Tag Archives: antropologia rzeczy

Indiopol: Postępowe jeansy, odróżnianie i naznaczanie

Wyglądam przez okno na ulicę, żeby zobaczyć czy pada. Dzielnicowe psy śpią spokojnie na poboczu drogi, za rogiem znika pan na rowerze, owinięty od stóp do głów w przeciwdeszczowy kombinezonik. Uff, tylko popaduje. Jest piątek i wybieramy się z R. na koncert Bikrama Gosha w ramach pierwszej edycji Kolkata Drum Festival. Bierzemy samochód, więc nie zmokniemy, ale i tak wybór obuwia ma znaczenie – w monsunie nawet jeśli masz do przejścia jedyne 500 metrów na pewno ubrudzisz sobie stopy. A przecież nie wypada wparadować na widownię z zabłoconymi paluchami! Także wybieram mokasynki, podobnie jak R. Przyzwoite, niekontrowersyjne, słowem – to czego nam trzeba. R. nie pochwala jednak mojego wyboru odzieży – kolorowej, prostej sukienki z Meksyku. Bardzo skromnej, na swój sposób eleganckiej. Couchsurferka Anna, która jeszcze u nas wtedy gościła, popiera mój wybór. Przecież dekolotu nie widać, sukienka za kolano. Co może być z nią nie tak? R. próbuje cierpliwie wytłumaczyć sprawę dwóm europejskim ignorantkom.

Saree

Problemem jest oryginalność, to że sukienka odchodzi od normy. A na koncercie będą przecież bardzo ważni ludzie, na których będziemy mieć szansę wywrzeć pozytywne wrażanie. Kto wie, może nowe kontakty nam się później przydadzą? R. orzeka, że jestem już wystarczająco widoczna i nie potrzebuję bardziej na siebie uwagi zwracać. Po co mam wyrażać swoją indywidualność, jak mogę po prostu założyć jeansy oraz porządną koszulę? Nie daj Boże ktoś pomyśli, że chcę się popisywać! A w Indiach dobry social network to podstawa. 

Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Indie (styczeń zeszłego roku), kwestię ubioru potraktowałam swobodnie. Nosiłam się grzecznie, zakładałam dłuższe tuniki czy luźniejsze koszule do prostych spodni – jeansów czy dockersów. Nie chciałam się nosić po swojemu (polski folk, trochę retro, trochę standard), nie chciałam się też przebierać za Induskę niczym pretensjonalne turystki – przyjechałam na badania i wolałam pozostać „neutralnie zachodnia”. I nikt nie oczekiwał ode mnie niczego innego. Sari oraz salwar kamiz założyłam tylko raz, na wesele na które mnie i mojego kolegę, T., wówczas zaproszono. Sytuacja zmieniła się jednak znacznie, kiedy przyjechałam do Kalkuty sześć miesięcy później z myślą o zostaniu na dłużej.

Nie wzięłam wielu ubrań, bo pomyślałam, że i tak mogę sobie nowe tanio na miejscu sprawić, zarówno lokalne, jak i takie, które nosiłabym na codzień w Polsce. Całą szafę zostawiłam więc w Warszawie, zabierając tylko najbardziej ulubione rzeczy (oraz buty – rozmiar 40-41 nie jest wyjątkowo popularny w Azji…). Niestety, postąpiłam nieopatrznie, czego nie omieszkał mi uzmysłowić R. Ceny ubrań zachodnich są w indyjskich centrach handlowych zbliżone do tych, które mamy w ojczyźnie. Czyli nie stać mnie na ich regularne kupowanie. Odzież na którą mnie stać to moda lokalna, indyjska z różnymi jej regionalymi odmianami. Salwary, churidary, legginsiki, spódnice do ziemi, kurty krótkie (do połowy uda), kurty długie (przed kolano), kurty mini (za kolano). Z bawełny, lnu lub jedwabiu, drukowane, malowane, wyszywane. Pomyśleć by można, co za problem? Nakupuję sobie tego i w tym łazić będę. Śliczne przecież te wzory, motywy, kolory i kroje. Co za różnica? Ale za pięknie by było, gdyby w całym tym systemie mody nie było drugiego dna.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Panowie

Moda damska oraz męska dzieli się w Indiach na dwa rodzaje – zachodnią oraz indyjską. Kobiety na codzień częściej noszą ubrania indyjskie, mężczyźni zachodnie. Dhoti (dłuższy kawałek materiału zmyślnie zawiązany w pasie) nosi się od święta lub na wyjątkowo ważne rodzinne uroczystości – „pierwszy ryż” dziecka, zaręczyny czy ślub. Lungi, krótką chustę przewiązaną w biodrach, w Kalkucie noszą tylko najbiedniejsi. Reszta zakłada normalne spodnie, a do tego koszule – z długim lub krótkim rękawkiem. Gładkie, białe lub błękitne, w kratkę lub w paski. Zunifromizowane, przyzwoite. Niektórzy, którym zależy aby pokazać, że nie należą do mainstreamu, noszą tradycyjne koszule z długim lub krótkim rękawem i z tzw. chinese collar, skrojone z surowej bawełny lub lnu (zwanych khadi), gładkie lub z wzorami z batiku lub malowanymi (kalamkari). Ach, są jeszcze męskie kurty – długie, bo aż za kolano, także szyte z surówek bawełnianych lub lnianych, czasem z domieszką jedwabiu. W każdym kolorze tęczy; białe lub kremowe i haftowane noszone są najczęściej na codzień przez muzułmanów, na pewno przy okazji świąt. Reszta hinduistyczna także nosi je czasem od święta (o ile nie wskakują w błyszczące sarwani). Jak jest chłodniej dochodzi do tego jeszcze kamizelka a la Nerhu.
To właśnie takie fasony można kupić w sławnym Fabindia – indyjskiej sieci sklepów z dobrej jakości odzieżą, wspierającą rodzimą produkcję tekstyliów. Założona w 1960 roku firma szczyci się precyzyjnym systemem certyfikacji tradycyjnie wytwarzanych materiałów. Obok sieci Anokhi, przez lata stanowiła jedyne miejsce w którym zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą zaopatrzyć się w coś „stylowego”, co jednocześnie nie należy do kategorii „odzież zachodnia”. Dziś można przebierać w designerskich galeriach, choć na tego rodzaju ubrania stać zaledwie garstkę.
Życie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Panie

Sytuacja z kobietami jest proporcjonalnie odwrotna. Kobiety chcące wyglądać dostojnie, poważnie noszą sari. Kolor i materiał zależy od wielu czynników, choć głównie liczy się pogoda – ciepłe jedwabie zimą, przewiewne bawełny latem. Len nie występuje, choć np. szyfon już tak. Prostsze wzory na codzień, sari bardziej wykwintne na okazje. Co bardziej majętne panie tworzą całe kolekcje sari, które zwożą z różnych podróży po kraju – każdy region ma przecież swoje charakterystyczne wzory, którymi można potem się popisywać przed innymi żonami, zzieleniałymi z zazdrości. No i takie sari to przecież inwestycja – dobrze zaopiekowane może służyć i prawnuczkom. Poza tym nosi się także salwar kamiz – luźne spodnie wraz z kurtą maksymalnie do kolana, lub churidar kamiz – wąskie, potwornie niewygodne spodnie wraz z dłuższą kurtą. A do tego obowiązkowo dupatta, aby zakryć biust. Coraz częściej tradycyjne fasony spodni ustępują miejsca legginsom lub jeansom. Młodsze kobiety i dziewczęta chętnie zakładają do nich koszule skrojone w zachodnim stylu lub po prostu t-shirty.

Dobra. To teraz – kto co nosi, kiedy i dlaczego?

Kobiety na stanowiskach rządowych lub pełniące oficjalne, zarządcze funkcje z pewnością będą nosiły sari, eleganckie, w stonowanych kolorach i w dobrym guście, aby dodać sobie powagi. Jak stwierdziła matka R., nikt w firmie, której jest dyrektorką, nie brał by jej poważnie, gdyby paradowała po biurze w salwar kamizie. Czasem go zakłada, ale tylko w luźniejsze dni. Indyjskie prawniczki na sari zakładają dodatkowo kamizelkę lub marynarkę. Niestety nie udało mi się jeszcze żadnej uwiecznić na zdjęciu, parę razy mignęły mi tylko na mieście. Policjantki oraz żołnierki oczywiście noszą uniformy – niektóre w zestawie mają dołączoną także urzędniczą dupattę. Podobnie z mundurkami dziewcząt z tradycyjnych, bengalsko-języcznych szkół – młodsze noszą salwar kamiz, starsze szkolne sari. Tylko dziewczynki w szkołach z wykładowym angielskim noszą od początku do końca spódnice przed kolano.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Które z pań najczęściej noszą ciuchy zachodnie? Nastolatki. Ale także Anglo-Induski, Chinki i indyjskie chrześcijanki. Również dziewczyny z Darjeelingu i Sikkimu – czemu? Ponoć to przez to, że już od czasów brytyjskich rzesze turystów przyjeżdżają podziwiać lokalne widoki oraz klasztory, smakować miejscowej kuchni oraz delektować się herbatą. Mieszkańcy czują się więc bardzo związani z Zachodem. Tak wieść gminna niesie. Wyglądają „zachodnio”, i faktycznie, odwiedzając region człowiek czuje się jakby trochę mniej w Indiach. Zwłaszcza w Sikkimie. Ulice spokojniejsze, populacja mniejsza. Miło.

Tradycyjne fasony dominują więc w ubraniach hinduistek oraz muzułmanek z klasy średniej i niżej, gdzie przyzwoitość jest pierwszą z cnót kobiecych. Eksperymentować odważają się tylko te lepiej wykształcone i bardziej majętne (nie ważne czy przed czy po ślubie). Albo te zupełnie młode (jeszcze w szkole), które „mogą sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa”. Zakładają więc jeansy i luźne T-shirty i czują się nowocześnie. A konserwatywni liderzy czuwają. Jeszcze nie tak dawno temu paru polityków publicznie obwiniało nieprzyzwoity ubiór za wzrost liczby gwałtów na kobietach [Artykuł]. Interesująco odniosła się do tego pewna grupa komediowa [1].

Nie zapominajmy jeszcze o bardziej konserwatywnych muzułmankach przestrzegających hidżabu. W Kalkucie można spotkać wszystko – chusty, czadory, czarczafy, nikaby i burki. Oraz bardzo ciekawe, kolorowe warianty zasłon (patrz galeria wyżej).

O co tyle zamieszania z tym ubiorem? Jak wytłumaczył mi R., w Indiach bardzo dużo wagi przywiązuje się do robienia wrażenia – „jak cię widzą, tak cię piszą”, rzec by można. Ludzie chcą być odbierani w określony sposób, aby więc zaspokoić swoją potrzebę kreowania wizerunku, zakupują rozmaite artefakty. Artefaktem może być telewizor albo smartfon, ale i określone ubranie. Stwarza się pozory bogactwa, dostatniości, przynależenia do określonej grupy społecznej, wspólnoty religijnej czy mniejszości etnicznej. Cytując Phillipa Perrota, „odkąd odzież sama w sobie zaczęła być używana do rozróżniania, stała się także metodą naznaczania. Prawidłowość ta przejawia się w symbolach i konwencjach, […] w tradycjach, przywilejach, dziedzictwach, kastach, lineażach, […] statusach cywilnych, pozycji społecznej czy ekonomicznej, przekonaniach politycznych czy ideologicznej przynależności. Ubiór, jako znak bądź symbol, potwierdza lub ujawnia podziały, hierarchie czy lojalizmy, zgodnie z kodem gwarantowanym i utrwalanym przez społeczeństwo oraz jego instytucje” [2].

Jak się w tym wszystkim odnaleźć?

Za każdym razem, kiedy wychodzimy gdzieś z R., zaczyna się dyskusja pod tytułem „co Mania dziś na siebie włoży?”. Wbrew pozorom nie jest to problem z gatunku „nie mam się w co ubrać, jestem wybredna i leniwa”. Kiedy przeniosłam się do Indii w lipcu, natychmiast zaczęłam się przejmować tym co ludzie o mnie pomyślą. Z jakiegoś bliżej niesprecyzowanego powodu nie chciałam być brana za turystkę czy pracownika pozarządowego. Takie osoby bardzo często próbują na siłę wtopić się w indyjskie społeczeństwo, nosząc na codzień tylko salwar kamiz, a nawet sari (sic!). Robiąc to nieumiejętnie bardziej sobie jednak szkodzą, niż pomagają. Co prawda większość doceni wysiłek włożony w poszanowanie lokalnych zwyczajów ubiorowych, jednak reszta – młodzi Indusi, klasa średnia i wyżej nie będą aż tak entuzjastyczni. Na początku lepiej powoli poznawać zasady obowiązujące w danej grupie, niż udawać kogoś, kim się nie jest i na siłę próbować wkupić w łaski otoczenia. Od cudzoziemców nikt przecież nie oczekuje natychmiastowego wmieszania się w tłum. Co nie jest z resztą możliwie w przypadku tych o urodzie odbiegającej od lokalnych. Nigdy nie uciekną od swojego koloru skóry, oczu, akcentu czy sposobu poruszania się. Także lepiej pozostać sobą. Po prostu. No może poza noszeniem wyjątkowo odsłaniającej odzieży. Szortów, głębokich dekoltów, krótkich spódniczek. Cała reszta dozwolona, a nawet preferowana.

Po jakimś czasie jak najbardziej można zacząć się przestawiać – kupować lokalne ubrania, łączyć je z zachodnimi. Z czasem, kiedy mowa naszego ciała będzie sygnalizować, że jesteśmy w Indiach już dłuższy okres czasu, można próbować eksperymentować. Z szacunku dla lokalnych zwyczajów nie należy jednak próbować wskakiwać w nie swoją skórę. Trzeba figurować gdzieś pomiędzy „tu” (mieszkam w Indiach) i „tam” (pochodzę skądinąd). Zwłaszcza jeśli jest się badaczem terenowym. W moim przypadku było trochę łatwiej, gdyż R. wiele mi zawczasu wytłumaczył. Efekt – mniej niezręcznych sytuacji (choć kilka oczywiście zaliczyłam i, o dziwo, nie dotyczyły trudności w noszeniu lokalnych strojów, a koktajlowych kreacji…).

Co jakiś czas wpadam w Kalkucie na różne kategorie cudzoziemców. Niektórzy z nich, zwłaszcza ci co dopiero przyjechali pracować dla miejscowych organizacji pozarządowych, są najzabawniejsi. Jasnowłosi Szwedzi w kurtach i klapeczkach, Australijki potykające się w zwojach sari, czy Amerykanki paradujące w salwarach i krótkim T-shircie (których w żadnym razie nie powinno się łączyć!). Jest śmiesznie, no ale skąd biedaki mają wiedzieć, że to może nie najlepszy pomysł?

W moim przypadku problem jes trochę innej natury. Na codzień, na uniwersytet noszę różne wariaty krótkich kurt z salwarami bądź jeansami. Czasem założę coś bardziej zachodniego, jak flanelową koszulę, ale jest ostatnio tak gorąco, że nie ma to trochę sensu. Ostatnio najbardziej przydają się proste lniane spodnie i luźna tunika. Przyzwoicie, stosownie, kobieco. Robi się jednak trudniej, kiedy zaproszona zostaję na różnego rodzaju przyjęcia domowe (tzw. domówki młodzieżowe lub w towarzystwie „ciotek” i „wujków”). W takich sytuacjach należy się ubrać „na Zachód”, ale bez nadmiernej oryginalności. Żeby nie pomyśleli, żem hipsterka, jak R. się zamartwia. Sari tylko na rodzinne święta lub śluby.

Kilka dni temu minął okrągły rok mojego – mniej lub bardziej – stałego pobytu w Indiach. Dużo się w tym czasie nauczyłam, jeżeli chodzi o całą tę ubraniową filozofię. Udało mi się nawet doprowadzić do mistrzostwa kwestię szycia ubrań na miarę! Jak można się domyślić, materiały są tutaj dość tanie, podobnie jak usługa krawiecka. Wystarczy tylko zabrać jakiś wzór i krawcowe odtworzą bluzkę/spódnicę/kurtę z nowego materiału. Jest to oczywiście odrobinę droższe niż standard, który można dostać na bazarach, ale czasem warto postarać się być trochę bardziej „wyrafinowanym”. Nawet jeśli będzie to tylko detal – ładnie obszyty kołnierz, czy fajny materiał. Ludzie docenią znajomość tradycyjnych wzorów i sposobów noszenia. Ale to przychodzi z czasem.

[1] P. Perrot, Fashioning the Bourgeoisie: A History of Clothing in the Nineteenth Century, 1994. s. 8

[2] Zobacz: https://www.youtube.com/watch?v=8hC0Ng_ajpY

Poczytaj

  1. APPADURAI A. The Social Life of Things: Commodities in Cultural Perspective
  2. BAUDRILLARD J. The System of Objects; For a Critique of the Political Economy of the Sign
  3. BOURDIEU P. Distinction: A Social Critique of the Judgement of Taste / Społeczna krytyka władzy sądzenia
  4. JACYNO M. Kultura indywidualizmu

Reklamy
Otagowane , , , ,

Take this bloody phone!

Żyjemy w czasach, gdy wartość i czas użyteczności przedmiotów maleją w zastraszającym tempie. Nikt z nas nie zamierza pozostawić w spadku swoim potomnym mebli z Ikei czy biżuterii z H&M. Zepsuły się? Na śmietnik. Straciły w naszych oczach walory estetyczne? Na śmietnik. Wypuścili lepszy model? No właśnie. Jeżeli przyjąć, że antropologia rzeczy zajmuje się stosunkiem człowieka do przedmiotów i tym, jak przedmioty określają ludzką tożsamość, to moje pokolenie wypada tutaj blado. Lubimy otaczać się nowinkami technologicznymi bez większego zastanowienia jak to możliwe, że dostępność dóbr materialnych jest tak duża jak nigdy wcześniej w historii. Na śmietnik wyrzucamy przecież czyjąś pracę. A może nawet czyjeś życie?

Dostawcy smartfonów wykorzystując retorykę demokratyzacji dostępu do dóbr konsumpcyjnych i przepływu informacji, starają się przekonać każdego, że ma prawo do najbardziej zaawansowanego technologicznie sprzętu. Zasługuje na niego… tak po prostu. Czyżby? Nie łudźmy się. Ta zasłona dymna dla przepływu ilości pieniędzy, o których nawet nie mamy pojęcia, przykrywa często zatrważające warunki pracy tych, którzy wykopują metale niezbędne do wykonania urządzeń, przygotowują poszczególne ich elementy i składają je w gotowy produkt. A co z ukrytymi kosztami tego ogromnego biznesu? Nie, smartfony nie są drukowane przez drukarki 3D. Jeszcze nie [1].

Na przełomie stycznia i lutego holenderski kolektyw startupowców Waag Society rozesłał do 25 000 osób pierwszy etyczny smartfon, który mierzy się z takimi problemami jak skandaliczne warunki pracy w kopalniach w Kongo, czy chińskich fabrykach, recyklingiem zepsutego sprzętu elektronicznego i uczynieniem każdego etapu produkcji transparentnym. Ci, którzy poszukują nowego modelu gospodarczego dla globalnego rynku przepływu dóbr, w którym partycypujemy, powinni zainteresować się innowacyjnym przykładem tego zrównoważonego i odpowiedzialnego modelu biznesowego.

Fairphone_production chain

Z czego składa się Fairphone, kto, gdzie i na jakich warunkach go wyprodukował, oraz co dzieje się z zużytym sprzętem pokazuje Waag Society.

 

Kup telefon. Rozpocznij ruch społeczny

Media coraz częściej poświęcają uwagę ciemnej stronie biznesu hi-tech. W styczniowym Forum mogliśmy przeczytać przedruk artykułu pokazującego, że potencjalnie każdy posiadacz smartfona używa urządzenia ociekającego krwią kongijskich pracownic i pracowników niezabezpieczonych kopalni odkrywkowych, w których wydobywa się metale wykorzystywane do produkcji smatrfonów. Pomimo rosnącego zainteresowanie tym zamiecionym pod dywan tematem, w 2012 roku bez echa przeszła informacja o masowym proteście pracowników w jednej z chińskich fabryk Foxconn [2], którzy posunęli się do dramatycznej formy pracowniczej niesubordynacji chcąc popełnić samobójstwo rzucając się z dachu budynku. Niedawno ukazało się w Polsce tłumaczenie książki „Niewolnicy Apple’a”, której autorzy ujawniają wstydliwe kuluary sukcesu marki Apple, sytuującej się obecnie na drugim miejscu na liście najbardziej dochodowych przedsiębiorstw na świecie [3], która ogromną część produkcji zleca Foxconnowi. Książka miała swoją polską premierę na początku 2014 roku podczas spotkań autorskich zorganizowanych w Poznaniu, Wrocławiu i Warszawie.

Podczas gdy reklama najnowszego modelu iPhone’a 5 nabiła na jutubowym liczniku blisko 11 milionów odsłon, relację Democracy Now z protestu w Foxconnie obejrzało niewiele ponad 5000 osób. Serio?! Zwiększmy oglądalność!

Hasło promujące Fairphone’a „Buy a Phone. Start a Movement” oddaje ducha przedsięwzięcia, którego autorzy chcą to, co dotychczas ukryte za kurtyną, uczynić transparentnym, wpływając jednocześnie na społeczną i środowiskową świadomość konsumentów w zachodnich społeczeństwach. Każdy etap produkcji urządzenia opisywany jest na blogu, który jest wzorowym przykładem komunikowania społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstwa (Corporate Social Responsibility): dowiadujemy się, że metale niezbędne do powstania smartfona wydobywane są w pozakonfliktowych regionach i krajach Afryki we współpracy z inicjatywą Conflict-Free Tin Initiative, produkcja odbywa się w chińskich fabrykach A’Hong wyselekcjonowanych przez członków Waag Society jako przestrzegające praw pracowniczych, wolności do zakładania związków pracowniczych i odpowiednio wysokich stawek wynagrodzeń.

Zepsute lub uszkodzone smartfony, których nie uda się naprawić, objęte są programem Ghana E-waste [4], kolektyw współpracuje też z fundacją Closing the Loop stawiającą sobie za cel ponowne użycie odpadów elektronicznych, które w tym momencie zanieczyszczają coraz większe połacie ekosystemów.

fairphone ghana visit 2

Wyprawa Waag Society do Ghany, jednego z największych „odbiorców” e-odpadów z Europy i stanów Zjednoczonych.

Fairphone wciela zatem w życie wytyczne i cele paradygmatu ekonomii cyrkularnej (circular economy), który z coraz większym powodzeniem promuje Ellen McArthur Foundation (EMF) w ramach krytyki linearnego modelu rozwoju gospodarczego (wiodącego Ziemię i jej mieszkańców w kierunku nieuniknionej tragedii, której nadejście możemy postarać się współcześnie już tylko opóźnić). Jak argumentuje w kolejnym, już trzecim, raporcie EMF, przygotowanym we współpracy z World Economic Forum: zaszczepiony wraz z erą przyspieszonej powojennej industrializacji i modernizacji dyktat nieograniczonego rozwoju gospodarczego jest niezrównoważony, gdyż opiera się na wykorzystaniu nieodnawialnych surowców naturalnych i zasadzie take-make-dispose, co skutkuje dramatycznie rosnącą ilością odpadów nieprzystosowanych do ponownego użycia.

Zróbmy to wspólnie!

Nieodłącznym elementem rosnącego sukcesu i zainteresowania jakim cieszą się twórcy Waag Society jest fakt, że Fairphone to produkt powstały w oparciu o nowe kierunki w ekonomii wyrosłe dzięki mediom społecznościowym i platformom finansowania społecznościowego (crowdfunding), takim jak: Kickstarter, IndieGoGo, RocketHub, czy polski PolakPotrafi. Podróże startupowców do Chin i Afryki w poszukiwaniu najbardziej etycznych rozwiązań produkcyjnych nie mogłyby się odbyć gdyby nie wsparcie finansowe konsumentów, którzy kupili koncept i telefon jeszcze przed jego wyprodukowaniem, wpłacając kwotę 325 euro za sztukę na konto kolektywu.

Większość autorów polskojęzycznych artykułów, które udało mi się odnaleźć w czeluściach Internetu skupia się na tym, że Fairphone nie jest żadnym technologicznym wyczynem, czytaj: specyfikacja przybliża go do iPhone’a 5, zamiast uwypuklić iście innowacyjny  i rewolucyjny model biznesowy. Kupujący czują się współtwórcami przedsięwzięcia, są członkami ruchu świadomych konsumentów, chcących inwestować swoje pieniądze w technologie, które minimalizują krzywdę wyrządzoną wszystkim zaangażowanym w ich powstawanie. Waag Society nie planowałoby teraz produkcji kolejnej transzy urządzeń, gdyby 25 000 osób nie wsparło idei zanim się zmaterializowała.

25 000 Fairphones sold!

 

Pożeranie świata

Miejmy nadzieję, że zainteresowanie Fairphonem nie zmaleje (wraz z pozostałymi 37 655 osobami czekam w kolejce na następne etyczne smartfony) i będzie przykładem dla kolejnych startupów na całym świecie, które równolegle z generowaniem zysku ekonomicznego będą chciały dołożyć swoją cegiełkę do wzrostu społecznej i środowiskowej odpowiedzialności za produkty. Globalna gospodarka przerwała istniejący jeszcze w XX wieku lokalny łańcuch produkcji, dystrybucji i konsumpcji i uczyniła z nas ślepych ignorantów, którzy nie mogą lub nie chcą dostrzec rąk, nieprzerwanie produkujących dla nas smartfony, tablety i inne cuda techniki.

Pomimo wielkiego optymizmu, jakim napawa nas Fairphone, nie bądźmy ślepi i głusi na to, czego wciąż jesteśmy aktywnymi uczestnikami. Po tragedii, która miała miejsce w fabryce odzieży w Bangladeszu (gdzie produkowano również ciuchy koncernu LPP) w kwietniu ubiegłego roku uroniliśmy kilka łez i pogadaliśmy ze znajomymi, że to takie straszne, wzruszaliśmy się zdjęciem przygniecionej zwałami gruzów pary, które gdzieniegdzie okrzyknięto zdjęciem roku, ale wciąż kupujemy ciuchy z House’a i Reserved, bo przecież trzeba wyglądać. Polecam uwadze ciekawą inicjatywę Fashion Revolution Day, która odbędzie się 24 kwietnia

[1] Wyobraźmy sobie jednak tę zachodnią rzeczywistość  (kogo będzie stać na zafundowanie sobie drukarki 3D?), w której drukować sobie będziemy wszystko, począwszy od jedzenia, a na smartfonach skończywszy. Co to oznacza dla globalnego rynku? Zerwanie łańcucha produkcja-sprzedaż-konsumpcja oznacza jeszcze większą nędzę dla zatrudnionych w sektorze produkcji i transportu, gdyż fabryki ulokowane głównie w Azji i Europie Wschodniej produkują na potrzeby rynków Europejskich i północnoamerykańskich. 

[2] Największy na świecie dostawca naszych notebooków, tabletów i smartfonów zatrudniający ponad 1,3 miliona pracowników w samych Chinach; dane za 2012 rok wg. Bloomberg L.P. 

[3] Według raportu CNN Money z 2013 roku Apple Inc. wyprzedził tylko Exxon Mobile, zajmujący się obrotem paliwami kopalnymi.

[4] Większość wyprodukowanych w Europie i Ameryce Północnej odpadów elektronicznych trafia do Afryki i Azji, ponieważ zachodnie prawodawstwo nakazuje recycling i zakaz wyrzucaniatego rodzaju odpadów na wysypiska śmieci, bowiem zanieczyszczają glebę i atmosferę trującymi substancjami: m.in. kadmem, czy bromem, który następnie spożywamy i wdychamy. Skutek? E-odpady wysyłamy (częściowo nielegalnie) do Ghany, Lagosu, Pakistanu, Indii, Chin, by tam zanieczyszczały glebę i powietrze. Więcej tu.

Otagowane , , , , , , , ,

Duńskie śmieci (cz.1). Diving for food

Gdy myślimy „Dania”, oczyma wyobraźni widzimy najpewniej najszczęśliwszy naród na świecie posiadający stolicę o najlepszych warunkach do życia w skali globu , która niebawem zostanie zdominowana przez rowerzystów. No i oczywiście jesteśmy im wdzięczni za Lego. Nie da się ukryć, że Dania to kraj „naj” pod wieloma względami. Od kilku lat władze niestrudzenie pracują nad nowym duńskim „naj”. Gdy polityczni troglodyci z krajów na wschodzie walczą z wszystkimi kolorami tęczy, duński welfare state, nie dość, że od ponad dwudziestu lat roztacza to przepiękne zjawisko atmosferyczne nad swoimi obywatelami, to upodobał sobie w szczególności jeden kolor. Zieleń, symbol zrównoważonego rozwoju, uderza niemalże na każdym kroku. Upolowanie ulubionego warzywa w lokalnym supermarkecie bez etykiety „Øko” często graniczy z cudem. Możemy kupić organiczną wodę (What? What?) kosztującą krocie, pomimo, że lepszej kranówy dano nie piłam.

Oczywiście wszyscy wiemy, że zgodnie z ONZ-owską wykładnią zrównoważony rozwój modelowo tworzą trzy filary: ekonomiczny, środowiskowy i społeczny. Jedzenie i odpady, tak silnie ze sobą związane, znajdują się z pewnością na przecięciu ich wszystkich. Odkąd ma stopa dotknęła duńskiej ziemi tematyka jedzenia i śmieci nie odstępuje mnie na krok, między innymi z uwagi na fakt, że oba tematy, pomijając ich codzienny charakter, są tu na ustach wszystkich. Zdrowe odżywianie się, ekologiczny styl życia (na przykład idea New Nordic Cuisine trafiło pod strzechy większości moich duńskich znajomych [1]) i dbałość o środowisko to silnie zinkorporowane wartości stanowiące o zbiorowej tożsamości Duńczyków. Zadeklarować, że preferuje się cieknące tłuszczem mięsne potrawy, nie uprawia się sportu lub nie zakręca wody podczas mycia zębów, to nietakt równy nieznajomości imion członków rodziny królewskiej.

Denmark without waste? Jak ze śmieci zrobić zasób

Jednym z dominujących ostatnio tematów jest w Danii niewątpliwie „śmieciowa rewolucja” ogłoszona przez Ministerstwo Środowiska. Zawarte w dokumencie Danmark uden affald wytyczne stawiają przed obywatelami, samorządami i przedsiębiorcami nie lada wyzwanie: segregację odpadów już w domach, z wyszczególnieniem nowej frakcji – odpadów organicznych (która wyodrębniona z kubła na śmieci może być przeznaczona chociażby na produkcję biogazu czy przydomowego kompostu), zmniejszenie spalania biodegradowalnych i podatnych na recykling frakcji oraz  zaangażowanie obywateli w aktywne przeciwdziałanie produkcji odpadów, głównie żywnościowych.

Plan dziesięcioletni jest tyleż ambitny i poruszający eko struny wszystkich maniaków zrównoważonego rozwoju, co skomplikowany z technicznego i – przede wszystkim – kulturowego punktu widzenia. Nadanie nowego znaczenia odpadom, śmieciom, nieczystościom, by uczynić z nich  produkt nadający się do ponownego użytku, zasób, wartościowy surowiec, rozpoczyna się w codziennych nawykach ludzi, które wcale nie muszą być podatne na zmianę. Tym zagadnieniem zajmowałam się przez ostatnie 3 miesiące podczas interdyscyplinarnego projektu Urban Sustainability in a Circular Economy Perspective, w ramach którego staraliśmy się w oparciu o badania jakościowe opracować system zarządzania odpadami zwiększający wydajność sortowania w powstającym na terenach dawnego portu – Nordhavnen – nowego przedsięwzięcia urbanistycznego. 

Wróćmy do dzisiejszych duńskich śmietników. Zgodnie z danymi Eurostatu za lata 1995-2009 Duńczycy produkują w UE najwięcej, bo ponad 800 kg odpadów rocznie w przeliczeniu na obywatela (dla porównania, w Polsce jest to około 300 kg).  Aż 41% zawartości statystycznego kubła na śmieci, zajmuje jedzenie. No właśnie, jedzenie, odpady żywnościowe, resztki jedzenia czy po prostu śmieci – kategoria kulturowa, którą m.in. dzięki Mary Douglas zaczęliśmy postrzegać jako silnie związaną ze społecznymi praktykami porządkowania otaczającej człowieka przestrzeni. Brytyjska antropolożka zwróciła w latach 60. uwagę na fakt, że to, co nazywamy nieczystością czy odpadem jest silnie uwarunkowane lokalnymi praktykami społecznymi, w skrócie – nie istnieje uniwersalna kategoria „śmiecia”.

chujowe żarcie_1 by Alison Seiffer

Grafika autorstwa Alison Seiffer 

Duńscy przedsiębiorcy i politycy już dawno dostrzegli, że w odpadach jedzeniowych, przede wszystkim organicznych, tkwi ogromny potencjał ekonomiczny, lecz tylko wtedy, gdy przetransformujemy gospodarkę kraju z modelu linearnego: zasób-produkcja-konsumpcja-śmietnik (hedonistyczny konsumpcjonizm, ekonomia nadmiaru) na cyrkularny: zasób-produkcja-konsumpcja-ponowne użycie (świadomy konsumpcjonizm, społeczna i środowiskowa odpowiedzialność)[2]. Niemniej, jedzenie potrzebne jest nam konsumentom nie tylko do zaspokojenia głodu i dostarczenia niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania organizmu wartości odżywczych. Zapełniając koszyk w sklepie uczestniczymy w zbiorowym performansie, który kontynuujemy tworząc swoistą wystawę żywności w kuchni i decydując o tym co, kiedy i dlaczego postanawiamy uczynić śmieciem. Poprzez jedzenie budujemy między innymi swoją jednostkową tożsamość [3].

Consumption is (…) a stage in a process of communication, that is, an act of deciphering, decoding, which presupposes practical or explicit mastery of a cipher or code. In a sense, one can say that the capacity to see (voir) is a function of the knowledge (savoir), or concepts, that is, the words, that are available to name visible things, and which are, as it were, programms for perception. A work of art has meaning and interest only for someone who possesses the cultural competence,  that  is,  the code,  into  which  it  is  encoded.

Pierre Bourdieu

Gdy mowa o zmianie społecznej i transformacji myślenia, w tym wypadku: uczynienia ze śmieci kwestii publicznej, widocznej, nie zaś, jak dotąd, prywatnej, niedostrzegalnej, potrzebna jest oczywiście medialna ikona. Tę rolę w Danii odgrywa Selina Juul – mózg organizacji świadomych konsumentów, która hasłem Stop spild af Mad nawołuje do zaprzestania wyrzucania nadającego się do spożycia jedzenia: Stop being zombie consumer! W ostatnim weekendowym dodatku do jednej z najpoczytniejszych gazet, Politiken, wystąpiła w sesji zdjęciowej odziana w swój nieodłączny atrybut – zielony, rzecz jasna, fartuch, szpilki i skąpą i obcisłą sukienkę. Czy wizerunek ponętnej pani domu o blond włosach pomoże w osiągnięciu celów politycznych, ekonomicznych i ekologicznych [4]?

IMG_6074

Selina Juul – śmieć w wielkim mieście. Ty też możesz zostać Skraldere! Politiken 24 listopada 2013

Kopenhaski „raj” dla dumpster diverów

Jak widać powyżej, Selina wystąpiła w sesji zdjęciowej dla Politiken na tle ton śmieci. Podobne otoczenie to codzienność podczas robienia zapasów spożywczych dla tysięcy ludzi – dumpster diverów, w duńskim tłumaczeniu Skraldere – tych, którzy „śmieciują” [5]. Na temat zjawiska dumpster divingu/freeganizmu powstało już kilka dobrych publikacji i dokumentów, więc zamiast nakreślać zbyt wąską i uogólniającą charakterystykę, odsyłam do innych źródeł [6]. Spostrzegłszy jednak, że w Polsce prasowy wizerunek freeganizmu wskazuje raczej na jego tymczasowy charakter, często określając zjawisko mianem ”mody”, uwydatnię jedynie, że dla wielu ludzi bynajmniej nie jest to kaprys, pasja, hobby, lub „ryzykowna hipsterka”, ale świadoma ekonomiczna strategia i rodzaj politycznego aktywizmu wymierzonego przeciwko nadmiernej konsumpcji, rosnącym cenom jedzenia i wpływowi kompanii producentów żywności na sytuację, gdy nierównomierna dystrybucja żywności na świecie prowadzi do ubóstwa, głodu i konfliktów [7].

Trailer filmu „Taste the Waste”

Trailer filmu „Dive!”

Doskonale pamiętam swoje pierwsze doświadczenie nurkowania do śmietnika. Był weekend majowy w Berlinie, wyruszyłam tam z grupką znajomych po raz pierwszy. Płonące ulice, gaz pieprzowy i armatki wodne w użyciu. Z dymem poszedł nawet ulubiony śmietnik naszego hosta. Jako wprawiona użytkowniczka Couchsurfingu miejsce, w którym się zatrzymaliśmy znalazłam bardzo szybko. Codziennym rytuałem w mieszkaniu naszego hosta była kolacja dla wszystkich domowników i tymczasowych gości. Stół zawsze uginał się pod dostatkiem pysznego wegetariańskiego jedzenia. Nikt oczywiście nie prosił nas o dorzucenie się do posiłków, bo nic nie kosztowały, ale trzeba było „odrobić swoje”. Dostaliśmy przydział na pieczywo. Kierunek: jedna z większych piekarni w okolicy. Nigdy nie zapomnę dwóch rzeczy goszczących wtedy w mej nastoletniej głowie: zapachu dopiero co wyjętego z pieca chleba i wyrobów cukierniczych oraz uczucia niepokoju: dlaczego masa smacznego, świeżego i pełnowartościowego jedzenia trafia na śmietnik? W odpowiedzi usłyszałam jedno zdanie: „You know… food politics”.

berlin chleb

Polowanie na chleb w Berlinie

Kopenhagę można przewrotnie określić mianem raju dla freegan. Przewrotnie, bo gdy z jednej strony w kontenerach mieszczących się na tyłach supermarketów znajdziemy ogromne ilości nadającego się do spożycia różnorodnego jedzenia, musimy pamiętać dlaczego się tam znalazło. Polityka jedzeniowa – terror daty przydatności do spożycia + dyrektywy UE + interesy producentów i dostawców żywności. Unijne regulacje wymuszają na rolnikach, by na półkach w sklepach konsument zawsze mógł znaleźć tego samego rozmiaru ogórka. Globalni  dostawcy i producenci żywności tacy jak Nestlé, Unilever czy Kraft Foods / Mondelēz International opierają swój ekonomiczny sukces na standaryzacji produktów na międzynarodową skalę. Prowadzi to nie tylko do degradacji lokalnego rolnictwa, ale również utraty bioróżnorodności. Gdy jedynym „legalnym” i pożądanym na rynku warzywem jest to sztucznie wyhodowane, ulepszone i wyidealizowane, lokalne odmiany nagle przestają być skupowane, lub rolnicy muszą wyspecjalizować się w innej branży i stać się ekspertami od marketingu niszowego sprzedając „brzydkie” i „nieidealne” marchewki na przykład do lokalnej restauracji, która zbuduje na nich swoją markę [8].

Gdy mowa o gastronomii, warto przywołać działającą od kilku miesięcy kopenhaską restaurację Rub & Stub, gdzie serwowane potrawy są wykonane z produktów, które w przeciwnym wypadku trafiłyby do przymarketowych kontenerów, lecz wciąż są przed upływem daty przydatności do spożycia. Założycielka knajpy, Sophie Sales, wytoczyła jawną wojnę przeciwko marnowaniu jedzenia. Ciekawym doświadczeniem był dzień, kiedy przygotowywałam znajomej tort urodzinowy, składający się głównie z jedzenia uratowanego ze śmietników. Tuż po zdmuchnięciu świeczek przez jubilatkę, tort został zaatakowany widelcami przez zgromadzonych gości. Wszystko było cacy, do momentu, gdy w powietrzu nie zawisło jedno pytanie: Sznel, is that from dumpster diving? Jak mogłam zaprzeczyć? Oczywiście! I to wszystko, łącznie z Nutellą i M&M-sami! Konsumpcję wstrzymano. Z wyjątkiem trójki dziewcząt – aktywnych freeganek.

Pewnego razu udałam się na „łowy” na północne obrzeża miasta z Danem, 38-letnim Szwedem mieszkającym to tu, to tam informatykiem-freelancerem. Zyskałam sporo respektu, gdy rozumieliśmy się bez słów – zamknij drzwiczki od kontenera, odstaw skrzynkę, po której się wspięłaś na miejsce. Was it here or more to the left? More to the left. OK, let’s go! Dan „śmieciuje” głównie z oszczędności, lecz jest freeganinem [9] nie tylko z uwagi na względy ekonomiczne. Gdy w jednym z kontenerów znaleźliśmy kilka opróżnionych butelek po winie (Damn! ktoś był szybszy [10]) spakował je do oddzielnego worka, by następnie wyrzucić je do kontenera przeznaczonego na szkło, który znajdował się kilkanaście metrów dalej. People are so lazy! – narzekał. Jest enwironmentalistą, co w jego rozumieniu oznacza, że stara się ograniczać swój negatywny wpływ na środowisko.

Nocne wyprawy wzbudziły ciekawość mojej duńskiej współlokatorki, która postanowiła spróbować, bardziej motywowana emocjami i ryzykiem związanym z byciem Skraldere [11]. Gdy po powrocie zajęłyśmy się myciem i segregacją jedzenia, pełna entuzjazmu przekonywała, że było super: dużo emocji, poczucie łamania prawa, adrenalina.  Niemniej, nie zjadła niczego ze złowionego jedzenia, wyrzuciła to, co zawadzało jej w lodówce, pomimo, że jako partner przedsięwzięcia ja mogłam to zjeść. Podczas naszych dyskusji o jedzeniu, freeganizmie, przemyśle spożywczym, często zaznacza, że pełna lodówka daje jej poczucie bezpieczeństwa. Musi być w niej dużo zdrowego (czytaj: nie ze śmietnika) jedzenia dobrej jakości (czytaj: z wyższej półki) bo nigdy nie wie na co będzie miała ochotę. Tutaj widoczna jest koncepcja jedzenia, które umieszczamy w lodówce, jako rodzaju wystawy, na której pokazujemy kim jesteśmy za pomocą tego, co niekoniecznie zjemy, lecz na co patrzymy i co posiadamy. Większość jedzenia z półek Merete trafia bowiem do śmietnika. Społeczne życie rzeczy, przedmiotów, w tym wypadku również jedzenia trwa tak długo, na ile pozwolą im na to ich właściciele.

The euphoric and wily “motivation” philosophers would like to persuade themselves and others that the reign of the objects is still the shortest path to freedom. They offer as proof the spectacular mélange of needs and satisfactions, the abundance of choice, and the festival of supply and demand whose effervescence can provide the illusion of culture. But let us not be fooled: objects are categories of objects which quite tyrannically include categories of persons. They undertake the policing of social meanings, and the significations they engender are controlled.

Jean Baudrillard

One man’s trash, another man’s treasure

trash treasure by Timo Kirkkala

Zdjęcie autorstwa Timo Kirkkala

W mieście gdzie nad głowami przechodniów na głównej ulicy najbardziej zróżnicowanej etnicznie dzielnicy widnieje powyższe hasło, zaś drugi obieg i powtórne życie rzeczy funkcjonują na wysokich obrotach, istnieje silny związek z dużymi podziałami klasowymi.

Part of the reason why demand remains by and large a mystery is that we assume it has something to do with desire, on the one hand (by its nature assumed to be infinite and transcultural) and need on the other (by its nature assumed to be fixed). Following Baudrillard (1981) I suggest that we treat demand, hence consumption, as an aspect of the overall political economy of societies. Demand, that is, emerges as a function of a variety of social practices and classifications, rather than a mysterious emanation of human needs, a mechanical response to social manipulation (as in one model of the effects of advertising in our own society), or the narrowing down of a universal and voracious desire for objects to whatever happens to be available.

Arjun Appadurai

Produktem ubocznym polityki państwa opiekuńczego okazuje się paradoksalnie hiperkonsumpcjonizm, czego doskonałym dowodem są zarówno liczne statystyki jak i obserwacje prowadzone przez antropologów. Państwo pomoże swemu obywatelowi, gdy ten straci pracę, zapewni byt studentowi, by mógł  się skupić na nauce zamiast dorabianiu do czynszu. W sytuacji, gdy przeważającą część społeczeństwa stać na wiele i mniej więcej to samo, rzeczy którymi się otaczamy stają się obiektami pokazującymi naszą społeczną, klasową i ekonomiczną lokalizację. Jedzenie, jako narzędzie silnie polityczne, jest jednym z nich. Wyznacza podziały między ludźmi, gdzie linia demarkacyjna utkana jest z marek produktów spożywczych i źródeł ich pochodzenia. Konsumpcja w tym wypadku nie musi być równoznaczna spożywaniu. Jedzenie, jako obiekt do patrzenia służy kreowaniu ludzkiej tożsamości.

W samym środowisku Skraldere również istnieją podziały. Na fejsbukowym forum o zawrotnej liczbie blisko ośmiu tysięcy członków czasem dostrzegam komentarze Duńczyków zachodzących w głowę dlaczego podczas nocnych łowów częściej zdarza im się spotkać „zagranicznego studenta” lub „migranta zarobkowego”. Cóż, tych osób państwo opiekuńcze często nie chce zaadoptować by roztoczyć nad nimi wachlarz przywilejów socjalnych. W tego rodzaju komentarzach uaktywnia się zatem zasada magii sympatycznej – właściwości przedmiotu za dotknięciem magicznej różdżki pt. „oczy społeczeństwa” przechodzą na tego, kto go posiada. Śmietnik, choć kulturowo zepchnięty w sferę brudu i tego, co niepotrzebne, może jednak skrywać wiele wartościowych dla oka, palucha i brzucha niespodzianek.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

„Śmieciowanie” ma wiele wspólnego z polowaniem. Członkowie grupy na fejsbuku prześcigają się w publikowaniu zdjęć dokumentujących ich najświeższe zdobycze. Warto podkreślić, że spory procent Skraldere to młode matki, które czasem proszą innych „śmieciujących”, by w czasie gdy one ruszają na łowy, ktoś zajął się ich dziećmi.

*Zgłodniałaś/-eś? Tym, którym po przeczytaniu niniejszej notki przyszła ochota na śmieciowe łowy polecam najpierw zapoznać się z etykietą dumpster divingu. Każda instytucja społeczna ma sztywne zasady, których trzeba przestrzegać, by zachować jej żywotność.


[1] Zainteresowanych kuchnią ad fontes lub duńskim propagatorem New Nordic Cuisine – Rene Redzepi, zachęcam do zapoznania się z inicjatywą Cook it Raw, której edycja 2012 odbyła się na mojej rodzimej Suwalszczyźnie.

[2] Tych, którzy interesują się tematyką circular economy, produkcji i designu cradle to cradle lub ideą corporate social responsibility – zachęcam do zapoznania się z raportami Ellen MacArthur Foundation Towards the Circular Economy. W Polsce z ekonomią cyrkularną eksperymentuje między innymi Centrum Krzyżowa, zaś dzięki konferencji „Transformacja energetyczna – konieczność czy szansa?”, która odbyła się 14 listopada towarzysząc COP19 w Warszawie, termin nagle zaczął funkcjonować w polskim przekładzie.

[3] 18 listopada odbyła się w Gdańsku interdyscyplinarna konferencja „Śmieć w kulturze„. Polecam uwadze i sama czekam na pokonferencyjną publikację.

[4] Selina urodziła się w Moskwie, i – jak sama podkreśla – doświadczenie obu rodzajów gospodarek – niedoboru w Rosji lat 90. i nadmiaru w Danii XXI wieku uwrażliwiło ją na zjawisko masowego marnowania żywności.

[5] „Skraldere” to czasownik od rzeczownika „Skrald” – śmieci. Szczegółowe tłumaczenie duńskiego terminu zawdzięczam mojej współlokatorce.

[6] Polecam listę na dole tej notki.

[7] Ta charakterystyka jest jednak niepełna. Gdy „badałam” warszawskie miejscówki dla freegan, na warszawskim Szembeku moją „konkurencję” stanowili głównie emeryci w trudnej sytuacji finansowej. Nie, nie mieli smartfonów i ciuchów OBEY. I z pewnością nie nazywają siebie „freeganami”, ale towarzyszące im pobudki są podobne.

[8] O takich doświadczeniach opowiadał podczas dyskusji po światowej premierze filmu Seeds of Time, duński hodowca marchwi przynosząc ze sobą naręcz  „nielegalnych” odmian i jawnie zachęcając do oprotestowania absurdalnych unijnych rozporządzeń. Polecam sam film o współczesnej Arce Noego wypełnionej nasionami milionów odmian roślin z różnych zakątków świata.

[9] Popularna definicja freeganizmu sugeruje jakoby freeganie byli jednocześnie veganami (free + vegan). Niemniej wielu Skraldere wyjmuje ze śmietników również nabiał i mięso.

[10] O tym, że żywność w śmietnikach jest dobrej jakości świadczą opróżnione opakowania po jogurtach, serkach i alkoholu. Przez kogo? Dosyć często, pracownicy supermarketów ubiegają Skraldere i tuż przed opuszczeniem miejsca pracy opróżniają kilka butelek wina, pałaszują słodycze. Smuteczek.

[11] W Danii istnieje przyzwolenie na dumpster diving, lecz zjawisko nie jest uregulowane prawnie. Staje się jednak przestępstwem gdy freeganie naruszają własność prywatną – przeskakują przez płoty, niszczą kłódki, przecinają łańcuchy. Większość osób, z którymi wymieniałam doświadczenia nigdy nie została przyłapana przez policję. Ci, którym się to zdarzyło mówili jednak, ze skończyło się na słownym pouczeniu. Spragnionych wiedzy dotyczących aspektów prawnych w różnych krajach odsyłam na trashwiki.org.

Poczytaj

  1. APPADURAI A. The Social Life of Things: Commodities in Cultural Perspective
  2. BAUDRILLARD J. The System of Objects; For a Critique of the Political Economy of the Sign
  3. BOURDIEU P. Distinction: A Social Critique of the Judgement of Taste / Społeczna krytyka władzy sądzenia
  4. DOUGLAS M. Purity and Danger / Czystość i zmaza
  5. FERRELL J. Empire of Scrounge. Inside the Urban Underground of Dumpster Diving, Trash Picking and Street Scavenging
  6. GILES D. The Anatomy of a Dumpster: Abject Capital and the Looking Glass of Value  [się robi]
  7. MORE V. C. Dumpster Dinners: An Ethnographic Study of Freeganism
  8. NESTLE M. Food Politics. How the Food Industry Influences Nutrition, and Health
  9. PIETRZYK K. Freeganism: Food for Mind, Body and Soul
  10. WILSON T. M. Food, Drink and Identity in Europe
  11. WRIGHT W. & MIDDENDORF G. The Fight over Food. Producers, Consumers, and Activists Challenge the Global Food System.
Otagowane , , , , , , ,