Category Archives: Info

Indiopol: Anthropology at home, which wasn’t

Każdy tak ma. Albo inaczej – mam nadzieję, że każdy tak ma. O poranku, popołudniu, wieczorem. W takich chwilach należy niezwłocznie – za radą wiadomo czyją – wybrać się do kuchni po hot beverage. Może uda się ją jeszcze przechytrzyć? Niepewność wychyla zza rogu czubek swojego przydługiego nosa za każdym razem, gdy tylko na chwilę stracimy uważność. I zaraz – haps! Wyciąga te lepkie paluchy, wielkie oczy łypią putską. Towarzyszy jej strach, niemoc, lęk. Lubi momenty przełomowe. Mlask, aż oblizuje się z apetytem!

Uprawiamy antropologię codzienności. Ha! A może to tylko pretekst, aby antropologizować te elementy swojej marnej egzystencji, które akurat najbardziej zwracają naszą uwagę? Oczywiście! Miejmy dziś zatem antropologię niepewności.

Cindirella from Disney Wikia

Siedziałam sobie wieczorem na dachu mojej kamienicy w Kalkucie. Marzec, indyjska wiosna, upał nie do zniesienia, sucho do granic. Ale już wieczór, więc codzienna bryza znad rzeki Hoogli zamiata miasto. Moje mieszkanie bez klimatyzacji nie sprzyja myśleniu, pracuję więc najczęściej nocą, prowadząc wampirzy tryb życia.

– Czas wracać! – Głos rozsądku nie daje za wygraną. A dopiero co spędziłam rozkoszny miesiąc w Polsce!

Tak. W chwilach niepewności, w chwilach zwiątpienia oglądam bajki Disneya lub komedie romantyczne z lat 90. Czemu? Kiedy widziałam je po raz pierwszy, idea poczucia niepewności – w obliczu nadchodzących zmian, potrzeby dokonywania życiowych wyborów i innych równie ekscytujących wydarzeń, jak np. starzenie się – była mi w zasadzie nieznana. Jeżeli już pojawiały się w moim sercu jakieś obawy to dotyczyły raczej wydania tych kilku złotych kieszonkowego. Odwieczny dylemat, czy kupić oranżadę w proszku, Prince Polo, a może wypaśną różową gumkę do ścierania w kształcie świnki.

W czwartej klasie podstawówki podłapałam czytanie książek trochę bardziej poważniejszych. Poza przerabianiem wszelkiej możliwej fantastyki, która wpadła mi w ręce, wciągnęły mnie reportaże i książki o Azji. W mojej ogromnej rodzinie, profesjonalnie zajmującej się materialną i duchową kulturą Dalekiego Wschodu, było ich z oczywistych względów co nie miara. Na półce w domowej biblioteczce znalazłam więc – among others – Tiziano Terzani. Co dalej, możecie domyśleć się już sami.

Tego wieczoru w Kalkucie, siedząc w półmroku na dachu i podglądając życie towarzystkie sąsiadów, poczułam się osamotniona i zagubiona w stopniu jeszcze sobie dotąd nie znanym. W latach wcześniejszych mojego niedługiego (na razie) życia byłam zawsze bardzo zajęta. Aktywność naukowa, zawodowa i pozarządowa (oraz towarzyska) przeplatały się ze sobą, a ja nie miałam czasu zastanawiać się jeszcze nad tym co dalej. Ach! Jaki błogi był to okres.

Z czytania Terzani zapamiętałam kilka istotnych frazesów. Przede wszystkim jednak, „there are two things that grant a bit of immortality: books and children”. Jako że perspektywa przełączenia się na interfejs krzemowy wydaje się na razie zbyt odległa, te już dostępne formy nieśmiertelności wydają się dość zachęcające.

Dwa lata w Indiach. Badania terenowe, dużo, różne – check. Teksty naukowe – check. Zawirowania w planach życiowych – check. Ograniczające studia na indyjskim stypendium w małomiasteczkowej Kalkucie – check.

Wciąż gorący po upalnym dniu dach kalkuckiej czynszówki. Schylam się po talerz winogron. Czyżby słuch mnie mylił? Skądże! Zatrzeszczało w kościach.

Antropologizowanie własnej codzienności bywa kłopotliwe. Zwłaszcza, jeśli jego konsekwencją jest rozkładanie na czynniki pierwsze konstruktów kulturowych czy zjawisk społecznych, stanowiących podwaliny życia jednostki. Każdy adept antropologii – taki pełnowymiarowy – przechodzi przez kryzys jeszcze na studiach. Bywa, że taka auto-dekonstrukcja boli do szpiku kości. Niekiedy trzeba  – czasem po raz pierwszy w życiu – przemyśleć sobie  własną wiarę, przekonania, kodeks moralny, więcej, całą tożsamość! Po pewnym czasie kryzys mija. Zszywamy siebie spowrotem w jeden kawałek. Ale nie ma zmiłuj, antropologu! Obciążająca samoświadomość (raczej) nie opuszcza nas definitywnie, nawyk dekonstruowania, antropologizowania okazuje się już nazbyt dobrze zakorzeniony! Nie u wszystkich, nie zawsze. Ale u wielu. W tym u mnie.

Studiując na Żurawiej mało interesowały mnie tematy czysto etnologiczne. Zajęcia poświęcone rodzinie, poczuciu wspólnotowości, tożsamości narodowej nie brzmiały interesująco. Polityka, ekonomia, rozwój, rolnictwo? Tak! Kto by się przecież zastanawiał czym jest dom? Et!

W antropologii jest takie pojęcie – anthropology at home. Antropologia w domu. I jest jeszcze pojęcie native anthropologist. Antropolog lokalny robi badania na swoim podwórku. Kiedyś wzbudzało kontrowersje, bo pozytywistyczny paradygmat nauki jak mantrę powtarzał „obiektywność”. Wiadomo było, że socjologowie, schowani za rzędami cyfr, są w stanie ją osiągnąć, mimo że badają swoje „własne” społeczeństwo. Dziś już wiemy, że tak to nie działa.

Indie miały stać się dla mnie domem. Wyjeżdżałam, by zostać na czas nieokreślony. Słowem – wyemigrowałam. Własną przestrzeń mieszkalną w Warszawie wynajęłam, graty do piwnicy.

Indie nie spełniły pokładanych w nich nadziei, choć jakieś poczucie zadomowienia towarzyszyło mi przez pewien czas.

W półtora miesiąca rozwiązałam (prawie) wszystkie zobowiązania w Indiach, spakowałam manatki i od czterech miesięcy codziennie całuję ziemię warszawską. MA, MSc, PhD. Zmiany! Dużo zmian. Poza temperaturą – w chwili obecnej w Indiach, w przeciwieństwie do Polski, przynajmniej pada!

Antropologia niepewności oznacza tyle, że na nasze samopoczucie wpływa szereg wyobrażeń o podłożu wiadomym. Społeczno-kulturowym, rzecz jasna. Aspirujący naukowiec, taki jak ja, ma przecież przed sobą niepewną przyszłość. Na tym etapie szereg niewiadomych, brak jasno wytyczonej ścieżki kariery, poza dwoma hasłami – „granty” i „publikacje”.

D. zwykł mawiać w takich sytuacjach „Takie życie!”. Zabraniamy martwić, bać się, a nakazujemy śmiać się.

Od września Antropoludens będzie po polsku i po angielsku. Będą na nim recenzje książek wiadomych, będzie też nowy serial do czytania  „Homefield”. Taki jak ten amerykański „Homeland”, ale inny. Telenowela Indiopol, rzecz jasna, dalej będzie się pojawiać – jak bardzo Indie bywają cierniem w mojej stopie, wiedzą tylko moi bliscy, ale (nie)stety dały mi wiele, trudno więc mi o nich nie pisać. (Będzie z tego książka).

Jak byłam mała, chciałam być radiowcem, tak jak mój Tata. Także, STAY TUNED!

Reklamy

Indiopol: 31

Zmęczona kładę się na kanapie. Zaczynam zasypiać, ale po chwili z drzemki budzi mnie przeraźliwy skrzek. Pawie. W ogrodach sąsiadujących z mieszkaniem znajomych, u których się zatrzymałam, urzędują te dzikie bestie.

Pawie w Delhi panoszą się wszędzie.

Poranna kawa, widok z dachu mojego bloku.

Poranna kawa, widok z dachu mojego bloku.

Po chwili dochodzą mnie odgłosy z kuchni – to B. krząta się, przygotowując imprezę imieninową dla Ł., swojego narzeczonego. Oboje mieszkają w Delhi już jakiś czas. Ł. ma tu pracę w ambasadzie.

Za kilka godzin wsiądę w taksówkę na lotnisko, a stamtąd rosyjskie linie lotnicze zabiorą mnie do Warszawy. Ukradziony miesiąc niby-wakacji, zasłużony odpoczynek po dziewięciu miesiącach Indii non-stop. Dziewięć miesięcy poza Polską to co najmniej o trzy za długo. Miesiąc od-indyjskiego detoksu w Polsce to przy tym zdecydowanie za krótko, ale trzeba wracać do Kalkuty.

31 idealnych dni w Warszawie.

I w środę 18 marca znowu Delhi, ląduję o czwartej nad ranem. Czemu Delhi, zapytacie? O wiele tańsze bilety. Trzeba tylko wytrzymać potem te dwadzieścia godzin w Rajdhani Express z powrotem do Kalkuty. Zdecydowanie warto.

Także tak: Delhi na 1,5 dnia, a potem wracamy na studia, z których bezczelnie na miesiąc zdezerterowałam.

Zapytać by można, który to już raz wracam z Polski do Indii? Czwarty? Coś takiego. Nie mniej, za każdym razem jest tak samo. Czasem  lepiej, czasem gorzej. Tym razem było lepiej, bo Indio-panika  napadła mnie dopiero w połowie lotu do Delhi.

To nie jest w żadnej razie obrzydzenie, ale raczej taka instynktowna reakcja samozachowawcza. Organizm reaguje mniej więcej tak: „Co ja tutaj robię??? W tych Indiach? Po co ja tu jadę? Jak tu jest nieprzyjemnie/ trudno/ samotnie/ odludnie/ etc.!”. Najzabawniejsze jest, że reakcja taka towarzyszyła mi przy każdym lądowaniu w tym kraju, nawet jeszcze za czasów R. Od samego początku, najmocniej chyba w lipcu zeszłego roku, kiedy leciałam zaczynać tu studia.

Biharska prowincja po drodze do Kalkuty. Rajdhani Express

Biharska prowincja po drodze do Kalkuty. Rajdhani Express

Takim oto retorycznym pytaniom towarzyszy ścisk w sercu i strach. Lęk przed powrotem do codzienności zdominowanej przez poczucie obcości i, co istotne, odosobnienia. Gdybym mieszkała w Delhi, może było by łatwiej – tyle tam cudzoziemców, zupełnie inny świat. W Kalkucie są oni jednak rozproszeni, miasto nie zapewnia też zbyt wielu przestrzeni, w których można poczuć się bardziej na miejscu, bardziej bezpiecznie. Znaczy, jest takich miejsc parę, ale tak trudno do nich dotrzeć. No i też – z kim? Wyczekuję więc powrotu O., mojej Włoszki, do Kalkuty. Na ten czas, znowu jedynie naprawdę komfortową przestrzenią w tym mieście będą cztery ściany mojego mieszkania. Mówi się, że uczymy się najwięcej, czy też rozwijamy jako jednostki wychodząc poza tę swoją comfort zone. Ale jak długo można funkcjonować poza nią?

W Delhi przygarnia mnie na te dwie noce J. z rodziną. Jej mąż, Brytyjczyk, jest tutaj na kontrakcie. Mieszkają w Guragaon, dzielnicy biznesowo-biurowej, której w Kalkucie do pewnego stopnia odpowiada Salt Lake City. Mają piękne mieszkanie w wysokościowcu. Mogę się wyspać, wykąpać, odpocząć przed kilkunastoma godzinami w pociągu, ale także powoli przestawić i przyzwyczaić do tego, że tak, to znowu Indie.

Onigiri z bufetu w wypasionej amerykańskiej szkole. Koszt - 6 PLN

Onigiri z bufetu w wypasionej amerykańskiej szkole. Koszt – 6 PLN

Mieszkanie J. oraz świat w którym funkcjonuje z rodziną jest przyjemnie kojący. Daje poczucie bezpieczeństwa w swojej ponad-narodowości – dzieci chodzą do amerykańskiej szkoły (swoją drogą, świetnej), wystrój wnętrz domu J. jest przyjemnym pomieszaniem brytyjskości, kaszubsko-polskości z indyjskimi akcentami.

Zwiedzam z J. trochę Delhi, powoli aklimatyzuję się. Następny krok kolejnego dnia – z B. oraz A., która wraz z mężem Hiszpanem również jakiś czas mieszka w Indiach (oraz prowadzi świetnego bloga tu). Idziemy do jednej z przyjemniejszych dzielnic w mieście, po prostu na zakupy.

Delhi różni się bardzo od Kalkuty, która przy stolicy wypada po prostu peryferyjnie, prowincjonalnie. Duże przestrzenie, dużo parków, szerokie i (relatywnie) zadbane ulice. No i szereg bazarów, takich baz zakupowo-rozrywkowych, w których spotkać można mieszkających w Delhi cudzoziemców. Nie do pomyślenia w Kalkucie. Są to miejsca przyjemne – w starych kamienicach ponad sklepami dobre restauracje, puby i kluby muzyczne z prawdziwego zdarzenia.

20150320_105745

W Delhi jest dużo parków z ruinami.

Można przyjemnie mieszkać w Delhi. W każdym razie, dziękuje J. z rodziną, B., Ł. oraz A., że uczynili moją ekspresową, ponowną aklimatyzację tutaj przyjemniejszą, łatwiejszą.

Dziękuję też moim bliskim w Polsce, którzy wspierają mnie bez względu na głupotę/brawurowość moich decyzji. Bez nich nie wytrzymałabym w Indiach ani sekundy; świadomość, że gdzieś się przynależy i że jest ktoś na świecie, kto za tobą tęskni gdy cię nie ma, jest bezcenna. Też nie dramatyzujmy, koniec semestru – koniec kwietnia już za rogiem. Potem egzaminy. A co dalej? Zobaczymy.

Tukan.

Tukan.

etnograficzny surrealizm

Zbyt często jesteśmy uczestnikami rozmów, w których nijak nie możemy przekonać naszych rozmówców, że antropologia to nie tylko skanseny i kolekcjonowanie czerpaków zgrzebłowatych, zamorskie wyprawy, lub (w przypadku niskiego budżetu, czyli w większości przypadków) eskapady na polską wieś w celu poszukiwania i opisania hermetycznych systemów kulturowych, roboczo nazywanych w dwuosobowym kręgu antropologicznych cyników Balmas&Sznel „ludami północy”. Pomijamy z gruntu esencjalizującą wizję kultury stojącą za tego rodzaju przekonaniami. To, co uderza najbardziej, to niemożność wyobrażenia sobie antropologii „w domu”, u siebie, czyli na własnym kulturowym podwórku. Pokażemy, że można, a nawet trzeba!

Obserwowana przez nas od kilku lat antropologizacja nauk społecznych i humanistycznych w kraju nad Wisłą cieszy nas niezmiernie – oznacza to bowiem, że krytyczne myślenie rozprzestrzenia się poza antropologiczne instytuty uczelni wyższych. Przykład: Sznel, obecna ostatnio na konferencji Antropologia – Innowacyjność – Biznes, usłyszała z ust antropologa, pracownika naukowego Akademii Leona Koźmińskiego, że projekt zajęć z krytycznego myślenia spotkał się tam z entuzjastycznym przyjęciem.

Coraz większy odsetek wykształconych mieszkańców polskich miast ma wobec tego świadomość, by przywołać Waltera Benjamina, że ich zurbanizowane środowisko oraz cały sztafaż miejskich stylów życia nie jest czymś niepodważalnym i raz na zawsze ukonstytuowanym.

Tym, co umożliwia mimo wszystko takie przekonanie jest uprawomocnienie jednego z wielu możliwych wyobrażeń o świecie, w którym istniejemy. Niepohamowaną ambicją twórców niniejszego bloga będzie nieustanne poszerzanie naszej wyobraźni, by jej sztandar nie zatrzymał się przypadkiem w połowie masztu. Dzięki Paulowi Rabinowowi, który uświadomił nam, że wyobrażenia są faktami społecznymi[1], możemy z czystym sumieniem podważać zastane i uprzywilejowane długim trwaniem  interpretacje współczesnych wytworów społecznych i kulturowych.

Antropologia i surrealizm – czy kogoś dziwi to połączenie? Z pewnością dla niektórych naszych czytelników (choć domniemywamy, iż większość z nich, przynajmniej na początku, stanowić będą studenci warszawskiej Antropologii na Żurawiej, których takie zestawienie dziwić nie powinno) może początkowo sprawiać pewne intelektualne wyzwanie. Spieszymy zatem z wyjaśnieniami, bowiem powyższa konstrukcja stanowi w gruncie rzeczy motyw przewodni niniejszego bloga.

Nawiązując do eseju Jamesa Clifforda[2] tworzyć będziemy antropologiczne próby dekonstrukcji tego, co w naszej zurbanizowanej europejskiej rzeczywistości uważać można za oczywiste i niepodważalne. Naszym celem – jakkolwiek ambitnie i radykalnie to brzmi – jest antropologizacja tego, czym – w kulturowym sensie – oddychamy, a co wystawione na spotkanie z innością trzęsie się w posadach. My – pascalowskie myślące trzciny – sami będziemy generować wicher uderzający w człowieka, który według niektórych jest zwyczajnym, tymczasowym fałdem naszej wiedzy[3]. Czynić będziemy to, co znajome – dalekim i obcym. To, co niepodważalne – przypadkowym. Jak na dzieci postmodernizmu przystało, używając technik kolażu, transgresji czy pastiszu, w schizofrenicznej furii będziemy ciąć i układać na nowo wytwory przypadkowego spotkania maszyny do szycia i parasola na stole w prosektorium. Herezja? Niekoniecznie.

Spróbujmy porównać manifesty surrealizmu[4] z kluczowymi założeniami metodologicznymi współczesnej antropologii.

  • Trzeba postawić w stan oskarżenia postawę realistyczną.

Od ładnych kilkudziesięciu lat antropolodzy nie robią nic innego. Dawno zarzuciliśmy przekonanie, że poznajemy rzeczywiste fakty i prawdy wyabstrahowane ze społecznego kontekstu. Realizm naiwny zamieniliśmy na krytyczny[5].

  • Pod płaszczykiem cywilizacji, pod pozorami postępu zdołano wygnać z umysłu wszystko, co można błędnie czy słusznie otaksować jako zabobon, jako chimerę; zdołano skazać na banicję wszelkie poszukiwania prawdy niezgodne z przyjętą normą.

Wyrosła na kantowskiej filozofii (czyli blisko 300 lat temu) idea postępu wciąż rządzi zachodnim widzeniem rzeczywistości, zgodnie z którym zdroworozsądkowa, coraz bardziej wyrafinowana wiedza jest motorem rozwoju; to co nierozsądne, nielogiczne i irracjonalne lokujemy w ramach dewiacji i indolencji. Tymczasem antropologia uprzywilejowuje różnorodne postaci wiedzy zdroworozsądkowej, zdecydowanie przeciwstawiając się prymatowi tej zachodniej: metanarrację zderza z licznymi mikronarracjami i alternatywnymi porządkami kognitywistycznymi[6].

  • (…) myśl powinna ugiąć się wreszcie pod naciskiem tego, co da się pomyśleć.

Zadaniem antropologów jest nieustanne poszerzanie spektrum dyskursu i tego, co możliwe do pomyślenia. Czynienie „twojszego” zrozumiałym, zaś „mojszego” dziwnym i nieoczywistym[7].

Krytyczna antropologia codzienności – oto cel, który sobie stawiamy.

Niezmiernie przepraszamy za ten patos, później będzie bardziej zabawnie, jako iż ANTROPOLUDENS skupiać będzie zarówno treści frywolne z zakresu antropologii kulturowej lub kulturoznawstwa jak i wzbijające się na najwyższe piętra studenckiego niepohamowanego geniuszu teksty antropologii społecznej i zaangażowanej [pun intended]. Tymczasem żegnamy i zostawiamy Was z Goslingiem, który dzielnie wspierał dynamic duo Balmas&Sznel w nauce do egzaminu z Teorii Kultury.

Obrazek


[1] Rabinow P. Wyobrażenia są faktami społecznymi: modernizm i postmodernizm w antropologii [w:] Amerykańska antropologia postmodernistyczna, Warszawa 1999.

[2] Clifford J. O surrealizmie etnograficznym [w:] Kłopoty z kulturą, Warszawa 2000.

[3] Foucault M. Słowa i rzeczy, Gdańsk 2000, s. 18.

[4] Cytaty pochodzą z pierwszego i drugiego Manifestu surrealistycznego André Bretona (1924, 1930).

[5] Polecamy: Herzfeld M. Epistemologie [w:] Antropologia. Praktykowanie teorii w kulturze i społeczeństwie Kraków 2004, Kuhn T. Struktura rewolucji naukowych 2011.

[6] Rorty R. Filozofia a zwierciadło natury Warszawa 1994; Geertz C. Myśl potoczna jako system kulturowy [w:] Wiedza lokalna. Dalsze eseje z zakresu antropologii interpretatywnej Kraków 2005.

[7] Foucault M. Słowa i Rzeczy, Gdańsk 2000.

Otagowane , ,