Tag Archives: antropologia codzienności

Indiopol: Grubiaństwo codzienne

– Czemu jesteś taka nieuprzejma? – zapytał pewnego razu D., kiedy w konkretny acz mało subtelny sposób zamówiłam u kelnera wybrany zestaw śniadaniowy. Był to ostatni dzień moich krótkich, acz cudownych wakacji w Warszawie.

– Nieuprzejma? Ja? Niemożliwe. Przecież sama kiedyś byłam kelnerką! – odparłam zmieszana. Po chwili namysłu dodałam jednak – Słuchaj, to musi być przez te Indie! –

Naciągane usprawiedliwienie dla braku manier? Zgoda. Ale zastanówmy się przez chwilę.

Moja ulica

Moja ulica

W języku bengalskim nie ma w zasadzie form grzecznościowych – nie ma „proszę”, słowo „dziękuje” pojawia się rzadko, a jeśli już to po angielsku. Ci z kolei co mieszkają lub też przebywali wystarczająco długo w Indiach wiedzą, że zbytnia elokwencja w języku angielskim nie popłaca w sytuacjach codziennych. Komunikować należy się w prostym trybie orzekającym bądź rozkazującym, a miarą grzeczności jest ton głosu. Czemu? Jak to? Już wyjaśniam.

Banalna sprawa – chodzi o zrozumiałość. Wyobraź sobie taką sytuację – jesteś w New Delhi, stolicy Indii. Wybrałeś się do jednej z najbardziej modnych dzielnic miasta na kawę, gdzie na co dzień roi się od cudzoziemców. Idziesz do wyjątkowo hipsterskiej restauracyjki (menu jest wydrukowane na papierze z makulatury i wygląda jak gazeta). Namyśliłeś się i chcesz zamawiać. Przywołujesz jednego z czterech kelnerów znajdujących się na sali. Zgrabnie składasz po angielsku zamówienie. Kelner patrzy na ciebie przez chwilę, po czym odpowiada w hindi, że nie mówi po angielsku. Jak się okazuje, reszta kelnerów też nie. Po 10 minutach przychodzi nad-kelner, zarządca wszystkich kelnerów i asystent menadżera w jednym, aby przyjąć od ciebie zamówienie. On mówi świetnie, jego można dopytać co się w zasadzie zamawia etc. etc.

Indie. Kraj w którym język byłych kolonizatorów pozwala się komunikować „narodowi” mówiącemu w kilkuset językach. Angielski – jedyny język urzędowy w Indiach, którego uczą w każdej szkole. Urzędowych języków Indie mają 24.

Wracamy do rzeczywistości. Żyjąc na co dzień w Indiach człowiek upraszcza swoje słownictwo. Dla wygody, oczywiście – aby łatwiej komunikować się z otoczeniem. Ale też z grzeczności właśnie – prosty komunikat zostanie zrozumiany. Skomplikowany zawstydzi osobę, która będzie musiała poprosić o powtórzenie zamówienia. Zwłaszcza jeśli prosić trzeba cudzoziemca, którego angielski może mieć jakiś nieznany danemu Indusowi akcent lub który używa po prostu zbyt wielu skomplikowanych słów/zwrotów.

Zamiast więc „I would like to have a black coffee, please”, lepiej powiedzieć “black coffee, please”, na koniec się uśmiechając. Bo przecież jesteśmy tutaj gośćmi, czyż nie? Sami Indusi zamawiając bardzo rzadko mówią jednak „please”. Rzadko się też do obsługi uśmiechają.

Moja koleżanka B., Polka mieszkająca w Delhi ze swoim narzeczonym Ł., zauważyła jeszcze coś innego. Podczas rozmów o Indiach w Polsce, kiedy opowiadamy o tym jak nam się tu wspaniale na Subkontynencie mieszka, dość często wspominamy, że kraj ten uczy nas cierpliwości. True that. Bardzo rzadko, zdecydowanie za rzadko jednak (może ze wstydu?), przyznajemy przy tym, że także wyrabia on w nas pewnego rodzaju grubiaństwo. Takie grubiaństwo codzienne, praktyczne.

Z czego to wynika? Pomyślmy… O wszystko trzeba się targować, nie ważne czy jest się miejscowym czy obcokrajowcem. Oczywiście cudzoziemcy i cudzoziemki muszą targować się bardziej. Na początku człowiek próbuje być przy tym miły, ale przy zazwyczaj dość upartych sprzedawcach szybko traci się cierpliwość. Traci się ją już na pewno, kiedy targować się trzeba tak samo zawzięcie po dwóch latach spędzonych w Indiach i podstawowej znajomości języka lokalnego. Biały to bogaty, a może będzie miał gorszy dzień i z lenistwa zapłaci więcej.

Stanowczości uczą też żebracy – komu i kiedy powiedzieć nie, i jak radzić sobie w miejscach turystycznych, do których zabiera się swoich gości, po raz sto pięćdziesiąty ósmy.

B. dodaje jeszcze, a ja się z nią zgadzam, że frustrująca jest tutaj także powszechna obojętność – widać to zwłaszcza w ruchu ulicznym, kiedy przepisy drogowe są li tylko sugestią, a każdy jeździ sobie jak chce, mając resztę w nosie.

Tydzień temu przez kilka dni gościłam u siebie S. Kolega z Warszawy przyjechał do Indii na miesiąc na krótkie wakacyjne plażowanie. Tuż przed wylotem zatrzymał się u mnie na kilka dni.

S. lubuje się w momo, tybetańsko-nepalsko-sikkimskich pierożkach z mięsem (tutaj najczęściej kurczakowym), które są w Kalkucie najczęściej serwowaną lunchową przekąską street foodową, zaraz obok chow mein, eggrollsów, i dalu z ryżem/roti/nanem. Raz czy dwa towarzyszyłam mu w tej przyjemności, samej jednak nie jedząc – za gorącą dla mnie teraz na takie ciężkostrawne przysmaki.

Przechodzimy przez ruchliwą ulicę, aby dojść do jego ulubionej momo budki, schowanej w wąskiej alejce nieopodal mojego ukochanego South City Mall, zbawiającego klimatyzacją centrum handlowego.

S. spogląda na mnie przez chwilę uważnie i pyta z niepokojem: – Wszystko w porządku?

– Tak, jasne! Czemu pytasz?

–  A nic. Wyglądasz po prostu na zestresowaną.

Uśmiecham się zmieszana i tłumaczę S. o co chodzi z takim moim „bitch-face”, z tą krzywą miną.

– Wiesz co, to tylko taka moja maska ochronna. Jako biała dziewczyna, mieszkająca sama w Indiach, chcę wyglądać onieśmielająco. Jak wyglądasz byt „miękko” ludzie od razu podchodzą, zaczynają pytań skąd jestem, co tu robię. Okay, niektórzy chcą być po prostu uprzejmi. Ale w bardzo wielu – zbyt wielu przypadkach – nie. Zwłaszcza podrostki. A poza tym, ile razy można odpowiadać na tego typu pytania? Po jakimś czasie robi się to męczące. Do nieustannego bycia obserwowaną już się przyzwyczaiłam, ale zaczepiania mam po prostu dość. Do tego dochodzą jeszcze sprzedawcy wszystkiego, hijrowie (za tymi akurat przepadam) oraz żebracy. No i nie chcę być tego rodzaju uśmiechniętą „turystką-wolonatriuszką”, która kocha cały świat i przyczynia się do tworzenia niekorzystnego wizerunku cudzoziemek w Indiach.

Wiecie którą – taką z sianem na głowie, w szarawarach i z toną bransoletek, która przyjechała do biednych Indii czynić dobro. Jest otwarta i tolerancyjna, i uprzejma wobec wszystkich i wszystko ją ciekawi. Kulturowy relatywizm, of course, trzeba być miłym. A tutaj Induski, te przyzwoite, na ulicy wobec obcych mężczyzn, chłopców zwłaszcza, uprzejme nie są. Bo taka uprzejmość może być źle odczytana. I zazwyczaj właśnie jest. A potem idzie taka uprzejma cudzoziemka. Biała, piękna, bezpośrednia, w tych swoich zachodnich lub pseudo-indyjskich ciuchach. I wszyscy wiedzą że pochodzi z innego świata, ze świata gdzie relacje damsko-męskie wyglądają zgoła inaczej. Takie wyzwolone są, te cudzoziemki.

Miła jestem tylko dla ludzi z mojej ulicy, sąsiadów których znam z widzenia. Kiedy wiem, że bycie miłą mi nie zaszkodzi i nikt tego nie będzie nad-interpretować.

A więc grubiaństwo i krzywa mina. Złe maniery? Nie! Po prostu samo-zachowawczość.

Otagowane , , , , ,

Indiopol: Sari sport

Muszę się przyznać, że noszenie sari jest fascynującym sportem. Nie tylko dlatego że jego założenie nie należy do najprostszych zadań (choć potrafię się w nie ubrać już sama, ha!, w ekspresowe pół godziny, ha!). I również nie dlatego że od jakiegoś czasu porzuciłam konformistyczne noszenie sari w sposób tradycyjny (czytaj, tak jak wszyscy) na rzecz eksperymentów. Na ostatnim sari day zaszalałam i kontrowersyjnie założyłam do sari pasek w talii, na modłę high-fashionową, lub też inspirując się sari-fartuchami pielęgniarek w szpitalach (z tym, że ich paski mają mieć wyłącznie zastosowanie praktyczne; mój ma dodatkowo zdobnicze). Do tego dorzuciłam kamizelkę (ci, którzy mnie znają wiedzą, że mam do nich słabość). Szok, że umiem. I jeszcze większy szok, że pozwalam sobie na wydziwianie.

IMG_20150211_005222

Sari sport. Prawdziwa zabawa zaczyna się w momencie przekroczenia progu domostwa. Na pierwszy ogień idą sąsiadki.

– Apnar sari bhalo achhie! Khub sundor, didi!

Wychodzę na ulicę. Sari zwiększa moją zwyczajną, codzienną niezauważalność. O jakieś miliard procent. Ale nie w żaden oczywisty sposób! Wygląda to mniej więcej tak: idzie wysoka, atrakcyjna kobieta w sari (to ja, oczywiście). Pewnym krokiem mija grupkę mężczyzn popijających herbatę. Ci po sekundzie orientują się, że jest to ich cudzoziemska sąsiadka. Prawie jej nie poznali. Kopary w dół. Ich wzrok czuję na swoich plecach o wiele dłużej niż zazwyczaj.

Dochodzę do nieformalnego bus stand (przystanki autobusowe są self-made, łapiesz autobus skąd akurat masz ochotę złapać autobus, w tym przypadku to po prostu róg mojej uliczki i głównej drogi). Stoję i czekam z innymi. Na początku znowu brak reakcji. Po chwili jednak wszystkie oczy zwrócone w moją stronę. Podczas gdy zazwyczaj po prostu rzucają na mnie od niechcenia okiem, tak teraz po prostu ostentacyjnie studiują mój wygląd. Cudzoziemka w sari, co za cyrk! I to jeszcze dobrze założonym. I stylowym. Szok again.

Droga na uniwersytet (pięć minut auto-rikshaw z mojego nowego lokum). Nigdy nie czułam się bardziej wyeksponowana i oceniana. Idę powoli, aby przypadkiem nie przewrócić się/nie podrzeć sari. Wystarczy atrakcji dla przechodniów, sklepikarzy i taksówkarzy. Docieram do Departamentu, tu patrzą się mniej. Więcej pochlebnych opinii, lekkie zdziwienie. Trochę irytacji. Jak to ta cudzoziemka nosi sari i to aż tak dobrze?

Noszenie sari to sport. Sport ekstremalny. Nie tylko dlatego że nie jest to najbardziej praktyczny strój i że od gorąca pod warstwami materiału pomocą mi się nogi (hate it).

10940515_10203897969439510_2596890603753931274_n

Jak już dawno przestało mnie irytować, że jestem w Indiach – z oczywistych względów fizycznych – wyjątkowo widoczna w przestrzeni publicznej, tak wciąż noszenie przeze mnie sari jest dyplomatyczną ruletką. Niektórzy będą postrzegać to jako miły gest, ukłon w stronę dziedzictwa kulturowego. Uśmiechną się, jak moje sąsiadki. Inni będę patrzyć się krzywo, niczym na złodzieja tożsamości, takiego typa który próbuje udawać kogoś kim nie jest. Przecież to nie twoja kultura, będzie mówić ich spojrzenie. Także, sari bez wyrzutów sumienia tylko na śluby i wesela. Oraz na specjalną prośbę. Jak na tym nieszczęsnym seminarium. Inaczej nie wypada, oraz trochę za dużo zachodu z jego zakładaniem. Co ciekawe, twierdzą tak też moje koleżanki z roku. Lubią nosić sari, ale musi im się ten wysiłek opłacić.

Jak to z tymi sari w Indiach z grubsza jest? Ano tak. Dla niższych kast/klas, dla należących do nich zamężnych kobiet sari jest zarówno ubraniem codziennym, jak i odświętnym. Oczywiście, różne sari na różne okazje, są sari na co dzień (tańsze) i od święta (droższe). Mężatki z klasy średniej i wyższej, w zależności od poziomu konserwatyzmu (czytaj, konserwatywności i wścibstwa teściowej), noszą sari na co dzień, ale nie po domu, a jak idą „na miasto” – tj. na zakupy do galerii handlowej czy w odwiedziny do krewnych. Dzieci ze szkoły odbierają raczej nosząc kurtę, salwar kamiz (luźne spodnie z kurtą) lub churidar kamiz (wąskie spodnie/leginsy z kurtą). Od święta oczywiście sari.

Mężatki z upper-middle i upper class na co dzień sari raczej nie noszą – wolą wystawne i bardziej wygodne zestawy indyjskie (które to moda rozprzestrzeniła się zasadniczo z Punjabu) ww., lub po zachodniemu – jeansy, chinosy, długie spódnice. Modnie. Od święta, na okazje, zawsze sari. No, prawie zawsze – czasem trzeba być bardziej modern niż traditional. Zwłaszcza jak się jedzie za granicę.

I jeszcze wątek poboczny, kiedyś już przeze mnie poruszany – sari noszą do pracy starsze pozycją pielęgniarki, prawniczki, lekarki, zarządczynie oraz buissness women. Zawsze.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

A jak to się ma z pannami? Panny noszą sari tylko na specjalne okazje. Zazwyczaj, zwłaszcza w przypadku lower class oraz przepastnej middle class, niezamężna córka nie posiada żadnego własnego sari, czy posiada ich bardzo niewiele. Sari to oznaka statusu społecznego. Na sari trzeba zasłużyć. A., moja jedyna indyjska przyjaciółka, po zaręczeniu się dostała od swoich konserwatywnych rodziców fajne nowe ciuchy. Przecież musi się teraz lepiej prezentować! Na własne sari jeszcze przyjdzie pora. Z resztą, najcenniejsze sari są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

W pokoju matki R. stoją dwie niskie szafki. Za przesuwanymi drzwiami na specjalnych wieszakach, czasem schowane w pokrowcach wiszą dziesiątki sari. Matka R. od dekad je kolekcjonuje. Jak mówi, gdyby nie takie kobiety jak ona, tradycyjne formy i wzory dawno by przepadły. Handloom sarees są przecież trudniejsze w noszeniu, droższe, no i nie świecą się tak tandetnie jak te sari, które można kupić w najpopularniejszych sieciówkach. No i w telewizji, w serialach gwiazdy też ich nie noszą. Do tradycyjnych sari trzeba mieć wyczucie smaku, gust. Wiedzieć co, jak, kiedy i dlaczego. Matka R. ma sari na każdą porę roku, na każdą porę dnia, na każdą okazję. Sari ciepłe, zimowe są z jedwabiu. Najcieplejsze z tego surowego, tesar. Sari letnie są z cienkiej, przewiewnej bawełny usztywnianej krochmalem. Są jak papier (i tak samo jak papier pewnie, nosi się je mało wygodnie, IMHO). Sari wieczorowe są w ciemniejszych tonacjach, bogaciej wyszywane, bardzo kosztowne.

Sari to zawsze najlepszy prezent. Dla przyjaciółki, matki, córki. Wymiana sari to zwyczajowa forma zacieśniania więzów między przyszłą mother-in-law i matką panny młodej.

Ja mam sztuk 17. Na każdą okazję i porę roku. Żadnego z nich nie kupiłam sobie sama. Zanim zdążyłam dowiedzieć się co mi się właściwie podoba, zostałam obdarowana. Włączono mnie w siatkę tych niby bezinteresownych gestów. Potrzeby kupowania sari, teraz i w przyszłości, mieć nie będę. I dlatego że mam ich tyle, że wystarczą mi na te wszystkie nieliczne okazje, do końca moich dni. I dlatego że, na szczęście, nie będę już indyjską żoną.

Otagowane , , , ,

Indiopol: No Internet, girl! (Dalej w Sikkim)

Wyobraź sobie, że jedziesz pociągiem. Rytmicznie dudni, wagon buja się usypiająco, koła śpiewają. Jedziesz gdzieś. Masz cel, ale i tak nie do końca wiesz co cię czeka. Te przyjemne uczucia ciepła w żołądku, ekscytacja. Może szczypta obawy (zależy gdzie i po co jedziesz). Po prostu podróż.

10929150_986311021382494_6821334242981948257_n

Po co mi taki wydumany wstęp? Już tłumaczę.

Podróż w swoim wymiarze fizycznym to dla mnie zatrzymanie w czasie. W sensie czynnościowym, by tak rzec. Przemieszczanie się to jakby nie-bycie. Wiesz, chodzi mi o ten moment, kiedy nie możesz robić nic innego niż po prostu oddać się jego przejściowości. W pociągu, autobusie, samochodzie czy samolocie. Czytasz książkę, oglądasz film, gapisz się przez okno, śpisz (okay, jest tutaj oczywiście wyjątek, kiedy jedziesz na konferencję i nerwowo kończysz na kolanie swoją prezentację). W każdym razie trwasz w zawieszeniu, mniej lub bardziej. W zależności jak długo taki transfer trwać będzie.

Przedłużeniem tego stanu egzystencji jest inny rodzaj przymusowego nic-nie-robienia. Sytuacja bycia bez internetu. Trafiasz do miejsca, które nie ma żadnego połączenia ze światem. Nie jest podpięte do sieci  –nie możesz wyciągnąć macek swojego umysłu, niczym gigantyczna ośmiornica, do innych wymiarów w cyber-rzeczywistości. Nie możesz śledzić znajomych na Facebooku, przeglądać newsów, odpisywać na maile z pracy. Jesteś sama/sam ze sobą. Po prostu musisz się oddać chwili. Oczywiście to też zależy z kim w tym odludnym miejscu jesteś. Tak czy siak, musisz przeczekać, aż ten retreat dobiegnie końca.

Ravangla (czy też Rabongla) w Południowym Sikkimie jest takim właśnie miejscem. Nie daj się zwieść – mimo że południowa, ta część stanu daje popalić o tej porze roku. W nocy temperatura schodzi do zera, w ciągu dnia na słońcu może z 15 stopni. Ogrzewania brak, no chyba że się skombinuje mini-grzejniczek.

Nocujemy w zaprzyjaźnionym klasztorze. Zawiła droga przez las/górską dżunglę (nie wiem co myśleć, masa pnączy na drzewach, ale jednak zimno) z głównej części wsi na jej peryferia. Z braku Internetu do jego jeszcze większej nieobecności (na rynku była co prawda niedziałająca, ale jednak kafejka internetowa).

Wysiadamy z samochodu pod klasztorem. Krótki marsz pod górę i docieramy. Klasztor Dolling pod nami, a my w jego guesthousie.

Każdy dzień taki sam. O 8 śniadanie. O 12 obiad. Kolacja o 18. W górach ludzie idą spać wcześnie; zimą zmrok zapada o piątej, nie ma później co robić. Wstaje się ze słońcem.

W ośrodku mieszka rodzina lokalnego tulku oraz jeden przesympatyczny, europejski lama. Zanim przyjechał tu miesiąc temu oddać się zgłębianiu dharmy w krainie Guru Padmasambawy, przez trzy (!) lata przebywał na odosobnieniu w jednym z centrów Nigmapy. Siedzą z Tatą wieczorami i dyskutują o buddyzmie. Jak zwykle bywa w takich sytuacjach, dzielą wielu wspólnych znajomych.

Klasztor. Wieś. Idę na spacer. Pracy (różnorakiego pisania) tylko trochę. Do głowy pchają się natrętnie rozmaite, czasem zupełnie niespodziewane myśli. Potwory i spółka wyłażą z mrocznych zakamarków niechronionego nadmiarem pracy umysłu, nie dają spokoju. W tej aktywnościowej flaucie do głosu dochodzą lęki, małe i większe strachy. Przed tym co będzie. Przed problemami ze znalezieniem nowego miejsca dla siebie i kotki, przed mieszkaniem samej w obcym, bądź co bądź, kraju. Odwagi!, myślę sobie. To wszystko jest tego warte. Jest? Musi być.

P.S. Pamiętacie te protesty studenckie w Kalkucie o których pisałam parę miesięcy temu? Rektor mojej kochanej uczelni w końcu ugiął się pod presją opinii publicznej i poddał się do dymisji. Także sukces!

Otagowane , , ,

Indiopol: Górska mania Mani (albo tongba zamiast szampana)

Pierwszą rzecz, którą słyszysz budząc się o siódmej rano w Gangtoku, w ostatni dzień Starego Roku jest cisza. To znaczy, nie słychać nic. Po pierwszych kilku minutach zaczynają do ciebie dochodzić niemrawe odgłosy miasta (w końcu stolica stanu, więc tak zupełnie cicho być nie może)  – przemykające wąskimi uliczkami jeepy, śpieszące czy to do sąsiednich miast, czy to do Darjeelingu lub New Jaipalguri, pokrzykiwania właścicieli otwierających swoje sklepy, nawet dźwięki trąb z pobliskiego klasztoru. Ty jednak nie robisz sobie z tego nic; w porównaniu do hotelu w którym zatrzymałeś się noc wcześniej nowe lokum to raj.

Widok za miliard rupii

Sikkim, w przeciwieństwie do legendarnego wszakże Darjeelingu (odmawiam tutaj użycia spolszczonej nazwy tego miasta, gdzie pojawia się taka rażąca oczy literka jak „dż”, a po niej jakże urocze „y”), nie jest popularny wśród zagranicznych turystów. To znaczy nie jest aż tak bardzo, zwłaszcza nie o tej porze roku (w ciągu kilku dni naliczyłam się ich tu tylko sześcioro, poza nami rzecz jasna). Sikkim popularny jest za to, zwłaszcza Gangtok, wśród turystów lokalnych. Z jakichś niesprecyzowanych bliżej powodów przyjeżdżają tutaj tabuny Bengalczyków, najbardziej średniej klasy średniej korzystającej z wakacji swoich pociech. Czemu przyjeżdżają, co ich tu tak właściwie ściąga? (Wierzcie mi, jest czemu się dziwić; Sikkim nie wpisuje się ani odrobinkę w lokalne wyobrażenie o idealnych wakacjach = pasywny odpoczynek). Gangtok to nie jest przecież miejsce ani lekkie do przebywania (jednak zimno, a ogrzewania brak), ani wybitnie atrakcyjne dla średniej krajowej. Być może dlatego, że jest taniej, niż np. wyprawa nad morze, do popularnego Puri? To kiepski argument, wcale aż tak tanio nie jest (najtańsze pokoje w cenie 800 INR za dwójkę). Dlaczego więc? Hm, hm, hm.

Wiem na pewno do czego tutaj nie przyjeżdżają. Nie jest to temperatura – chociaż w ciągu dnia jest przyjemne 20 stopni, a nocą tylko 10 (czasem trochę zimniej, ale ogólnie zupełnie znośnie nawet bez ogrzewania), na pogodę nieustannie narzekają (ha, pewnie że rozumiem, mój wspaniały bengalski!), zasłaniając się niezdarnie warstwami swetrów i szalików powyciąganych z otchłani swoich przepastnych szaf (w ciągu roku tam skąd pochodzą nie mają specjalnie okazji ich nosić).

Nie przybywają tu w podskokach także dla zabytków bogatej kultury buddyzmu tybetańskiego (nie sposób znaleźć tabunów zwiedzających stare klasztory czy stupy). Ani dla jedzenia – to dla nich wszakże pootwierane są tutaj niezliczone vege bary serwujące dokładnie to co na co dzień owi bengalscy turyści pałaszują ze smakiem w swoich domach. Warto tutaj dodać, że zazwyczaj bengalska, jakże konserwatywna obyczajowo middle class przestrzega tabu jedzeniowych, zwyczaj ma ten jednak granice przestrzenne. Bardzo wielu Bengalczyków przy okazji niezliczonych okazji, kiedy już wybierają się do restauracji/na wakacje pałaszuje mięsko ze smakiem. W domu oczywiście nie, bo jakże to tak, ale już po za nim, czy nawet z daleka od srogiego oka żony/matki/teściowej/babki – jak najbardziej. W każdym razie, nie przyjeżdżają do Sikkimu raczej także na trekking. Może widoki?

IMG_20141231_175218

Nasuwa mi się tu jednak inna odpowiedź – może chodzi o to, że Sikkim tak bardzo różni się od znanych im, tych codziennych Indii, że sprawia wrażenie jakby był zupełnie innym krajem? Taką bliską „zagranicą” do której w dodatku niezmiernie łatwo się dostać? Względnie „egzotycznym” miejscem gdzie można pojechać bez potrzeby wydawania dużej ilości pieniędzy i bez potrzeby długofalowego planowania? Sikkimowa inność tak właśnie może być atrakcyjna dla całej tej rzeszy Bengalczyków (i turystów ze stanów sąsiednich). Tym bardziej przecież, że jest bezpieczna – oswojona jako część tego samego państwa, gwarantująca poczucie bezpieczeństwa także poprzez oferowanie znanych, swojskich wyborów żywnościowych (kropka w kropkę to co można na każdym rogu dostać w Kalkucie, włącznie z bengalską obsługą) czy lokalowych (tu zhinduizowany wystrój większości średnio-budżetowych hoteli, nomen omen prowadzonych przez migrację napływową z innych części Indii, głównie z Bengalu; wszakże biznes to biznes).

Nie mniej, z Tatą pierwszej nocy trafiliśmy do takiego właśnie hotelu. Miejsce miało być fajne, prowadzone przez dalszą rodzinę znajomego Tybetańczyka. Okazało się być jednak smutnym, podupadającym przybytkiem, choć faktycznie dobrze położonym (główny deptak miasta). Nie chodzi nawet o to że było brudno (kwestia obecności grzyba we wszystkich dostępnych pokojach w połączeniu z astmą mojego Taty, oraz inne atrakcje lokalowe). Było naprawdę nieprzyjemnie z innego jeszcze względu. Jak naprawdę uważam Bengalską klasę średnią (maksymalnie szeroko rozumianą) za „do wytrzymania” na co dzień, wakacje od Kalkuty służyć mają przerwie także od niej, zwłaszcza zaś od jej negatywnych cech – Dulskiej moralności, hałaśliwości, kłótliwości i pretensjonalnemu aspiracjonizmowi społecznemu. Jako badaczka społeczna wszystko to jest zrozumiałe itd., ale jak czasem staram się tłumaczyć co po niektórym – praca to praca,, a życie prywatne to życie prywatne. Mam prawo się złościć na moich rozmówców i ich styl życia, mam prawo mieć ich dosyć raz na jakiś czas. Zwłaszcza zaś w wakacje. Niestety jednak trafiliśmy na takich sąsiadów na jakich nadzieję miałam nie trafić – podróżujących po kosztach Bengalczyków, którzy jako tacy są przyjemnymi ludźmi, ale na wakacjach lubią sobie popić, pośmierdzieć w korytarzu papierosami (chłopcy i mężczyźni), a następnie kłócić się przy otwartych drzwiach w środku nocy (obie płcie; tu znowu moja znajomość bengalskiego okazuje się znacząco irytującą, wolałabym czasami nie rozumieć tego co mówią, a chwilę później nie wykłócać się o ciszę po 11 w nocy). Generalnie jest tak: znudzone młodziaki są najgorsze, pamiętajcie!

IMG_20141231_175509

Także z radością udaliśmy się z Tatą następnego ranka na poszukiwania hotelu w nieco przyjemniejszej okolicy, rozsądny kawałek drogi od centrum. I znaleźliśmy odpowiednie lokum w naprawdę fajnym miejscu – u stóp wzgórza mieszczącego Do Drul Chorten Stupa.

Także, nowy hotel. Budzisz się rano w ciszy. Otwierasz drzwi balkonu a tam widok wart milion rupii – słońce dopiero co wzeszło ponad dolinę, ale góry na około wciąż są mgliste i schowane w cieniu. Byłoby miliard rupii, gdybyśmy mieli z pokoju widok na Kanczendzongę, ale przecież nie można mieć wszystkiego za cenę całych 50 PLN za dwójkę. Ale i tak jest dobrze, bardzo dobrze. Duże góry zawsze są dobre, a możliwość patrzenia na nie (a niedługo, łażenia po nich) po miesiącach kalkuckiej szarej rzeczywistości jest najlepszym prezentem, o jakim mogłabym pomyśleć. Nawet elegancki grancik na badania nie byłby lepszy (zgoda, tu mogę polemizować…).

Dziś urodziny mojego Taty i Sylwester. Będziemy podziwiać tysiące gwiazd i pić tongbę (aka chhaang), piwo z pełnoziarnistego prosa (kasza jaglana pochodzi z tej samej rodziny) przyrządzane tylko w regionie Himalajów.

Kolejny rok dobiega końca, Antropoludens czekają wkrótce spore zmiany, będziemy się rozwijać! Ja z bajecznego Sikkimu, a Sznel z mroźnej i śnieżnej (oraz równie bajecznej) Warszawy, składamy Wam, Drodzy Czytelnicy, najserdeczniejsze i najszczersze, zupełnie zdekonstruowane życzenia. Nie będziemy życzyć Wam miłości (bo przecież i tak na nią zasługujecie, jeśli jeszcze jej nie macie), ani szczęścia (oczywista oczywistość). Życzyć Wam będziemy natomiast godzin konstruktywnej pracy, badawczej czy każdej innej. Takiej, która przyniesie Wam satysfakcję na co dzień i na całe życie. Każdego dnia w tym 2015 Nowym Roku i w każdym kolejnym. Bez względu na to kim jesteście i co robicie – żyjcie pełnią ducha, żyjcie na sto procent!

Otagowane , , , ,