konsumujących moją zupę grzybową i pierogi z kapustą. Rodzina R. to wielka rodzina. Typowa indyjska extended family. Byłam jej częścią przez prawie dwa lata.

Pod wieloma względami za moje poczucie ulgi po rozstaniu odpowiedzialny jest ten tekst o rodzinie indyjskiej, który pisałam dla H., w ramach wspomnianego projektu. Wiecie jak to jest – czytamy o czymś, studiujemy jakieś zjawisko kulturowe, a potem upraszczamy je aby wytłumaczyć innym, aby samemu skonstruować tekst zrozumiały dla pewnej grupy odbiorców. W moim przypadku dla wszystkich tych, którym przyjdzie pracować z indyjskimi migrantami. Wszystko fajnie, ale gorzej jeśli pracujemy z tym aspektem rzeczywistości społecznej, którego częścią sami pewnego dnia będziemy musieli się stać (mam tu na myśli moją domniemaną zmianę statusu cywilnego z udziałem R.).

IMG_20141230_170132

Indie nie są krajem w którym chcecie się żenić. Przynajmniej jeśli jesteście kobietami i podlegać będziecie prawu cywilnemu opartemu na religii, którym podlegają wyznawcy każdej większej (lub mniejszej) religii. W uproszczeniu – R. jest hinduistą, mimo że nie praktykuje ani nie wierzy to z urodzenia nim jest. W związku z tym automatycznie podlegać będzie cywilnemu Hindu Personal Law, zwłaszcza jeśli wstąpi w związek małżeński w obrządku hinduistycznym, wydanie bengalskie. Jeśli ja wstąpię w takiż związek również temu prawu podlegać będę. W praktyce oczywiście inaczej niż podlegają mu zamężne Induski; będzie bardziej skomplikowanie zważywszy na mój zbawienny tutaj status cudzoziemki. Gdybym jednak posiadała paszport indyjski w chwili rozwodu miałabym, krótko mówiąc, przechlapane – zgodnie z prawem przysługiwało by mi nie więcej niż 20 tysięcy rupii z naszego wspólnego majątku (to ok. 1000 PLN), straciłabym prawo do opieki nad dzieckiem/dziećmi, tzn. musiałyby prawnie zamieszkać z tatą. I cały szereg innych złych rzeczy mógłby mnie spotkać.

Tuż przed końcem semestru na zajęciach z Indian Society – Selected Issues¸przez ponad półgodziny dyskutowałam zawzięcie z profesorką o koncepcji sekularyzmu w Indiach i konstrukcie wspomnianych Personal Laws. Próbowałam zrozumieć, jak to możliwe aby w „największej demokracji świata” miała miejsce konstytucyjna dyskryminacja kobiet (konstytucja w praktyce gwarantuje równość płci, ale poszanowanie religii, w tym religijne prawo zwyczajowe, ma nadrzędne znaczenie, nawet jeśli prowadzi do tak oburzających nierówności społecznych). Generalnie odpowiedź jest prosta (a dla mnie mało zaskakująca) – za wprowadzenie tych praw w XIX wieku w pierwszej (i ostatniej) kolejności należy winić Brytyjczyków, „rządzących” Indiami w myśl genialnej zasady „dziel i rządź”. Wymyślili oni sobie bowiem, że „dla ułatwienia” każda wspólnota religijna będzie sama się sądzić i w ten sposób wszyscy będą zadowoleni. Jedynym wyjątkiem prawo karne. Niepodległe Indie ten stan rzeczy zostawiły, wprowadzając dla przyzwoitości szereg średnio skutecznych aktów mających przeciwdziałać najbardziej rażącym przypadkom niesprawiedliwości (np. Special Marriage Act z 1954 roku czy ostatnie rozporządzenia dotyczące przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet).

Wgłębiając się w przyczyny różnych problemów społecznych Indii trudno je lubić tak, jak się je lubiło w wieku lat 10, po obejrzeniu pierwszego Bollywoodzkiego hiciora. I szczerze mówiąc, nie rozumiem wszystkich tych indofilów, którzy podróżują przez ten kraj z tym zachwytem w oczach. Nie widzą  jak bardzo Indie nie są uduchowione? Nie widzą jak bardzo uwikłane są w kapitalistyczną wizję rozwoju, generującą nierówności społeczne? Nie dostrzegają konsumpcyjnego stylu życia i nowobogackiego zestawu wartości, wyznawanych przez gigantyczną klasę średnią? Nie dostrzegają hipokryzji, czającej się na każdym kroku, tej interesowności w relacjach społecznych?

Nie to że w innych miejscach na świecie jest inaczej. Skądże znowu. Najprawdopodobniej jest tak samo, albo gorzej (hehe). Ale Indii nie można kochać bezwarunkowo, to miłość gorzka, niewdzięczna, często jednostronna.

Co ciekawe, teraz, kiedy już wiem że nie muszę być z tym krajem związana do grobowej deski (ad. ostatnia zmiana planów matrymonialnych), zaczynam Indie o wiele bardziej lubić. Nie to że ich wcześniej nie lubiłam, ale odkąd mój pobyt tutaj jest tylko i wyłącznie praktyczny, o wiele bardziej podoba mi się perspektywa robienia tutaj badań przez kolejne kilka lat. O co mi chodzi z tą praktycznością? Indie to moje miejsce pracy. Jestem tu z wyboru, a nie dlatego że muszę bo R. nie wyobraża sobie na dłuższą metę mieszkania gdzie indziej. Robię tu badania na przeróżne tematy, badania te są podstawą do tekstów, za które ktoś tam mi mniej lub więcej płaci. Jest też to stypendium. Moje badania mają mieć jakoś swoją własną wartość dodatnią, wynikającą z samej idei antropologii zaangażowanej jako takiej. Mają czemuś służyć – czasem to tylko popularyzacja jakiegoś aspektu indyjskiej kultury (np. teksty o kuchni indo-chińskiej), ale częściej mają mieć bardziej praktyczne zastosowanie (chociażby tekst o rodzinie indyjskiej, a w dalszej perspektywie moje badania nad rozwojem indyjskiego rolnictwa i rolą w nim biotechnologii).

Powiedzmy więc, że obie strony coś zyskują. Mam jednak nadzieję, że ta druga strona zyska bardziej. Jaki bowiem sens miałyby te cholerne godziny spędzone przed komputerem gdybym nie wierzyła, że mogą jakoś tam przyczynić się do jakościowej zmiany? Nawet minimalnej? Nie mam przecież złudzeń, zmiana społeczna (czy nawet zmiana policy) w Indiach to proces trwający dekady. O ile w ogóle możliwy. No i dla pieniędzy raczej się antropologiem nie zostaje (i bardzo dobrze!).

Takie to więc wesołe myśli nawiedziły mnie w pociągu do Darjeeling. No dobra, Kandzendzonga Express nie jedzie do Darjeelingu, ani nie jedziemy do niego my. Zatrzymuje się on w Siliguri/New Jaipalguri, ostatniej stacji, która jest wrotami do tak cudownie nie-indyjskiego North-East.

Ze stacji Sealdah w Kalkucie wyjechaliśmy o 6:30 rano. Dotrzeć mieliśmy na miejsce o 7:00 wieczór. Ponad dwanaście godzin podróży sprzyja rozmyślaniom. Podobnie jak w tym filmie, bardzo dobrym z resztą, Pociąg do Darjeeling. Do Darjeelingu jeździ przecież większość turystów. Wpadniemy tam i my, na herbatę, ale najpierw najpiękniejszy i najmniej indyjski stan, do którego relatywnie szybko można dotrzeć. Sikkim. Najlepszy, trekkingowy Sikkim. Sikkim moja miłość.

Otagowane

Indiopol: Homo occidentalis (albo lampki na palmie)

Czasami się wkurzam. Jak tego popołudnia ostatnio, kiedy kupowałam mój ulubiony przekąskowy sok z mango na kampusie, a sprzedawca nie chciał mi widać 8 rupii reszty, prosząc żebym ja mu dała 2 i on mi wtedy da dychę w papierku. I to mimo że miał przed sobą pełną miskę monet, a ja mu powtarzam że nie mam drobnych (wszystko poszło na auto-rikszę). Był przy tym bardzo opryskliwy (zazwyczaj mam drobne), że aż inni studenci zaczęli nam się przyglądać ze zdziwieniem. Użyłam więc mojej magicznej mocy bengalskich przekleństw i sama wydałam sobie resztę. A zaskoczony sprzedawca nie odezwał się ani słowem.

Innym razem pisałam esej zaliczeniowy o wspaniałym Rabindranacie Tagore, którego tutaj w Bengalu wielbi się i wychwala do granic przyzwoitości. Miałam pisać o jego poglądach religijnych, i tym jak wiążą się one z jego romantyczną, lukrowaną wizją ludzkości. Wiecie, Tagore z takiego niby-socjologicznego punktu widzenia. Umiarkowanie pociągający temat (powiedziałabym nawet, że wybitnie niepociągający), zwłaszcza, że cały nasz rok miał pisać o tym samym. No więc nie mając innego wyjścia zaczęłam wgłębiać się w jego życiorys, aby lepiej człowieka zrozumieć. I dowiedziałam się, że Tagore jest o wiele mniej idealny niż się go tutaj prezentuje, a tak naprawdę jest wcale nieciekawy. To po prostu taki indyjski Mickiewicz czy Słowacki, który jest lubiany za swoją nagradzaną poezję, która napawa dumą Bengalczyków (i Indusów w ogóle). Poezja wyjątkowo romantyczna, mistyczna, ładna, przyznać trzeba. Idea uniwersytetu popularnego, edukacji kobiet itd. fajna, naprawdę. Jego poglądy religijne uniwersalistyczne, nowoczesne jak na jego czasy, choć też mocno braministyczne, do kasty Braminów przecież Pan Rabindranath należał.

IMG_20141006_013745

No właśnie, i tu jest pies pogrzebany. Otóż okazuje się, że Tagore – taki niby światły – w wieku lat 20-kilku został ożeniony z 12 letnią dziewczynką, która wydała mu na świat pierwsze dziecię w wieku lat 15. No tak, wszyscy przecież dobrze wiemy, że Bramini mają obsesję na punkcie czystości krwi (kasty) i innych takich wymysłów. Kobieta jako własność rodziny, kobieta jako reproduktorka. No i młody jeszcze wtedy był Tagore (choć już zdążył zaliczyć kilkuletni pobyt w Wielkiej Brytanii), dzieciak prawie (kiedyś już wspominałam, że Indusi niezwykle długo pozostają bardzo zależni od rodziców), to pewnie konserwatywny ojciec go zmusił? Jakby tego jeszcze było mało, Tagore własne córki wydał za mąż w podobnym wieku, zanim skończyły szkołę. I gdzie jest jego postępowość tutaj? Dodam jeszcze, że jego bratanice zostały wydane za mąż dopiero koło 30-tki. Skąd więc w nim taka „posłuszność” wobec tradycji? Paskudne.

Czytam sobie o tym w Internecie, jestem zła, a w zasadzie zawiedziona. Oczywiście wiem doskonale, że child marriages są w Indiach praktykowane od dawna, i z czego wynikać mogą – zła sytuacja ekonomiczna rodziny, śmierć ojca, czy wręcz przeciwnie, polityczne sojusze (zupełnie jak w średniowiecznej Polsce…), wyliczać można. Ale że Tagore? Ten którego tutaj wszyscy wielbią? Jakże to tak? Idę więc zapytać R. co o tym sądzi. A on na to, że nie jest zdziwiony, choć sam o tym akurat nie wiedział. Pytam się go więc, jak to jest że tyle osób traktuje Tagore jak pół-boga, paląc świeczki przed jego podobizną? Jakoś nikt (kogo znam) nie czci w ten sposób naszych narodowych wieszczów. Czy to przez jego poglądy religijne…?

R. na to, że to głównie przez jego twórczość i Nobla, ale w przypadku choćby dalszej rodziny R. obsesja ma inne podłoże – ich rodzina pochodzi z tej samej mieściny co Tagore, jego dziadkowie są tradycyjnymi (choć nie konserwatywnymi) Braminami. No tak, myślę sobie, przecież wiem że któraś z ciotecznych babć R. wyszła za mąż w podobnym wieku co żona Tagore. Tak samo jak jej cztery siostry. Wszystkie pięć zostało wydanych za mąż za pięcioro braci z innej bramińskiej rodziny (tak się ładnie złożyło). Wszystkie wesela miały miejsce tuż po II wojnie światowej. Pierwsze dzieci zaczęły się rodzić jednak dopiero jak młode żony osiągnęły lat 20 i ukończyły przynajmniej liceum. Wszystkie dożyły późnej starości i doczekały się wnuków, a w niektórych przypadkach i prawnuków. Dobra, jestem mniej zła, ale za to na pewno zawiedziona. Dawno już zapoznałam się z krytyką Matki Teresy czy Gandhiego, innych indyjskich ikonach, uwielbianych na całym świecie a mocno krytykowanych w Indiach. Te mnie jednak aż tak bardzo nie zbulwersowały. Myślę o innych „wielkich tego świata” – czy tylko Dalajlamę można uczciwie, absolutnie podziwiać?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Wkurzyły mnie jeszcze te niedawne protesty, które trwają nadal, choć teraz już tylko symbolicznie. Że w ogóle muszą mieć miejsce, ponieważ bezpieczeństwo studentek jest zagrożone, a rektor okazał się frajerem nasyłającym na studentów swoich goons. Wkurzyło mnie też to, że w końcu rektor nie został odwołany. Przykre, bo przecież tak bardzo chciałabym, aby mój nowy uniwersytet dał się lubić w stu procentach, a nie tylko w wymiarze studenckim i departamentowym.


Wczesna jesień to w Bengalu okres intensywnie świąteczny – tydzień temu skończyła się wielka Durga Puja i zestaw towarzyszących jej pomniejszych świąt, po niej było kilka dni obchodów Eid, w przyszłym tygodniu będzie Diwali. Również pogoda wyraźnie sprzyja spotkaniom towarzyskim. Teraz zaczynają się gry w karty – Diwali to świetny czas na domowy hazard; gra się we flash, coś co nazwać by można ubogą wersją pokera, stawia się drobne kwoty, a im więcej uczestników tym zabawniej. Przez cały miesiąc ma także miejsce masa prywatek, wyjść rodzinnych czy domówek – zarówno z dziadkami i babciami, jak tylko w gronie młodych. Te ostatnie raczej wyłącznie dla upper i upper-middle class – grup społecznych, które zazwyczaj nie mają nic przeciwko temu, aby ich dzieci wybierały się na mieszane płciowo imprezy do swoich znajomych. Niże kasty, gdzie segregacja płci nie jest tak silna, także mają do sprawy zdrowe podejście. Jedynie pretensjonalna moralność klasy średniej patrzy krzywo nawet na dziewczyńskie sleepovers.

R. wpadł na tydzień na początku października. Przyjechał w związku ze świętami oraz w związku z przerwą w zajęciach na Id w muzułmańskim Bangladeszu, gdzie studiuje. Także w tym roku jego urodziny wypadły w Puję (która podobnie jak Wielkanoc jest świętem ruchomym, ale jej datę wyznacza się według kalendarza lunarnego, nie zaś solarnego). Było więc bardzo przyjemnie; oprócz codziennych zajęć – to jest oprócz mojej pracy przed komputerem, a jego spędzania czasu z rodziną – włóczyliśmy się sporo po mieście, odwiedzając różnych znajomych.

Kalkuta wygląda teraz pięknie, cała rozświetlona lampkami choinkowymi, które wiszą tutaj od tygodnia przed Durga Pują (to jest powiedzmy od 23 września), a zostaną jeszcze przez tydzień po Diwali (koniec października). Atmosfera jest iście karnawałowa (w Bengalu Durga Puja kończy Stary i rozpoczyna Nowy Rok), dla mnie zaś raczej gwiazdkowa w znaczeniu bożonarodzeniowym. W tym roku nie będę w Polsce na Święta i jest to dla mnie nowe doświadczenie – będzie to bowiem nie tylko moja pierwsza Gwiazdka poza krajem (albo raczej pierwsza nie z rodziną), ale także moje pierwsze urodziny bez bliskich (prawie bez nich, gdyż mój Tata przyjeżdża w końcu w odwiedziny!). Jestem dzieckiem gwiazdkowym i święta Bożego Narodzenia mają dla mnie przede wszystkim – o ile nie wyłącznie – wartość rodzinno-towarzyską (jesteśmy przecież całą rodziną innowiercami różnego rodzaju, częściowo buddyjskimi, a częściowo ateistyczno-antropologicznymi).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nadejście października oznacza w Indiach coś więcej niż tylko miesiąc świąt, urlopów i braku zajęć. To początek sezonu turystycznego i do Kalkuty zaczynają zjeżdżać całe tabuny spragnionych wrażeń backpackersów, ale także zorganizowanych grup turystycznych. Jest na co popatrzeć, zwłaszcza teraz, nie przeczę! Październik to jednak także moment w którym w mieście pojawia się nowa porcja wolontariuszy, spieszących ratować biedne, przeludnione Indie.

Rozmawiałam ostatnio z O., moją włoską przyjaciółką, która od lat pracuje w Indiach zajmując się kwestiami plemiennymi. Z jakiegoś powodu nasza rozmowa zeszła na temat wolonatryzmu, szczególnego zjawiska ostatnich lat, które jest w skrócie ni mniej ni więcej a jedną z form neokolonializmu. Oto wykształcona, mniej lub bardziej bogata (na pewno bogatsza niż osoby, którym pomagają) młodzież kulturowo rozumianego Zachodu przyjeżdża na miesiąc, trzy lub rok do Kalkuty, znanej w świecie ze swojej stereotypowej biedoty i bijącej rekordy liczby żebraków (kompletny mit; tak może i było pół wieku temu…). Przyjeżdża ta młodzież szerzyć wiedzę – Francuskie nastolatki uczą angielskiego (!) dzieciaki w slumsach, opiekują się starszymi osobami w punktach pomocowych, prowadzonych przez zakonnice Matki Teresy, uczą młode dziewczęta szycia na maszynie czy obsługi komputera, słowem – zbawiają świat.

Nie ukrywam, że nie cierpię tego rodzaju wolontariuszy, którzy ze swoim świętobliwym nastawieniem bardziej szkodzą niż pomagają. Uczą dzieci ze slumsów, że bogaty Zachód i sprzedawane przez niego wartości to ten lepszy świat, że muszą być wdzięczne białym (przeważnie) ochotnikom za udzielaną im pomoc. Max Forte w najnowszej edycji Alert Press Vol. 4 (dostępna w całości on-line tutaj), dostrzega w tych wolontariuszach po prostu turystów, hipokrytów pragnących podbudować swojego ego modną „pomocą” ubogim, zupełnie tak jak robiły to w XIX wieku cierpiące na nadmiar wolnego czasu arystokratki.

Nie twierdzę, że cały ten wolontaryzm to zatrważająca zbrodnia, ale jest to jednak na tyle pretensjonalne zjawisko, że za każdym razem jak widzę kolejną naiwną Hiszpankę czy Francuzkę, przemierzającą Kalkutę w spodniach typu Western-Indian-style, bolą mnie zęby. Niektóre NGO zaczęły bardziej przypominać alternatywne agencje turystyczne, oferujące „niezapomniane przeżycia oraz autentyczne doświadczenie prawdziwego życia w Indiach”.

Zastanawia mnie – jak tak bardzo zależy tym wszystkim złotym duszom na dobru indyjskich dzieci czy starców, czemu nie wspomóc finansowo istniejących indyjskich organizacji pozarządowych lub zmusić lobbyingiem rząd indyjski do rozwoju programu opieki społecznej (stan tragiczny)? Dlaczego bogate dzieciaki ze Stanów czy Australii mają naprawiać Indie, przywożąc ze sobą swoją tożsamość i styl życia, swoją „lepszość”, swoje szczęście – bo przecież miały go więcej, skoro nie urodziły się na przedmieściach Kalkuty i nie wyszły za mąż w wieku lat 15, czyż nie? Tacy wolontariusze to po prostu pukający od drzwi do drzwi akwizytorzy, którzy zamiast sprzedawać polisy ubezpieczeniowe (nieświadomie) sprzedają swoją zachodniość.

Kiedy Globalna Północ próbuje pomóc Globalnemu Południu bardzo często kończy się to paskudnie. Nie będę przywoływać tutaj przykładów amerykańskiego imperializmu, który tak bardzo chciał ulepszyć Japonię czy Wietnam (efekty znamy), nie będę cofać się do czasów kolonializmu – bo przecież kolonie też miały służyć szerzeniu osiągnięć naszej wspaniałej cywilizacji, a towarzyszące im misje szerzeniu jedynie słusznego chrześcijaństwa. Zamiast tego zabijały jednak kultury lokalne, miejscowe zwyczaje, wierzenia, systemy wartości. Czasem, zbyt często, dosłownie. Najprostszy przykład – Ameryki, najbliższy z Indii – Australia, Nowa Zelandia. Ale miałam o tym nie pisać, bo to przecież oczywiste.

Oprócz tych naiwnych „wolonturystów”, są jednak jednostki cudzoziemskie, które przywracają wiarę w rozsądność homo occidentalis. To wszyscy Ci, którzy przyjeżdżają do Indii nie po to, aby zbawiać świat, ale po to aby faktycznie pomóc – to badacze (tacy jak ja, he he), którzy prowadzą tutaj badania we współpracy z indyjskimi ośrodkami; to praktykanci, którzy zatrudniają się za minimalne wynagrodzenie w lokalnych organizacjach pozarządowych, aby uczyć się – o kulturze kraju, sztuce ludowej i plemiennej, klasycznym teatrze, praktykach rozwojowych; to w końcu indolodzy, studenci  – ci którzy przyjeżdżają szlifować język, zostać nauczycielami jogi czy tańców klasycznych. Wszystkie te grupy łączy jedno – szacunek dla kraju, jego kultury, obyczajów. A nawet biedy. Brak litości, która zbyt często ma wiele wspólnego z pogardą (niestety nie raz słyszałam dziewczęta, wolontariuszki zszokowane „warunkami życia” dzieci z którymi pracują). Mają bardzo jasne podejście do tego co robią – chcą się czegoś nauczyć (a nie przyjeżdżają łaskawie uczyć innych), chcą pomóc, ale są pełni pokory, wiedzą że najpierw trzeba nauczy się jak.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Należy do nich T., mój szwedzki kolega, z którym chodzę na zajęcia z bengalskiego. Mieszka w Indiach już pięć lat razem ze swoją dziewczyną, Bengalką. Jest informatykiem, ale pracuje w lokalnym NGO, pomagając rozwijać organic food movement w Kalkucie (przypomina np. warszawskie kooperatywy spożywcze). Zapytany o to co myśli o przyszłości kraju odpowiada, że Indie nie popełniły jeszcze wielu błędów, które myśmy kiedyś zrobili (i ma tu na myśli tą bogatą, nowoczesną Szwecję!). T. przyjechał do Indii na staż w jednej z firm informatycznych. Został, bo uważa że są tu lepsze warunki do życia niż w Europie – i ludzie są milsi. Choć dodaje, że to pewnie dlatego że jest blondynem o niebieskich oczach. Otwarcie przyznaje, że wie że ma łatwiej przez kolor skóry – gdyby był ciemnoskórym Szwedem, np. z pochodzeniem afrykańskim, mogłoby być nieco inaczej. Ale tego akurat T. nie lubi. Choć do dziwnego traktowania, dystansu z jakim się spotyka, podejrzliwości, tego, że rzuca się w oczy, dawno się już przyzwyczaił. Każdy musi, jeśli chce tu zostać.

Do podobnej kategorii należy także L., Wenezuelka. Też chodzi ze mną na bengalski, w Indiach mieszka już trzeci rok. Jest członkinią ruchu Hare Krishna, mieszka w lokalnym aśramie. Ubiera się w sari z wprawą, jej skóra jest jednak w odcieniu jasnego brązu. Na początku myślałam, że jest po prostu Induską, która wyemigrowała do Kalkuty z południa kraju (tam Indusi są trochę ciemniejsi niż ci z Północy). L. ma jednak po prostu afro-amerykańskie korzenie. Sama przyznaje, że jej wygląd jest sporym ułatwieniem, ponieważ nie nie onieśmiela Indusów. L. nie rzuca się w oczy co ma też duże znaczenie praktyczne – jest dzięki temu bezpieczniejsza, zwłaszcza jeśli tak dobrze nosi sari.

T., kiedy rozmawialiśmy o kwestiach koloryzmu i rasizmu, przyznał że jego karnacja głównie ułatwia mu życie, ale wie że jego płeć ma tutaj istotne znaczenie. Bycie białą kobietą w Indiach jest o wiele trudniejsze – nawet jeśli ubierzemy się w salwar kamiz czy sari, zawsze będziemy odstawać, zwracać uwagę. Kojarzymy się też Indusom z wyzwoleniem seksualnym, bo przecież w tych wszystkich zachodnich filmach białe kobiety są takie śmiałe, uprawiają seks kiedy chcą, noszą się jak chcą. No i są jeszcze filmy pornograficzne zdominowane przez białe kobiety, półnagie tancerki z Rosji, zatrudniane w produkcjach Bollywood do scen tanecznych, kiedy potrzeba pokazać większy fragment kobiecych nóg, są też białe cheerleaderki z RPA, które umilają czas kibicom podczas meczów w krykieta.


IMG_20140926_204834

Kiedy w pocie czoła ślęczałam nad esejem o Tagore i jego poglądach religijnych, często zastanawiałam się (przyznam, prokrastynacyjnie) nad sensem pisania (z cyklu „czy ktoś to w ogóle czyta?”). Z każdym rokiem piszę coraz więcej, a odkąd zaczęłam prowadzić tego bloga piszę w swojej głowie codziennie – za każdym razem kiedy przeżywam coś, co warto by opisać w Indiopolu. Zaczęłam inaczej doświadczać moją indyjską codzienność, bardziej świadomie, bo moje myślowe notatki przypominają te, które robiłabym prowadząc badania etnograficzne. Jestem tu jednak w stanie migracji, po prostu mieszkam w Kalkucie.

Kiedy mam takie dni w które się złoszczę – gdy myślę że ktoś chciał mnie oszukać, biorąc mnie za naiwną turystkę, kiedy nieprzyjemnie zaskoczą mnie kulturowe różnice, albo w sytuacjach w których ktoś wziął mnie za jednego z tych paskudnych wolonturystów – coraz częściej towarzyszy mi myśl, że mam do tej złości prawo. Że mam prawo się wkurzać na złe traktowanie, na klasyfikowanie, na głupotę ludzką – tak samo wkurzałabym się na nią (lub tak samo bym ją ignorowała, w większości przypadków) mieszkając w Polsce. Mam prawo nawet zawsze będę homo occidentalis. To uczucie „prawda do” wydaje się bezpośrednio związane z rosnącym we mnie poczuciem zadomowienia się, z którym trudno było jeszcze w lipcu, tuż po powrocie z ojczyzny.

I znów małe rzeczy sprawiają mi ogromną przyjemność, budząc wspomnienia. Przypominając mój pierwszy dom, sprawiają że tworzy się mój drugi – tutaj. To małe rytuały. Możliwość kupienia w indyjskiej sieciówce kawy a la Starbucks, która smakuje dokładnie tak samo jak ta, którą w paskudnie depresyjne zimowe wieczory kupowałam za ostatnie grosze w Coffee Heaven w BUW; tutaj też działa zbawiennie, tylko dawna odrobina studenckiego luksusu zamiast 15 kosztuje teraz 5 PLN. Zastąpienie rytuału między-zajęciowego kupowania bułki w Galerii Wypieków i zapijania jej sokiem pomidorowym przystawaniem na ulicy na chai czy masala ThumbsUp z batata puri. Po prostu rutyna, rzeczy które robi się codziennie, a które są tej codzienności symbolem. A teraz jeszcze doszły te lampki choinkowe, które dla mnie – bożonarodzeniowego dziecka – są kwintesencją domowości. Nawet jeśli w moim nowym indyjskim domu wiszą na palmie.

Otagowane , , , , , , ,

Indiopol: Prawo adaptacyjności

Leje ostatnio intensywniej. Zupełnie tak jakby monsun chciał się wypadać na zapas, zanim skończy się czas wyznaczony w kalendarzu na porę deszczową. A to już niedługo – z początkiem września zelżały upały, a z jego końcem odpuszczą deszcze. Powietrze stanie się suche, ostrzejsze, a temperatura zacznie powoli spadać, aż osiągnie z nadejściem zimy (która zaczyna się w listopadzie) przyjemne 20-kilka stopni. Być może właśnie dlatego wykładowcy zdecydowali się wykorzystać tę wciąż niezbyt sprzyjającą wychodzeniu z domu aurę, aby zapędzić znudzonych studentów do książek, ogłaszając egzaminy śródsemestralne (internal exams). Choć przyznać trzeba, że jak już pogoda zrobi się naprawdę świetna, a temperatura w nocy będzie spadać nawet do swojskich 17 stopni (smaczne spanie możliwe bez AC lub wiatraka, szał!), pojawi się na horyznocie piękna i tłuściutka sesja zimowa. A w nagrodę będę mogła założyć wełniany sweter na egzamin. Jej!

Oficjalne "połowinki" na JU, to i jam wystrojona

Wrzesień, oprócz zmiany pór roku, oznacza także rozpoczęcie sezonu turystycznego w północnej części Indii. Upały oraz ulewne deszcze ustępują miejsca falom turystów, którzy nawiedzać będą Kalkutę nieprzerwanie do marca, kiedy temperatury znowu zaczynają uprzykrzać życie. Nadchodzącą zmianę zarejestrowało moje konto na portalu Couchsurfing – będąc chyba jedyną cudzoziemką oferującą „kanapę” podróżującym w tym mieście, jestem wyjątkowo popularna. Głównie wśród kobiet – bardzo trudno znaleźć w Kalkucie indyjskiego hosta, który nie był by mężczyzną. W Indiach Couchsurfing jest bowiem bardzo często wykorzystywany w celach matrymonialno-towarzyskich (co swoją drogą zdarza się także i w Europie, i nikogo nie powinno dziwić…).

Wracając do turystów. Mówi się, że podróże kształcą. I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Jedziesz gdzieś, zwiedzasz, poznajesz nowych ludzi, nowe miejsca, smaki, zapachy. Zachwycasz się, dziwisz, zapamiętujesz (lub zapominasz) i wracasz do siebie. No może jeszcze jakieś zdjęcia porobisz i kupisz pamiątki. To jest bycie turystą. Tymczasowość bycia „tam”, które wykorzystujesz po to aby odpocząć (no bo po to są wakacje, czyż nie?).

Turystyczne „tam” może być pod miastem, w sąsiednim kraju lub na sąsiednim kontynencie. Swoje „tam” mają także antropologowie. Choć wielu z nas nie jeździ dziś już nigdzie, robiąc badania „tu” – u siebie, w swojej piaskownicy – i nie chodzi tylko o przestrzeń „za rogiem”. Terenem badań dla antropologa może być wszystko – popkultura, Internet, rynek, media, wyliczać można bez końca, o czym z resztą pisze Nigel Rapport (pisze sensownie, ale z całą powagą używa np. takich sformułowań jak cultural primitive [1]). Ale tak, wielu z nas wciąż jeździ there, jak by rzekł pan Clifford Geertz [2] z uroczym (?) kalifornijskim akcentem (czy istnieje w ogóle coś takiego…?).

Podczas studiów antropologicznych wielokrotnie słyszymy taki żart – że jak ktoś idzie na etnologię lub antropologię to sobie wyobraża, że będzie przez większość czasu podróżował, poznawał ludzi i zbierał materiał. Zupełnie jak India Jones! Niestety czeka nas spory zawód. I nie chodzi oczywiście o to że nie będzie Arek Noego, kryształowych czaszek i ofiar z ludzi (chociaż kto wie; zaprawdę powiadam, dziwne rzeczy zdarza się antropologom badać…). Ale już tak na serio: szara badawcza rzeczywistość jest zgoła inna – bycie badaczem to przede wszystkim czytanie (aby się porządnie do badań przygotować) oraz pisanie (przepisywanie wywiadów, analiza zebranego materiału, jego opisanie i interpretacja). Jak można się domyślić, obie te czynności zajmują sporo czasu. I polegają głównie na siedzeniu przed komputerem lub książką. Taki urok zawodu. Ale oczywiście, w międzyczasie znajdujemy siebie „tam” (nawet jeśli oznacza ono bycie „tu”) i to being there makes a diffrence. To kwintesencja bycia etnografem, istota jakości w badaniach jakościowych. Bezcenne, niezastąpione doświadczenie.

Codzienność

A więc jeździmy na krócej lub dłużej, bliżej lub dalej. Zapytać by można, co tak naprawdę różni nas od turystów? Być może odpowiedzią na pytanie będzie zależność, którą roboczo nazwałam prawem adaptacyjności. Zasada nr 1 brzmi: stopień konieczności zaadaptowania się do środowiska, w którym się znaleźliśmy, pozostaje w ścisłym związku z celem naszego się w nim znalezienia. Zasada nr 2 to zaś: Trudność w zaadaptowaniu się do danego środwiska jest proporcjonalnie zależna do czasu, jaki zamierzamy w nim spędzić. Im dłużej, tym trudniej.

Odwołując się więc pół żartem, a pół serio do tej teorii, skleconej na potrzeby niniejszego tekstu, można stwierdzić więc co następuje (według zasady pierwszej): w przypadku turysty, którego celem jest chęć odpoczynku i który aby ten cel osiągnąć nie musi wchodzić w bliższe relacje ze środowiskiem w którym się znalazł, stopień konieczności jego zaadaptowania się – dostosowania – do świata w którym się znalazł jest niewielki. W przypadku antropologa proporcja ta jest jednak zgoła inna – będąc w terenie badań, z którego chcemy przywieźć jak najwięcej materiału, wchodzimy w interakcje z naszymi rozmówcami, z osobami, które udzielają nam wywiadów. Obserwujemy, uczestniczymy, angażujemy się osobiście, uczuciowo – nie tylko po to, aby zdobyć zaufanie społeczności czy poszczególnych jej członków, ale także dlatego że nie możemy tego uniknąć. Siłą rzeczy więc musimy, albo raczej po prostu chcemy się dostosować do wymogów badawczej codzienności. Konieczność tego zaadaptowania się  wyposażona jest jednak zawsze w „wentyl bezpieczeństwa” – nie ważne czy badania się udadzą czy nie, prędzej czy później wrócimy „do siebie”. Sytuacja oczywiście ulega diametralnej zmianie w sytuacji, kiedy niegdyś badawcze (lub turystyczne) „tam” zamienić ma sie w nasz dom.

Pamiętam dokładnie pierwsze tygodnie mojego pobytu w Indiach, tuż po przyjeździe do Kalkuty w lipcu zeszłego roku. Wylądowałam tu wówczas z bagażem nadziei oraz obaw – wciąż na turystycznej, półrocznej wizie, ale jednak tak, przeprowadzam się do Kalkuty. Za rok rozpocznę tu studia, teraz będę robić swoje badania, ale też żyć i pracować z R. Mój status z quasi-turystyki i antropolożki zmienił się w migrantkę, a konieczność zaadaptowania się do wymogów kalkuckiej rzeczywistości stała priorytetem. Według zasady nr 2 prawa adaptacyjności, trudność tego zadania jest wyjątkowo wysoka. Migrant choć może czasem myśleć o powrocie w rodzinne strony lub przenosinach gdzieś indziej, osiada w danym miejscu z intencją w nim pozostania na znacznie dłuższy okres czasu oraz zadomowienia się (co równa się emocjonalnym związaniem z miejscem; zazwyczaj przynajmniej). Są jeszcze kosmopolitanie, o których pisze m.in. Ulf Hannerz, ale o tym innym razem [3]. W każdym razie, w przypadku migracji, nie chodzi więc ani o odpoczynek od codzienności (turysta), ani o zebranie materiału badawczego (antropolog).

Interesujące jest co się dzieje z „ja” w takim właśnie procesie migracyjnego osiedlania się. Otóż z mojego doświadczenia – oraz z doświadczenia fellow migrants w Kalkucie – najtrudniejsze są pierwsze dwa-trzy miesiące. To pierwszy okres adaptowania się, który czasem poprzedzony jest około dwoma-trzema tygodniami euforii oraz ekscytacji przebywaniem w nowym miejscu. W przypadku Indii obecność tej euforyczności jest wyjątkowo dyskusyjna – w zależności od otrzymanej wizy czeka człowieka najpierw cała masa roboty papierkowej, ewentualnie problemy ze znalezieniem mieszkania. W zależności od celu przyjazdu może być łatwiej, a może być trudniej. Jeżeli czeka na nas ktoś bliski zazwyczaj mamy od razu przyjemne miejsce do mieszkania, jeżeli zaś przyjeżdżamy tutaj na roczny wolontariat (liczne przypdaki w Kalkucie) jest o wiele trudniej; lokum musimy sobie wówczas załatwić sami, punktem startowym jest zazwyczaj niezbyt kosztowny i niezbyt przytulny hostel.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Brak miejsca, do którego można wrócić po ciężkim dniu pracy i odizolować się od męczącej rzeczywistości, jest jedną z największych przeszkód w procesie dostosowywania się do nowego środowiska. Ja wylądowałam w Kalkucie w samym środku monsunu, zastając mieszkanie R. w nienajgorszym stanie, jak sobie teraz pomyślę w jakich warunkach niektórym „nowym” przychodzi tu na początku żyć. Wówczas jednak nie byłam tak optymistyczna. Przeskok z oswojonego, przytulnego domu w Warszawie do przestrzeni pełnej kurzu i różnych, dziwnych istnień (z czego najgorsze nie są nawet karaluszki, a niegroźny acz niezmordowany fungus, który pokrywa w porze deszczowej wszystkie drewniane, niezabezpieczone powierzchnie oraz ubrania, pozostawione nieopatrznie same sobie na zbyt długo).

Prawdę mówiąc wcale jednak nie chodzi o ten cały kurz, to szczegóły. To co jest głównym problemem to strach przed zostawieniem tego co znane na rzecz bliżej nieokreślonej przyszłości. Utrata stabliności, ryzyko – to jest to z czym migrant, ja musiałam sobie radzić.

Pierwsza rzecz jaką wówczas zrobiłam to zaadaptowałam mieszkanie – wysprzątałam (z pomocą pomocy domowej mamy R., tyle tego było) oraz wyznaczyłam sobie swoją przestrzeń – postawiłam własną szafę i biurko. Uff, dobra. Teraz jestem bardziej „u siebie”. Przez kolejne miesiące mojego pobytu w Indiach zaczęłam rozbudowywać swoja kolekcję rzeczy, które sprawiają że czuję się tutaj bardziej w domu. Oprócz, wspomnianego już kiedyś, wypracowania systemu poruszania się samej po mieście oraz ubierania się, wsiąkłam w życie codzienne rodziny R., opierające się głównie na jedzeniu wspólnie kolacji (najważniejszy posiłek dnia). Zaczęłam także gotować więcej „mojego” jedzenia – pasty, kotelty, puree, sałatki, słowem: wszystko to co jadłabym na codzień w Warszawie. W miarę możliwości kuchennych i składnikowych oczywiście. Próbowałam upiec nawet prawdziwy chleb, ale tutejsza mąka nie zdała jednak egzaminu. Wychodzą natomiast naleśniki, ciastka, tarty. Udało się zrobić kopytka, placki ziemniaczane, a jak po kilku miesiącach przyjaciółka A. wpadła w odwiedziny, przywożąc kapustę kiszoną, zrobiłyśmy z moją mamą (też akurat była) wspaniałe pierogi z kapustą i grzybami (pieczarki co prawda, ale nie wybrzydzajmy). Wspaniale, mniam mniam mniam. Zupełnie jak… w domu?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

No właśnie. Od pamiętnego lipca minął już ponad rok. W moim warszawskim domu mieszka teraz moja przyjaciółka M., a moje graty spakowałam i zniosłam do piwnicy. W końcu przecież będę siedzieć tutaj – bez względu na to co się wydarzy w moim życiu towarzyskim – przez pełne cztery semestry moich studiów. No więc, wyemigrowałam na te dwa lata.  I teraz tu jest mój dom, mam w Kalkucie miejsca które są „moje”, wypracowała nowe nawyki jedzeniowe, ubraniowe, nowe sposoby relaksowania się, spotykania z ludźmi, nawet przyzwyczaiłam się do wszechobecnej klimatyzacji. Ciągle jednak buduję swoją społeczną intuicję – tę niewypowiedzianą umiejętność rozpoznawania „kategorii” społecznych, tego kto jest kim po tym jak się zachowuje i jak wygląda, jak mówi. Nawet nie wiem jak to nazwa poprawnie, ale chyba wiecie o co mi chodzi. To jest co decyduje o naszym „byciu u siebie” – to że potrafimy poruszać się w ludzkiej plątaninie, wiemy z kim jak rozmawiać, rozpoznajemy konteksty kulturowe w mgnieniu oka. Ale to buduje się przez lata, także. Aste aste. Powolutku. Co będzie dalej, zobaczymy.

W międzyczasie jednak jestem „tu” (i teraz), które kiedyś było moim badawczym „tam”. Co się zmieniło, kiedy teren badań przestał być tylko terenem badań? Za każdym razem kiedy jedziemy gdzieś there, jesteśmy trochę innymi sobą. Wszystko zależy od tego gdzie i na jak długo. Zastosowanie ma tu prawo adaptacyjności – adaptujemy się do okoliczności, dopasowujemy swoje „ja” odrobinę, w zależności od sytuacji. I to moje kalkuckie, migracyjne „ja” jest inne od tego warszawskiego. Poza zmianą nawyków życia codziennego, prowadzę obserwację uczestniczącą cały czas, kiedy jestem „na mieście”. Czemu? Otóż chodzi o to, że cokolwiek nie zrobię z tym jak wyglądam, zawsze będę widzialna. Świadomość tego, że jestem obserwowana nie pozwoli mi w pełni zapomnieć o tym, że pochodzę skądinądś i zawsze będę pomiędzy, ani „tu”, ani „tam”.  Jedną nogą w Europie, na Zachodzie – z moim gustami, smakami, wychowaniem, wykszatłceniem, a drugą tutaj – z tym co zyskuję i kim się staję mieszkając w Indiach. Jak rzekł raz pewien mędrze zwany Heraklitem z Efezu – no man can cross the same river twice because neither the man nor the river are the same.

I tak, kiedy uczę się do egzaminów podczas tej mini-sesji, odczuwam niesłychaną – i zadziwiającą – przyjemność z przerabiania po raz kolejny teoretyków myśli socjologicznej, zarówno tych klasycznych, jak i współczesnych. Uczę się o Spencerze, uczę się o Simmerze i przypominają mi się pierwsze lata studiów w Instytucie Etnologii na Żurawiej. To miłe wspomnienia, bo to już było – to samo robiłam w „tamtym”, polskim domu. I to że to samo robię teraz w tym „nowym” sprawia, że czuję się tak jakbym odtwarzała historię, za jej pomocą oswajała tę rzeczywistość. Tak jakbym związywała się teraz z tym miejscem, z tymi ludźmi – studentami, wykładowcami – poprzez znane rytuały, ewokujące wspomnienia, które przynoszą poczucie bezpieczeństwa.

Choć to też w pewnym sensie dziwne, że duża część historii myśli socjologicznej i tutaj składa się z tych samych teoretyków. No dobra, może nie dziwne, ale w jakimś sensie niepokojące… taki uniwersalizm zdominowania nauk wszelakich, w ich zalążku, przez „ludzi Zachodu”… Hm, nie wiem nawet jak to uczucie zwerbalizować. Mam tylko nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi.

Takie antropologiczne doświadczenie codzienności. Tyle na dziś.

[1] N. Rapport, The Narrative as Fieldwork Technique [w:] Constructing the Field: Ethnographic Fieldwork in the Contemporary World, red. V. Amit, Londyn 1999

[2] C. Geertz, Works and Lives, Cambridge 1988

[3] U. Hannerz, Two Faces of Cosmopolitanism: Culture and Politics, Sztokholm 2006

Otagowane , , ,