Category Archives: Okiem

Indiopol: Anthropology at home, which wasn’t

Każdy tak ma. Albo inaczej – mam nadzieję, że każdy tak ma. O poranku, popołudniu, wieczorem. W takich chwilach należy niezwłocznie – za radą wiadomo czyją – wybrać się do kuchni po hot beverage. Może uda się ją jeszcze przechytrzyć? Niepewność wychyla zza rogu czubek swojego przydługiego nosa za każdym razem, gdy tylko na chwilę stracimy uważność. I zaraz – haps! Wyciąga te lepkie paluchy, wielkie oczy łypią putską. Towarzyszy jej strach, niemoc, lęk. Lubi momenty przełomowe. Mlask, aż oblizuje się z apetytem!

Uprawiamy antropologię codzienności. Ha! A może to tylko pretekst, aby antropologizować te elementy swojej marnej egzystencji, które akurat najbardziej zwracają naszą uwagę? Oczywiście! Miejmy dziś zatem antropologię niepewności.

Cindirella from Disney Wikia

Siedziałam sobie wieczorem na dachu mojej kamienicy w Kalkucie. Marzec, indyjska wiosna, upał nie do zniesienia, sucho do granic. Ale już wieczór, więc codzienna bryza znad rzeki Hoogli zamiata miasto. Moje mieszkanie bez klimatyzacji nie sprzyja myśleniu, pracuję więc najczęściej nocą, prowadząc wampirzy tryb życia.

– Czas wracać! – Głos rozsądku nie daje za wygraną. A dopiero co spędziłam rozkoszny miesiąc w Polsce!

Tak. W chwilach niepewności, w chwilach zwiątpienia oglądam bajki Disneya lub komedie romantyczne z lat 90. Czemu? Kiedy widziałam je po raz pierwszy, idea poczucia niepewności – w obliczu nadchodzących zmian, potrzeby dokonywania życiowych wyborów i innych równie ekscytujących wydarzeń, jak np. starzenie się – była mi w zasadzie nieznana. Jeżeli już pojawiały się w moim sercu jakieś obawy to dotyczyły raczej wydania tych kilku złotych kieszonkowego. Odwieczny dylemat, czy kupić oranżadę w proszku, Prince Polo, a może wypaśną różową gumkę do ścierania w kształcie świnki.

W czwartej klasie podstawówki podłapałam czytanie książek trochę bardziej poważniejszych. Poza przerabianiem wszelkiej możliwej fantastyki, która wpadła mi w ręce, wciągnęły mnie reportaże i książki o Azji. W mojej ogromnej rodzinie, profesjonalnie zajmującej się materialną i duchową kulturą Dalekiego Wschodu, było ich z oczywistych względów co nie miara. Na półce w domowej biblioteczce znalazłam więc – among others – Tiziano Terzani. Co dalej, możecie domyśleć się już sami.

Tego wieczoru w Kalkucie, siedząc w półmroku na dachu i podglądając życie towarzystkie sąsiadów, poczułam się osamotniona i zagubiona w stopniu jeszcze sobie dotąd nie znanym. W latach wcześniejszych mojego niedługiego (na razie) życia byłam zawsze bardzo zajęta. Aktywność naukowa, zawodowa i pozarządowa (oraz towarzyska) przeplatały się ze sobą, a ja nie miałam czasu zastanawiać się jeszcze nad tym co dalej. Ach! Jaki błogi był to okres.

Z czytania Terzani zapamiętałam kilka istotnych frazesów. Przede wszystkim jednak, „there are two things that grant a bit of immortality: books and children”. Jako że perspektywa przełączenia się na interfejs krzemowy wydaje się na razie zbyt odległa, te już dostępne formy nieśmiertelności wydają się dość zachęcające.

Dwa lata w Indiach. Badania terenowe, dużo, różne – check. Teksty naukowe – check. Zawirowania w planach życiowych – check. Ograniczające studia na indyjskim stypendium w małomiasteczkowej Kalkucie – check.

Wciąż gorący po upalnym dniu dach kalkuckiej czynszówki. Schylam się po talerz winogron. Czyżby słuch mnie mylił? Skądże! Zatrzeszczało w kościach.

Antropologizowanie własnej codzienności bywa kłopotliwe. Zwłaszcza, jeśli jego konsekwencją jest rozkładanie na czynniki pierwsze konstruktów kulturowych czy zjawisk społecznych, stanowiących podwaliny życia jednostki. Każdy adept antropologii – taki pełnowymiarowy – przechodzi przez kryzys jeszcze na studiach. Bywa, że taka auto-dekonstrukcja boli do szpiku kości. Niekiedy trzeba  – czasem po raz pierwszy w życiu – przemyśleć sobie  własną wiarę, przekonania, kodeks moralny, więcej, całą tożsamość! Po pewnym czasie kryzys mija. Zszywamy siebie spowrotem w jeden kawałek. Ale nie ma zmiłuj, antropologu! Obciążająca samoświadomość (raczej) nie opuszcza nas definitywnie, nawyk dekonstruowania, antropologizowania okazuje się już nazbyt dobrze zakorzeniony! Nie u wszystkich, nie zawsze. Ale u wielu. W tym u mnie.

Studiując na Żurawiej mało interesowały mnie tematy czysto etnologiczne. Zajęcia poświęcone rodzinie, poczuciu wspólnotowości, tożsamości narodowej nie brzmiały interesująco. Polityka, ekonomia, rozwój, rolnictwo? Tak! Kto by się przecież zastanawiał czym jest dom? Et!

W antropologii jest takie pojęcie – anthropology at home. Antropologia w domu. I jest jeszcze pojęcie native anthropologist. Antropolog lokalny robi badania na swoim podwórku. Kiedyś wzbudzało kontrowersje, bo pozytywistyczny paradygmat nauki jak mantrę powtarzał „obiektywność”. Wiadomo było, że socjologowie, schowani za rzędami cyfr, są w stanie ją osiągnąć, mimo że badają swoje „własne” społeczeństwo. Dziś już wiemy, że tak to nie działa.

Indie miały stać się dla mnie domem. Wyjeżdżałam, by zostać na czas nieokreślony. Słowem – wyemigrowałam. Własną przestrzeń mieszkalną w Warszawie wynajęłam, graty do piwnicy.

Indie nie spełniły pokładanych w nich nadziei, choć jakieś poczucie zadomowienia towarzyszyło mi przez pewien czas.

W półtora miesiąca rozwiązałam (prawie) wszystkie zobowiązania w Indiach, spakowałam manatki i od czterech miesięcy codziennie całuję ziemię warszawską. MA, MSc, PhD. Zmiany! Dużo zmian. Poza temperaturą – w chwili obecnej w Indiach, w przeciwieństwie do Polski, przynajmniej pada!

Antropologia niepewności oznacza tyle, że na nasze samopoczucie wpływa szereg wyobrażeń o podłożu wiadomym. Społeczno-kulturowym, rzecz jasna. Aspirujący naukowiec, taki jak ja, ma przecież przed sobą niepewną przyszłość. Na tym etapie szereg niewiadomych, brak jasno wytyczonej ścieżki kariery, poza dwoma hasłami – „granty” i „publikacje”.

D. zwykł mawiać w takich sytuacjach „Takie życie!”. Zabraniamy martwić, bać się, a nakazujemy śmiać się.

Od września Antropoludens będzie po polsku i po angielsku. Będą na nim recenzje książek wiadomych, będzie też nowy serial do czytania  „Homefield”. Taki jak ten amerykański „Homeland”, ale inny. Telenowela Indiopol, rzecz jasna, dalej będzie się pojawiać – jak bardzo Indie bywają cierniem w mojej stopie, wiedzą tylko moi bliscy, ale (nie)stety dały mi wiele, trudno więc mi o nich nie pisać. (Będzie z tego książka).

Jak byłam mała, chciałam być radiowcem, tak jak mój Tata. Także, STAY TUNED!

Indiopol: Grubiaństwo codzienne

– Czemu jesteś taka nieuprzejma? – zapytał pewnego razu D., kiedy w konkretny acz mało subtelny sposób zamówiłam u kelnera wybrany zestaw śniadaniowy. Był to ostatni dzień moich krótkich, acz cudownych wakacji w Warszawie.

– Nieuprzejma? Ja? Niemożliwe. Przecież sama kiedyś byłam kelnerką! – odparłam zmieszana. Po chwili namysłu dodałam jednak – Słuchaj, to musi być przez te Indie! –

Naciągane usprawiedliwienie dla braku manier? Zgoda. Ale zastanówmy się przez chwilę.

Moja ulica

Moja ulica

W języku bengalskim nie ma w zasadzie form grzecznościowych – nie ma „proszę”, słowo „dziękuje” pojawia się rzadko, a jeśli już to po angielsku. Ci z kolei co mieszkają lub też przebywali wystarczająco długo w Indiach wiedzą, że zbytnia elokwencja w języku angielskim nie popłaca w sytuacjach codziennych. Komunikować należy się w prostym trybie orzekającym bądź rozkazującym, a miarą grzeczności jest ton głosu. Czemu? Jak to? Już wyjaśniam.

Banalna sprawa – chodzi o zrozumiałość. Wyobraź sobie taką sytuację – jesteś w New Delhi, stolicy Indii. Wybrałeś się do jednej z najbardziej modnych dzielnic miasta na kawę, gdzie na co dzień roi się od cudzoziemców. Idziesz do wyjątkowo hipsterskiej restauracyjki (menu jest wydrukowane na papierze z makulatury i wygląda jak gazeta). Namyśliłeś się i chcesz zamawiać. Przywołujesz jednego z czterech kelnerów znajdujących się na sali. Zgrabnie składasz po angielsku zamówienie. Kelner patrzy na ciebie przez chwilę, po czym odpowiada w hindi, że nie mówi po angielsku. Jak się okazuje, reszta kelnerów też nie. Po 10 minutach przychodzi nad-kelner, zarządca wszystkich kelnerów i asystent menadżera w jednym, aby przyjąć od ciebie zamówienie. On mówi świetnie, jego można dopytać co się w zasadzie zamawia etc. etc.

Indie. Kraj w którym język byłych kolonizatorów pozwala się komunikować „narodowi” mówiącemu w kilkuset językach. Angielski – jedyny język urzędowy w Indiach, którego uczą w każdej szkole. Urzędowych języków Indie mają 24.

Wracamy do rzeczywistości. Żyjąc na co dzień w Indiach człowiek upraszcza swoje słownictwo. Dla wygody, oczywiście – aby łatwiej komunikować się z otoczeniem. Ale też z grzeczności właśnie – prosty komunikat zostanie zrozumiany. Skomplikowany zawstydzi osobę, która będzie musiała poprosić o powtórzenie zamówienia. Zwłaszcza jeśli prosić trzeba cudzoziemca, którego angielski może mieć jakiś nieznany danemu Indusowi akcent lub który używa po prostu zbyt wielu skomplikowanych słów/zwrotów.

Zamiast więc „I would like to have a black coffee, please”, lepiej powiedzieć “black coffee, please”, na koniec się uśmiechając. Bo przecież jesteśmy tutaj gośćmi, czyż nie? Sami Indusi zamawiając bardzo rzadko mówią jednak „please”. Rzadko się też do obsługi uśmiechają.

Moja koleżanka B., Polka mieszkająca w Delhi ze swoim narzeczonym Ł., zauważyła jeszcze coś innego. Podczas rozmów o Indiach w Polsce, kiedy opowiadamy o tym jak nam się tu wspaniale na Subkontynencie mieszka, dość często wspominamy, że kraj ten uczy nas cierpliwości. True that. Bardzo rzadko, zdecydowanie za rzadko jednak (może ze wstydu?), przyznajemy przy tym, że także wyrabia on w nas pewnego rodzaju grubiaństwo. Takie grubiaństwo codzienne, praktyczne.

Z czego to wynika? Pomyślmy… O wszystko trzeba się targować, nie ważne czy jest się miejscowym czy obcokrajowcem. Oczywiście cudzoziemcy i cudzoziemki muszą targować się bardziej. Na początku człowiek próbuje być przy tym miły, ale przy zazwyczaj dość upartych sprzedawcach szybko traci się cierpliwość. Traci się ją już na pewno, kiedy targować się trzeba tak samo zawzięcie po dwóch latach spędzonych w Indiach i podstawowej znajomości języka lokalnego. Biały to bogaty, a może będzie miał gorszy dzień i z lenistwa zapłaci więcej.

Stanowczości uczą też żebracy – komu i kiedy powiedzieć nie, i jak radzić sobie w miejscach turystycznych, do których zabiera się swoich gości, po raz sto pięćdziesiąty ósmy.

B. dodaje jeszcze, a ja się z nią zgadzam, że frustrująca jest tutaj także powszechna obojętność – widać to zwłaszcza w ruchu ulicznym, kiedy przepisy drogowe są li tylko sugestią, a każdy jeździ sobie jak chce, mając resztę w nosie.

Tydzień temu przez kilka dni gościłam u siebie S. Kolega z Warszawy przyjechał do Indii na miesiąc na krótkie wakacyjne plażowanie. Tuż przed wylotem zatrzymał się u mnie na kilka dni.

S. lubuje się w momo, tybetańsko-nepalsko-sikkimskich pierożkach z mięsem (tutaj najczęściej kurczakowym), które są w Kalkucie najczęściej serwowaną lunchową przekąską street foodową, zaraz obok chow mein, eggrollsów, i dalu z ryżem/roti/nanem. Raz czy dwa towarzyszyłam mu w tej przyjemności, samej jednak nie jedząc – za gorącą dla mnie teraz na takie ciężkostrawne przysmaki.

Przechodzimy przez ruchliwą ulicę, aby dojść do jego ulubionej momo budki, schowanej w wąskiej alejce nieopodal mojego ukochanego South City Mall, zbawiającego klimatyzacją centrum handlowego.

S. spogląda na mnie przez chwilę uważnie i pyta z niepokojem: – Wszystko w porządku?

– Tak, jasne! Czemu pytasz?

–  A nic. Wyglądasz po prostu na zestresowaną.

Uśmiecham się zmieszana i tłumaczę S. o co chodzi z takim moim „bitch-face”, z tą krzywą miną.

– Wiesz co, to tylko taka moja maska ochronna. Jako biała dziewczyna, mieszkająca sama w Indiach, chcę wyglądać onieśmielająco. Jak wyglądasz byt „miękko” ludzie od razu podchodzą, zaczynają pytań skąd jestem, co tu robię. Okay, niektórzy chcą być po prostu uprzejmi. Ale w bardzo wielu – zbyt wielu przypadkach – nie. Zwłaszcza podrostki. A poza tym, ile razy można odpowiadać na tego typu pytania? Po jakimś czasie robi się to męczące. Do nieustannego bycia obserwowaną już się przyzwyczaiłam, ale zaczepiania mam po prostu dość. Do tego dochodzą jeszcze sprzedawcy wszystkiego, hijrowie (za tymi akurat przepadam) oraz żebracy. No i nie chcę być tego rodzaju uśmiechniętą „turystką-wolonatriuszką”, która kocha cały świat i przyczynia się do tworzenia niekorzystnego wizerunku cudzoziemek w Indiach.

Wiecie którą – taką z sianem na głowie, w szarawarach i z toną bransoletek, która przyjechała do biednych Indii czynić dobro. Jest otwarta i tolerancyjna, i uprzejma wobec wszystkich i wszystko ją ciekawi. Kulturowy relatywizm, of course, trzeba być miłym. A tutaj Induski, te przyzwoite, na ulicy wobec obcych mężczyzn, chłopców zwłaszcza, uprzejme nie są. Bo taka uprzejmość może być źle odczytana. I zazwyczaj właśnie jest. A potem idzie taka uprzejma cudzoziemka. Biała, piękna, bezpośrednia, w tych swoich zachodnich lub pseudo-indyjskich ciuchach. I wszyscy wiedzą że pochodzi z innego świata, ze świata gdzie relacje damsko-męskie wyglądają zgoła inaczej. Takie wyzwolone są, te cudzoziemki.

Miła jestem tylko dla ludzi z mojej ulicy, sąsiadów których znam z widzenia. Kiedy wiem, że bycie miłą mi nie zaszkodzi i nikt tego nie będzie nad-interpretować.

A więc grubiaństwo i krzywa mina. Złe maniery? Nie! Po prostu samo-zachowawczość.

Otagowane , , , , ,

Indiopol: AAA Cudzoziemkę w celach towarzyskich poznam od zaraz (albo ciekawość)

Zabawa z noszeniem sari związana jest z istotną kwestią, o której napomykam od czasu do czasu. Kwestią cudzoziemskiej wizualności. 

Białasy budzą w Indiach ciekawość. Zrozumiałe – wyglądamy inaczej, zachowujemy się inaczej. Pochodzimy z innej rzeczywistości kulturowej. A w Indiach ludzie nie kryją się ze swoją ciekawością, by nie rzec wścibstwem; zadawanie dużej ilości nie do końca zręcznych pytań nie jest postrzegane jako bycie niegrzecznym. Ta bezpośredniość nie oznacza jednak otwartości. Jako obcokrajowcy wścibscy raczej być nie możemy, przecież goście! No i nie można nam ufać, zbyt niepojęte są nasze procesy myślowe, nie zrozumiemy, źle ocenimy. I nie wiadomo co z taką informacją zrobimy. Straszne!

IMG_20141006_012032

Nie mniej, mimo naszej ambiwalentności, cudzoziemcy nie narzekają na zainteresowanie ze strony Indusów. Zwłaszcza zaś cudzoziemki. 

Przez moje 1,5 roku mieszkania w Kalkucie aktywnie udzielałam się na portalu CouchSurfing. Gościłam wraz z R., lub bez niego, paręnastu cudzoziemców, podróżujących po Indiach. Couch requests miałam więcej niż mogłam przerobić. Nie dziwne – cudzoziemka z kanapą jest w Indiach rzadkością. A mi taki turysta może zadawać najgłupsze i najbardziej niestosowne pytania dotyczące indyjskiego społeczeństwa, życia codziennego w Indiach, przemocy, polityki etc. etc. Jesteśmy przecież pobratymcami – obcy w tym wielkim kraju. Mam już insight, a jednocześnie pamiętam jeszcze jak to jest niewiele wiedzieć. Byłam więc, by tak rzec, bardzo popularna.

Poza niezliczoną liczbą turystów z całego świata, pisali do mnie jednak również Indusi. Mężczyźni. Niektórzy udawali, że szukają hosta, inni po prostu z marszu zapraszali na ‚kawę’. Dziesiątki skasowanych wiadomości, i tyle samo requestów. Część z nich, zwłaszcza ci młodsi, kryli w swoim zainteresowaniu seksualne żądze, być może napędzane wizją nagich ciał białych kobiet z filmów pornograficznych. Ogólnodostępnych, do ściągnięcia na najprymitywniejszy telefon komórkowy, którzy może otwierać pliki video lub zdjęcia. Innym faktycznie może zależało po prostu na znajomości z cudzoziemką/cem. Czemu? No bo to przecież nobilitujące. Wspólna fota na Facebooka i liczba lików rośnie.

Również mój Facebook-owy profil pada ofiarą takich towarzyskich ofert. Jak? Mam sporo indyjskich znajomych, głównie z uniwersytetu. Ci znajomi mają znajomych, a oni kolejnych. Plotka, i tak w swoim folderze „Inne” raz na jakiś czas znajduję bardzo dziwne propozycje od chłopców chcących porozmawiać.

Wiadomości takie nie są wulgarne. Są pomieszaniem ciekawości i wstydu. Przeważa ciekawość. Onieśmielenie zostaje zepchnięte przez nagrodę, którą taka odwaga ma nadzieję przynieść.

Podobne zdanie na ten temat ma mój kolega A.

A. jest rodowitym Namibijczykiem i studiuje na drugim roku w moim Departamencie. Razem z innymi studentami z Afryki tworzą sympatyczną grupę, która wspiera się nawzajem w trudzie codziennej egzystencji w Indiach. Czarnoskórzy Afrykanie nie mają tutaj łatwego życia. Tak samo jak ciemnoskórzy Indusi. Koloryzm w Indiach jest powszechny, tak samo jak w Amerykach i na Bliskich Wschodzie. Jasna karnacja, biała skóra jest w cenie. Ciemna karnacja, czarna skóra nie jest. Afrykanie budzą więc powszechną konsternację. Kobiety są obrażane, także ze względu na odmienność ich ciał od ciał Indusek. Rzadko która z nich odważa się na noszenie jeansów i t-shirta. Wolą salwar kamiz, który ukrywa sensualność ich ciał, która budzi taką grozę wśród Indusów. Ciekawe, bo Induski są równie ponętne. Hmhm.

Znajomi polscy często się mnie pytają, czy mam w Indiach przyjaciół do których mogę się zwrócić o pomoc, jakby co. Mam! Mam O., moją włoską przyjaciółkę. Kilku innych znajomych cudzoziemców (jeden Szwed, druga Włoszka, trochę Polaków). Znajomych indyjskich kilku. Trzy dobre kumpele, i jeden kumpel. Czemu tylko jeden? Bo tylko jeden I., wiem na pewno, ma wobec mnie czysto koleżeńskie intencje. Ale się nie przejmuję – pamiętacie, wspominałam że indyjscy mężczyźni są pasywni? Otóż dotyczy to także podrywania, zwłaszcza cudzoziemek. Nigdy bezpośrednio nie będą się narzucać. No, przynajmniej ci porządni. Znają granicę. Jak będzie chciała to sama zainicjuje co trzeba. Przecież cudzoziemka, nie?

O. wie o tym bardzo dobrze. Śmieje się z tego sama czasem, ale też nie ukrywa, że z pełną premedytacją wykorzystuje swoich rozmaitych „fanów”, kolegów którzy – jeśli by im pozwoliła – chętnie nawiązaliby niezobowiązujący romans. Ale O., jak na Włoszkę przystało, beznamiętnie się z nimi przyjaźni, wykorzystując ich zainteresowanie kiedy potrzebuje coś przewieźć, naprawić, załatwić. A oni wszyscy są bardziej niż kontent, żeby pomóc. W zamian otrzymają od niej uśmiech, może wspólną kawę. Transakcja wymienna. Fair enough, pół żartem, pół serio.

Także tak, mamy duże wzięcie towarzyskie. Czasami przybiera ono bardzo miłe formy. Na przykład kiedy dobra koleżanka zabiera cię do swojego domu, ponieważ cała jej rodzina nie może się doczekać żeby poznać „tę cudzoziemkę”. Oczywiście jest trochę awkward, ale ogólnie jest miło. Wszyscy są sympatyczni, troskliwi, wpychają tony najlepszego jedzenia. Opiekują się tą sierotą, która z jakiegoś niepojętego powodu przyjechała do tych Indii na studia.

Otagowane , , , ,

Indiopol: Sari sport

Muszę się przyznać, że noszenie sari jest fascynującym sportem. Nie tylko dlatego że jego założenie nie należy do najprostszych zadań (choć potrafię się w nie ubrać już sama, ha!, w ekspresowe pół godziny, ha!). I również nie dlatego że od jakiegoś czasu porzuciłam konformistyczne noszenie sari w sposób tradycyjny (czytaj, tak jak wszyscy) na rzecz eksperymentów. Na ostatnim sari day zaszalałam i kontrowersyjnie założyłam do sari pasek w talii, na modłę high-fashionową, lub też inspirując się sari-fartuchami pielęgniarek w szpitalach (z tym, że ich paski mają mieć wyłącznie zastosowanie praktyczne; mój ma dodatkowo zdobnicze). Do tego dorzuciłam kamizelkę (ci, którzy mnie znają wiedzą, że mam do nich słabość). Szok, że umiem. I jeszcze większy szok, że pozwalam sobie na wydziwianie.

IMG_20150211_005222

Sari sport. Prawdziwa zabawa zaczyna się w momencie przekroczenia progu domostwa. Na pierwszy ogień idą sąsiadki.

– Apnar sari bhalo achhie! Khub sundor, didi!

Wychodzę na ulicę. Sari zwiększa moją zwyczajną, codzienną niezauważalność. O jakieś miliard procent. Ale nie w żaden oczywisty sposób! Wygląda to mniej więcej tak: idzie wysoka, atrakcyjna kobieta w sari (to ja, oczywiście). Pewnym krokiem mija grupkę mężczyzn popijających herbatę. Ci po sekundzie orientują się, że jest to ich cudzoziemska sąsiadka. Prawie jej nie poznali. Kopary w dół. Ich wzrok czuję na swoich plecach o wiele dłużej niż zazwyczaj.

Dochodzę do nieformalnego bus stand (przystanki autobusowe są self-made, łapiesz autobus skąd akurat masz ochotę złapać autobus, w tym przypadku to po prostu róg mojej uliczki i głównej drogi). Stoję i czekam z innymi. Na początku znowu brak reakcji. Po chwili jednak wszystkie oczy zwrócone w moją stronę. Podczas gdy zazwyczaj po prostu rzucają na mnie od niechcenia okiem, tak teraz po prostu ostentacyjnie studiują mój wygląd. Cudzoziemka w sari, co za cyrk! I to jeszcze dobrze założonym. I stylowym. Szok again.

Droga na uniwersytet (pięć minut auto-rikshaw z mojego nowego lokum). Nigdy nie czułam się bardziej wyeksponowana i oceniana. Idę powoli, aby przypadkiem nie przewrócić się/nie podrzeć sari. Wystarczy atrakcji dla przechodniów, sklepikarzy i taksówkarzy. Docieram do Departamentu, tu patrzą się mniej. Więcej pochlebnych opinii, lekkie zdziwienie. Trochę irytacji. Jak to ta cudzoziemka nosi sari i to aż tak dobrze?

Noszenie sari to sport. Sport ekstremalny. Nie tylko dlatego że nie jest to najbardziej praktyczny strój i że od gorąca pod warstwami materiału pomocą mi się nogi (hate it).

10940515_10203897969439510_2596890603753931274_n

Jak już dawno przestało mnie irytować, że jestem w Indiach – z oczywistych względów fizycznych – wyjątkowo widoczna w przestrzeni publicznej, tak wciąż noszenie przeze mnie sari jest dyplomatyczną ruletką. Niektórzy będą postrzegać to jako miły gest, ukłon w stronę dziedzictwa kulturowego. Uśmiechną się, jak moje sąsiadki. Inni będę patrzyć się krzywo, niczym na złodzieja tożsamości, takiego typa który próbuje udawać kogoś kim nie jest. Przecież to nie twoja kultura, będzie mówić ich spojrzenie. Także, sari bez wyrzutów sumienia tylko na śluby i wesela. Oraz na specjalną prośbę. Jak na tym nieszczęsnym seminarium. Inaczej nie wypada, oraz trochę za dużo zachodu z jego zakładaniem. Co ciekawe, twierdzą tak też moje koleżanki z roku. Lubią nosić sari, ale musi im się ten wysiłek opłacić.

Jak to z tymi sari w Indiach z grubsza jest? Ano tak. Dla niższych kast/klas, dla należących do nich zamężnych kobiet sari jest zarówno ubraniem codziennym, jak i odświętnym. Oczywiście, różne sari na różne okazje, są sari na co dzień (tańsze) i od święta (droższe). Mężatki z klasy średniej i wyższej, w zależności od poziomu konserwatyzmu (czytaj, konserwatywności i wścibstwa teściowej), noszą sari na co dzień, ale nie po domu, a jak idą „na miasto” – tj. na zakupy do galerii handlowej czy w odwiedziny do krewnych. Dzieci ze szkoły odbierają raczej nosząc kurtę, salwar kamiz (luźne spodnie z kurtą) lub churidar kamiz (wąskie spodnie/leginsy z kurtą). Od święta oczywiście sari.

Mężatki z upper-middle i upper class na co dzień sari raczej nie noszą – wolą wystawne i bardziej wygodne zestawy indyjskie (które to moda rozprzestrzeniła się zasadniczo z Punjabu) ww., lub po zachodniemu – jeansy, chinosy, długie spódnice. Modnie. Od święta, na okazje, zawsze sari. No, prawie zawsze – czasem trzeba być bardziej modern niż traditional. Zwłaszcza jak się jedzie za granicę.

I jeszcze wątek poboczny, kiedyś już przeze mnie poruszany – sari noszą do pracy starsze pozycją pielęgniarki, prawniczki, lekarki, zarządczynie oraz buissness women. Zawsze.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

A jak to się ma z pannami? Panny noszą sari tylko na specjalne okazje. Zazwyczaj, zwłaszcza w przypadku lower class oraz przepastnej middle class, niezamężna córka nie posiada żadnego własnego sari, czy posiada ich bardzo niewiele. Sari to oznaka statusu społecznego. Na sari trzeba zasłużyć. A., moja jedyna indyjska przyjaciółka, po zaręczeniu się dostała od swoich konserwatywnych rodziców fajne nowe ciuchy. Przecież musi się teraz lepiej prezentować! Na własne sari jeszcze przyjdzie pora. Z resztą, najcenniejsze sari są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

W pokoju matki R. stoją dwie niskie szafki. Za przesuwanymi drzwiami na specjalnych wieszakach, czasem schowane w pokrowcach wiszą dziesiątki sari. Matka R. od dekad je kolekcjonuje. Jak mówi, gdyby nie takie kobiety jak ona, tradycyjne formy i wzory dawno by przepadły. Handloom sarees są przecież trudniejsze w noszeniu, droższe, no i nie świecą się tak tandetnie jak te sari, które można kupić w najpopularniejszych sieciówkach. No i w telewizji, w serialach gwiazdy też ich nie noszą. Do tradycyjnych sari trzeba mieć wyczucie smaku, gust. Wiedzieć co, jak, kiedy i dlaczego. Matka R. ma sari na każdą porę roku, na każdą porę dnia, na każdą okazję. Sari ciepłe, zimowe są z jedwabiu. Najcieplejsze z tego surowego, tesar. Sari letnie są z cienkiej, przewiewnej bawełny usztywnianej krochmalem. Są jak papier (i tak samo jak papier pewnie, nosi się je mało wygodnie, IMHO). Sari wieczorowe są w ciemniejszych tonacjach, bogaciej wyszywane, bardzo kosztowne.

Sari to zawsze najlepszy prezent. Dla przyjaciółki, matki, córki. Wymiana sari to zwyczajowa forma zacieśniania więzów między przyszłą mother-in-law i matką panny młodej.

Ja mam sztuk 17. Na każdą okazję i porę roku. Żadnego z nich nie kupiłam sobie sama. Zanim zdążyłam dowiedzieć się co mi się właściwie podoba, zostałam obdarowana. Włączono mnie w siatkę tych niby bezinteresownych gestów. Potrzeby kupowania sari, teraz i w przyszłości, mieć nie będę. I dlatego że mam ich tyle, że wystarczą mi na te wszystkie nieliczne okazje, do końca moich dni. I dlatego że, na szczęście, nie będę już indyjską żoną.

Otagowane , , , ,