Category Archives: Sznel

Ciuchy od podszewki! 24.04 Fashion Revolution Day. Rozmowa z Kingą Kulon (Drugie Szycie) #insideout

Nieczęsto obchodzę święta, dochodząc do wniosku, że nie czuję z nimi osobistego związku. Dzisiaj jednak jest dzień, który będę celebrować niniejszym wpisem. To Fashion Revolution Day upamiętniający zeszłoroczną tragedię w fabryce Rana Plaza w stolicy Bangladeszu – Dhace, podczas której zginęło ponad 1000 osób szyjących ubrania trafiające do sieci sklepów marek odzieżowych, takich jak Mango, Primark, czy House. Potrzebna była tragedia, by spojrzeć za kulisy przemysłu odzieżowego i obudzić uśpionych konsumentów, z których niektórzy przeobrazili się w tych bojkotujących, świadomych, kwestionujących obecne status quo zadając pytanie: czy zmiana jest możliwa?

Pomysłodawcy Fashion Revolution Day nie tylko udzielają na to pytanie twierdzącej odpowiedzi. Czynnie partycypują w poszerzaniu społecznej świadomości dotyczącej tego w jaki sposób powstają noszone przez nas ubrania: kto je szyje, w jakich warunkach, jak ta ogromna gałąź przemysłu wpływa na środowisko naturalne? Dzisiaj pytamy producentów naszej odzieży: kto uszył mój ciuch? Nie lubię zdawkowych i wymijających odpowiedzi, dlatego z przeglądu odzieży, obuwia i dodatków, które ostatnimi czasy mogę zaliczyć do ulubionych wybrałam brązową nerkę wykonaną ze sztucznej skóry. Ta, dzięki Kindze Kulon prowadzącej pracownię Drugie Szycie, przeszła metamorfozę: przestała być rzuconą w kąt torbą, by stać się towarzyszką wieczornych wypadów na miasto i rowerowych przejażdżek. Poznajcie Drugie Szycie od podszewki!

 insideout_1

Przeglądam mój ulubiony zestaw: o New Balance’ach nie porozmawiałabym z Wietnamczykami, którzy je wykonali. Do Łodzi, by spotkać się ze szwaczką która uszyła moją sukienkę, ostatnio było mi nie po drodze. Na metce ulubionej narzutki widnieje niestety tylko informacja „fabrica in Italy”. A zatem nerka i Drugie Szycie! Fot. Drugie Szycie. Grafika: Fashion Revolution Day.

 

***

Antropoludens: Przyszłam dzisiaj do Twojej pracowni we Włochach, by dowiedzieć się więcej o osobie, która wykonała moją nerkę. Byłaś już w „Pytaniu na śniadanie”, Trójkowym „Zapraszamy do Trójki”, pisano o Tobie w iWoman, Gazecie Stołecznej. Wiem już, że ukończyłaś Wydział Rzeźby na warszawskiej ASP, samo szycie było obecne w Twoim życiu od dawna, a pierwszą maszynę do szycia dostałaś na osiemnaste urodziny od swojej babci. Starasz się też wcielać w to, co robisz ideę recyclingu zaopatrując się głównie w lumpeksach, przez co manifestujesz rodzaj anty-masowości i sprzeciw wobec konsumpcjonizmowi. Jednocześnie, w większości dotychczasowych artykułów o Drugim Szyciu przewija się wątek:  „wraca moda na szycie”. Nie ujmuje Ci to w pewien sposób? Bo „moda” zakłada, że coś jest jednak tymczasowe, choć cykliczne.

Kinga Kulon, Drugie Szycie: Czy mi to ujmuje? Nie wiem. Oczywiście, można mnie wrzucić w jakiś worek i stwierdzić, że wypłynęłam na fali mody na recycling i handmade, ale ja mam poczucie, że wyprzedziłam tę modę i jestem na dalszym etapie – prowadzę działalność od 1,5 roku. Ja na fali tej mody nie zaczynam. Nie czuję się jej dzieckiem. Mam satysfakcję, że robię to od dawien dawna. A czy sobie myślę, że ta moda przeminie i co ja wtedy zrobię? Chyba póki co się nad tym nie zastanawiałam. To co mi przeszkadza, to kwestia podejścia mediów: oni często mają swoją tezę, a ja mam ją tylko potwierdzić. Jest moda na szycie, więc zaprosimy do programu dziewczyny, które się tym zajmują, niekoniecznie interesując się tym co i dlaczego ja tak naprawdę robię: skąd się to u mnie wzięło.

Spokojnie, po to tu jestem i wszystko z Ciebie wyciągnę [śmiech]. Wracając do dziennikarskiego podejścia, niepokoi mnie często, że właśnie to co się dzieje w przypadku handmade’u, recyclingu jest traktowane właśnie jako tymczasowa moda. Brakuje mi tego, by przyjrzeć się temu bardziej jako symptomowi głębszej zmiany społecznej.

Ja mam nadzieję, że to jest to!

Podejrzewam, że każdy z nas, kto funkcjonuje w tych „okolicach” ma taką nadzieję. Niemniej media pokazują nowe zjawiska w świecie produkcji odzieży właśnie jako modę, nie poddając refleksji tego z jakich materiałów korzystamy, dlaczego wyrzucamy tak często kupowane ciuchy, dlaczego kupujemy w szmateksach: to stamtąd pochodzą rzeczy, z których korzystasz w pracowni. 

Większość tak. Albo z recyclingu, czyli po prostu z używanych rzeczy, albo z odpadów produkcyjnych, na przykład z materiałów obiciowych, tapicerskich, zasłon czy innych większych rzeczy. Wiadomo, że jeśli ktoś obija kanapę, to co mu zostaje to jest „resztka”, a dla mnie to są 3 nerki.

 

skórytrio

Nerki dla wegan! – podpowiadam. Kinga dostała od lokalnej firmy tapicerskiej karton ze ścinkami kolorowych sztucznych skór we wszystkich kolorach tęczy.

 

Dlaczego nie kupujesz nowych materiałów? To chłodna kalkulacja?

Tak naprawdę, jak zaczynam kalkulować, ponieważ szyję nieduże formy: torebki, nerki, to często opłacałoby mi się kupować nowe tkaniny, dlatego, że z metra kupionej w hurcie tkaniny wyjdzie mi więcej nerek. Często mi się nie opłaca w wymiarze finansowym to, co robię. Ale u mnie ta decyzja, by zaopatrywać się w szmateksach wynika z różnych względów. Najpierw, zanim było Drugie Szycie, szyłam dla siebie i trochę dla rodziny, przyjaciół: tak nieśmiało, głównie przerabiałam. Wiadomo, zaczynało się od tego: skrócić spodnie, zwęzić bluzkę ale potem to szło dalej. Ze spódnicy szyłam torbę. Pewnie też dlatego, że nie miałam śmiałości używania nowych materiałów. Wydawało mi się, i to we mnie wciąż siedzi, że ten nowy materiał jest świeżutki, nowy i szkoda go zniszczyć. A jeśli ja szyję ze starej spódnicy, to mogę sobie poszaleć, poeksperymentować. Sytuacje, gdy kupiłam materiał z metra mogę policzyć na palcach jednej ręki. To taki mój psychologiczny background: szacunek dla materiału i wykorzystanie zasobów na maxa.

Wyniesione ze studiów?

Faktycznie, studia rzeźbiarskie uczą szacunku do materiału i to mi gdzieś zostało. Studiowałam na Wydziale Rzeźby i też często korzystałam tam  z takich materiałów „drugiej kategorii”, które dawały mi  luz, że mogę popróbować, poeksperymentować. Rzadko kupowałam sobie super akcesoria do rysowania, pióro firmy „X” o jakiejś konkretnej grubości. Najchętniej posługiwałam się jakimś najgorszym kawałkiem węgla, starą kartką. Uważam, że materiały z drugiego obiegu są bardzo inspirujące. Swego czasu prowadziłam warsztaty z recyclingu dla dzieci i budowaliśmy coś z kartonu, zbierałam na przykład rolki z papieru papierowego, różne opakowania, bo byłam pewna, że coś uda się z tego zrobić! To, co robię jest dwutorowe: z jednej strony faktycznie bardziej mnie inspirują takie materiały niż te nowe, kupione w sklepie. Z drugiej, to ma wymiar ekologiczny: po co tyle produkować? Weźmy taką zabawkę, którą dziecko samo zbudowało z wytłaczanek po jajkach. Kupiona zabawka ma trzy funkcje i tylko trzy, innych mieć nie będzie. Wytłaczanka do jajek może mieć ich nawet tysiąc i to od nas zależy jaką funkcję jej nadamy. To bardzo rozwija kreatywność. Wracając do tkanin, te second-hand’owe mnie jakoś „niosą”.

Masz na myśli to, że one mają już jakąś historię? Mają jakąś tożsamość, którą próbujesz odgadnąć?

Myślę, że one już są „jakieś”. Nie mam tak, że sobie wyobrażam „ojej, co ta osoba robiła w tej bluzie?”. Te ciuchy „niosą” mnie w tym sensie, że to już jest gotowy materiał, bo na przykład ma kieszenie. Tutaj mam na przykład spódnicę, która powstała z bluzy. Zachowałam ściągacz, są kieszonki, które były w bluzie. Teraz one się odpinają „pod prąd”. O tyle mnie te rzeczy „niosą”, że już coś mają – coś, co mnie inspiruje. Biorę taką bluzę, oglądam z każdej strony i zastanawiam się… czym innym mogłaby być, jeśli nie bluzą.

Materiały ze szmateksu są wyzwaniem?

Niekoniecznie. Dla mnie wyzwaniem jest uszycie czegoś z nowego materiału, z wykroju. Gdy odwiedzam szmateks to bardzo wnikliwie oglądam i szukam ciekawych tkanin, zwracam uwagę na zapięcia, przeszycia, coś charakterystycznego. O, ta torba! Moja ulubiona. Nie wiem czy doszukałaś się filmiku o tej torbie gdzieś na moim fanpejdżu? [kiwam przecząco głową] Nie, to Ci pokażę.

 

Film CO Z TEGO? koprodukcji Drugie Szycie & Pracownia Filmów Animowanych Circo Barbaro.

To jest torba, która powstała z kurtki „Nevica”. Ja jestem takim grzebaczem i doszukałam się, że jest to brytyjska firma, która szyje sportową odzież. Tu był kaptur, tu kołnierz, a jest kieszeń na przykład na pompkę rowerową. Podszewka, kieszenie, zapięcia są oryginalne, tylko są totalnie poprzestawiane. I tutaj wracamy do tego dlaczego wolę szyć ze „szmat”. Znajduję rzeczy, które rozkładam na elementy i z tych elementów na nowo składam coś swojego. To jest mój sposób projektowania. Ja bardzo rzadko rysuję, właściwie nie jest tak, że biorę białą kartkę i sobie coś szkicuję i szukam tkanin na zrealizowanie tego projektu. Tak nie umiem.

Czyli na „Burdzie” się nie uczyłaś?

Nie! Chyba nigdy nie kupiłam Burdy [śmiech]. Mam kilka „Burd”, od kogoś dostałam, ale jakoś mnie męczy korzystanie z wykrojów. Chętnie szyję rzeczy typu torby, nerki, pokrowce, bo mogę bardziej poszaleć, jeśli chodzi o formę. To nie musi „leżeć” na figurze danego człowieka. Ja się nie uczyłam nigdy krawiectwa, uczyła mnie babcia. Trochę podpatrywałam też jedną moją sąsiadkę, która jest dla mnie ważną postacią w tym zakresie.

W wywiadach, artykułach z Twoim udziałem pojawia się informacja, że istotnym aspektem Twojej działalności jest też sprzeciw wobec praktyk wielkich korporacji… 

Jak najbardziej. I myślę, że ta moja osobista metoda szycia i szersze zjawiska krytyki systemu są ze sobą zgodne. Poza tym coraz bardziej zwracam uwagę na kwestie ekologiczne w życiu w ogóle. Nauczyłam się robić płyn do mycia naczyń ze skórek po cytrusach, mam przy domu kompostownik.

Ja też!

Bardzo dobrze! Segreguję śmieci do bólu. Moja mama w tym uczestniczy, tata trochę mniej. Ja już nie mogę nie segregować.

Wracając do ubrań: zdarza Ci się w kupować nowe? 

Bardzo rzadko. Jak już to kupuję oczywiście bieliznę, buty – choć nie zawsze, mam szmateksowe. Zdarza mi się kupić nowe ubrania sportowe, chociaż mam też szmateksową kurtkę, soft shell. No ale jeśli bym miała kupić jakąś sportową kurtkę czy buty, spodnie narciarskie, to pewnie kupiłabym nowe, bo trudno to znaleźć. Poza tym wszystko mam ze szmateksów, albo – w ostatnich czasach – z wymian ciuchowych, w których namiętnie uczestniczę i które są dla mnie źródłem towaru. Na to wpływa też fakt, że co i rusz słychać wiadomości o wyzyskiwaniu ludzi…

Naprawdę? Co i rusz?

No nie wiem czy co i rusz. Może ja się obracam w takim środowisku, że „co i rusz”, ktoś wrzuca link na wallu na Facebooku. W taki sposób do mnie to dociera. Tak dowiedziałam się o zeszłorocznej tragedii w Bangladeszu. Czytałam też reportaż o Kambodży, gdzie pokazano, że te dziewczyny mieszkają w jakichś mikro pokoikach, pracują od rana do nocy, świątek piątek czy niedziela. Czasami ktoś udostępnia takie tabelki: ile na danym ubraniu zarabia pracownik, ile marka, ile sklep. I tak naprawdę ci, którzy faktycznie wykonują te ubrania, mają z tego mniej niż 1% rynkowej wartości ubrania. Mam nadzieję, że praca rąk ludzkich zacznie być coraz bardziej doceniana. Fakt, że masz produkt, o którym wiesz gdzie powstał, kto go zrobił jest wielką wartością. Już obserwujemy zwrot ku lokalności, który objawia się tym, że chętnie kupujemy ubrania od krajowych producentów, nie tylko marek, ale i producentów.

Tylko czy to rozwiązuje problem ludzi w Chinach, Bangladeszu? Wiesz, to jest pytanie, które sama sobie zadaję, bo też staram się być świadomą i etyczną konsumentką. Ale często dochodzę do wniosku, że ci ludzie dalej szyją w tych fabrykach, dla nich niewiele się zmienia, bo wciąż jest popyt na te ciuchy.

No oczywiście ja jedna, która nie kupię nowych, szytych w Chinach rzeczy, nie sprawię, że te fabryki się zamkną czy pracownikom się poprawią warunki. Ja jedna nie. Ale jeśli więcej się będzie o tym mówić i ta wiedza dotrze do świadomości społecznej, to jest większa szansa, że to wpłynie na sposób produkcji. Wizerunek tych firm, które szyją w Chinach czy Bangladeszu zostanie nadszarpnięty, już jest. To leży w ich interesie, mając na celu utrzymanie dobrego wizerunku i zysków, by polepszać warunki pracy. Bojkot konsumencki może być tutaj silną bronią.

Chodzisz na protesty?

Nie, na protesty nie chodzę, ale jeśli są jakieś petycje to je chętnie podpisuję. Widzę to raczej tak: ja sobie u siebie na moim poletku robię ubrania na mój sposób. Ja nie pójdę protestować, pikietować, palić ciuchy, bo uważam, że moją działką jest tworzenie alternatywy. Takiej konkretnej, czyli nie działam przez negowanie „tych złych”, tylko działam poprzez proponowanie czegoś innego.

Tu poruszasz bardzo ważny problem. Bo jedna kwestia to krytyka tego, co jest obecnie, ale coś wciąż musimy na siebie włożyć, tylko „co”? Więc robisz po prostu dobrą robotę, jak powiedziałaś – stwarzasz alternatywę. 

Dokładnie. Dodam jeszcze, o czym się często nie mówi, że to szycie recyclingowe, trochę się u mnie wzięło tak naprawdę z biedy. W tym sensie, że jak zaczynałam szycie, to właśnie nie miałam śmiałości kupować nowych materiałów, a wiadomo, że szmata szmateksowa czy moja własna po prostu nic mnie nie kosztuje. W międzyczasie zaczęłam pozyskiwać większą świadomość na temat tego jak ogromna jest nadprodukcja dóbr i jaki to ma wpływ na środowisko.

 

Trailer dokumentu The Light Bulb Conspiracy.

 

Produkuje się tyle plastikowego szajsu, który za chwilę ląduje na śmietniku i jest specjalnie zaprojektowany i zrobiony tak, że ma się zepsuć w określonym czasie. Kurczę, nie chcę tak! Ja z tego, co ktoś uzna za zepsute, zbędne, jeszcze spróbuję coś wyłuszczyć, użyć ponownie. Może nie biorę rzeczy ze śmietnika, chociaż czasem mi się zdarza [śmiech]. To znaczy w Polsce nie jest łatwo brać ubrania ze śmietnika, bo to jest często wywalone razem z innymi śmieciami. Ludzie dużo chyba oddają na PCK, czy coś takiego. Rzadko się zdarza, żeby coś upolować.

Mam podobną obserwację po Erasmusie W Kopenhadze. Rzeczy, w tym ubrania, które ktoś postanawia wyrzucić – owszem – lądują na śmietniku, ale często do oddzielnego pomieszczenia, wydzielonej specjalnie przestrzeni, bo sąsiadom mogą się przecież przydać.

Ja też byłam na Erasmusie, we Włoszech. I tam też jest tak jak mówisz, chociaż na południu to wcale nie jest bogate społeczeństwo. W Niemczech to też tak działa: ludzie wystawiają rzeczy złożone w kartonie, czasem wyprasowane, zdarzało mi się i takie znaleźć. I po prostu nie czujesz się wtedy jak bezdomny, który gdzieś tam grzebie w brudzie. Każdy może sobie grzecznie, w czystości przejrzeć i wziąć co chce. A u nas? Teraz zaczynają się garażówki, wymiany ciuchowe.

Z jednej strony mamy te garażówki, wymiany, upcycling, recycling, a z drugiej – wypływ nowych polskich marek, które uwielbiają podkreślać to, że w Polsce są projektowane, szyte. 

Ah tak, „szara dresówka”. Nawet ostatnio się wystawiałam na jakichś targach w Blue City gdzie obserwowałam ubrania od młodych polskich projektantów, które wszystkie wyglądają jak różne kolekcje jednego i tego samego projektanta. Po prostu są z szarego dresu, ewentualnie szyte kolorową nitką. Oj! No, to jest właśnie moda! Ale muszę przyznać, że jak się zaczęła moda na te dresy to ja w sumie się ucieszyłam, bo ja lubię się nosić swobodnie. Fajne było to, że dres przestał być taki pidżamowy, domowy, i można w nim też wyjść publicznie i się pokazać. Natomiast „szara dresówka” stała się już zbyt powszechna i to się po prostu szybko znudzi. Jak każda moda – w pewnym momencie się przejada. A sami młodzi polscy projektanci? Ja się cieszę, że są i że jest ich coraz więcej i że podkreślają to, że ich ubrania są wykonane w Polsce. Ale trzeba by już się każdej jednej osoby dopytać, gdzieś tam pogrzebać w historii czy metodach produkcji, bo mam podejrzenie, że ta „dresówka” niekoniecznie musi być produkowana w naszej Łodzi.

To jest coś, co i mnie niepokoi. Z jednej strony żyjemy od kilku lat w takim rodzącym się powoli gospodarczym patriotyzmie, nagle to co polskie, lokalne jest pożądane. Tylko, że za tym często nie stoi w zasadzie zmiana w systemie produkcji gdy mowa o dużych graczach, bo bardziej opłaca się wciąż wysłać rzeczy do uszycia gdzieś dalej, a nie produkować to, w naszej „mitycznej Łodzi”.  

Ciężko mi się wypowiadać za wszystkich polskich projektantów, ale ci, co mniej więcej ich mamy na myśli, mówiąc „szara dresówka”, to oni w większości szyją w Polsce, bo to są za małe nakłady, by szyć zagranicą. Natomiast zastanawiające jest to gdzie są produkowane materiały, których używają do szycia ubrań. Ja też, jak szyję nerki, używam nowego zamka, suwaka, paska, klamerek – to wszystko jest nowe i szczerze powiedziawszy nie zwracam uwagi na to, gdzie to jest produkowane. Chętniej kupiłabym coś, co jest zrobione w Polsce, ale teraz tak sobie myślę, czy w Polsce w ogóle produkują zamki, suwaki, klamry tak totalnie „od zera”, nie z półproduktów? Nie wiem. Pewnie fajnie byłoby to podkreślać i budować markę  w oparciu o to, że każdy element jest „nasz”, „polski”. W moim przypadku to nie funkcjonuje w ten sposób, bo kupuję w szmateksach, więc to często są rzeczy z Azji. Korzystam  więc z odpadów, ale ważniejszą rzeczą jest dla mnie recycling i „Drugie Szycie” niż ta „polskość” moich rzeczy. Mi się wydaje, że to i tak jest dużo, że szyję tutaj, w Warszawie.

Poza tym minie jeszcze trochę czasu, gdy na polskim rynku wypłynie marka, która będzie w 100% ekologiczna, etyczna, zrównoważona itd. I wszystkie ubrania będą z lnu, który na naszej polskiej ziemi  wyrósł [śmiech]. Rodzi się tutaj pytanie czy takie „patriotyczne” ciuchy w ogóle są dzisiaj możliwe?

To by było świetne. I taka firma mogłaby organizować wycieczki pokazując: „tutaj możesz zobaczyć pole, na którym rośnie len na twoją sukienkę” – no super! Tylko, niestety, mam podobne wątpliwości, co Ty.

Wróćmy do szytych przez Ciebie nerek: każda jest inna. To jest oczywiście moja interpretacja, możesz mnie zaraz wyprowadzić z błędu, ale czy wkrada nam się tutaj kwestia autentyczności? Rozumianej jako pogoń za tym, by się wyróżnić, zamanifestować swoją antymasowość i pokazać, że noszone rzeczy nie pochodzą z sieciówek?

Myślę, że to może być pogoń moich klientów. Natomiast we mnie to się nie zrodziło z tych pobudek. Od zawsze, jeszcze w liceum, a nawet w podstawówce, nosiłam dużo rzeczy „ze szmat”. Te zakupy były strategią oszczędnościową rodziców, ale ja nie miałam nic przeciwko rzeczom używanym, czy noszeniu ubrań „po kimś” z rodziny. Potem zaczęły się pojawiać ubrania nowe. Bo przecież u nas w Warszawie, to gdzie się kiedyś kupowało ubrania? Pod Pałacem Kultury i Nauki! Najpierw były szczęki, potem KDT, był też Stadion Dziesięciolecia. Ale sklepy z ubraniami? To okolice lat dwutysięcznych, koniec lat 90. Pamiętam jak się pojawił na przykład Reserved.

Gdy jeszcze szył w Polsce…

Pewnie tak, ale wtedy w to nie wnikałam. Więc miałam taki moment, że trochę się zaczęłam wstydzić tych szmateksowych ubrań i chciałam mieć rzeczy nowe, ze sklepu. Niemniej szybko wróciłam „do korzeni”. Nigdy nie przeżyłam jakiejś traumy, że „inna dziewczyna ma taką sukienkę, jak ja!”. Natomiast wiem, że dla osób, które u mnie kupują, aspekt nieprzeciętności jest ważny: nikt takiej nerki mieć nie będzie!

Z jednej strony mamy tutaj kwestię oryginalności, ale w tej pogoni za autentycznością może drzemie coś innego: nagle odkrywamy, że nie wszyscy jesteśmy tacy sami i nowe ciuchy nie pozwalają wyrazić siebie, swojej tożsamości. Może to jest istotne dla ludzi, którzy starają się zaopatrywać u osób takich jak Ty?

Gdy mowa o autentyczności, czy indywidualizmie to ważna jest następująca kwestia: bardzo lubię szyć na zamówienie, tak jak dla Ciebie. Mój biznes zaczął się od szycia dla znajomych, których znam, wiem jaki mają styl, jakie lubią kolory. Jeśli u mnie coś zamawiali, to nie musieli mi dużo mówić. Wiedziałam dla kogo szyję. Największe komplementy jakie kiedykolwiek dostałam to momenty, gdy coś doskonale oddaje czyjąś osobowość. Mam swoją ulubioną historyjkę, która dobrze obrazuje o czym mówię. Przyszła do mnie koleżanka. W pracowni leżała nerka dla kolegi. Nie wspomniałam da kogo jest, a ona powiedziała: „Aaaah! Tak mi się ta nerka z Pawłem kojarzy!”. Ta była właśnie dla niego! Inny kolega przyszedł kiedyś po odbiór nerki i był ubrany idealnie jak do sesji zdjęciowej z tą nerką.  Zazwyczaj trzeba się nagłowić jak tu ubrać modela, by tę nerkę wyeksponować, a on tak przyszedł „z ulicy”. To działa w dwie strony – ja lubię wiedzieć dla kogo coś szyję i klienta też to cieszy, bo ma coś naprawdę swojego. A sieciówki? Wiadomo, idziesz do sklepu kupować nową rzecz, czy nawet do szmateksu – zawsze masz ograniczony wybór, szukasz w tym, co jest dostępne. Sama doskonale możesz się wypowiedzieć jako klientka: co Ci daje moja nerka, czego nie daje Ci sieciówka, czy sklep?

I tutaj dotykamy kwestii, która leży u podstaw kupowania, konsumpcjonimzu. Wmawia się nam, że mamy nieograniczony wybór, podczas gdy go w zasadzie nie mamy. Ktoś już go za nas dokonał i stwierdził, co będzie w danym sezonie modne i wszywa w te ubrania tylko inne metki, by dopasować się do zasobności portfela kupującego. Nigdy nie jesteśmy w stanie dostać tego, co chcielibyśmy dostać. Chciałabym tę kurtkę, tylko żeby miała kaptur, albo inny kolor. Sorry, nie dostaniesz tego. To tyczy się nie tylko fasonów i kolorów, ale też użytych materiałów i tego, że nie masz w zasadzie wyboru czy kupisz to od producenta, który w Twoim przekonaniu jest etyczny czy nie. A współcześnie dominują ci drudzy. Dlatego chciałam przerobić moją szmateksową torbę na nerkę od „Drugiego Szycia”! Tutaj chciałabym jednak wrócić do kwestii wstydu, o którym wspomniałaś gdy mówiłaś o ubieraniu się w szmateksach. Sama to przerabiałam i myślę, że nie należymy do mniejszości. Nagle zaczęły pojawiać się sklepy z nową odzieżą, „markowe”. Bardziej zamożne rodziny jeździły nawet z Suwałk do Warszawy, by tam kupować ubrania w galeriach handlowych. Jako nastolatkowie zaczęliśmy chyba myśleć, że kupowanie na szmateksach jest ujmujące, pokazuje, że jesteśmy gorsi, bo ubieramy się w rzeczy po kimś, podczas gdy szeroko rozumiane „śmieci, odpady” wracają dzisiaj do łask.

Tu zahaczamy o wątek dobrodziejstw kryzysu ekonomicznego, ale najpierw o wstydzie. Nigdy nie miałam czegoś takiego, by epatować marką, nosić bluzę z wielkim napisem „Adidas”. Jako nastolatka nie byłam osobą, dla której ważne było wyróżnianie się, bycie oryginalną. Lokowałam się raczej w „masie”. Ważniejsze było bycie w grupie, razem. Więc marka nie była istotna, ale rzeczywiście nie wiadomo kto, jak, kiedy zaczął mówić o tym, że rzeczy używane są gorsze, ujmują tym, którzy je noszą. Być może to było widać, że te rzeczy są niemodne. Wtedy oczywiście nie było „hipsterskości” i mody na niemodność. 10, 15 lat temu od razu można było zobaczyć kto ubiera się w lumpeksach: to były właśnie rzeczy niemodne, istniał „szmateksowy styl”.

Zastanawiam się też jak szeroko pojęta transformacja wpłynęła na nasze wybory zakupowe. Nagle, jako społeczeństwo chcieliśmy mieć to, co było niedostępne, chcieliśmy czegoś nowego. Swoją wolność ograniczyliśmy do wymiaru ekonomicznego, zaczęliśmy ją pokazywać między innymi przez nowe ubrania.

No tak, pokazujemy że nie jesteśmy biedakami, którzy tylko resztki od Cioci Unry noszą albo sami muszą szyć. Jak się porozmawia z osobami z pokolenia naszych mam czy babć, to one często – choć nie były profesjonalnymi krawcowymi – umiały szyć i szyły. One szyły ewidentnie z biedy i potrzeby, zaistniałych okoliczności, nie było ich stać na nowe rzeczy, czy ubrania od krawca.

Porozmawiajmy o kryzysie, z którego bardzo się cieszysz. To ciekawe, że media nie chcą podkreślać, czy nawet zauważyć, że nasz zwrot ku rzeczom i materiałom z drugiego obiegu, powrót do szycia i domowej produkcji różnych przedmiotów są spowodowane między innymi przez kryzys i rosnącą świadomość „konsumentów”, jak lubią nas media nazywać. Bieda zmusza do kreatywności?

Faktycznie, tak to widzę. Cóż, skończyłam studia, zaczęłam zajmować się scenografią i tak na prawdę myślę sobie, że gdybym dosyć prędko po studiach znalazła pracę, która by mnie satysfakcjonowała finansowo i nie byłoby to „korpo”, które mnie wysysa strasznie, to bym wielu pokładów kreatywności w ogóle w sobie nie odkryła. Może szyłabym „od święta”, w weekendy, w ramach hobby, ale na pewno nie próbowałabym z tego robić mojej pracy, mojego zajęcia zarobkowego. Myślę, że wiele osób doświadczyło takiej sytuacji. Ten kryzys naprawdę rodzi w nas kreatywność. Super, że odnajdujemy w tym pozytywy: teraz jestem w sytuacji gdy na powrót mieszkam we Włochach z rodzicami. Wcześniej rzucało mnie po świecie. We Włoszech mieszkałam i pracowałam przed i w trakcie studiów i oczywiście przychodziło mi do głowy, że jeśli nie uda mi się w Polsce, to wyjadę tam. No właśnie, ale przyszedł wielki kryzys, wcześniej był odczuwalny we Włoszech niż w Polsce. To mną trochę potrząsnęło, wróciłam na ziemię dochodząc do wniosku, że to wcale nie jest tak, że we Włoszech znajdę sobie jakąkolwiek pracę i będzie OK. Będąc w Wenecji na stażu podczas Biennale spotykałam się ze znajomymi: w moim wieku, starszymi. Wszyscy mieli dobre wykształcenie, duże aspiracje i wszyscy bardzo narzekali, czego w trakcie 10 lat częstego bywania i mieszkania we Włoszech nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Wszyscy bez wyjątku mówili, że nie ma pracy dla młodych, wykształconych, jak źle jest w kraju: tylko emigrować. Mam wielu znajomych Włochów, którzy mieszkają teraz w Niemczech. Wtedy zamknęła mi się ta furtka ratunkowa „Włochy”.

Więc z Włoch wróciłaś do Włoch [śmiech]. „Wielki świat” porzuciłaś na rzecz lokalności?

W pewnym sensie tak. Podczas studiów w Warszawie Włochy były dla mnie rodzajem sypialni, spędzałam czas na akademii, w mieszkaniach znajomych. Teraz, gdy pracuję tutaj, widzę coraz większą wartość mojej lokalności. Nie wiem czy widziałaś, mam odznaczenie „Lokalny Certyfikowany”. Zaczynam brać coraz większy udział w życiu sąsiedzkim. Nie tylko jako „Drugie Szycie”, ale jako ja, Kinga. Chlubię się tym, że robię zakupy we wtorki i piątki na bazarze, który jest czynny do południa, więc muszę wstać szybciej, bo wszystko co lepsze to mi wykupią, i że mam Panią Ewę od mleka i Pana Bogdana od jabłek. To jest super! Staram się w jak największym stopniu działać w oparciu o zasoby lokalne. Póki co szyję sama, ale coraz bardziej rozglądam się za rękami do pomocy, bo liczba zamówień rośnie, to cieszy. Ale prowadzenie własnej działalności, która polega na wytwarzaniu rzeczy, a nie na obrocie rzeczami, polega właśnie na tym, że potrzebuję dużej ilości czasu, by te rzeczy wytworzyć. Muszę też znaleźć czas na promocję, PR, marketing i to wszystko sama muszę ogarnąć. Dlatego też myślę, że te nerki mogłaby odszywać jakaś pani, najlepiej lokalna. Co innego mieszkać w danym miejscu i traktować je jako sypialnię, a co innego mieszkać w nim, żyć i pracować. Tak jest właśnie u mnie od półtora roku. Czuję się przez to coraz bardziej z tym miejscem związana, chce mi się tu działać. To był jednak proces. Nie zawsze kochałam Włochy, te warszawskie, i chciałam tu wrócić. To był taki powrót-odkrycie.

 

mieszkam we włochach

Wchodząc do pracowni Drugie Szycie w oczy rzuca się plakat informujący o spacerach i eventach zorganizowanych przez włochowską fundację Stare Nowe Moje Włochy.

 

Czy ta decyzja o otwarciu własnej firmy była spowodowana tym, że pracując jako scenograf nagle doszłaś do wniosku ze „kurczę, to nie to”, czy może straciłaś pracę? Twoje doświadczenie nie wpisuje się przecież w historie w stylu „byłem korpo-szczurem, teraz piekę chleb”.

Nie, nie „odhaczyłam” typowej korpopracy. Ale te historie o odchodzeniu z korporacji są super! Byłam freelancerem „od projektu do projektu”. Zawsze wiedziałam, że nie będę typowym rzeźbiarzem. Lubiłam robić rzeczy, które będą czemuś służyć. Stąd wzięły się moje zainteresowania teatrem lalek, animacją: wytwarzałam przedmioty, które żyją, bo są użyteczne. Moje pierwsze doświadczenie z pracą było takie, że pod koniec studiów trafiłam na plan filmowy jako wolontariusz-pomocnik. Bardzo mi się to spodobało. Między innymi z uwagi na fakt, że na studiach rzeźbiarskich pracujesz na własny rachunek, indywidualnie, a nagle znalazłam się w środowisku, gdzie kluczem do sukcesu była praca zespołowa. Bycie częścią większej całości bardzo mi odpowiadało i scenografia filmowa bardzo mnie wchłonęła. Jeden plan owocował kontaktami do kolejnych produkcji. Tryb od „projektu do projektu” jest super, cały czas żyjesz na wysokich obrotach, ale przestało mi to odpowiadać. Owszem, miałam propozycje pracy jako scenograf, ale w głównej mierze były to filmy niskobudżetowe, dyplomy z Łodzi czy z Katowic, debiutanckie „trzydziestki” z niskim budżetem i jeszcze niższą płacą dla scenografa. Czułam, że o ile kilka razy mogłam brać w takich projektach udział, by się uczyć, o tyle w pewnym momencie zaczęłam czuć, że praca za darmo mi nie odpowiada, zaczęłam widzieć swoją wartość, która powinna być zrewanżowana finansowo, a nie tylko tym, że „pracuję przy zajebistym filmie, który ma wielki potencjał, będzie na festiwalach, gdy reżyser odniesie sukces na pewno zatrudni mnie przy kolejnej produkcji”. Tak to wygląda. Nie zarabiałam tyle, ile powinnam. Poza tym nieczęsto mogłam się wykazać swoją kreatywnością, czuć, że to moja twórczość, móc się tym pochwalić. Doszłam do wniosku: po co ja to robię?

Odkurzyłaś więc podarowaną przez babcię maszynę do szycia?

Niekoniecznie. Maszyna była u mnie zawsze na równi z laptopem. Wtedy jednak zaczęłam prowadzić zajęcia plastyczne dla dzieci, bo po prostu: potrzebowałam pieniędzy. W pewnym momencie trafiły się zajęcia z szycia. Z wielką nieśmiałością, prawie trzy lata temu, poprowadziłam pierwsze warsztaty u naszych wspólnych znajomych, w Dużym Pokoju, w Pracowni Etnograficznej. Nabierałam śmiałości. Odkryłam, że byłam w stanie przekazać wiedzę o szyciu innym i ludzi to kręciło. Trzy lata temu nie było jeszcze tej mody na szycie. Nie było setek blogów i tutoriali na Youtube. Wtedy nie miałam pojęcia, że tyle innych dziewczyn może być zainteresowanych szyciem! No i klasyk: zgłosiłam wniosek o dofinansowanie pierwszego własnego biznesu do Urzędu Pracy. Napisałam biznesplan, wypełniłam wszystkie papiery i udało mi się dostać pieniądze. Gdy dostałam 16 tysięcy złotych, kupiłam różne sprzęty, zrobiłam remont pracowni i zarejestrowałam działalność. Dzięki tym pieniądzom dostałam tez potwierdzenie, że mój pomysł jest fajny. Co innego znajomi zachwyceni twoją wizją, a co innego panie z urzędu, które niekoniecznie są w klimatach przerabiania ciuchów ze szmateksów, ale jednak przyznają ci dofinansowanie. 

Marzenia się spełniły.

Zakładając działalność nie miałam poczucia „wszystko albo nic”, że to jest jedyna rzecz, którą mogę w życiu robić, że jak nie wyjdzie to się załamię. Tak naprawdę dosyć na luzie do tego podeszłam i wciąż takie podejście mam. Z jednej strony to co robię jest mocno konkretne, a z drugiej odnajduję tu duże pole na żonglowanie tym recyclingiem, handmadem. Nie twierdzę przecież, że całe życie będę szyć tylko nerki. Już teraz rozszerzam moją ofertę o torebki, etui i akcesoria. Właśnie powstaje strona internetowa i sklep, które ułatwią kontakt i zamawianie. Kroi mi się też ciekawa współpraca – projekt z wykorzystaniem resztek produkcyjnych bardzo specyficznej tkaniny sportowej. Powtórzę raz jeszcze: nie czuję się dzieckiem tej obecnej mody na domowe szycie. Być może pójdę za jakiś czas w inną stronę, kto wie.

I najwyżej Drugie Szycie będzie miało drugie życie. 

Dokładnie. Ale teraz to zabrzmiało tak, że przyjdzie moda na coś innego, to zajmę się tą „szarą dresówką” [śmiech]. A chodzi mi o coś innego. Mam wielką nadzieję, że to w czym uczestniczymy jest początkiem większej zmiany. Myślę, że powrót kooperacjonizmu, „moda” na kupowanie marchewki u znanego rolnika, czy to lokalne szycie nie są właśnie modą, ale symptomem tego, co zostanie na zawsze, a przynajmniej na długo.

A zatem: będzie dobrze! Dziękuję za rozmowę. Pokażesz mi jeszcze inne nerki?

Dzięki! No jasne, chodź!

Drugie Szycie ubrań, kawałków ubrań i innych szmacianych przedmiotów.
Zupełne przeróbstwo ze starego w nowe, ze spódnicy – torba, z bluzki – spódnica, ze spodni – nerka.

kontakt:

www.facebook.com/DrugieSzycie

http://www.drugieszycie.pl/

Poczytaj

Fashion Revolution Day. Świat , Polska.

Magdalena Płonka, Etyka w modzie, czyli CSR w przemyśle odzieżowym, Warszawa 2013

Amy Galland, Towards Safe, Just Workplace: Apparel Supply Chain Compliance Programs, San Francisco 2010 

Projekt Altmoda: Aktywni obywatele na rzecz odpowiedzialnej mody.

Kampania Clean Clothes Polska.

Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Take this bloody phone!

Żyjemy w czasach, gdy wartość i czas użyteczności przedmiotów maleją w zastraszającym tempie. Nikt z nas nie zamierza pozostawić w spadku swoim potomnym mebli z Ikei czy biżuterii z H&M. Zepsuły się? Na śmietnik. Straciły w naszych oczach walory estetyczne? Na śmietnik. Wypuścili lepszy model? No właśnie. Jeżeli przyjąć, że antropologia rzeczy zajmuje się stosunkiem człowieka do przedmiotów i tym, jak przedmioty określają ludzką tożsamość, to moje pokolenie wypada tutaj blado. Lubimy otaczać się nowinkami technologicznymi bez większego zastanowienia jak to możliwe, że dostępność dóbr materialnych jest tak duża jak nigdy wcześniej w historii. Na śmietnik wyrzucamy przecież czyjąś pracę. A może nawet czyjeś życie?

Dostawcy smartfonów wykorzystując retorykę demokratyzacji dostępu do dóbr konsumpcyjnych i przepływu informacji, starają się przekonać każdego, że ma prawo do najbardziej zaawansowanego technologicznie sprzętu. Zasługuje na niego… tak po prostu. Czyżby? Nie łudźmy się. Ta zasłona dymna dla przepływu ilości pieniędzy, o których nawet nie mamy pojęcia, przykrywa często zatrważające warunki pracy tych, którzy wykopują metale niezbędne do wykonania urządzeń, przygotowują poszczególne ich elementy i składają je w gotowy produkt. A co z ukrytymi kosztami tego ogromnego biznesu? Nie, smartfony nie są drukowane przez drukarki 3D. Jeszcze nie [1].

Na przełomie stycznia i lutego holenderski kolektyw startupowców Waag Society rozesłał do 25 000 osób pierwszy etyczny smartfon, który mierzy się z takimi problemami jak skandaliczne warunki pracy w kopalniach w Kongo, czy chińskich fabrykach, recyklingiem zepsutego sprzętu elektronicznego i uczynieniem każdego etapu produkcji transparentnym. Ci, którzy poszukują nowego modelu gospodarczego dla globalnego rynku przepływu dóbr, w którym partycypujemy, powinni zainteresować się innowacyjnym przykładem tego zrównoważonego i odpowiedzialnego modelu biznesowego.

Fairphone_production chain

Z czego składa się Fairphone, kto, gdzie i na jakich warunkach go wyprodukował, oraz co dzieje się z zużytym sprzętem pokazuje Waag Society.

 

Kup telefon. Rozpocznij ruch społeczny

Media coraz częściej poświęcają uwagę ciemnej stronie biznesu hi-tech. W styczniowym Forum mogliśmy przeczytać przedruk artykułu pokazującego, że potencjalnie każdy posiadacz smartfona używa urządzenia ociekającego krwią kongijskich pracownic i pracowników niezabezpieczonych kopalni odkrywkowych, w których wydobywa się metale wykorzystywane do produkcji smatrfonów. Pomimo rosnącego zainteresowanie tym zamiecionym pod dywan tematem, w 2012 roku bez echa przeszła informacja o masowym proteście pracowników w jednej z chińskich fabryk Foxconn [2], którzy posunęli się do dramatycznej formy pracowniczej niesubordynacji chcąc popełnić samobójstwo rzucając się z dachu budynku. Niedawno ukazało się w Polsce tłumaczenie książki „Niewolnicy Apple’a”, której autorzy ujawniają wstydliwe kuluary sukcesu marki Apple, sytuującej się obecnie na drugim miejscu na liście najbardziej dochodowych przedsiębiorstw na świecie [3], która ogromną część produkcji zleca Foxconnowi. Książka miała swoją polską premierę na początku 2014 roku podczas spotkań autorskich zorganizowanych w Poznaniu, Wrocławiu i Warszawie.

Podczas gdy reklama najnowszego modelu iPhone’a 5 nabiła na jutubowym liczniku blisko 11 milionów odsłon, relację Democracy Now z protestu w Foxconnie obejrzało niewiele ponad 5000 osób. Serio?! Zwiększmy oglądalność!

Hasło promujące Fairphone’a „Buy a Phone. Start a Movement” oddaje ducha przedsięwzięcia, którego autorzy chcą to, co dotychczas ukryte za kurtyną, uczynić transparentnym, wpływając jednocześnie na społeczną i środowiskową świadomość konsumentów w zachodnich społeczeństwach. Każdy etap produkcji urządzenia opisywany jest na blogu, który jest wzorowym przykładem komunikowania społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstwa (Corporate Social Responsibility): dowiadujemy się, że metale niezbędne do powstania smartfona wydobywane są w pozakonfliktowych regionach i krajach Afryki we współpracy z inicjatywą Conflict-Free Tin Initiative, produkcja odbywa się w chińskich fabrykach A’Hong wyselekcjonowanych przez członków Waag Society jako przestrzegające praw pracowniczych, wolności do zakładania związków pracowniczych i odpowiednio wysokich stawek wynagrodzeń.

Zepsute lub uszkodzone smartfony, których nie uda się naprawić, objęte są programem Ghana E-waste [4], kolektyw współpracuje też z fundacją Closing the Loop stawiającą sobie za cel ponowne użycie odpadów elektronicznych, które w tym momencie zanieczyszczają coraz większe połacie ekosystemów.

fairphone ghana visit 2

Wyprawa Waag Society do Ghany, jednego z największych „odbiorców” e-odpadów z Europy i stanów Zjednoczonych.

Fairphone wciela zatem w życie wytyczne i cele paradygmatu ekonomii cyrkularnej (circular economy), który z coraz większym powodzeniem promuje Ellen McArthur Foundation (EMF) w ramach krytyki linearnego modelu rozwoju gospodarczego (wiodącego Ziemię i jej mieszkańców w kierunku nieuniknionej tragedii, której nadejście możemy postarać się współcześnie już tylko opóźnić). Jak argumentuje w kolejnym, już trzecim, raporcie EMF, przygotowanym we współpracy z World Economic Forum: zaszczepiony wraz z erą przyspieszonej powojennej industrializacji i modernizacji dyktat nieograniczonego rozwoju gospodarczego jest niezrównoważony, gdyż opiera się na wykorzystaniu nieodnawialnych surowców naturalnych i zasadzie take-make-dispose, co skutkuje dramatycznie rosnącą ilością odpadów nieprzystosowanych do ponownego użycia.

Zróbmy to wspólnie!

Nieodłącznym elementem rosnącego sukcesu i zainteresowania jakim cieszą się twórcy Waag Society jest fakt, że Fairphone to produkt powstały w oparciu o nowe kierunki w ekonomii wyrosłe dzięki mediom społecznościowym i platformom finansowania społecznościowego (crowdfunding), takim jak: Kickstarter, IndieGoGo, RocketHub, czy polski PolakPotrafi. Podróże startupowców do Chin i Afryki w poszukiwaniu najbardziej etycznych rozwiązań produkcyjnych nie mogłyby się odbyć gdyby nie wsparcie finansowe konsumentów, którzy kupili koncept i telefon jeszcze przed jego wyprodukowaniem, wpłacając kwotę 325 euro za sztukę na konto kolektywu.

Większość autorów polskojęzycznych artykułów, które udało mi się odnaleźć w czeluściach Internetu skupia się na tym, że Fairphone nie jest żadnym technologicznym wyczynem, czytaj: specyfikacja przybliża go do iPhone’a 5, zamiast uwypuklić iście innowacyjny  i rewolucyjny model biznesowy. Kupujący czują się współtwórcami przedsięwzięcia, są członkami ruchu świadomych konsumentów, chcących inwestować swoje pieniądze w technologie, które minimalizują krzywdę wyrządzoną wszystkim zaangażowanym w ich powstawanie. Waag Society nie planowałoby teraz produkcji kolejnej transzy urządzeń, gdyby 25 000 osób nie wsparło idei zanim się zmaterializowała.

25 000 Fairphones sold!

 

Pożeranie świata

Miejmy nadzieję, że zainteresowanie Fairphonem nie zmaleje (wraz z pozostałymi 37 655 osobami czekam w kolejce na następne etyczne smartfony) i będzie przykładem dla kolejnych startupów na całym świecie, które równolegle z generowaniem zysku ekonomicznego będą chciały dołożyć swoją cegiełkę do wzrostu społecznej i środowiskowej odpowiedzialności za produkty. Globalna gospodarka przerwała istniejący jeszcze w XX wieku lokalny łańcuch produkcji, dystrybucji i konsumpcji i uczyniła z nas ślepych ignorantów, którzy nie mogą lub nie chcą dostrzec rąk, nieprzerwanie produkujących dla nas smartfony, tablety i inne cuda techniki.

Pomimo wielkiego optymizmu, jakim napawa nas Fairphone, nie bądźmy ślepi i głusi na to, czego wciąż jesteśmy aktywnymi uczestnikami. Po tragedii, która miała miejsce w fabryce odzieży w Bangladeszu (gdzie produkowano również ciuchy koncernu LPP) w kwietniu ubiegłego roku uroniliśmy kilka łez i pogadaliśmy ze znajomymi, że to takie straszne, wzruszaliśmy się zdjęciem przygniecionej zwałami gruzów pary, które gdzieniegdzie okrzyknięto zdjęciem roku, ale wciąż kupujemy ciuchy z House’a i Reserved, bo przecież trzeba wyglądać. Polecam uwadze ciekawą inicjatywę Fashion Revolution Day, która odbędzie się 24 kwietnia

[1] Wyobraźmy sobie jednak tę zachodnią rzeczywistość  (kogo będzie stać na zafundowanie sobie drukarki 3D?), w której drukować sobie będziemy wszystko, począwszy od jedzenia, a na smartfonach skończywszy. Co to oznacza dla globalnego rynku? Zerwanie łańcucha produkcja-sprzedaż-konsumpcja oznacza jeszcze większą nędzę dla zatrudnionych w sektorze produkcji i transportu, gdyż fabryki ulokowane głównie w Azji i Europie Wschodniej produkują na potrzeby rynków Europejskich i północnoamerykańskich. 

[2] Największy na świecie dostawca naszych notebooków, tabletów i smartfonów zatrudniający ponad 1,3 miliona pracowników w samych Chinach; dane za 2012 rok wg. Bloomberg L.P. 

[3] Według raportu CNN Money z 2013 roku Apple Inc. wyprzedził tylko Exxon Mobile, zajmujący się obrotem paliwami kopalnymi.

[4] Większość wyprodukowanych w Europie i Ameryce Północnej odpadów elektronicznych trafia do Afryki i Azji, ponieważ zachodnie prawodawstwo nakazuje recycling i zakaz wyrzucaniatego rodzaju odpadów na wysypiska śmieci, bowiem zanieczyszczają glebę i atmosferę trującymi substancjami: m.in. kadmem, czy bromem, który następnie spożywamy i wdychamy. Skutek? E-odpady wysyłamy (częściowo nielegalnie) do Ghany, Lagosu, Pakistanu, Indii, Chin, by tam zanieczyszczały glebę i powietrze. Więcej tu.

Otagowane , , , , , , , ,

„Babochłop”, „chłopiec” i „krytyczna lesbijka” we własnej osobie, czyli o polityczności kobiecych włosów

Chyba żadna z moich ostatnich „metamorfoz” nie wywołała wśród najbliższego otoczenia tak dużych emocji, jak zmiana fryzury. Przejście na weganizm z akceptacją przyjął mój ojciec (uosobienie niemal wszystkiego, co krytykujemy u archetypicznego „ojca polskiego”), który od momentu gdy skończyłam 13 lat traktował mój wegetarianizm jako młodzieńczą fanaberię, mającą skończyć się tak szybko, jak dorosnę. Pomimo wspólnej konsumpcji pasztetu z soczewicy i kaszy jaglanej i innych wegańskich pyszności (przez żołądek do serca!), wciąż proponował mi jednak „zdrowy schabik” (a.k.a. pełnowartościowe PRAWDZIWE jedzenie), zatem Foerowskiej wspólnoty stołu nie zaznamy już nigdy. Również rewolucja w sposobie doboru odzieży (tak, weganizm to nie tylko zmiana jadłospisu) i podejmowania decyzji konsumenckich nie wzbudziła wśród znajomych i rodziny większych uniesień. Jestem już uwzględniona w liście zakupowej pewnego powiślańskiego gospodarstwa domowego, gdzie od powrotu z Kopenhagi pomieszkuję (trzeba kupić więcej warzyw i kasz, by Sznel miała co jeść), wzbudzam uśmiech na ustach wszystkich, gdy mówię, że zaczynam być gospodarczą patriotką. Z pozoru mało inwazyjna zmiana – bardzo krótka fryzura – okazała się tym, co mojemu otoczeniu zaczęło przeszkadzać, zagrażać komfortowi wspólnego przebywania, naruszać bezpieczne granice społecznych norm.

Czy twoje włosy są TWOJE?

W kilku polskojęzycznych artykułach traktujących o krótkich damskich fryzurach, które odszukałam w internetowym archiwum czytam konkluzje sprowadzające się do tego, że kobieta, która decyduje się na noszenie krótkiej fryzury jest nieodpowiedzialna, bo zmniejsza swoje szanse na znalezienie partnera. Za bardzo przypomina mężczyznę i w związku z tym musi liczyć się z konsekwencją zmniejszenia swojej atrakcyjności wśród płci przeciwnej. Na portalu facet.wp.pl, czytam, że:

W wielkim uproszczeniu, można zaryzykować stwierdzenie, że długie włosy to pierwotny photoshop, jakim natura obdarzyła panie (z powyższego wynika, że mężczyznom nie rosną włosy, zatrzymują się „naturalnie” na kilku centymetrach długości!). Długie, zadbane i lśniące włosy dodadzą uroku każdej kobiecie, wyciągając z niej to, co najlepsze. Jednak, niestety, ten mechanizm działa w dwie strony. Dlatego nawet wyjątkowej urody dziewczyna może wiele stracić na skróceniu fryzury do długości kilku centymetrów. Aby w podobnym wydaniu wyglądać atrakcyjnie, dana kobieta musi cechować się niesamowitą wręcz urodą i symetrią…

źródło: facet.wp.pl

Liczne komentarze internautów kwestionują zawartość tekstu, niemniej z jakiegoś powodu jego autor(ka) bardzo chce przekonać czytelnika, że prezentuje typowy męski światopogląd, do którego każda kobieta powinna dopasować swoje wybory dotyczące wizerunku. Przy okazji dowiadujemy się jak wiele kobiece włosy mogą powiedzieć o głowach innych osób oraz do kogo włosy w zasadzie należą. Dlaczego jednak MOJE włosy są przedmiotem dyskusji wśród mężczyzn, którzy najwyraźniej zawłaszczają kobiece ciało i różne jego elementy dla własnych potrzeb i estetyczno-erotycznego zaspokojenia? W przetłumaczonym na język polski artykule Laurie Penny zauważa, że większość decyzji dotyczących tego jak wyglądamy jest silnie kontrolowana przez to, jak mężczyźni chcieliby widzieć kobiety. W skrócie: jeśli zbliżasz się do wyprodukowanego na łamach mediów „ideału kobiety”, możesz być pewna, że przyciągniesz mężczyzny, dla którego długie włosy są równie „naturalne” co magiczne wymiary 60-90-60. Karą za odstępstwo od takiej matrycy, w którą wtłaczane są kobiety, miałaby być natomiast groźba śmierci w samotności jako kary za odmowę wzięcia udziału w patriarchalnej grze [która] jest strategią służącą zachowaniu władzy i kontroli. Powstało już trochę tekstów odsłaniających kulisy produkcji wizerunków medialnych, powstają pisma takie jak Verily z polityką anty-photoshopową, Cindy Crawford powiedziała kiedyś, że chciałaby wyglądać jak wyprodukowana Cindy Crawford, sugerując jak niewiele ma wspólnego ze swoją medialną odpowiedniczką.

Viral krążący po sieci od 2012 roku ukazujący produkcję kobiecego wizerunku dzięki nienaturalnemu Photoshopowi.

Siedząc z przyjaciółką w kuchni (nie, nie gotujemy; jako antywzorzec idealnej pani domu,  obie mamy spojrzenia wlepione w monitory laptopów, popijamy wino), słyszę, że gdybym miała te swoje długie włosy to każdy facet by na mnie leciał. Przekaz tej wiadomości jest prosty i szokujący zarazem. Nie liczy się to, co masz w głowie, lecz to, co na głowie. I kobiety w równym stopniu, co mężczyźni zinternalizowały tę wiedzę – musimy być „ładne” nie dla siebie, lecz dla mężczyzn. Interesujące, że na kilku blogach, których autorzy starali się udowodnić naturalność noszenia przez kobiety długich włosów, jako antywzorca często używano wizerunków krótkowłosych feministek, wysyłając tym samym przekaz kobietom nie-feministkom, że krótkie włosy to sygnał prezentowanych poglądów. Poglądów na bakier z patriarchalizmem.

Męskie wcielenia kobiety

Kto wyznacza wzorce kobiecego piękna i dlaczego krótkie włosy się w nim nie mieszczą? Z uwagi na ponadprzeciętną liczbę komentarzy dotyczących mojego wyglądu na przestrzeni ostatnich tygodni, postanowiłam poddać redefinicji swoje dotychczasowe eksperymenty z wychodzeniem poza to, co uznawane za kulturową normę, na co dzień – dla wzmocnienia sprawowanej nad kobiecym ciałem kontroli – wtłaczanego w retorykę naturalności.

Skejciara

Na początku gimnazjum zaczęłam nosić się na „skate’a”. Początek lat dwutysięcznych to moment, gdy w Polsce kultura hip-hop przeżywała swoje apogeum i masy nastolatków zaczęły nosić obwisłe spodnie, za duże bluzy i full capy. Niemniej, był to wizerunek kierowany – głównie przez stacje muzyczne jak MTV i VIVA – do chłopięcej części konsumentów. Dziewczętom serwowano natomiast odzieżowy „minimalizm” – kobiety pokazywane w teledyskach u boku raperów najczęściej nie nosiły zbyt wiele. Chłopaki ciało zasłaniali, dziewczyny je odsłaniały i tym samym obie płcie tworzyły coś na kształt kompatybilnych części. Rzecz jasna, moja nastoletnia głowa nie znała takich terminów jak przemoc strukturalna czy reżim seksualny, niemniej podskórnie czułam, że coś mi się w tym wszystkim nie podoba i by zamanifestować swój sprzeciw (i prawdopodobnie ukryć „obce” ciało, które szybko nabierało kobiecych kształtów) moja garderoba zaczęłaprzypominać tę mojego brata, zaś ja słuchałam Missy Elliott niżeli Lil Kim. Po latach, koleżanki przypominały mi później ówczesne deklaracje dotyczące tego, że nigdy nie założę obcisłych dżinsów podkreślających kształt pośladków(noszę). Pamiętam, że jedno z najczęściej powtarzających się w tamtym czasie określeń kierowanych pod moim adresem brzmiało „babochłop”. Formułowane najczęściej przez starszych członków mojej rodziny (oczywiście w formie żartu!) było jednocześnie przestrogą i rodzajem niepokoju o moją seksualną przyszłość: uważaj, mężczyźni nie lubią takich kobiet, nie znajdziesz chłopaka! Nigdy nie trafiłam do szkolnego pedagoga z podejrzeniem zaburzeń w rozwoju psychicznym, niemniej w liceum uchodzącym za najlepsze (dbające o tradycję i wychowanie uczniów na patriotów) w Suwałkach, nieodpowiednia fryzura (zbyt długie włosy u chłopców, zbyt krótkie lub farbowane u dziewcząt) były powodem ingerencji nauczycieli i  obniżenia stopnia z zachowania. Po kilku latach moje bluzy, spodnie, t-shirty i kurtki oddałam starszemu bratu, zaś sama zaczęłam stopniowo upodabniać się do koleżanek.

Kobieta z wąsem

Od jakiegoś czasu nosiłam się z myślą przeprowadzenia eksperymentu polegającego na publicznym pokazaniu się z przyklejonymi wąsami. Lubię analizować ludzkie reakcje, a własne ciało to najlepszy i najbardziej dostępny obiekt badawczy. W Andrzejki 2012 roku wybrałam się ze znajomymi na przebieraną imprezę do nieistniejącego już (w pierwotnej lokalizacji) Snu Pszczoły. Wcieliłam się w Salvadora Dalego, choć jak się szybko okazało nie całokształt mojego kostiumu wzbudzał zainteresowanie imprezowiczów, lecz jeden jego element – domalowane wąsy. Nie przypominam sobie innego wieczoru, w którym cieszyłabym się tak dużym zainteresowaniem wśród mężczyzn. Pośród księżniczek, nimf i bohaterek filmowych byłam najwyraźniej tą, która miała do siebie duży dystans decydując się na tak odważne przebranie. Podobnie jak postać, w którą wcieliła się Zoey Deschanel w The Hitchhikers’ Guide to the Galaxy, wabiłam w garniturze i z wąsem zarówno zwykłych everydaymanów, jak i tych przebojowych, zapraszających kobiety na własny statek kosmiczny.

3 mordy

 

Kobieta z brodą – niegdyś atrakcja obwoźnych cyrków podczas freak shows – dzisiaj funkcjonuje jako osoba, która na chwilę potrafi zakpić z kulturowej seksualnej matrycy. Zarejestrowane wówczas wypowiedzi każą mi również przypuszczać, że przebrana za mężczyznę kobieta może być odebrana jako dostępna seksualnie, wyzwolona i lubiąca eksperymenty. W końcu wąs jest tutaj tylko przebraniem, formą żartu, można go odkleić lub zmyć.

Chłopiec i krytyczna lesbijka

Po stopniowym skracaniu włosów – najpierw nosiłam je do ramion, później zaczęłam wygalać potylicę – w końcu zdecydowałam się na bardzo krótką fryzurę. Im krótsze miałam włosy tym więcej dowiadywałam się o swoim otoczeniu. Tuż po dwumiesięcznym pobycie w Wiedniu, wyczerpana panującymi tam nieustannie upałami, w sierpniu 2013 roku udałam się do fryzjera, by nie przejmować się dłużej spoconym czołem i karkiem. Ciekawe, że news obiegł bliższych i dalszych znajomych niemal jak virale z wrecking ball czy harlem shake (nie, nie zmieniłam profilowego zdjęcia na Facebooku).

Dorobiłam się takich przydomków jak „krytyczna lesbijka” (sformułowany przez kobiety) i „chłopiec” (sformułowany przez mężczyzn). Zarówno kobiety jak i mężczyźni odbierają krótkowłosą kobietę jako kontestację heteronormatywnej matrycy i kwestionowanie trwających na mocy tradycji ról społecznych przypisywanych płciom biologicznym. Mogę być zatem odbierana jako lesbijka, gdyż kulturowe kody funkcjonujące współcześnie w Polsce sugerują, że zmiana fryzury jest manifestem ukazującym orientację seksualną jednostki. To nic, że moje motywacje dotyczące zmiany fryzury były zbieżne z tymi, którymi kierują się krótkowłose kobiety w wieku 50-60 lat – wygoda i oszczędność czasu. Przymiotnik „krytyczna” miałby odnosić się do mojej osobowości – często formułuję opinie bez względu na społeczne konwenanse i polityczną poprawność, a to może stanowić kolejną cechę oddalającą mnie od funkcjonującego wzorca kobiecości. Wystarczy prześledzić wypowiedzi fanów i antyfanów Marii Peszek, krótkowłosej i liberalnej artystki dekonstruującej patriarchalną władzę nad kobietami, by zrozumieć zależność, o której mówię.

„Chłopcze!” mówili do mnie niektórzy koledzy, dając do zrozumienia, że nie są potencjalnie zainteresowani kobietami z krótkimi włosami, które tracą swą kobiecość i poprzez fryzurę najprawdopodobniej komunikują wojnę wytyczoną wizerunkowi kobiecemu forsowanemu przez popkulturę. Za każdym razem o moim „nowym ja” dowiadywałam się publicznie, w gronie znajomych, nigdy w sytuacji sam na sam, co może być sygnałem, że tego rodzaju epitety mają przede wszystkim funkcję wytyczania granic społecznych, norm i wartości. Publiczna dyskredytacja jednostki nieprzystającej do normy ma zasygnalizować innym co jest pożądane i atrakcyjne… dla mężczyzn.

Włosy papierkiem lakmusowym na społeczeństwo

Dopiero od kilku dekad antropolożki i antropolodzy dostrzegają, że w sytuacji prowadzenia badań etnograficznych w zupełnie odmiennym dla nich samych otoczeniu, określenie „obcy” bardziej pasuje dla opisania ich własnej sytuacji, aniżeli grupy badanych przezeń osób. Refleksja nad tym, co niecodzienne w naszym własnym społeczeństwie długo sprowadzała się do badania mniejszości etnicznych lub seksualnych, które rażąco odstawały od normy. Jak krzywdzące może być określenie „inny” czy „obcy” dowiadujemy się wtedy, gdy ktoś określa nas samych w sposób, który daleki jest od własnej autocharakterystyki. Jakie znaczenie ma nasza świadomie konstruowana tożsamość, kiedy okazuje się, że nasz wizerunek dekoduje tożsamości niekompatybilne z własną?

Za każdym razem łamiąc społeczne normy niestandardowym ubiorem lub fryzurą, dowiadywałam się więcej o innych, niż o sobie, choć z perspektywy drugiej strony z pewnością wyglądało to inaczej. Każda z opisanych sytuacji odbywała się w atmosferze żartu, ale to właśnie momenty, w których nie jesteśmy poważni zdradzają najwięcej z naszych prawdziwych motywacji i poglądów. Zrozumienie żartu pozwala nam być pewnym, że jesteśmy uczestnikami danej kultury i swobodnie się w niej poruszamy. Żart to jedna z najsubtelniejszych i najbardziej zawoalowanych strategii komunikacji. Wyśmiać coś, zażartować z czegoś (lub kogoś) to sposób na zakomunikowanie obcości, a poprzez prześmianie jej – poradzenie sobie z chwilowo zachwianym porządkiem i zdemistyfikowanymi społecznymi bojaźniami przed czymś nowym.

A co z wygodą i komfortem? Paradoksalnie to mój patriarchalny ojciec powiedział, że dobra ta nowa fryzura, bo taka praktyczna i wygodna. Na jego twarzy nawet przez moment nie pojawił się grymas zgorszenia czy przerażenia (najlepszy dowód na to jak indywidualne doświadczenie projektuje nasz światopogląd i wygłaszane opinie). Jako osoba, która przez większość swojego życia pracowała fizycznie (na gospodarstwie rolnym i jako budowlaniec) wie bowiem, że długie włosy przeszkadzają. W jego oglądzie dołączyłam zatem do kobiet, które obcinają włosy dla wygody i oszczędności czasu – nie musimy ich myć i suszyć dłużej niż posiadaczki włosów długich, kłaść na nie odżywek i martwić się rozdwajającymi się końcówkami, nie musimy ich czesać, pleść, układać, odgarniać gdy z uporem opadają nam na twarz, wycierać pocącego się latem czoła i walczyć z warunkami atmosferycznymi. Drodzy obecni i przyszli znajomi i przyjaciele – dzięki moim krótkim włosom poznaję i będę Was poznawała lepiej.

 

Otagowane , , , , , , ,

Duńskie śmieci (cz.1). Diving for food

Gdy myślimy „Dania”, oczyma wyobraźni widzimy najpewniej najszczęśliwszy naród na świecie posiadający stolicę o najlepszych warunkach do życia w skali globu , która niebawem zostanie zdominowana przez rowerzystów. No i oczywiście jesteśmy im wdzięczni za Lego. Nie da się ukryć, że Dania to kraj „naj” pod wieloma względami. Od kilku lat władze niestrudzenie pracują nad nowym duńskim „naj”. Gdy polityczni troglodyci z krajów na wschodzie walczą z wszystkimi kolorami tęczy, duński welfare state, nie dość, że od ponad dwudziestu lat roztacza to przepiękne zjawisko atmosferyczne nad swoimi obywatelami, to upodobał sobie w szczególności jeden kolor. Zieleń, symbol zrównoważonego rozwoju, uderza niemalże na każdym kroku. Upolowanie ulubionego warzywa w lokalnym supermarkecie bez etykiety „Øko” często graniczy z cudem. Możemy kupić organiczną wodę (What? What?) kosztującą krocie, pomimo, że lepszej kranówy dano nie piłam.

Oczywiście wszyscy wiemy, że zgodnie z ONZ-owską wykładnią zrównoważony rozwój modelowo tworzą trzy filary: ekonomiczny, środowiskowy i społeczny. Jedzenie i odpady, tak silnie ze sobą związane, znajdują się z pewnością na przecięciu ich wszystkich. Odkąd ma stopa dotknęła duńskiej ziemi tematyka jedzenia i śmieci nie odstępuje mnie na krok, między innymi z uwagi na fakt, że oba tematy, pomijając ich codzienny charakter, są tu na ustach wszystkich. Zdrowe odżywianie się, ekologiczny styl życia (na przykład idea New Nordic Cuisine trafiło pod strzechy większości moich duńskich znajomych [1]) i dbałość o środowisko to silnie zinkorporowane wartości stanowiące o zbiorowej tożsamości Duńczyków. Zadeklarować, że preferuje się cieknące tłuszczem mięsne potrawy, nie uprawia się sportu lub nie zakręca wody podczas mycia zębów, to nietakt równy nieznajomości imion członków rodziny królewskiej.

Denmark without waste? Jak ze śmieci zrobić zasób

Jednym z dominujących ostatnio tematów jest w Danii niewątpliwie „śmieciowa rewolucja” ogłoszona przez Ministerstwo Środowiska. Zawarte w dokumencie Danmark uden affald wytyczne stawiają przed obywatelami, samorządami i przedsiębiorcami nie lada wyzwanie: segregację odpadów już w domach, z wyszczególnieniem nowej frakcji – odpadów organicznych (która wyodrębniona z kubła na śmieci może być przeznaczona chociażby na produkcję biogazu czy przydomowego kompostu), zmniejszenie spalania biodegradowalnych i podatnych na recykling frakcji oraz  zaangażowanie obywateli w aktywne przeciwdziałanie produkcji odpadów, głównie żywnościowych.

Plan dziesięcioletni jest tyleż ambitny i poruszający eko struny wszystkich maniaków zrównoważonego rozwoju, co skomplikowany z technicznego i – przede wszystkim – kulturowego punktu widzenia. Nadanie nowego znaczenia odpadom, śmieciom, nieczystościom, by uczynić z nich  produkt nadający się do ponownego użytku, zasób, wartościowy surowiec, rozpoczyna się w codziennych nawykach ludzi, które wcale nie muszą być podatne na zmianę. Tym zagadnieniem zajmowałam się przez ostatnie 3 miesiące podczas interdyscyplinarnego projektu Urban Sustainability in a Circular Economy Perspective, w ramach którego staraliśmy się w oparciu o badania jakościowe opracować system zarządzania odpadami zwiększający wydajność sortowania w powstającym na terenach dawnego portu – Nordhavnen – nowego przedsięwzięcia urbanistycznego. 

Wróćmy do dzisiejszych duńskich śmietników. Zgodnie z danymi Eurostatu za lata 1995-2009 Duńczycy produkują w UE najwięcej, bo ponad 800 kg odpadów rocznie w przeliczeniu na obywatela (dla porównania, w Polsce jest to około 300 kg).  Aż 41% zawartości statystycznego kubła na śmieci, zajmuje jedzenie. No właśnie, jedzenie, odpady żywnościowe, resztki jedzenia czy po prostu śmieci – kategoria kulturowa, którą m.in. dzięki Mary Douglas zaczęliśmy postrzegać jako silnie związaną ze społecznymi praktykami porządkowania otaczającej człowieka przestrzeni. Brytyjska antropolożka zwróciła w latach 60. uwagę na fakt, że to, co nazywamy nieczystością czy odpadem jest silnie uwarunkowane lokalnymi praktykami społecznymi, w skrócie – nie istnieje uniwersalna kategoria „śmiecia”.

chujowe żarcie_1 by Alison Seiffer

Grafika autorstwa Alison Seiffer 

Duńscy przedsiębiorcy i politycy już dawno dostrzegli, że w odpadach jedzeniowych, przede wszystkim organicznych, tkwi ogromny potencjał ekonomiczny, lecz tylko wtedy, gdy przetransformujemy gospodarkę kraju z modelu linearnego: zasób-produkcja-konsumpcja-śmietnik (hedonistyczny konsumpcjonizm, ekonomia nadmiaru) na cyrkularny: zasób-produkcja-konsumpcja-ponowne użycie (świadomy konsumpcjonizm, społeczna i środowiskowa odpowiedzialność)[2]. Niemniej, jedzenie potrzebne jest nam konsumentom nie tylko do zaspokojenia głodu i dostarczenia niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania organizmu wartości odżywczych. Zapełniając koszyk w sklepie uczestniczymy w zbiorowym performansie, który kontynuujemy tworząc swoistą wystawę żywności w kuchni i decydując o tym co, kiedy i dlaczego postanawiamy uczynić śmieciem. Poprzez jedzenie budujemy między innymi swoją jednostkową tożsamość [3].

Consumption is (…) a stage in a process of communication, that is, an act of deciphering, decoding, which presupposes practical or explicit mastery of a cipher or code. In a sense, one can say that the capacity to see (voir) is a function of the knowledge (savoir), or concepts, that is, the words, that are available to name visible things, and which are, as it were, programms for perception. A work of art has meaning and interest only for someone who possesses the cultural competence,  that  is,  the code,  into  which  it  is  encoded.

Pierre Bourdieu

Gdy mowa o zmianie społecznej i transformacji myślenia, w tym wypadku: uczynienia ze śmieci kwestii publicznej, widocznej, nie zaś, jak dotąd, prywatnej, niedostrzegalnej, potrzebna jest oczywiście medialna ikona. Tę rolę w Danii odgrywa Selina Juul – mózg organizacji świadomych konsumentów, która hasłem Stop spild af Mad nawołuje do zaprzestania wyrzucania nadającego się do spożycia jedzenia: Stop being zombie consumer! W ostatnim weekendowym dodatku do jednej z najpoczytniejszych gazet, Politiken, wystąpiła w sesji zdjęciowej odziana w swój nieodłączny atrybut – zielony, rzecz jasna, fartuch, szpilki i skąpą i obcisłą sukienkę. Czy wizerunek ponętnej pani domu o blond włosach pomoże w osiągnięciu celów politycznych, ekonomicznych i ekologicznych [4]?

IMG_6074

Selina Juul – śmieć w wielkim mieście. Ty też możesz zostać Skraldere! Politiken 24 listopada 2013

Kopenhaski „raj” dla dumpster diverów

Jak widać powyżej, Selina wystąpiła w sesji zdjęciowej dla Politiken na tle ton śmieci. Podobne otoczenie to codzienność podczas robienia zapasów spożywczych dla tysięcy ludzi – dumpster diverów, w duńskim tłumaczeniu Skraldere – tych, którzy „śmieciują” [5]. Na temat zjawiska dumpster divingu/freeganizmu powstało już kilka dobrych publikacji i dokumentów, więc zamiast nakreślać zbyt wąską i uogólniającą charakterystykę, odsyłam do innych źródeł [6]. Spostrzegłszy jednak, że w Polsce prasowy wizerunek freeganizmu wskazuje raczej na jego tymczasowy charakter, często określając zjawisko mianem ”mody”, uwydatnię jedynie, że dla wielu ludzi bynajmniej nie jest to kaprys, pasja, hobby, lub „ryzykowna hipsterka”, ale świadoma ekonomiczna strategia i rodzaj politycznego aktywizmu wymierzonego przeciwko nadmiernej konsumpcji, rosnącym cenom jedzenia i wpływowi kompanii producentów żywności na sytuację, gdy nierównomierna dystrybucja żywności na świecie prowadzi do ubóstwa, głodu i konfliktów [7].

Trailer filmu „Taste the Waste”

Trailer filmu „Dive!”

Doskonale pamiętam swoje pierwsze doświadczenie nurkowania do śmietnika. Był weekend majowy w Berlinie, wyruszyłam tam z grupką znajomych po raz pierwszy. Płonące ulice, gaz pieprzowy i armatki wodne w użyciu. Z dymem poszedł nawet ulubiony śmietnik naszego hosta. Jako wprawiona użytkowniczka Couchsurfingu miejsce, w którym się zatrzymaliśmy znalazłam bardzo szybko. Codziennym rytuałem w mieszkaniu naszego hosta była kolacja dla wszystkich domowników i tymczasowych gości. Stół zawsze uginał się pod dostatkiem pysznego wegetariańskiego jedzenia. Nikt oczywiście nie prosił nas o dorzucenie się do posiłków, bo nic nie kosztowały, ale trzeba było „odrobić swoje”. Dostaliśmy przydział na pieczywo. Kierunek: jedna z większych piekarni w okolicy. Nigdy nie zapomnę dwóch rzeczy goszczących wtedy w mej nastoletniej głowie: zapachu dopiero co wyjętego z pieca chleba i wyrobów cukierniczych oraz uczucia niepokoju: dlaczego masa smacznego, świeżego i pełnowartościowego jedzenia trafia na śmietnik? W odpowiedzi usłyszałam jedno zdanie: „You know… food politics”.

berlin chleb

Polowanie na chleb w Berlinie

Kopenhagę można przewrotnie określić mianem raju dla freegan. Przewrotnie, bo gdy z jednej strony w kontenerach mieszczących się na tyłach supermarketów znajdziemy ogromne ilości nadającego się do spożycia różnorodnego jedzenia, musimy pamiętać dlaczego się tam znalazło. Polityka jedzeniowa – terror daty przydatności do spożycia + dyrektywy UE + interesy producentów i dostawców żywności. Unijne regulacje wymuszają na rolnikach, by na półkach w sklepach konsument zawsze mógł znaleźć tego samego rozmiaru ogórka. Globalni  dostawcy i producenci żywności tacy jak Nestlé, Unilever czy Kraft Foods / Mondelēz International opierają swój ekonomiczny sukces na standaryzacji produktów na międzynarodową skalę. Prowadzi to nie tylko do degradacji lokalnego rolnictwa, ale również utraty bioróżnorodności. Gdy jedynym „legalnym” i pożądanym na rynku warzywem jest to sztucznie wyhodowane, ulepszone i wyidealizowane, lokalne odmiany nagle przestają być skupowane, lub rolnicy muszą wyspecjalizować się w innej branży i stać się ekspertami od marketingu niszowego sprzedając „brzydkie” i „nieidealne” marchewki na przykład do lokalnej restauracji, która zbuduje na nich swoją markę [8].

Gdy mowa o gastronomii, warto przywołać działającą od kilku miesięcy kopenhaską restaurację Rub & Stub, gdzie serwowane potrawy są wykonane z produktów, które w przeciwnym wypadku trafiłyby do przymarketowych kontenerów, lecz wciąż są przed upływem daty przydatności do spożycia. Założycielka knajpy, Sophie Sales, wytoczyła jawną wojnę przeciwko marnowaniu jedzenia. Ciekawym doświadczeniem był dzień, kiedy przygotowywałam znajomej tort urodzinowy, składający się głównie z jedzenia uratowanego ze śmietników. Tuż po zdmuchnięciu świeczek przez jubilatkę, tort został zaatakowany widelcami przez zgromadzonych gości. Wszystko było cacy, do momentu, gdy w powietrzu nie zawisło jedno pytanie: Sznel, is that from dumpster diving? Jak mogłam zaprzeczyć? Oczywiście! I to wszystko, łącznie z Nutellą i M&M-sami! Konsumpcję wstrzymano. Z wyjątkiem trójki dziewcząt – aktywnych freeganek.

Pewnego razu udałam się na „łowy” na północne obrzeża miasta z Danem, 38-letnim Szwedem mieszkającym to tu, to tam informatykiem-freelancerem. Zyskałam sporo respektu, gdy rozumieliśmy się bez słów – zamknij drzwiczki od kontenera, odstaw skrzynkę, po której się wspięłaś na miejsce. Was it here or more to the left? More to the left. OK, let’s go! Dan „śmieciuje” głównie z oszczędności, lecz jest freeganinem [9] nie tylko z uwagi na względy ekonomiczne. Gdy w jednym z kontenerów znaleźliśmy kilka opróżnionych butelek po winie (Damn! ktoś był szybszy [10]) spakował je do oddzielnego worka, by następnie wyrzucić je do kontenera przeznaczonego na szkło, który znajdował się kilkanaście metrów dalej. People are so lazy! – narzekał. Jest enwironmentalistą, co w jego rozumieniu oznacza, że stara się ograniczać swój negatywny wpływ na środowisko.

Nocne wyprawy wzbudziły ciekawość mojej duńskiej współlokatorki, która postanowiła spróbować, bardziej motywowana emocjami i ryzykiem związanym z byciem Skraldere [11]. Gdy po powrocie zajęłyśmy się myciem i segregacją jedzenia, pełna entuzjazmu przekonywała, że było super: dużo emocji, poczucie łamania prawa, adrenalina.  Niemniej, nie zjadła niczego ze złowionego jedzenia, wyrzuciła to, co zawadzało jej w lodówce, pomimo, że jako partner przedsięwzięcia ja mogłam to zjeść. Podczas naszych dyskusji o jedzeniu, freeganizmie, przemyśle spożywczym, często zaznacza, że pełna lodówka daje jej poczucie bezpieczeństwa. Musi być w niej dużo zdrowego (czytaj: nie ze śmietnika) jedzenia dobrej jakości (czytaj: z wyższej półki) bo nigdy nie wie na co będzie miała ochotę. Tutaj widoczna jest koncepcja jedzenia, które umieszczamy w lodówce, jako rodzaju wystawy, na której pokazujemy kim jesteśmy za pomocą tego, co niekoniecznie zjemy, lecz na co patrzymy i co posiadamy. Większość jedzenia z półek Merete trafia bowiem do śmietnika. Społeczne życie rzeczy, przedmiotów, w tym wypadku również jedzenia trwa tak długo, na ile pozwolą im na to ich właściciele.

The euphoric and wily “motivation” philosophers would like to persuade themselves and others that the reign of the objects is still the shortest path to freedom. They offer as proof the spectacular mélange of needs and satisfactions, the abundance of choice, and the festival of supply and demand whose effervescence can provide the illusion of culture. But let us not be fooled: objects are categories of objects which quite tyrannically include categories of persons. They undertake the policing of social meanings, and the significations they engender are controlled.

Jean Baudrillard

One man’s trash, another man’s treasure

trash treasure by Timo Kirkkala

Zdjęcie autorstwa Timo Kirkkala

W mieście gdzie nad głowami przechodniów na głównej ulicy najbardziej zróżnicowanej etnicznie dzielnicy widnieje powyższe hasło, zaś drugi obieg i powtórne życie rzeczy funkcjonują na wysokich obrotach, istnieje silny związek z dużymi podziałami klasowymi.

Part of the reason why demand remains by and large a mystery is that we assume it has something to do with desire, on the one hand (by its nature assumed to be infinite and transcultural) and need on the other (by its nature assumed to be fixed). Following Baudrillard (1981) I suggest that we treat demand, hence consumption, as an aspect of the overall political economy of societies. Demand, that is, emerges as a function of a variety of social practices and classifications, rather than a mysterious emanation of human needs, a mechanical response to social manipulation (as in one model of the effects of advertising in our own society), or the narrowing down of a universal and voracious desire for objects to whatever happens to be available.

Arjun Appadurai

Produktem ubocznym polityki państwa opiekuńczego okazuje się paradoksalnie hiperkonsumpcjonizm, czego doskonałym dowodem są zarówno liczne statystyki jak i obserwacje prowadzone przez antropologów. Państwo pomoże swemu obywatelowi, gdy ten straci pracę, zapewni byt studentowi, by mógł  się skupić na nauce zamiast dorabianiu do czynszu. W sytuacji, gdy przeważającą część społeczeństwa stać na wiele i mniej więcej to samo, rzeczy którymi się otaczamy stają się obiektami pokazującymi naszą społeczną, klasową i ekonomiczną lokalizację. Jedzenie, jako narzędzie silnie polityczne, jest jednym z nich. Wyznacza podziały między ludźmi, gdzie linia demarkacyjna utkana jest z marek produktów spożywczych i źródeł ich pochodzenia. Konsumpcja w tym wypadku nie musi być równoznaczna spożywaniu. Jedzenie, jako obiekt do patrzenia służy kreowaniu ludzkiej tożsamości.

W samym środowisku Skraldere również istnieją podziały. Na fejsbukowym forum o zawrotnej liczbie blisko ośmiu tysięcy członków czasem dostrzegam komentarze Duńczyków zachodzących w głowę dlaczego podczas nocnych łowów częściej zdarza im się spotkać „zagranicznego studenta” lub „migranta zarobkowego”. Cóż, tych osób państwo opiekuńcze często nie chce zaadoptować by roztoczyć nad nimi wachlarz przywilejów socjalnych. W tego rodzaju komentarzach uaktywnia się zatem zasada magii sympatycznej – właściwości przedmiotu za dotknięciem magicznej różdżki pt. „oczy społeczeństwa” przechodzą na tego, kto go posiada. Śmietnik, choć kulturowo zepchnięty w sferę brudu i tego, co niepotrzebne, może jednak skrywać wiele wartościowych dla oka, palucha i brzucha niespodzianek.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

„Śmieciowanie” ma wiele wspólnego z polowaniem. Członkowie grupy na fejsbuku prześcigają się w publikowaniu zdjęć dokumentujących ich najświeższe zdobycze. Warto podkreślić, że spory procent Skraldere to młode matki, które czasem proszą innych „śmieciujących”, by w czasie gdy one ruszają na łowy, ktoś zajął się ich dziećmi.

*Zgłodniałaś/-eś? Tym, którym po przeczytaniu niniejszej notki przyszła ochota na śmieciowe łowy polecam najpierw zapoznać się z etykietą dumpster divingu. Każda instytucja społeczna ma sztywne zasady, których trzeba przestrzegać, by zachować jej żywotność.


[1] Zainteresowanych kuchnią ad fontes lub duńskim propagatorem New Nordic Cuisine – Rene Redzepi, zachęcam do zapoznania się z inicjatywą Cook it Raw, której edycja 2012 odbyła się na mojej rodzimej Suwalszczyźnie.

[2] Tych, którzy interesują się tematyką circular economy, produkcji i designu cradle to cradle lub ideą corporate social responsibility – zachęcam do zapoznania się z raportami Ellen MacArthur Foundation Towards the Circular Economy. W Polsce z ekonomią cyrkularną eksperymentuje między innymi Centrum Krzyżowa, zaś dzięki konferencji „Transformacja energetyczna – konieczność czy szansa?”, która odbyła się 14 listopada towarzysząc COP19 w Warszawie, termin nagle zaczął funkcjonować w polskim przekładzie.

[3] 18 listopada odbyła się w Gdańsku interdyscyplinarna konferencja „Śmieć w kulturze„. Polecam uwadze i sama czekam na pokonferencyjną publikację.

[4] Selina urodziła się w Moskwie, i – jak sama podkreśla – doświadczenie obu rodzajów gospodarek – niedoboru w Rosji lat 90. i nadmiaru w Danii XXI wieku uwrażliwiło ją na zjawisko masowego marnowania żywności.

[5] „Skraldere” to czasownik od rzeczownika „Skrald” – śmieci. Szczegółowe tłumaczenie duńskiego terminu zawdzięczam mojej współlokatorce.

[6] Polecam listę na dole tej notki.

[7] Ta charakterystyka jest jednak niepełna. Gdy „badałam” warszawskie miejscówki dla freegan, na warszawskim Szembeku moją „konkurencję” stanowili głównie emeryci w trudnej sytuacji finansowej. Nie, nie mieli smartfonów i ciuchów OBEY. I z pewnością nie nazywają siebie „freeganami”, ale towarzyszące im pobudki są podobne.

[8] O takich doświadczeniach opowiadał podczas dyskusji po światowej premierze filmu Seeds of Time, duński hodowca marchwi przynosząc ze sobą naręcz  „nielegalnych” odmian i jawnie zachęcając do oprotestowania absurdalnych unijnych rozporządzeń. Polecam sam film o współczesnej Arce Noego wypełnionej nasionami milionów odmian roślin z różnych zakątków świata.

[9] Popularna definicja freeganizmu sugeruje jakoby freeganie byli jednocześnie veganami (free + vegan). Niemniej wielu Skraldere wyjmuje ze śmietników również nabiał i mięso.

[10] O tym, że żywność w śmietnikach jest dobrej jakości świadczą opróżnione opakowania po jogurtach, serkach i alkoholu. Przez kogo? Dosyć często, pracownicy supermarketów ubiegają Skraldere i tuż przed opuszczeniem miejsca pracy opróżniają kilka butelek wina, pałaszują słodycze. Smuteczek.

[11] W Danii istnieje przyzwolenie na dumpster diving, lecz zjawisko nie jest uregulowane prawnie. Staje się jednak przestępstwem gdy freeganie naruszają własność prywatną – przeskakują przez płoty, niszczą kłódki, przecinają łańcuchy. Większość osób, z którymi wymieniałam doświadczenia nigdy nie została przyłapana przez policję. Ci, którym się to zdarzyło mówili jednak, ze skończyło się na słownym pouczeniu. Spragnionych wiedzy dotyczących aspektów prawnych w różnych krajach odsyłam na trashwiki.org.

Poczytaj

  1. APPADURAI A. The Social Life of Things: Commodities in Cultural Perspective
  2. BAUDRILLARD J. The System of Objects; For a Critique of the Political Economy of the Sign
  3. BOURDIEU P. Distinction: A Social Critique of the Judgement of Taste / Społeczna krytyka władzy sądzenia
  4. DOUGLAS M. Purity and Danger / Czystość i zmaza
  5. FERRELL J. Empire of Scrounge. Inside the Urban Underground of Dumpster Diving, Trash Picking and Street Scavenging
  6. GILES D. The Anatomy of a Dumpster: Abject Capital and the Looking Glass of Value  [się robi]
  7. MORE V. C. Dumpster Dinners: An Ethnographic Study of Freeganism
  8. NESTLE M. Food Politics. How the Food Industry Influences Nutrition, and Health
  9. PIETRZYK K. Freeganism: Food for Mind, Body and Soul
  10. WILSON T. M. Food, Drink and Identity in Europe
  11. WRIGHT W. & MIDDENDORF G. The Fight over Food. Producers, Consumers, and Activists Challenge the Global Food System.
Otagowane , , , , , , ,