Category Archives: Uchem

Indiopol: Anthropology at home, which wasn’t

Każdy tak ma. Albo inaczej – mam nadzieję, że każdy tak ma. O poranku, popołudniu, wieczorem. W takich chwilach należy niezwłocznie – za radą wiadomo czyją – wybrać się do kuchni po hot beverage. Może uda się ją jeszcze przechytrzyć? Niepewność wychyla zza rogu czubek swojego przydługiego nosa za każdym razem, gdy tylko na chwilę stracimy uważność. I zaraz – haps! Wyciąga te lepkie paluchy, wielkie oczy łypią putską. Towarzyszy jej strach, niemoc, lęk. Lubi momenty przełomowe. Mlask, aż oblizuje się z apetytem!

Uprawiamy antropologię codzienności. Ha! A może to tylko pretekst, aby antropologizować te elementy swojej marnej egzystencji, które akurat najbardziej zwracają naszą uwagę? Oczywiście! Miejmy dziś zatem antropologię niepewności.

Cindirella from Disney Wikia

Siedziałam sobie wieczorem na dachu mojej kamienicy w Kalkucie. Marzec, indyjska wiosna, upał nie do zniesienia, sucho do granic. Ale już wieczór, więc codzienna bryza znad rzeki Hoogli zamiata miasto. Moje mieszkanie bez klimatyzacji nie sprzyja myśleniu, pracuję więc najczęściej nocą, prowadząc wampirzy tryb życia.

– Czas wracać! – Głos rozsądku nie daje za wygraną. A dopiero co spędziłam rozkoszny miesiąc w Polsce!

Tak. W chwilach niepewności, w chwilach zwiątpienia oglądam bajki Disneya lub komedie romantyczne z lat 90. Czemu? Kiedy widziałam je po raz pierwszy, idea poczucia niepewności – w obliczu nadchodzących zmian, potrzeby dokonywania życiowych wyborów i innych równie ekscytujących wydarzeń, jak np. starzenie się – była mi w zasadzie nieznana. Jeżeli już pojawiały się w moim sercu jakieś obawy to dotyczyły raczej wydania tych kilku złotych kieszonkowego. Odwieczny dylemat, czy kupić oranżadę w proszku, Prince Polo, a może wypaśną różową gumkę do ścierania w kształcie świnki.

W czwartej klasie podstawówki podłapałam czytanie książek trochę bardziej poważniejszych. Poza przerabianiem wszelkiej możliwej fantastyki, która wpadła mi w ręce, wciągnęły mnie reportaże i książki o Azji. W mojej ogromnej rodzinie, profesjonalnie zajmującej się materialną i duchową kulturą Dalekiego Wschodu, było ich z oczywistych względów co nie miara. Na półce w domowej biblioteczce znalazłam więc – among others – Tiziano Terzani. Co dalej, możecie domyśleć się już sami.

Tego wieczoru w Kalkucie, siedząc w półmroku na dachu i podglądając życie towarzystkie sąsiadów, poczułam się osamotniona i zagubiona w stopniu jeszcze sobie dotąd nie znanym. W latach wcześniejszych mojego niedługiego (na razie) życia byłam zawsze bardzo zajęta. Aktywność naukowa, zawodowa i pozarządowa (oraz towarzyska) przeplatały się ze sobą, a ja nie miałam czasu zastanawiać się jeszcze nad tym co dalej. Ach! Jaki błogi był to okres.

Z czytania Terzani zapamiętałam kilka istotnych frazesów. Przede wszystkim jednak, „there are two things that grant a bit of immortality: books and children”. Jako że perspektywa przełączenia się na interfejs krzemowy wydaje się na razie zbyt odległa, te już dostępne formy nieśmiertelności wydają się dość zachęcające.

Dwa lata w Indiach. Badania terenowe, dużo, różne – check. Teksty naukowe – check. Zawirowania w planach życiowych – check. Ograniczające studia na indyjskim stypendium w małomiasteczkowej Kalkucie – check.

Wciąż gorący po upalnym dniu dach kalkuckiej czynszówki. Schylam się po talerz winogron. Czyżby słuch mnie mylił? Skądże! Zatrzeszczało w kościach.

Antropologizowanie własnej codzienności bywa kłopotliwe. Zwłaszcza, jeśli jego konsekwencją jest rozkładanie na czynniki pierwsze konstruktów kulturowych czy zjawisk społecznych, stanowiących podwaliny życia jednostki. Każdy adept antropologii – taki pełnowymiarowy – przechodzi przez kryzys jeszcze na studiach. Bywa, że taka auto-dekonstrukcja boli do szpiku kości. Niekiedy trzeba  – czasem po raz pierwszy w życiu – przemyśleć sobie  własną wiarę, przekonania, kodeks moralny, więcej, całą tożsamość! Po pewnym czasie kryzys mija. Zszywamy siebie spowrotem w jeden kawałek. Ale nie ma zmiłuj, antropologu! Obciążająca samoświadomość (raczej) nie opuszcza nas definitywnie, nawyk dekonstruowania, antropologizowania okazuje się już nazbyt dobrze zakorzeniony! Nie u wszystkich, nie zawsze. Ale u wielu. W tym u mnie.

Studiując na Żurawiej mało interesowały mnie tematy czysto etnologiczne. Zajęcia poświęcone rodzinie, poczuciu wspólnotowości, tożsamości narodowej nie brzmiały interesująco. Polityka, ekonomia, rozwój, rolnictwo? Tak! Kto by się przecież zastanawiał czym jest dom? Et!

W antropologii jest takie pojęcie – anthropology at home. Antropologia w domu. I jest jeszcze pojęcie native anthropologist. Antropolog lokalny robi badania na swoim podwórku. Kiedyś wzbudzało kontrowersje, bo pozytywistyczny paradygmat nauki jak mantrę powtarzał „obiektywność”. Wiadomo było, że socjologowie, schowani za rzędami cyfr, są w stanie ją osiągnąć, mimo że badają swoje „własne” społeczeństwo. Dziś już wiemy, że tak to nie działa.

Indie miały stać się dla mnie domem. Wyjeżdżałam, by zostać na czas nieokreślony. Słowem – wyemigrowałam. Własną przestrzeń mieszkalną w Warszawie wynajęłam, graty do piwnicy.

Indie nie spełniły pokładanych w nich nadziei, choć jakieś poczucie zadomowienia towarzyszyło mi przez pewien czas.

W półtora miesiąca rozwiązałam (prawie) wszystkie zobowiązania w Indiach, spakowałam manatki i od czterech miesięcy codziennie całuję ziemię warszawską. MA, MSc, PhD. Zmiany! Dużo zmian. Poza temperaturą – w chwili obecnej w Indiach, w przeciwieństwie do Polski, przynajmniej pada!

Antropologia niepewności oznacza tyle, że na nasze samopoczucie wpływa szereg wyobrażeń o podłożu wiadomym. Społeczno-kulturowym, rzecz jasna. Aspirujący naukowiec, taki jak ja, ma przecież przed sobą niepewną przyszłość. Na tym etapie szereg niewiadomych, brak jasno wytyczonej ścieżki kariery, poza dwoma hasłami – „granty” i „publikacje”.

D. zwykł mawiać w takich sytuacjach „Takie życie!”. Zabraniamy martwić, bać się, a nakazujemy śmiać się.

Od września Antropoludens będzie po polsku i po angielsku. Będą na nim recenzje książek wiadomych, będzie też nowy serial do czytania  „Homefield”. Taki jak ten amerykański „Homeland”, ale inny. Telenowela Indiopol, rzecz jasna, dalej będzie się pojawiać – jak bardzo Indie bywają cierniem w mojej stopie, wiedzą tylko moi bliscy, ale (nie)stety dały mi wiele, trudno więc mi o nich nie pisać. (Będzie z tego książka).

Jak byłam mała, chciałam być radiowcem, tak jak mój Tata. Także, STAY TUNED!

Reklamy

Indiopol: Grubiaństwo codzienne

– Czemu jesteś taka nieuprzejma? – zapytał pewnego razu D., kiedy w konkretny acz mało subtelny sposób zamówiłam u kelnera wybrany zestaw śniadaniowy. Był to ostatni dzień moich krótkich, acz cudownych wakacji w Warszawie.

– Nieuprzejma? Ja? Niemożliwe. Przecież sama kiedyś byłam kelnerką! – odparłam zmieszana. Po chwili namysłu dodałam jednak – Słuchaj, to musi być przez te Indie! –

Naciągane usprawiedliwienie dla braku manier? Zgoda. Ale zastanówmy się przez chwilę.

Moja ulica

Moja ulica

W języku bengalskim nie ma w zasadzie form grzecznościowych – nie ma „proszę”, słowo „dziękuje” pojawia się rzadko, a jeśli już to po angielsku. Ci z kolei co mieszkają lub też przebywali wystarczająco długo w Indiach wiedzą, że zbytnia elokwencja w języku angielskim nie popłaca w sytuacjach codziennych. Komunikować należy się w prostym trybie orzekającym bądź rozkazującym, a miarą grzeczności jest ton głosu. Czemu? Jak to? Już wyjaśniam.

Banalna sprawa – chodzi o zrozumiałość. Wyobraź sobie taką sytuację – jesteś w New Delhi, stolicy Indii. Wybrałeś się do jednej z najbardziej modnych dzielnic miasta na kawę, gdzie na co dzień roi się od cudzoziemców. Idziesz do wyjątkowo hipsterskiej restauracyjki (menu jest wydrukowane na papierze z makulatury i wygląda jak gazeta). Namyśliłeś się i chcesz zamawiać. Przywołujesz jednego z czterech kelnerów znajdujących się na sali. Zgrabnie składasz po angielsku zamówienie. Kelner patrzy na ciebie przez chwilę, po czym odpowiada w hindi, że nie mówi po angielsku. Jak się okazuje, reszta kelnerów też nie. Po 10 minutach przychodzi nad-kelner, zarządca wszystkich kelnerów i asystent menadżera w jednym, aby przyjąć od ciebie zamówienie. On mówi świetnie, jego można dopytać co się w zasadzie zamawia etc. etc.

Indie. Kraj w którym język byłych kolonizatorów pozwala się komunikować „narodowi” mówiącemu w kilkuset językach. Angielski – jedyny język urzędowy w Indiach, którego uczą w każdej szkole. Urzędowych języków Indie mają 24.

Wracamy do rzeczywistości. Żyjąc na co dzień w Indiach człowiek upraszcza swoje słownictwo. Dla wygody, oczywiście – aby łatwiej komunikować się z otoczeniem. Ale też z grzeczności właśnie – prosty komunikat zostanie zrozumiany. Skomplikowany zawstydzi osobę, która będzie musiała poprosić o powtórzenie zamówienia. Zwłaszcza jeśli prosić trzeba cudzoziemca, którego angielski może mieć jakiś nieznany danemu Indusowi akcent lub który używa po prostu zbyt wielu skomplikowanych słów/zwrotów.

Zamiast więc „I would like to have a black coffee, please”, lepiej powiedzieć “black coffee, please”, na koniec się uśmiechając. Bo przecież jesteśmy tutaj gośćmi, czyż nie? Sami Indusi zamawiając bardzo rzadko mówią jednak „please”. Rzadko się też do obsługi uśmiechają.

Moja koleżanka B., Polka mieszkająca w Delhi ze swoim narzeczonym Ł., zauważyła jeszcze coś innego. Podczas rozmów o Indiach w Polsce, kiedy opowiadamy o tym jak nam się tu wspaniale na Subkontynencie mieszka, dość często wspominamy, że kraj ten uczy nas cierpliwości. True that. Bardzo rzadko, zdecydowanie za rzadko jednak (może ze wstydu?), przyznajemy przy tym, że także wyrabia on w nas pewnego rodzaju grubiaństwo. Takie grubiaństwo codzienne, praktyczne.

Z czego to wynika? Pomyślmy… O wszystko trzeba się targować, nie ważne czy jest się miejscowym czy obcokrajowcem. Oczywiście cudzoziemcy i cudzoziemki muszą targować się bardziej. Na początku człowiek próbuje być przy tym miły, ale przy zazwyczaj dość upartych sprzedawcach szybko traci się cierpliwość. Traci się ją już na pewno, kiedy targować się trzeba tak samo zawzięcie po dwóch latach spędzonych w Indiach i podstawowej znajomości języka lokalnego. Biały to bogaty, a może będzie miał gorszy dzień i z lenistwa zapłaci więcej.

Stanowczości uczą też żebracy – komu i kiedy powiedzieć nie, i jak radzić sobie w miejscach turystycznych, do których zabiera się swoich gości, po raz sto pięćdziesiąty ósmy.

B. dodaje jeszcze, a ja się z nią zgadzam, że frustrująca jest tutaj także powszechna obojętność – widać to zwłaszcza w ruchu ulicznym, kiedy przepisy drogowe są li tylko sugestią, a każdy jeździ sobie jak chce, mając resztę w nosie.

Tydzień temu przez kilka dni gościłam u siebie S. Kolega z Warszawy przyjechał do Indii na miesiąc na krótkie wakacyjne plażowanie. Tuż przed wylotem zatrzymał się u mnie na kilka dni.

S. lubuje się w momo, tybetańsko-nepalsko-sikkimskich pierożkach z mięsem (tutaj najczęściej kurczakowym), które są w Kalkucie najczęściej serwowaną lunchową przekąską street foodową, zaraz obok chow mein, eggrollsów, i dalu z ryżem/roti/nanem. Raz czy dwa towarzyszyłam mu w tej przyjemności, samej jednak nie jedząc – za gorącą dla mnie teraz na takie ciężkostrawne przysmaki.

Przechodzimy przez ruchliwą ulicę, aby dojść do jego ulubionej momo budki, schowanej w wąskiej alejce nieopodal mojego ukochanego South City Mall, zbawiającego klimatyzacją centrum handlowego.

S. spogląda na mnie przez chwilę uważnie i pyta z niepokojem: – Wszystko w porządku?

– Tak, jasne! Czemu pytasz?

–  A nic. Wyglądasz po prostu na zestresowaną.

Uśmiecham się zmieszana i tłumaczę S. o co chodzi z takim moim „bitch-face”, z tą krzywą miną.

– Wiesz co, to tylko taka moja maska ochronna. Jako biała dziewczyna, mieszkająca sama w Indiach, chcę wyglądać onieśmielająco. Jak wyglądasz byt „miękko” ludzie od razu podchodzą, zaczynają pytań skąd jestem, co tu robię. Okay, niektórzy chcą być po prostu uprzejmi. Ale w bardzo wielu – zbyt wielu przypadkach – nie. Zwłaszcza podrostki. A poza tym, ile razy można odpowiadać na tego typu pytania? Po jakimś czasie robi się to męczące. Do nieustannego bycia obserwowaną już się przyzwyczaiłam, ale zaczepiania mam po prostu dość. Do tego dochodzą jeszcze sprzedawcy wszystkiego, hijrowie (za tymi akurat przepadam) oraz żebracy. No i nie chcę być tego rodzaju uśmiechniętą „turystką-wolonatriuszką”, która kocha cały świat i przyczynia się do tworzenia niekorzystnego wizerunku cudzoziemek w Indiach.

Wiecie którą – taką z sianem na głowie, w szarawarach i z toną bransoletek, która przyjechała do biednych Indii czynić dobro. Jest otwarta i tolerancyjna, i uprzejma wobec wszystkich i wszystko ją ciekawi. Kulturowy relatywizm, of course, trzeba być miłym. A tutaj Induski, te przyzwoite, na ulicy wobec obcych mężczyzn, chłopców zwłaszcza, uprzejme nie są. Bo taka uprzejmość może być źle odczytana. I zazwyczaj właśnie jest. A potem idzie taka uprzejma cudzoziemka. Biała, piękna, bezpośrednia, w tych swoich zachodnich lub pseudo-indyjskich ciuchach. I wszyscy wiedzą że pochodzi z innego świata, ze świata gdzie relacje damsko-męskie wyglądają zgoła inaczej. Takie wyzwolone są, te cudzoziemki.

Miła jestem tylko dla ludzi z mojej ulicy, sąsiadów których znam z widzenia. Kiedy wiem, że bycie miłą mi nie zaszkodzi i nikt tego nie będzie nad-interpretować.

A więc grubiaństwo i krzywa mina. Złe maniery? Nie! Po prostu samo-zachowawczość.

Otagowane , , , , ,

Indiopol: AAA Cudzoziemkę w celach towarzyskich poznam od zaraz (albo ciekawość)

Zabawa z noszeniem sari związana jest z istotną kwestią, o której napomykam od czasu do czasu. Kwestią cudzoziemskiej wizualności. 

Białasy budzą w Indiach ciekawość. Zrozumiałe – wyglądamy inaczej, zachowujemy się inaczej. Pochodzimy z innej rzeczywistości kulturowej. A w Indiach ludzie nie kryją się ze swoją ciekawością, by nie rzec wścibstwem; zadawanie dużej ilości nie do końca zręcznych pytań nie jest postrzegane jako bycie niegrzecznym. Ta bezpośredniość nie oznacza jednak otwartości. Jako obcokrajowcy wścibscy raczej być nie możemy, przecież goście! No i nie można nam ufać, zbyt niepojęte są nasze procesy myślowe, nie zrozumiemy, źle ocenimy. I nie wiadomo co z taką informacją zrobimy. Straszne!

IMG_20141006_012032

Nie mniej, mimo naszej ambiwalentności, cudzoziemcy nie narzekają na zainteresowanie ze strony Indusów. Zwłaszcza zaś cudzoziemki. 

Przez moje 1,5 roku mieszkania w Kalkucie aktywnie udzielałam się na portalu CouchSurfing. Gościłam wraz z R., lub bez niego, paręnastu cudzoziemców, podróżujących po Indiach. Couch requests miałam więcej niż mogłam przerobić. Nie dziwne – cudzoziemka z kanapą jest w Indiach rzadkością. A mi taki turysta może zadawać najgłupsze i najbardziej niestosowne pytania dotyczące indyjskiego społeczeństwa, życia codziennego w Indiach, przemocy, polityki etc. etc. Jesteśmy przecież pobratymcami – obcy w tym wielkim kraju. Mam już insight, a jednocześnie pamiętam jeszcze jak to jest niewiele wiedzieć. Byłam więc, by tak rzec, bardzo popularna.

Poza niezliczoną liczbą turystów z całego świata, pisali do mnie jednak również Indusi. Mężczyźni. Niektórzy udawali, że szukają hosta, inni po prostu z marszu zapraszali na ‚kawę’. Dziesiątki skasowanych wiadomości, i tyle samo requestów. Część z nich, zwłaszcza ci młodsi, kryli w swoim zainteresowaniu seksualne żądze, być może napędzane wizją nagich ciał białych kobiet z filmów pornograficznych. Ogólnodostępnych, do ściągnięcia na najprymitywniejszy telefon komórkowy, którzy może otwierać pliki video lub zdjęcia. Innym faktycznie może zależało po prostu na znajomości z cudzoziemką/cem. Czemu? No bo to przecież nobilitujące. Wspólna fota na Facebooka i liczba lików rośnie.

Również mój Facebook-owy profil pada ofiarą takich towarzyskich ofert. Jak? Mam sporo indyjskich znajomych, głównie z uniwersytetu. Ci znajomi mają znajomych, a oni kolejnych. Plotka, i tak w swoim folderze „Inne” raz na jakiś czas znajduję bardzo dziwne propozycje od chłopców chcących porozmawiać.

Wiadomości takie nie są wulgarne. Są pomieszaniem ciekawości i wstydu. Przeważa ciekawość. Onieśmielenie zostaje zepchnięte przez nagrodę, którą taka odwaga ma nadzieję przynieść.

Podobne zdanie na ten temat ma mój kolega A.

A. jest rodowitym Namibijczykiem i studiuje na drugim roku w moim Departamencie. Razem z innymi studentami z Afryki tworzą sympatyczną grupę, która wspiera się nawzajem w trudzie codziennej egzystencji w Indiach. Czarnoskórzy Afrykanie nie mają tutaj łatwego życia. Tak samo jak ciemnoskórzy Indusi. Koloryzm w Indiach jest powszechny, tak samo jak w Amerykach i na Bliskich Wschodzie. Jasna karnacja, biała skóra jest w cenie. Ciemna karnacja, czarna skóra nie jest. Afrykanie budzą więc powszechną konsternację. Kobiety są obrażane, także ze względu na odmienność ich ciał od ciał Indusek. Rzadko która z nich odważa się na noszenie jeansów i t-shirta. Wolą salwar kamiz, który ukrywa sensualność ich ciał, która budzi taką grozę wśród Indusów. Ciekawe, bo Induski są równie ponętne. Hmhm.

Znajomi polscy często się mnie pytają, czy mam w Indiach przyjaciół do których mogę się zwrócić o pomoc, jakby co. Mam! Mam O., moją włoską przyjaciółkę. Kilku innych znajomych cudzoziemców (jeden Szwed, druga Włoszka, trochę Polaków). Znajomych indyjskich kilku. Trzy dobre kumpele, i jeden kumpel. Czemu tylko jeden? Bo tylko jeden I., wiem na pewno, ma wobec mnie czysto koleżeńskie intencje. Ale się nie przejmuję – pamiętacie, wspominałam że indyjscy mężczyźni są pasywni? Otóż dotyczy to także podrywania, zwłaszcza cudzoziemek. Nigdy bezpośrednio nie będą się narzucać. No, przynajmniej ci porządni. Znają granicę. Jak będzie chciała to sama zainicjuje co trzeba. Przecież cudzoziemka, nie?

O. wie o tym bardzo dobrze. Śmieje się z tego sama czasem, ale też nie ukrywa, że z pełną premedytacją wykorzystuje swoich rozmaitych „fanów”, kolegów którzy – jeśli by im pozwoliła – chętnie nawiązaliby niezobowiązujący romans. Ale O., jak na Włoszkę przystało, beznamiętnie się z nimi przyjaźni, wykorzystując ich zainteresowanie kiedy potrzebuje coś przewieźć, naprawić, załatwić. A oni wszyscy są bardziej niż kontent, żeby pomóc. W zamian otrzymają od niej uśmiech, może wspólną kawę. Transakcja wymienna. Fair enough, pół żartem, pół serio.

Także tak, mamy duże wzięcie towarzyskie. Czasami przybiera ono bardzo miłe formy. Na przykład kiedy dobra koleżanka zabiera cię do swojego domu, ponieważ cała jej rodzina nie może się doczekać żeby poznać „tę cudzoziemkę”. Oczywiście jest trochę awkward, ale ogólnie jest miło. Wszyscy są sympatyczni, troskliwi, wpychają tony najlepszego jedzenia. Opiekują się tą sierotą, która z jakiegoś niepojętego powodu przyjechała do tych Indii na studia.

Otagowane , , , ,

Indiopol: Komedia seminaryjna w czterech aktach

Zaczyna się niewinnie. Jak zawsze. Najpierw, parę miesięcy wcześniej pojawia się plotka. Nasz kochany departament będzie organizować seminarium (to tak naprawdę konferencja, ale nie czepiajmy się szczegółów, aż tylu przynajmniej!). Temat? Religia dziś. Ach tak, zapomniałam wspomnieć – departament ma swoje własne Centrum Badań nad Religią. Także, nadchodzi seminarium. Wszyscy się ekscytują – będą zagraniczni goście! Tacy co współpracują z departamentem od lat. No i seminarium to także świetny pretekst, aby założyć sari.

IMG_20141001_192210

Czas mija i zaraz, nie wiedzieć kiedy, seminarium już za tydzień.

– Magdalena (Magdalina/Magnolia), musisz przyjść na seminarium. Będą goście z zagranicy, zagraniczni badacze. – Zatrzymuje mnie po zajęciach dyrektor Departamentu, a zarazem nasza naczelna specjalistka od religii. – Możecie założyć sari z dziewczętami (yay!), ale przyjdź, musimy dobrze się zaprezentować.

Tak, zdecydowanie. Otrzymałam właśnie nową, ważną funkcję – mam od dziś być kwiatkiem do kożucha i dzielnie reprezentować Departament, niczym brytyjska królowa Commonwealth. Mania w sari atrakcją seminarium oraz oswajaczem dla nieco zagubionych gości z zagranicy, dwóch badaczek, pani L. zajmującej się migracją w Kanadzie, oraz pani K., zajmującej się zarządzaniem w Czechach.

Zaraz, zaraz. Zastanawiasz się może, Drogi Czytelniku, czy seminarium nie miało być o religii…? Ot, szczegóły!

Dzień seminarium. Zbieramy się w super-reprezentacyjnej-sali w super-reprezentacyjnym-budynku naszego Wydziału Sztuk. Wszyscy odstawieni, włącznie ze mną. Trochę przynudzeni, włącznie z profesorami. Czekamy na rozpoczęcie konferencji, mamy spore opóźnienie. Small talk o (nie)podobieństwie naszych języków rodzimych i o tym jakie to śmieszne, że słowo ‚matka’ brzmi tak podobnie w tak wielu językach (ech).

Spotkanie rozpoczyna się od zwyczajowej walki z rzutnikiem. Jeden z pięciu asystentów technicznych wspina się na stół, coś tam dłubie, reszta się patrzy, wszyscy doradzają, wyrażając swoje szczerze oburzenie naszym uzależnieniem od techniki.

Dobra, udało się. Wszystko działa. Dyrektorka mojego Departamentu w swoim interesującym angielskim rozpoczyna seminarium.

– Socjologia przez lata nie doceniała religii (?). Religia była ignorowana przez badaczy od czasów sekularyzacji (??). Ale to bardzo ważne, żeby o tym teraz mówić, wszyscy pamiętamy co się ostatnio stało w Paryżu (???). –

To taki telegraficzny skrót z tego wprowadzenia.

Następuje przedstawienie prelegentów. Pani L. z Kanady będzie mówić o jej kolonizacji (kolonizacji kraju, nie osoby mówczyni) oraz marginalizacji aboriginal people. O religii ani słowa. Pani K., która jest profesorem zarządzania, mówi o chrześcijaństwie. Czemu? Bo czemu nie, przecież jest chrześcijanką. Po co jest wykształcenie teologiczne? Taki jest side research interest. Pani K. bardzo miła, ale wystąpienie przypomina rekolekcje z podstawówki (tak mi się wydaje, nigdy na żadnych nie byłam). Pani K. przyjechała chyba przede wszystkim na wakacje do Indii (jest tu już ponad miesiąc), a konferencję tak przy okazji zalicza.

Seminarium (aka konferencja) trwa pięć godzin. Cztery prezentacje i przerwa. Obecność obowiązkowa. Przyszłam z ciekawości, no i też dlatego że w kolejnych miesiącach będę podróżować nieprzyzwoicie dużo, więc obecności się przydadzą.

Poza gośćmi z zagranicy dwa dodatkowe wystąpienia. Śri z Ramakrishna Mission Institute, pan który jest kimś w rodzaju mnicha-badacza hinduizmu. Oraz inna pani, z uniwersytetu założonego przez Tagore nieopodal Kalkuty.

I wiecie co? Pan Śri uratował mi dziś życie. Tzn. zrobił to przede wszystkim laptop, który przezornie noszę ze sobą wszędzie, żeby uratować się od nudy i pisać te moje wspaniałe wpisy na bloga. Nie mniej, Pan Śri bardzo ciekawie o hinduizmie w czasach postmodernizmu mówił. Prawił o tradycyjnym wizerunku kobiet, paradoksach w rozwoju kultury indyjskiej, dotyczących zwłaszcza współczesnego hiper-patriarchalizmu. I bardzo słusznie w swojej konkluzji podkreślał, że za wszystko co złe w Indiach winić trzeba kolonializm. Że to Brytyjczycy w swojej władzy nad Indiami rozpowszechnili w świecie swoje o nich wyobrażenie. W tym m.in. swoją interpretację hinduizmu i to do takiego stopnia, że wsiąkła ona w percepcję rodowitych mieszkańców w samych Indiach, w to jak postrzegają swoją tradycję sami Indusi. Imersja wzorców od-kolonialnych.

Wspominałam już kiedyś o trudnej pozycji kobiet w indyjskim społeczeństwie – m.in. o ich społecznej i politycznej degradacji za czasów British Raj. Wspominałam też o zasianiu w umysłach Indusów idei wstydu w kontekście fizyczności i seksualności przez wiktoriańską pruderyjność. Jeśli Śri z Ramakrishna Mission, który jest mnichem, jegomościem na co dzień noszącym pomarańczowe szaty, dostrzega tę prawidłowość, nie będąc akademikiem per se, to bardzo dobrze. Wręcz świetnie. Konstruktywna krytyka współczesnego hinduizmu? Me like it. Więcej poproszę.