Indiopol: Sari sport

Muszę się przyznać, że noszenie sari jest fascynującym sportem. Nie tylko dlatego że jego założenie nie należy do najprostszych zadań (choć potrafię się w nie ubrać już sama, ha!, w ekspresowe pół godziny, ha!). I również nie dlatego że od jakiegoś czasu porzuciłam konformistyczne noszenie sari w sposób tradycyjny (czytaj, tak jak wszyscy) na rzecz eksperymentów. Na ostatnim sari day zaszalałam i kontrowersyjnie założyłam do sari pasek w talii, na modłę high-fashionową, lub też inspirując się sari-fartuchami pielęgniarek w szpitalach (z tym, że ich paski mają mieć wyłącznie zastosowanie praktyczne; mój ma dodatkowo zdobnicze). Do tego dorzuciłam kamizelkę (ci, którzy mnie znają wiedzą, że mam do nich słabość). Szok, że umiem. I jeszcze większy szok, że pozwalam sobie na wydziwianie.

IMG_20150211_005222

Sari sport. Prawdziwa zabawa zaczyna się w momencie przekroczenia progu domostwa. Na pierwszy ogień idą sąsiadki.

– Apnar sari bhalo achhie! Khub sundor, didi!

Wychodzę na ulicę. Sari zwiększa moją zwyczajną, codzienną niezauważalność. O jakieś miliard procent. Ale nie w żaden oczywisty sposób! Wygląda to mniej więcej tak: idzie wysoka, atrakcyjna kobieta w sari (to ja, oczywiście). Pewnym krokiem mija grupkę mężczyzn popijających herbatę. Ci po sekundzie orientują się, że jest to ich cudzoziemska sąsiadka. Prawie jej nie poznali. Kopary w dół. Ich wzrok czuję na swoich plecach o wiele dłużej niż zazwyczaj.

Dochodzę do nieformalnego bus stand (przystanki autobusowe są self-made, łapiesz autobus skąd akurat masz ochotę złapać autobus, w tym przypadku to po prostu róg mojej uliczki i głównej drogi). Stoję i czekam z innymi. Na początku znowu brak reakcji. Po chwili jednak wszystkie oczy zwrócone w moją stronę. Podczas gdy zazwyczaj po prostu rzucają na mnie od niechcenia okiem, tak teraz po prostu ostentacyjnie studiują mój wygląd. Cudzoziemka w sari, co za cyrk! I to jeszcze dobrze założonym. I stylowym. Szok again.

Droga na uniwersytet (pięć minut auto-rikshaw z mojego nowego lokum). Nigdy nie czułam się bardziej wyeksponowana i oceniana. Idę powoli, aby przypadkiem nie przewrócić się/nie podrzeć sari. Wystarczy atrakcji dla przechodniów, sklepikarzy i taksówkarzy. Docieram do Departamentu, tu patrzą się mniej. Więcej pochlebnych opinii, lekkie zdziwienie. Trochę irytacji. Jak to ta cudzoziemka nosi sari i to aż tak dobrze?

Noszenie sari to sport. Sport ekstremalny. Nie tylko dlatego że nie jest to najbardziej praktyczny strój i że od gorąca pod warstwami materiału pomocą mi się nogi (hate it).

10940515_10203897969439510_2596890603753931274_n

Jak już dawno przestało mnie irytować, że jestem w Indiach – z oczywistych względów fizycznych – wyjątkowo widoczna w przestrzeni publicznej, tak wciąż noszenie przeze mnie sari jest dyplomatyczną ruletką. Niektórzy będą postrzegać to jako miły gest, ukłon w stronę dziedzictwa kulturowego. Uśmiechną się, jak moje sąsiadki. Inni będę patrzyć się krzywo, niczym na złodzieja tożsamości, takiego typa który próbuje udawać kogoś kim nie jest. Przecież to nie twoja kultura, będzie mówić ich spojrzenie. Także, sari bez wyrzutów sumienia tylko na śluby i wesela. Oraz na specjalną prośbę. Jak na tym nieszczęsnym seminarium. Inaczej nie wypada, oraz trochę za dużo zachodu z jego zakładaniem. Co ciekawe, twierdzą tak też moje koleżanki z roku. Lubią nosić sari, ale musi im się ten wysiłek opłacić.

Jak to z tymi sari w Indiach z grubsza jest? Ano tak. Dla niższych kast/klas, dla należących do nich zamężnych kobiet sari jest zarówno ubraniem codziennym, jak i odświętnym. Oczywiście, różne sari na różne okazje, są sari na co dzień (tańsze) i od święta (droższe). Mężatki z klasy średniej i wyższej, w zależności od poziomu konserwatyzmu (czytaj, konserwatywności i wścibstwa teściowej), noszą sari na co dzień, ale nie po domu, a jak idą „na miasto” – tj. na zakupy do galerii handlowej czy w odwiedziny do krewnych. Dzieci ze szkoły odbierają raczej nosząc kurtę, salwar kamiz (luźne spodnie z kurtą) lub churidar kamiz (wąskie spodnie/leginsy z kurtą). Od święta oczywiście sari.

Mężatki z upper-middle i upper class na co dzień sari raczej nie noszą – wolą wystawne i bardziej wygodne zestawy indyjskie (które to moda rozprzestrzeniła się zasadniczo z Punjabu) ww., lub po zachodniemu – jeansy, chinosy, długie spódnice. Modnie. Od święta, na okazje, zawsze sari. No, prawie zawsze – czasem trzeba być bardziej modern niż traditional. Zwłaszcza jak się jedzie za granicę.

I jeszcze wątek poboczny, kiedyś już przeze mnie poruszany – sari noszą do pracy starsze pozycją pielęgniarki, prawniczki, lekarki, zarządczynie oraz buissness women. Zawsze.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

A jak to się ma z pannami? Panny noszą sari tylko na specjalne okazje. Zazwyczaj, zwłaszcza w przypadku lower class oraz przepastnej middle class, niezamężna córka nie posiada żadnego własnego sari, czy posiada ich bardzo niewiele. Sari to oznaka statusu społecznego. Na sari trzeba zasłużyć. A., moja jedyna indyjska przyjaciółka, po zaręczeniu się dostała od swoich konserwatywnych rodziców fajne nowe ciuchy. Przecież musi się teraz lepiej prezentować! Na własne sari jeszcze przyjdzie pora. Z resztą, najcenniejsze sari są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

W pokoju matki R. stoją dwie niskie szafki. Za przesuwanymi drzwiami na specjalnych wieszakach, czasem schowane w pokrowcach wiszą dziesiątki sari. Matka R. od dekad je kolekcjonuje. Jak mówi, gdyby nie takie kobiety jak ona, tradycyjne formy i wzory dawno by przepadły. Handloom sarees są przecież trudniejsze w noszeniu, droższe, no i nie świecą się tak tandetnie jak te sari, które można kupić w najpopularniejszych sieciówkach. No i w telewizji, w serialach gwiazdy też ich nie noszą. Do tradycyjnych sari trzeba mieć wyczucie smaku, gust. Wiedzieć co, jak, kiedy i dlaczego. Matka R. ma sari na każdą porę roku, na każdą porę dnia, na każdą okazję. Sari ciepłe, zimowe są z jedwabiu. Najcieplejsze z tego surowego, tesar. Sari letnie są z cienkiej, przewiewnej bawełny usztywnianej krochmalem. Są jak papier (i tak samo jak papier pewnie, nosi się je mało wygodnie, IMHO). Sari wieczorowe są w ciemniejszych tonacjach, bogaciej wyszywane, bardzo kosztowne.

Sari to zawsze najlepszy prezent. Dla przyjaciółki, matki, córki. Wymiana sari to zwyczajowa forma zacieśniania więzów między przyszłą mother-in-law i matką panny młodej.

Ja mam sztuk 17. Na każdą okazję i porę roku. Żadnego z nich nie kupiłam sobie sama. Zanim zdążyłam dowiedzieć się co mi się właściwie podoba, zostałam obdarowana. Włączono mnie w siatkę tych niby bezinteresownych gestów. Potrzeby kupowania sari, teraz i w przyszłości, mieć nie będę. I dlatego że mam ich tyle, że wystarczą mi na te wszystkie nieliczne okazje, do końca moich dni. I dlatego że, na szczęście, nie będę już indyjską żoną.

Otagowane , , , ,

Indiopol: Komedia seminaryjna w czterech aktach

Zaczyna się niewinnie. Jak zawsze. Najpierw, parę miesięcy wcześniej pojawia się plotka. Nasz kochany departament będzie organizować seminarium (to tak naprawdę konferencja, ale nie czepiajmy się szczegółów, aż tylu przynajmniej!). Temat? Religia dziś. Ach tak, zapomniałam wspomnieć – departament ma swoje własne Centrum Badań nad Religią. Także, nadchodzi seminarium. Wszyscy się ekscytują – będą zagraniczni goście! Tacy co współpracują z departamentem od lat. No i seminarium to także świetny pretekst, aby założyć sari.

IMG_20141001_192210

Czas mija i zaraz, nie wiedzieć kiedy, seminarium już za tydzień.

– Magdalena (Magdalina/Magnolia), musisz przyjść na seminarium. Będą goście z zagranicy, zagraniczni badacze. – Zatrzymuje mnie po zajęciach dyrektor Departamentu, a zarazem nasza naczelna specjalistka od religii. – Możecie założyć sari z dziewczętami (yay!), ale przyjdź, musimy dobrze się zaprezentować.

Tak, zdecydowanie. Otrzymałam właśnie nową, ważną funkcję – mam od dziś być kwiatkiem do kożucha i dzielnie reprezentować Departament, niczym brytyjska królowa Commonwealth. Mania w sari atrakcją seminarium oraz oswajaczem dla nieco zagubionych gości z zagranicy, dwóch badaczek, pani L. zajmującej się migracją w Kanadzie, oraz pani K., zajmującej się zarządzaniem w Czechach.

Zaraz, zaraz. Zastanawiasz się może, Drogi Czytelniku, czy seminarium nie miało być o religii…? Ot, szczegóły!

Dzień seminarium. Zbieramy się w super-reprezentacyjnej-sali w super-reprezentacyjnym-budynku naszego Wydziału Sztuk. Wszyscy odstawieni, włącznie ze mną. Trochę przynudzeni, włącznie z profesorami. Czekamy na rozpoczęcie konferencji, mamy spore opóźnienie. Small talk o (nie)podobieństwie naszych języków rodzimych i o tym jakie to śmieszne, że słowo ‚matka’ brzmi tak podobnie w tak wielu językach (ech).

Spotkanie rozpoczyna się od zwyczajowej walki z rzutnikiem. Jeden z pięciu asystentów technicznych wspina się na stół, coś tam dłubie, reszta się patrzy, wszyscy doradzają, wyrażając swoje szczerze oburzenie naszym uzależnieniem od techniki.

Dobra, udało się. Wszystko działa. Dyrektorka mojego Departamentu w swoim interesującym angielskim rozpoczyna seminarium.

– Socjologia przez lata nie doceniała religii (?). Religia była ignorowana przez badaczy od czasów sekularyzacji (??). Ale to bardzo ważne, żeby o tym teraz mówić, wszyscy pamiętamy co się ostatnio stało w Paryżu (???). –

To taki telegraficzny skrót z tego wprowadzenia.

Następuje przedstawienie prelegentów. Pani L. z Kanady będzie mówić o jej kolonizacji (kolonizacji kraju, nie osoby mówczyni) oraz marginalizacji aboriginal people. O religii ani słowa. Pani K., która jest profesorem zarządzania, mówi o chrześcijaństwie. Czemu? Bo czemu nie, przecież jest chrześcijanką. Po co jest wykształcenie teologiczne? Taki jest side research interest. Pani K. bardzo miła, ale wystąpienie przypomina rekolekcje z podstawówki (tak mi się wydaje, nigdy na żadnych nie byłam). Pani K. przyjechała chyba przede wszystkim na wakacje do Indii (jest tu już ponad miesiąc), a konferencję tak przy okazji zalicza.

Seminarium (aka konferencja) trwa pięć godzin. Cztery prezentacje i przerwa. Obecność obowiązkowa. Przyszłam z ciekawości, no i też dlatego że w kolejnych miesiącach będę podróżować nieprzyzwoicie dużo, więc obecności się przydadzą.

Poza gośćmi z zagranicy dwa dodatkowe wystąpienia. Śri z Ramakrishna Mission Institute, pan który jest kimś w rodzaju mnicha-badacza hinduizmu. Oraz inna pani, z uniwersytetu założonego przez Tagore nieopodal Kalkuty.

I wiecie co? Pan Śri uratował mi dziś życie. Tzn. zrobił to przede wszystkim laptop, który przezornie noszę ze sobą wszędzie, żeby uratować się od nudy i pisać te moje wspaniałe wpisy na bloga. Nie mniej, Pan Śri bardzo ciekawie o hinduizmie w czasach postmodernizmu mówił. Prawił o tradycyjnym wizerunku kobiet, paradoksach w rozwoju kultury indyjskiej, dotyczących zwłaszcza współczesnego hiper-patriarchalizmu. I bardzo słusznie w swojej konkluzji podkreślał, że za wszystko co złe w Indiach winić trzeba kolonializm. Że to Brytyjczycy w swojej władzy nad Indiami rozpowszechnili w świecie swoje o nich wyobrażenie. W tym m.in. swoją interpretację hinduizmu i to do takiego stopnia, że wsiąkła ona w percepcję rodowitych mieszkańców w samych Indiach, w to jak postrzegają swoją tradycję sami Indusi. Imersja wzorców od-kolonialnych.

Wspominałam już kiedyś o trudnej pozycji kobiet w indyjskim społeczeństwie – m.in. o ich społecznej i politycznej degradacji za czasów British Raj. Wspominałam też o zasianiu w umysłach Indusów idei wstydu w kontekście fizyczności i seksualności przez wiktoriańską pruderyjność. Jeśli Śri z Ramakrishna Mission, który jest mnichem, jegomościem na co dzień noszącym pomarańczowe szaty, dostrzega tę prawidłowość, nie będąc akademikiem per se, to bardzo dobrze. Wręcz świetnie. Konstruktywna krytyka współczesnego hinduizmu? Me like it. Więcej poproszę.

Indiopol: Rozmowy o seksie (awkward!)

Popkultura zwierciadłem narodu, rzecz by można. Trochę na wyrost, a może w sam raz. W każdym razie, szczęśliwy ten, kto może wejrzeć w Indie przez ich telewizję. Znaleźć w niej można wszystko, dla każdego coś dobrego. Oferty abonamentowe przygotowywane są niezwykle zręcznie. Programy w każdym języku w tym kraju mówionym, produkcje indyjskie, jak i zagraniczne.

Dużo też o danym społeczeństwie dowiedzieć się można z tego, czego akurat w telewizji nie pokazują. Weźmy takie Indie. Poza cenzurą przemocy – zarówno tej z horrorów, gdzie delikwent odcina swojej ofierze po kolei (lub za jednym razem…) wszystkie członki – wycięciu (bądź zamazaniu!) podlegają rozbebeszone ciała/zwłoki na stołach operacyjnych oraz, rzecz jasna, wszelkie kwestie około-erotyczne. Zbyt namiętne pocałunki, nagości, większe lub mniejsze. Sceny seksu? Gdzież to! Bardzo zgrabnie temat ten opisuje nasza kochana Wikipedia.

Mieszkając przez te paręnaście miesięcy z R. oraz biorąc (razem z nim) udział w życiu towarzyskim Kalkuty, zebrałam pokaźną ilość obserwacji dotyczących relacji damsko-męskich indyjskiej klasy średnio-średniej oraz średniej-wyższej. Rozróżnienie to jest istotne o tyle, że zdolność imprezowa jednostki, by tak rzec, uzależniona jej zaplecza finansowego. To ile rodzina młodego człowieka zarabia wpływa na odebraną przez niego edukację oraz, w bardzo wielu przypadkach, odpowiada skali wystawienia go na wpływy kultury zachodniej. Poczynając od dzieciństwa – wybór jednej szkoły determinuje dostanie się dziecka do kolejnej. Szkoła bengalska, rodzina bardziej konserwatywna, mniej zamożna. Szkoły z angielskim językiem wykładowym są przecież o wiele bardziej kosztowne. Mniej angielskiego, gorsze wyniki w nauce, średni uniwersytet, średnie wyniki, normalna praca. Świetny angielski, świetna edukacja, najlepsze wyniki. Wyjazd za granicę.

Love

Tak, zgadzam się – indyjska (i nie tylko) migracja bywa bardziej konserwatywna, niż konserwatyści w samych Indiach. Nie mniej, ogólna zależność wydaje się prosta – więcej angielskiego, więcej „Zachodu”. A co za tym idzie, w przypadku młodych ludzi, przemiany obyczajowe. Jakie?

Najbardziej kontrowersyjną zmianą, której obecność jest uzależniona od środowiska domowego jednostki, jest akceptacja dla seksu przed-małżeńskiego. Nawet nie tyle przez jej/jego rodziców, co przez samą jednostkę właśnie.

Temat jest wyjątkowo grząski. I chyba dlatego tak świetnie nadaje się na imprezowe dywagacje.

Środowisko w którym obracałam się, podążając za R., opiera się na konstrukcji złożonej z jego szkolnych znajomych. Jak świetnie kiedyż zauważyła O., przerażające jest jak w Indiach ludzie – w dalszym ciągu – przez większość swojego życia obracają się w tym samym wąskim gronie swoich znajomych i krewnych. Oczywiście, pięknie, przyjaźnie na całe życie itd. Ale bardzo często nie jest to kwestia wyboru. Tak po prostu jest. Z resztą, to najczęstsza odpowiedź na większość pytań dotyczących Indii, którą dostawałam od R. Dlaczego? Ponieważ. Przyczyny wielu, wydawałoby się oczywistych kwestii, bardzo trudno znaleźć, a jeszcze trudniej wyjaśnić istniejący status quo.

Także, R. uczęszczał do Prestiżowego Zespołu Szkół Założonych Przez Pewnego Francuskiego Generała Filantropa. Szkoła elitarna, produkująca elity podobnie jak sąsiedni Prestiżowy Zespół Szkół Jezuickich. Większość jego znajomych to ludzie między dwudziestym, a trzydziestym rokiem życia. U progu kariery zawodowej, tuż przed lub po ślubie. Dwudziesto-kilkuletnie dzieci, które muszą właśnie szybko dorosnąć. W większości przypadków, przedłużone dzieciństwo pozbawione było trosk natury materialnej. Było za to pełne imprez. I na takie imprezy miałam właśnie okazję zajrzeć.

Rozkręcają się powoli, na początku na ogół jest zaskakująco drętwo, jako że to dopiero alkohol skłania ludzi do wyrażania bardziej interesujących poglądów. Kiedy towarzystwo jest już w odpowiedniej formie (rozluźnione, ale nie za bardzo podchmielone), bardzo ciekawym doświadczeniem jest sprowadzić rozmowę na tematy nieco kontrowersyjne.

Jedną z takich kwestii jest oczywiście seks.

Po kilku chwilach niezręcznej ciszy co odważniejsze jednostki zaczynają wyrażać swoje zdanie.

„Well, yes. I mean, nowadays more and more people have pre-marital sex, but it’s very complicated issue. Like, for example, for girls, they have to be very careful. To do not destroy their reputation. But there are very nice girls who have sex with their boyfriends, even live with them before marriage, it all depends on the family they are from”.

„I agree. More liberal families are okay with that, but most of them are not liberal, so teenagers have to snick out to have sex to their friends parties, or when parents are out.”

Dobra, tego się można domyślić. A co powiecie o życiu seksualnym? Dyskurs o obowiązkowości rodzicielstwa jest wszechobecny.

„It is, of course. After all that’s why we traditionally get married. To produce children. It’s less about love, you know. Like this arranged marriages, they are all about that. To be comfortable in life and have children. Passion? It can be there. It grows, sometimes more, sometimes less. It’s very different than in the West. For you marriage has to be about love and good sex, that’s why you have so many divorces. But ok, not always, I presume. Even here you would have more divorces, but people are lazy, I guess. Lazy, manne, they prefer to have an affair then complicate their life and reputation by divorcing. It’s easier.”

„For me the worst thing about most of the Indian boys is the fact that they are very demanding. You know, in the West everyone knows India as the country of Kamasutra. The art of love, the art of getting pleasure. And it is exactly what it is. If you think like that – patriarchal society, women at home raising children. And you think then that women will be passive in the bed. Like, you know, not moving or something. Not enjoying it. Well, the truth is, I think, that actually the men are those who are passive. But in the same time they are dominant. How come? It’s very simple. They just lie on this bed and tell you what they want. Ok, not like directly. But they are very demanding. And the women is the one doing all the effort. Moving etc. So she is active, but passive in the same time. Because it’s not really about her pleasure and what she wants. It’s about what he wants. Without his pleasure there are no children.”

Picture1

Zaraz, czyli że kobiety są traktowane instrumentalnie?

„Well, yes. Look at the female fetus abortion problem. And the Personal Laws of different religions in India. In muslim or hindu law man can divorce his wife without any consequences if she cannot give him children. She is left with nothing.”

Niezbyt wesoło.

„Indeed. It is quite sad. Most women never had orgasm from having sex in their entire life. They even do not know what it is. You see, we don’t talk about sex. Like never. Not at school, not at home. With friends, yes. But not really seriously, even then. So we basically do not share this stuff. Why? Well, we do not know how to talk about that, most of the time. We can talk about money, our earnings, sickness, etc. But sex? It’s a problem. Children learn from those few movies, and more and more often from the Internet. And men start to watch porns. And this is when it gets very nasty. All this violence and so on. Well, it’s one of the reasons, obviously. Not only in India. Everywhere. The bad kind of porn. But here it’s even worst. The prudery in everyday life is contrasted with the images of naked women and man having sex. It’s highly disturbing and gives people bad image about sex and love.”

„I agree, and also you have the movies, all this Bollywood romantic comedies. People are becoming very confused. And ashamed, if they don’t have in live such a lovely love affair to be proud of. And the sad thing is that the pressure is such that some arranged couples even make up their love stories. Just for that. Because now everyone asks „How did you meet?”. And what will you tell? „Ow, on dating website for Indians”. It doesn’t sound good.”

„The funny thing is that most Indian girls would like to have sex before marriage, but they are too shy. So what they do is that they take nude pictures and send them to their „boyfriends”. But they will never do anything else. They will keep doing it till marriage. No, it’s not a strategy, not really. So actually some do have sex, but still it is a small percentage. Ok, in some cases it’s easier for the couple to do it after the official engagement ceremony. It traditionally is just before the marriage itself, but in more westernized families it happens one year or two before marriage so they actually date „legally” much earlier. But yes, in those cases they usually had sex before anyway”.

Rozmowy o seksie mają miejsce wieczorową porą. Nocą właściwie. Przy szklance rumu lub whiskey. W papierosowym dymie. Na czyjejś domówce na dachu, gdzie jedynym źródłem światła są uliczne latarnie. Albo w czyimś domu, pod nieobecność rodziców, kiedy muzyka gra tak głośno, że ostatnie ślady zakłopotania uciekają gdzie pieprz rośnie.

Rozmowy o seksie są zawsze przepełnione smutkiem. Bo przecież rozmówcy zwracają się do mnie – do postępowej zachodniej feministki, kobiety wyzwolonej, w ich mniemaniu, ze społecznych konwenansów. A tutaj, w Indiach, cały sex life jest taki uwikłany, taki nie-zachodni. Aż wstyd.

Internet pełen treści. Telewizja zaś cenzuruje nawet bajki dla dzieci z elementów plażowej nagości (w ostatnim Disneyowskim Frozen wycięli nawet małą scenkę z rodziną korzystającą z sauny). Półnagie modelki w reklamach zachodnich marek, a z drugiej strony od dziewcząt wymaga się by nosiły zasłaniające dekolt i pośladki tuniki (kurta). Młodzi dorastają w rzeczywistości, która rozciąga się od skrajności w skrajność. Globalizacja, tak, oczywiście. Na razie jednak po prostu confusion.

“Sex life in India? There is no sex in our lives. There is love, hugging and handling hands in Bollywood movies. And there is reproduction, politically important. And sometimes not even that. You know, because children grow on mango trees. Ok, I’m joking. But really, this taboo is a big problem.” Co dalej? Zobaczymy.

Otagowane , , , , ,

Indiopol: Darjeeling bez ograniczeń (albo nie-Indie)

In the (un)limited Darjeeling, stars were shining coldly in a cloudless sky. It was Tuesday evening and the jeep just dropped us in the city center. Skierowaliśmy swoje kroki do Glanery’s, starej kawiarnio-piekarni, pamiętającej czasy świetności British Raj. Mają Internet i plan był taki, aby ulokować tamże Tatę, a samej udać się na poszukiwanie hotelu. Ale najpierw kawa. Dobra, po prostu czarna, z ekspresu. Tak dawno nie pita.

IMG_20150118_231904

Darjeeling jest ze wszech miar miastem turystycznym. Zarówno Indusom, jak i zaprawionym zagranicznym turystom, oferuje swoją bogatą herbaciano-górsko-buddyjską ofertę. Wśród backpackersów jest po prostu cool. I chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Co widzą w nim Indusi? Oto dobre pytanie.

Dawno, dawno temu, w pięknych czasach przed Brytyjczykami, miasto to było po prostu częścią Królestwa Sikkimu, maleńkiego, niewiele znaczącego państewka, wciśniętego pomiędzy British Raj, Nepal i Indie. Młode państwo (utworzone na mocy interesującej unii z 1757 roku), utraciło ten teren już po kilkudziesięciu latach – na rzecz ludu Gorkha, składającego się z różnych plemion nepalskich. W wojnie angielsko-gorkhowskiej, Brytyjczycy odbili jednak Darjeeling, ofiarowując go z powrotem współpracującemu z nimi królowi Sikkimu, a sobie zostawiając jedynie darjeelińskie wzgórze. Kompania Wschodnioindyjska, która objęła władzę nad miastem, stworzyła tutaj sanatorium oraz bazę wojskową (przydatną, jak mniemam, ze względu na bliskość Chin). Z czasem, zaczęli także uprawiać herbatę.

A więc Darjeeling, ze względu na swoje strategiczne położenie oraz piękną naturę i przyjemny klimat, stał się istotną brytyjską kolonią. Co roku, piękną granatową ciuchcią pół Kalkuty opuszczało swoje imponujące miejskie kamienice i wille, przenosząc się na sezon letni do swoich równie imponujących, drewnianych górskich posiadłości.

Dziś także Darjeeling do Sikkimu nie należy. Administracyjnie – Bengal Zachodni. Etnicznie – głównie Gorkhowie, inne plemiona górskie (np. sikkimscy Lepcha czy Tybetańczycy), przypałętały się także różnorakie twory migracyjne. Poza pewną liczbą naszych ukochanych Bengalczyków, w mieście mieszka np. całkiem sporo muzułmańskich Kaszmirczyków. Stanowią ciekawą grupę – wielu z nich przywędrowało tutaj już w XIX wieku; znani ze swojego talentu do handlu zajmowali się m.in. szmuglowaniem oraz sprzedażą różnego rodzaju artefaktów i osobliwości z Ladakhu (w tym żywych i martwych „okazów zoologicznych”) za niezłą gotówkę od wszystko-kolekcjonujących Brytyjczyków.

Zastanawiasz się może, Drogi Czytelniku, czemuż to miasto Darjeeling zostało wcielone do Bengalu Zachodniego, zamiast do Sikkimu, kiedy Indie uzyskały niepodległość po drugiej wojnie światowej…? Otóż wyróżnić możemy dwie przyczyny takiego stanu rzeczy.

Po pierwsze, Darjeeling symbolizuje dwa bardzo istotne elementy tego co uważa się za heritage of the Great Indian Nation (czymkolwiek ta nacja miała by nie być).

IMG_20150118_233308

Powód do dumy nr jeden. Ma tu swoją siedzibę, od połowy XIX wieku, założony (oczywiście) przez Britisherów, Himalayan Mountineering Institute. To stąd wyruszały pierwsze wyprawy na Mount Everest, który wszakże należy do Indii. I tak w każdy weekend nawiedzają Darjeeling kolejne pokolenia Indusów, głównie Bengalczyków oraz Biharczyków (bo mają blisko), chcących obejrzeć buty, czapki oraz liny śmiałków, którym udało się wspiąć na tę górę (dokonała tego po raz pierwszy wyprawa, nomen omen, brytyjska w 1953 roku), ulokowane w instytutowym muzeum. Są dumni z tego klejnotu w koronie, jednego z symboli wokół których przez ostatnie kilkadziesiąt lat rząd indyjski próbuje u każdego Indusa wzbudzić poczucie tożsamości narodowej (nie mylić z silnymi tożsamościami lokalnymi; a z jakim skutkiem to inna kwestia). Wielkie Indie, spadkobiercy wspaniałych cywilizacji, stary naród. I mają największą górę na świecie. Hurra!

Drugim powodem do dumy jest oczywiście herbata. Nie ważne, że została tutaj sprowadzona (znów) przez Brytyjczyków, nie ma znaczenia, że do jej uprawy zatrudnili wpierw chińskich specjalistów. Ważne, że uczynili Indie jej słynnym producentem, i że można na tym zarobić. A herbata jest, trzeba przyznać, wyśmienita. Mimo że kolonialnie naznaczona, tak samo z resztą jak cukier. Taka ciekawostka: trzcinę cukrową sprowadzili do Indii po raz pierwszy także kochani kolonizatorzy. Tęsknili za cukrem, bo wcześniej Indusi do słodzenia używali przede wszystkim ghur, syropu palmowego. Pyszny, ale raczej trudno go ładnie zcukrzyć. Do rozkręcenia pierwszych upraw Brytyjczycy sprowadzili (oczywiście) ekspertów z Chin. I dlatego w hindi oraz bengali cukier zowie się chini (dostrzegacie tę subtelną koneksję?). Także, zarówno i herbata, jak i cukier trzcinowy, zostały wprowadzone do kultury indyjskiej przez Brytyjczyków. A dziś kto może wyobrazić sobie dzień w Kalkucie bez zatrzymania się na czareczkę ulicznej herbaty – czarnej i słodkiej, na mleku? W dalszym ciągu piję sie ją jednak w takie właśnie formie deserowej. Do jedzenia zawsze po prostu woda. Albo zimna, albo gorąca. Zależy od pogody. Kto by pomyślał, co?

Ale tak, nic w Indiach nie jest takie jakim się wydaje.

Doświadczyć tego uczucia można zwłaszcza oglądając popularne kino indyjskie. Jak wszyscy dobrze wiemy, jest radosne, kolorowe i pełne emocji. Aktorzy tańczą, śpiewają, kochają się, a potem żyją długo i szczęśliwie. Ich życie jest idylliczne. Z kolei codzienność w Indiach jest smutna, zakurzona, monotonna. Każdy dzień taki sam dla większości narodu indyjskiego (nawet dla tych produkujących filmy w Bollywood). Praca-dom-praca. Zarabianie pieniędzy, rozmnażanie się. A w wolnym czasie wydawanie pieniędzy, konsumowanie czego się da, a potem zwiedzanie dum narodu indyjskiego.

Po drugie, w związku z powyższym, Darjeeling zawsze był nieodłącznym elementem tego co nazwalibyśmy wyobrażeniem o kolonialnych Indiach. Jakże więc mógłby być oddzielny od Zachodniego Bengalu, i Kalkuty – stolicy British Raj do 1911 roku? I wszystkie te jego dochody z turystyki to miałyby iść w zupełności do kieszeni lokalnego rządu, gdyby region stał się jeszcze oddzielnym stanem, tak jak wielu chce – the Gorkhaland? Nigdy w życiu! Także dlatego – symbolicznie i politycznie – Darjeeling musi być częścią tych indyjskich Indii, a nie tego mistycznego, i zupełnie nie-indyjskiego North-East, do którego wrotami jest właśnie Sikkim. I mógłby też być Gorkhaland, gdyby istniał.

IMG_20150118_233032

Takie miejsca jak Darjeeling, które stoją na granicy tych „indyjskich” Indii (hałaśliwych, chaotycznych i brudnych) z tymi „nie-indyjskimi” Indiami (cichymi, uporządkowanymi i o wiele czystszymi), mimo mijających lat nie dały się w tę indyjskość zupełnie wciągnąć.

Są pomiędzy; Darjeeling jest taką obietnicą, zapowiedzią tego co jest w Sikkimie. Komunikuje: „Hej turysto, tutaj za miedzą, w sąsiedniej dolinie, jest zupełnie inny świat. Mają w nim wiklinowe kosze na śmieci (naprawdę!), gustujących w ciszy mieszkańców oraz przepyszne, nie prze-przyprawione jedzenie”. Oczywiście w Sikkimie, podobnie jak np. w Mongolii, jest problem z alkoholizmem. Ale i tak, ludzie są mniej opresyjni, lepiej wykształceni (tutaj akurat zawdzięczać to trzeba szkołom misyjnym, z wykładowym angielskim). Taki, mniej więcej, jest cały North East oraz częściowo Kashmir, plus niektóre miejsca na południu kraju, w tym inne restricted areas (np. Andamany).

Tak, tak, Drogi Czytelniku. Wydaje Ci się doskonale. Po wydarzeniach ostatnich tygodni (rozstanie, perspektywa przeprowadzki, etc., itd.), Indie trochę zalazły mi za skórę. Cudowny ponad dwutygodniowy retreat w Sikkimie bez wątpienia dodał energii. Ale trzeba wrócić, zajęcia w kochanym uniwersytecie oraz praca (to akurat fajne). Jeszcze tylko 1,5 roku, ale na szczęście teraz mogę postrzegać Indie po prostu jako fieldwork. Idealne miejsce do badań nad rozwojem rolnictwa. Ni mniej, ni więcej. (Wyczekiwana) zmiana planów na przyszłość i nie muszę już nigdy próbować wyobrazić sobie siebie mieszkającej tutaj na stałe. Indie naprawdę można kochać, znając ich wszystkie wady i zalety. Ale – w moim przypadku – tylko jeśli na horyzoncie jest nieodległa wizja ich opuszczenia. Nie wiem czy kolejne cztery miesiące (stycznia już nie liczę) zaliczają się do tej kategorii, ale tak czy siak – czerwiec i część lipca w Polsce. A potem znów w grudniu, a dalej już magister i koniec przygody.

Filiżanka z kawą w ręce. Czarna jak noc za oknem. Siorb, siorb, pycha! Widok z kawiarni na Kanczendzongę zapiera dech w piersiach. Wokół trochę cudzoziemców, trochę Indusów. Nagle… czyżbym słyszała polski? Tak! Dwóch Polaków siedzi nieopodal, także piją kawę. Dosiadam się. Jak się okazuje Dwaj Królewicze to podróżująca para buddystów. Polecają hotel, w którym sami się zatrzymali. Idę z nimi zobaczyć miejsce. Zaraz, zaraz. Z opisu wygląda znajomo. Tak, nie wierzę. To ten sam hotel w którym dokładnie rok temu zatrzymałam się z A., R. oraz jego znajomym. Dobra, przynajmniej wiem, że czysto, tanio i że Internet faktycznie działa. Pytam o wolne pokoje. Jedyny wolny, przyzwoity i w cenie to ten sam gdzie z kolegą spał R. Że zacytuję klasyka: „Przypadek? Nie sądzę”.

Pokój był dość wygodny, choć jednak trochę zimno o tej porze roku.

Otagowane , , ,