Category Archives: Paluchem

Indiopol: Anthropology at home, which wasn’t

Każdy tak ma. Albo inaczej – mam nadzieję, że każdy tak ma. O poranku, popołudniu, wieczorem. W takich chwilach należy niezwłocznie – za radą wiadomo czyją – wybrać się do kuchni po hot beverage. Może uda się ją jeszcze przechytrzyć? Niepewność wychyla zza rogu czubek swojego przydługiego nosa za każdym razem, gdy tylko na chwilę stracimy uważność. I zaraz – haps! Wyciąga te lepkie paluchy, wielkie oczy łypią putską. Towarzyszy jej strach, niemoc, lęk. Lubi momenty przełomowe. Mlask, aż oblizuje się z apetytem!

Uprawiamy antropologię codzienności. Ha! A może to tylko pretekst, aby antropologizować te elementy swojej marnej egzystencji, które akurat najbardziej zwracają naszą uwagę? Oczywiście! Miejmy dziś zatem antropologię niepewności.

Cindirella from Disney Wikia

Siedziałam sobie wieczorem na dachu mojej kamienicy w Kalkucie. Marzec, indyjska wiosna, upał nie do zniesienia, sucho do granic. Ale już wieczór, więc codzienna bryza znad rzeki Hoogli zamiata miasto. Moje mieszkanie bez klimatyzacji nie sprzyja myśleniu, pracuję więc najczęściej nocą, prowadząc wampirzy tryb życia.

– Czas wracać! – Głos rozsądku nie daje za wygraną. A dopiero co spędziłam rozkoszny miesiąc w Polsce!

Tak. W chwilach niepewności, w chwilach zwiątpienia oglądam bajki Disneya lub komedie romantyczne z lat 90. Czemu? Kiedy widziałam je po raz pierwszy, idea poczucia niepewności – w obliczu nadchodzących zmian, potrzeby dokonywania życiowych wyborów i innych równie ekscytujących wydarzeń, jak np. starzenie się – była mi w zasadzie nieznana. Jeżeli już pojawiały się w moim sercu jakieś obawy to dotyczyły raczej wydania tych kilku złotych kieszonkowego. Odwieczny dylemat, czy kupić oranżadę w proszku, Prince Polo, a może wypaśną różową gumkę do ścierania w kształcie świnki.

W czwartej klasie podstawówki podłapałam czytanie książek trochę bardziej poważniejszych. Poza przerabianiem wszelkiej możliwej fantastyki, która wpadła mi w ręce, wciągnęły mnie reportaże i książki o Azji. W mojej ogromnej rodzinie, profesjonalnie zajmującej się materialną i duchową kulturą Dalekiego Wschodu, było ich z oczywistych względów co nie miara. Na półce w domowej biblioteczce znalazłam więc – among others – Tiziano Terzani. Co dalej, możecie domyśleć się już sami.

Tego wieczoru w Kalkucie, siedząc w półmroku na dachu i podglądając życie towarzystkie sąsiadów, poczułam się osamotniona i zagubiona w stopniu jeszcze sobie dotąd nie znanym. W latach wcześniejszych mojego niedługiego (na razie) życia byłam zawsze bardzo zajęta. Aktywność naukowa, zawodowa i pozarządowa (oraz towarzyska) przeplatały się ze sobą, a ja nie miałam czasu zastanawiać się jeszcze nad tym co dalej. Ach! Jaki błogi był to okres.

Z czytania Terzani zapamiętałam kilka istotnych frazesów. Przede wszystkim jednak, „there are two things that grant a bit of immortality: books and children”. Jako że perspektywa przełączenia się na interfejs krzemowy wydaje się na razie zbyt odległa, te już dostępne formy nieśmiertelności wydają się dość zachęcające.

Dwa lata w Indiach. Badania terenowe, dużo, różne – check. Teksty naukowe – check. Zawirowania w planach życiowych – check. Ograniczające studia na indyjskim stypendium w małomiasteczkowej Kalkucie – check.

Wciąż gorący po upalnym dniu dach kalkuckiej czynszówki. Schylam się po talerz winogron. Czyżby słuch mnie mylił? Skądże! Zatrzeszczało w kościach.

Antropologizowanie własnej codzienności bywa kłopotliwe. Zwłaszcza, jeśli jego konsekwencją jest rozkładanie na czynniki pierwsze konstruktów kulturowych czy zjawisk społecznych, stanowiących podwaliny życia jednostki. Każdy adept antropologii – taki pełnowymiarowy – przechodzi przez kryzys jeszcze na studiach. Bywa, że taka auto-dekonstrukcja boli do szpiku kości. Niekiedy trzeba  – czasem po raz pierwszy w życiu – przemyśleć sobie  własną wiarę, przekonania, kodeks moralny, więcej, całą tożsamość! Po pewnym czasie kryzys mija. Zszywamy siebie spowrotem w jeden kawałek. Ale nie ma zmiłuj, antropologu! Obciążająca samoświadomość (raczej) nie opuszcza nas definitywnie, nawyk dekonstruowania, antropologizowania okazuje się już nazbyt dobrze zakorzeniony! Nie u wszystkich, nie zawsze. Ale u wielu. W tym u mnie.

Studiując na Żurawiej mało interesowały mnie tematy czysto etnologiczne. Zajęcia poświęcone rodzinie, poczuciu wspólnotowości, tożsamości narodowej nie brzmiały interesująco. Polityka, ekonomia, rozwój, rolnictwo? Tak! Kto by się przecież zastanawiał czym jest dom? Et!

W antropologii jest takie pojęcie – anthropology at home. Antropologia w domu. I jest jeszcze pojęcie native anthropologist. Antropolog lokalny robi badania na swoim podwórku. Kiedyś wzbudzało kontrowersje, bo pozytywistyczny paradygmat nauki jak mantrę powtarzał „obiektywność”. Wiadomo było, że socjologowie, schowani za rzędami cyfr, są w stanie ją osiągnąć, mimo że badają swoje „własne” społeczeństwo. Dziś już wiemy, że tak to nie działa.

Indie miały stać się dla mnie domem. Wyjeżdżałam, by zostać na czas nieokreślony. Słowem – wyemigrowałam. Własną przestrzeń mieszkalną w Warszawie wynajęłam, graty do piwnicy.

Indie nie spełniły pokładanych w nich nadziei, choć jakieś poczucie zadomowienia towarzyszyło mi przez pewien czas.

W półtora miesiąca rozwiązałam (prawie) wszystkie zobowiązania w Indiach, spakowałam manatki i od czterech miesięcy codziennie całuję ziemię warszawską. MA, MSc, PhD. Zmiany! Dużo zmian. Poza temperaturą – w chwili obecnej w Indiach, w przeciwieństwie do Polski, przynajmniej pada!

Antropologia niepewności oznacza tyle, że na nasze samopoczucie wpływa szereg wyobrażeń o podłożu wiadomym. Społeczno-kulturowym, rzecz jasna. Aspirujący naukowiec, taki jak ja, ma przecież przed sobą niepewną przyszłość. Na tym etapie szereg niewiadomych, brak jasno wytyczonej ścieżki kariery, poza dwoma hasłami – „granty” i „publikacje”.

D. zwykł mawiać w takich sytuacjach „Takie życie!”. Zabraniamy martwić, bać się, a nakazujemy śmiać się.

Od września Antropoludens będzie po polsku i po angielsku. Będą na nim recenzje książek wiadomych, będzie też nowy serial do czytania  „Homefield”. Taki jak ten amerykański „Homeland”, ale inny. Telenowela Indiopol, rzecz jasna, dalej będzie się pojawiać – jak bardzo Indie bywają cierniem w mojej stopie, wiedzą tylko moi bliscy, ale (nie)stety dały mi wiele, trudno więc mi o nich nie pisać. (Będzie z tego książka).

Jak byłam mała, chciałam być radiowcem, tak jak mój Tata. Także, STAY TUNED!

Indiopol: Sari sport

Muszę się przyznać, że noszenie sari jest fascynującym sportem. Nie tylko dlatego że jego założenie nie należy do najprostszych zadań (choć potrafię się w nie ubrać już sama, ha!, w ekspresowe pół godziny, ha!). I również nie dlatego że od jakiegoś czasu porzuciłam konformistyczne noszenie sari w sposób tradycyjny (czytaj, tak jak wszyscy) na rzecz eksperymentów. Na ostatnim sari day zaszalałam i kontrowersyjnie założyłam do sari pasek w talii, na modłę high-fashionową, lub też inspirując się sari-fartuchami pielęgniarek w szpitalach (z tym, że ich paski mają mieć wyłącznie zastosowanie praktyczne; mój ma dodatkowo zdobnicze). Do tego dorzuciłam kamizelkę (ci, którzy mnie znają wiedzą, że mam do nich słabość). Szok, że umiem. I jeszcze większy szok, że pozwalam sobie na wydziwianie.

IMG_20150211_005222

Sari sport. Prawdziwa zabawa zaczyna się w momencie przekroczenia progu domostwa. Na pierwszy ogień idą sąsiadki.

– Apnar sari bhalo achhie! Khub sundor, didi!

Wychodzę na ulicę. Sari zwiększa moją zwyczajną, codzienną niezauważalność. O jakieś miliard procent. Ale nie w żaden oczywisty sposób! Wygląda to mniej więcej tak: idzie wysoka, atrakcyjna kobieta w sari (to ja, oczywiście). Pewnym krokiem mija grupkę mężczyzn popijających herbatę. Ci po sekundzie orientują się, że jest to ich cudzoziemska sąsiadka. Prawie jej nie poznali. Kopary w dół. Ich wzrok czuję na swoich plecach o wiele dłużej niż zazwyczaj.

Dochodzę do nieformalnego bus stand (przystanki autobusowe są self-made, łapiesz autobus skąd akurat masz ochotę złapać autobus, w tym przypadku to po prostu róg mojej uliczki i głównej drogi). Stoję i czekam z innymi. Na początku znowu brak reakcji. Po chwili jednak wszystkie oczy zwrócone w moją stronę. Podczas gdy zazwyczaj po prostu rzucają na mnie od niechcenia okiem, tak teraz po prostu ostentacyjnie studiują mój wygląd. Cudzoziemka w sari, co za cyrk! I to jeszcze dobrze założonym. I stylowym. Szok again.

Droga na uniwersytet (pięć minut auto-rikshaw z mojego nowego lokum). Nigdy nie czułam się bardziej wyeksponowana i oceniana. Idę powoli, aby przypadkiem nie przewrócić się/nie podrzeć sari. Wystarczy atrakcji dla przechodniów, sklepikarzy i taksówkarzy. Docieram do Departamentu, tu patrzą się mniej. Więcej pochlebnych opinii, lekkie zdziwienie. Trochę irytacji. Jak to ta cudzoziemka nosi sari i to aż tak dobrze?

Noszenie sari to sport. Sport ekstremalny. Nie tylko dlatego że nie jest to najbardziej praktyczny strój i że od gorąca pod warstwami materiału pomocą mi się nogi (hate it).

10940515_10203897969439510_2596890603753931274_n

Jak już dawno przestało mnie irytować, że jestem w Indiach – z oczywistych względów fizycznych – wyjątkowo widoczna w przestrzeni publicznej, tak wciąż noszenie przeze mnie sari jest dyplomatyczną ruletką. Niektórzy będą postrzegać to jako miły gest, ukłon w stronę dziedzictwa kulturowego. Uśmiechną się, jak moje sąsiadki. Inni będę patrzyć się krzywo, niczym na złodzieja tożsamości, takiego typa który próbuje udawać kogoś kim nie jest. Przecież to nie twoja kultura, będzie mówić ich spojrzenie. Także, sari bez wyrzutów sumienia tylko na śluby i wesela. Oraz na specjalną prośbę. Jak na tym nieszczęsnym seminarium. Inaczej nie wypada, oraz trochę za dużo zachodu z jego zakładaniem. Co ciekawe, twierdzą tak też moje koleżanki z roku. Lubią nosić sari, ale musi im się ten wysiłek opłacić.

Jak to z tymi sari w Indiach z grubsza jest? Ano tak. Dla niższych kast/klas, dla należących do nich zamężnych kobiet sari jest zarówno ubraniem codziennym, jak i odświętnym. Oczywiście, różne sari na różne okazje, są sari na co dzień (tańsze) i od święta (droższe). Mężatki z klasy średniej i wyższej, w zależności od poziomu konserwatyzmu (czytaj, konserwatywności i wścibstwa teściowej), noszą sari na co dzień, ale nie po domu, a jak idą „na miasto” – tj. na zakupy do galerii handlowej czy w odwiedziny do krewnych. Dzieci ze szkoły odbierają raczej nosząc kurtę, salwar kamiz (luźne spodnie z kurtą) lub churidar kamiz (wąskie spodnie/leginsy z kurtą). Od święta oczywiście sari.

Mężatki z upper-middle i upper class na co dzień sari raczej nie noszą – wolą wystawne i bardziej wygodne zestawy indyjskie (które to moda rozprzestrzeniła się zasadniczo z Punjabu) ww., lub po zachodniemu – jeansy, chinosy, długie spódnice. Modnie. Od święta, na okazje, zawsze sari. No, prawie zawsze – czasem trzeba być bardziej modern niż traditional. Zwłaszcza jak się jedzie za granicę.

I jeszcze wątek poboczny, kiedyś już przeze mnie poruszany – sari noszą do pracy starsze pozycją pielęgniarki, prawniczki, lekarki, zarządczynie oraz buissness women. Zawsze.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

A jak to się ma z pannami? Panny noszą sari tylko na specjalne okazje. Zazwyczaj, zwłaszcza w przypadku lower class oraz przepastnej middle class, niezamężna córka nie posiada żadnego własnego sari, czy posiada ich bardzo niewiele. Sari to oznaka statusu społecznego. Na sari trzeba zasłużyć. A., moja jedyna indyjska przyjaciółka, po zaręczeniu się dostała od swoich konserwatywnych rodziców fajne nowe ciuchy. Przecież musi się teraz lepiej prezentować! Na własne sari jeszcze przyjdzie pora. Z resztą, najcenniejsze sari są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

W pokoju matki R. stoją dwie niskie szafki. Za przesuwanymi drzwiami na specjalnych wieszakach, czasem schowane w pokrowcach wiszą dziesiątki sari. Matka R. od dekad je kolekcjonuje. Jak mówi, gdyby nie takie kobiety jak ona, tradycyjne formy i wzory dawno by przepadły. Handloom sarees są przecież trudniejsze w noszeniu, droższe, no i nie świecą się tak tandetnie jak te sari, które można kupić w najpopularniejszych sieciówkach. No i w telewizji, w serialach gwiazdy też ich nie noszą. Do tradycyjnych sari trzeba mieć wyczucie smaku, gust. Wiedzieć co, jak, kiedy i dlaczego. Matka R. ma sari na każdą porę roku, na każdą porę dnia, na każdą okazję. Sari ciepłe, zimowe są z jedwabiu. Najcieplejsze z tego surowego, tesar. Sari letnie są z cienkiej, przewiewnej bawełny usztywnianej krochmalem. Są jak papier (i tak samo jak papier pewnie, nosi się je mało wygodnie, IMHO). Sari wieczorowe są w ciemniejszych tonacjach, bogaciej wyszywane, bardzo kosztowne.

Sari to zawsze najlepszy prezent. Dla przyjaciółki, matki, córki. Wymiana sari to zwyczajowa forma zacieśniania więzów między przyszłą mother-in-law i matką panny młodej.

Ja mam sztuk 17. Na każdą okazję i porę roku. Żadnego z nich nie kupiłam sobie sama. Zanim zdążyłam dowiedzieć się co mi się właściwie podoba, zostałam obdarowana. Włączono mnie w siatkę tych niby bezinteresownych gestów. Potrzeby kupowania sari, teraz i w przyszłości, mieć nie będę. I dlatego że mam ich tyle, że wystarczą mi na te wszystkie nieliczne okazje, do końca moich dni. I dlatego że, na szczęście, nie będę już indyjską żoną.

Otagowane , , , ,

Indiopol: Darjeeling bez ograniczeń (albo nie-Indie)

In the (un)limited Darjeeling, stars were shining coldly in a cloudless sky. It was Tuesday evening and the jeep just dropped us in the city center. Skierowaliśmy swoje kroki do Glanery’s, starej kawiarnio-piekarni, pamiętającej czasy świetności British Raj. Mają Internet i plan był taki, aby ulokować tamże Tatę, a samej udać się na poszukiwanie hotelu. Ale najpierw kawa. Dobra, po prostu czarna, z ekspresu. Tak dawno nie pita.

IMG_20150118_231904

Darjeeling jest ze wszech miar miastem turystycznym. Zarówno Indusom, jak i zaprawionym zagranicznym turystom, oferuje swoją bogatą herbaciano-górsko-buddyjską ofertę. Wśród backpackersów jest po prostu cool. I chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Co widzą w nim Indusi? Oto dobre pytanie.

Dawno, dawno temu, w pięknych czasach przed Brytyjczykami, miasto to było po prostu częścią Królestwa Sikkimu, maleńkiego, niewiele znaczącego państewka, wciśniętego pomiędzy British Raj, Nepal i Indie. Młode państwo (utworzone na mocy interesującej unii z 1757 roku), utraciło ten teren już po kilkudziesięciu latach – na rzecz ludu Gorkha, składającego się z różnych plemion nepalskich. W wojnie angielsko-gorkhowskiej, Brytyjczycy odbili jednak Darjeeling, ofiarowując go z powrotem współpracującemu z nimi królowi Sikkimu, a sobie zostawiając jedynie darjeelińskie wzgórze. Kompania Wschodnioindyjska, która objęła władzę nad miastem, stworzyła tutaj sanatorium oraz bazę wojskową (przydatną, jak mniemam, ze względu na bliskość Chin). Z czasem, zaczęli także uprawiać herbatę.

A więc Darjeeling, ze względu na swoje strategiczne położenie oraz piękną naturę i przyjemny klimat, stał się istotną brytyjską kolonią. Co roku, piękną granatową ciuchcią pół Kalkuty opuszczało swoje imponujące miejskie kamienice i wille, przenosząc się na sezon letni do swoich równie imponujących, drewnianych górskich posiadłości.

Dziś także Darjeeling do Sikkimu nie należy. Administracyjnie – Bengal Zachodni. Etnicznie – głównie Gorkhowie, inne plemiona górskie (np. sikkimscy Lepcha czy Tybetańczycy), przypałętały się także różnorakie twory migracyjne. Poza pewną liczbą naszych ukochanych Bengalczyków, w mieście mieszka np. całkiem sporo muzułmańskich Kaszmirczyków. Stanowią ciekawą grupę – wielu z nich przywędrowało tutaj już w XIX wieku; znani ze swojego talentu do handlu zajmowali się m.in. szmuglowaniem oraz sprzedażą różnego rodzaju artefaktów i osobliwości z Ladakhu (w tym żywych i martwych „okazów zoologicznych”) za niezłą gotówkę od wszystko-kolekcjonujących Brytyjczyków.

Zastanawiasz się może, Drogi Czytelniku, czemuż to miasto Darjeeling zostało wcielone do Bengalu Zachodniego, zamiast do Sikkimu, kiedy Indie uzyskały niepodległość po drugiej wojnie światowej…? Otóż wyróżnić możemy dwie przyczyny takiego stanu rzeczy.

Po pierwsze, Darjeeling symbolizuje dwa bardzo istotne elementy tego co uważa się za heritage of the Great Indian Nation (czymkolwiek ta nacja miała by nie być).

IMG_20150118_233308

Powód do dumy nr jeden. Ma tu swoją siedzibę, od połowy XIX wieku, założony (oczywiście) przez Britisherów, Himalayan Mountineering Institute. To stąd wyruszały pierwsze wyprawy na Mount Everest, który wszakże należy do Indii. I tak w każdy weekend nawiedzają Darjeeling kolejne pokolenia Indusów, głównie Bengalczyków oraz Biharczyków (bo mają blisko), chcących obejrzeć buty, czapki oraz liny śmiałków, którym udało się wspiąć na tę górę (dokonała tego po raz pierwszy wyprawa, nomen omen, brytyjska w 1953 roku), ulokowane w instytutowym muzeum. Są dumni z tego klejnotu w koronie, jednego z symboli wokół których przez ostatnie kilkadziesiąt lat rząd indyjski próbuje u każdego Indusa wzbudzić poczucie tożsamości narodowej (nie mylić z silnymi tożsamościami lokalnymi; a z jakim skutkiem to inna kwestia). Wielkie Indie, spadkobiercy wspaniałych cywilizacji, stary naród. I mają największą górę na świecie. Hurra!

Drugim powodem do dumy jest oczywiście herbata. Nie ważne, że została tutaj sprowadzona (znów) przez Brytyjczyków, nie ma znaczenia, że do jej uprawy zatrudnili wpierw chińskich specjalistów. Ważne, że uczynili Indie jej słynnym producentem, i że można na tym zarobić. A herbata jest, trzeba przyznać, wyśmienita. Mimo że kolonialnie naznaczona, tak samo z resztą jak cukier. Taka ciekawostka: trzcinę cukrową sprowadzili do Indii po raz pierwszy także kochani kolonizatorzy. Tęsknili za cukrem, bo wcześniej Indusi do słodzenia używali przede wszystkim ghur, syropu palmowego. Pyszny, ale raczej trudno go ładnie zcukrzyć. Do rozkręcenia pierwszych upraw Brytyjczycy sprowadzili (oczywiście) ekspertów z Chin. I dlatego w hindi oraz bengali cukier zowie się chini (dostrzegacie tę subtelną koneksję?). Także, zarówno i herbata, jak i cukier trzcinowy, zostały wprowadzone do kultury indyjskiej przez Brytyjczyków. A dziś kto może wyobrazić sobie dzień w Kalkucie bez zatrzymania się na czareczkę ulicznej herbaty – czarnej i słodkiej, na mleku? W dalszym ciągu piję sie ją jednak w takie właśnie formie deserowej. Do jedzenia zawsze po prostu woda. Albo zimna, albo gorąca. Zależy od pogody. Kto by pomyślał, co?

Ale tak, nic w Indiach nie jest takie jakim się wydaje.

Doświadczyć tego uczucia można zwłaszcza oglądając popularne kino indyjskie. Jak wszyscy dobrze wiemy, jest radosne, kolorowe i pełne emocji. Aktorzy tańczą, śpiewają, kochają się, a potem żyją długo i szczęśliwie. Ich życie jest idylliczne. Z kolei codzienność w Indiach jest smutna, zakurzona, monotonna. Każdy dzień taki sam dla większości narodu indyjskiego (nawet dla tych produkujących filmy w Bollywood). Praca-dom-praca. Zarabianie pieniędzy, rozmnażanie się. A w wolnym czasie wydawanie pieniędzy, konsumowanie czego się da, a potem zwiedzanie dum narodu indyjskiego.

Po drugie, w związku z powyższym, Darjeeling zawsze był nieodłącznym elementem tego co nazwalibyśmy wyobrażeniem o kolonialnych Indiach. Jakże więc mógłby być oddzielny od Zachodniego Bengalu, i Kalkuty – stolicy British Raj do 1911 roku? I wszystkie te jego dochody z turystyki to miałyby iść w zupełności do kieszeni lokalnego rządu, gdyby region stał się jeszcze oddzielnym stanem, tak jak wielu chce – the Gorkhaland? Nigdy w życiu! Także dlatego – symbolicznie i politycznie – Darjeeling musi być częścią tych indyjskich Indii, a nie tego mistycznego, i zupełnie nie-indyjskiego North-East, do którego wrotami jest właśnie Sikkim. I mógłby też być Gorkhaland, gdyby istniał.

IMG_20150118_233032

Takie miejsca jak Darjeeling, które stoją na granicy tych „indyjskich” Indii (hałaśliwych, chaotycznych i brudnych) z tymi „nie-indyjskimi” Indiami (cichymi, uporządkowanymi i o wiele czystszymi), mimo mijających lat nie dały się w tę indyjskość zupełnie wciągnąć.

Są pomiędzy; Darjeeling jest taką obietnicą, zapowiedzią tego co jest w Sikkimie. Komunikuje: „Hej turysto, tutaj za miedzą, w sąsiedniej dolinie, jest zupełnie inny świat. Mają w nim wiklinowe kosze na śmieci (naprawdę!), gustujących w ciszy mieszkańców oraz przepyszne, nie prze-przyprawione jedzenie”. Oczywiście w Sikkimie, podobnie jak np. w Mongolii, jest problem z alkoholizmem. Ale i tak, ludzie są mniej opresyjni, lepiej wykształceni (tutaj akurat zawdzięczać to trzeba szkołom misyjnym, z wykładowym angielskim). Taki, mniej więcej, jest cały North East oraz częściowo Kashmir, plus niektóre miejsca na południu kraju, w tym inne restricted areas (np. Andamany).

Tak, tak, Drogi Czytelniku. Wydaje Ci się doskonale. Po wydarzeniach ostatnich tygodni (rozstanie, perspektywa przeprowadzki, etc., itd.), Indie trochę zalazły mi za skórę. Cudowny ponad dwutygodniowy retreat w Sikkimie bez wątpienia dodał energii. Ale trzeba wrócić, zajęcia w kochanym uniwersytecie oraz praca (to akurat fajne). Jeszcze tylko 1,5 roku, ale na szczęście teraz mogę postrzegać Indie po prostu jako fieldwork. Idealne miejsce do badań nad rozwojem rolnictwa. Ni mniej, ni więcej. (Wyczekiwana) zmiana planów na przyszłość i nie muszę już nigdy próbować wyobrazić sobie siebie mieszkającej tutaj na stałe. Indie naprawdę można kochać, znając ich wszystkie wady i zalety. Ale – w moim przypadku – tylko jeśli na horyzoncie jest nieodległa wizja ich opuszczenia. Nie wiem czy kolejne cztery miesiące (stycznia już nie liczę) zaliczają się do tej kategorii, ale tak czy siak – czerwiec i część lipca w Polsce. A potem znów w grudniu, a dalej już magister i koniec przygody.

Filiżanka z kawą w ręce. Czarna jak noc za oknem. Siorb, siorb, pycha! Widok z kawiarni na Kanczendzongę zapiera dech w piersiach. Wokół trochę cudzoziemców, trochę Indusów. Nagle… czyżbym słyszała polski? Tak! Dwóch Polaków siedzi nieopodal, także piją kawę. Dosiadam się. Jak się okazuje Dwaj Królewicze to podróżująca para buddystów. Polecają hotel, w którym sami się zatrzymali. Idę z nimi zobaczyć miejsce. Zaraz, zaraz. Z opisu wygląda znajomo. Tak, nie wierzę. To ten sam hotel w którym dokładnie rok temu zatrzymałam się z A., R. oraz jego znajomym. Dobra, przynajmniej wiem, że czysto, tanio i że Internet faktycznie działa. Pytam o wolne pokoje. Jedyny wolny, przyzwoity i w cenie to ten sam gdzie z kolegą spał R. Że zacytuję klasyka: „Przypadek? Nie sądzę”.

Pokój był dość wygodny, choć jednak trochę zimno o tej porze roku.

Otagowane , , ,

Indiopol: No Internet, girl! (Dalej w Sikkim)

Wyobraź sobie, że jedziesz pociągiem. Rytmicznie dudni, wagon buja się usypiająco, koła śpiewają. Jedziesz gdzieś. Masz cel, ale i tak nie do końca wiesz co cię czeka. Te przyjemne uczucia ciepła w żołądku, ekscytacja. Może szczypta obawy (zależy gdzie i po co jedziesz). Po prostu podróż.

10929150_986311021382494_6821334242981948257_n

Po co mi taki wydumany wstęp? Już tłumaczę.

Podróż w swoim wymiarze fizycznym to dla mnie zatrzymanie w czasie. W sensie czynnościowym, by tak rzec. Przemieszczanie się to jakby nie-bycie. Wiesz, chodzi mi o ten moment, kiedy nie możesz robić nic innego niż po prostu oddać się jego przejściowości. W pociągu, autobusie, samochodzie czy samolocie. Czytasz książkę, oglądasz film, gapisz się przez okno, śpisz (okay, jest tutaj oczywiście wyjątek, kiedy jedziesz na konferencję i nerwowo kończysz na kolanie swoją prezentację). W każdym razie trwasz w zawieszeniu, mniej lub bardziej. W zależności jak długo taki transfer trwać będzie.

Przedłużeniem tego stanu egzystencji jest inny rodzaj przymusowego nic-nie-robienia. Sytuacja bycia bez internetu. Trafiasz do miejsca, które nie ma żadnego połączenia ze światem. Nie jest podpięte do sieci  –nie możesz wyciągnąć macek swojego umysłu, niczym gigantyczna ośmiornica, do innych wymiarów w cyber-rzeczywistości. Nie możesz śledzić znajomych na Facebooku, przeglądać newsów, odpisywać na maile z pracy. Jesteś sama/sam ze sobą. Po prostu musisz się oddać chwili. Oczywiście to też zależy z kim w tym odludnym miejscu jesteś. Tak czy siak, musisz przeczekać, aż ten retreat dobiegnie końca.

Ravangla (czy też Rabongla) w Południowym Sikkimie jest takim właśnie miejscem. Nie daj się zwieść – mimo że południowa, ta część stanu daje popalić o tej porze roku. W nocy temperatura schodzi do zera, w ciągu dnia na słońcu może z 15 stopni. Ogrzewania brak, no chyba że się skombinuje mini-grzejniczek.

Nocujemy w zaprzyjaźnionym klasztorze. Zawiła droga przez las/górską dżunglę (nie wiem co myśleć, masa pnączy na drzewach, ale jednak zimno) z głównej części wsi na jej peryferia. Z braku Internetu do jego jeszcze większej nieobecności (na rynku była co prawda niedziałająca, ale jednak kafejka internetowa).

Wysiadamy z samochodu pod klasztorem. Krótki marsz pod górę i docieramy. Klasztor Dolling pod nami, a my w jego guesthousie.

Każdy dzień taki sam. O 8 śniadanie. O 12 obiad. Kolacja o 18. W górach ludzie idą spać wcześnie; zimą zmrok zapada o piątej, nie ma później co robić. Wstaje się ze słońcem.

W ośrodku mieszka rodzina lokalnego tulku oraz jeden przesympatyczny, europejski lama. Zanim przyjechał tu miesiąc temu oddać się zgłębianiu dharmy w krainie Guru Padmasambawy, przez trzy (!) lata przebywał na odosobnieniu w jednym z centrów Nigmapy. Siedzą z Tatą wieczorami i dyskutują o buddyzmie. Jak zwykle bywa w takich sytuacjach, dzielą wielu wspólnych znajomych.

Klasztor. Wieś. Idę na spacer. Pracy (różnorakiego pisania) tylko trochę. Do głowy pchają się natrętnie rozmaite, czasem zupełnie niespodziewane myśli. Potwory i spółka wyłażą z mrocznych zakamarków niechronionego nadmiarem pracy umysłu, nie dają spokoju. W tej aktywnościowej flaucie do głosu dochodzą lęki, małe i większe strachy. Przed tym co będzie. Przed problemami ze znalezieniem nowego miejsca dla siebie i kotki, przed mieszkaniem samej w obcym, bądź co bądź, kraju. Odwagi!, myślę sobie. To wszystko jest tego warte. Jest? Musi być.

P.S. Pamiętacie te protesty studenckie w Kalkucie o których pisałam parę miesięcy temu? Rektor mojej kochanej uczelni w końcu ugiął się pod presją opinii publicznej i poddał się do dymisji. Także sukces!

Otagowane , , ,