Tag Archives: antropologia stosowana

antropolog potrzebny od zaraz! (cz.1)

Jednym z głównych celów, jaki stawiają sobie twórczynie ANTROPOLUDENS, jest dyskusja nad zaangażowaniem antropologów i projektem antropologii stosowanej. Niedawno w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM powstała publikacja „Etnolog na rynku pracy”, która wskazuje na problem, z jakim borykają się polscy pracodawcy. Potrzebują oni osób wykazujących się umiejętnością krytycznego myślenia, nieprzystawania na to, co oczywiste, problematyzowania i dociekliwego zgłębiania powierzonych zadań. To cechy, które przydają się w wielu sektorach rynku pracy, zaś – jak pisze we wstępie ww. publikacji prof. Michał Buchowski – między innymi antropolodzy je posiadają. Będziemy systematycznie starały się przekonywać naszych czytelników o słuszności tej tezy, pokazując obszary, w których antropolodzy mogą znaleźć po studiach zatrudnienie.

W pierwszej odsłonie Balmas i Sznel przypomną ubiegłoroczną edycję Warszawskiego Festiwalu Filmowego, podczas którego doszły do wniosku, że zarówno organizatorzy przedsięwzięcia, jak i twórcy dokumentów, powinni zwrócić uwagę na to, że widz nie zawsze jest w wystarczającym stopniu zapoznany z problematyką filmu, by obcować z nim w sposób w pełni świadomy. Być może warto więc przewidzieć podczas kolejnych przedsięwzięć kilka nowych etatów: dla kulturoznawców, historyków, czy wreszcie nas – antropologów.

filmy

Wspomnienia Sznel

Krytyka neoliberalnej koncepcji wolności, oryginalna ekologia, freeganizm, seks wyzwolony z okowów burżuazyjnej przyzwoitości[1], rażąca naiwność połączona z ignorancją na różnicę kulturową oraz skrajny europocentryzm. To wszystko mogłam zobaczyć w dokumencie Michała Marczaka podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Fuck For Forest – tytuł filmu i nazwa organizacji (FFF), która na ratowanie planety uzbierała już setki tysięcy euro dzięki pornograficznym produkcjom i zdjęciom umieszczanym na stronie www. O szczytnym celu ochrony kurczących się w szybkim tempie zasobów naturalnych, połączonym z chałupniczą pornografią, twórca dokumentu – jak przyznał podczas spotkania po projekcji – dowiedział się z „Przekroju”. Tygodnik ten nie raz, nie dwa i mnie samą twórczo zainspirował kiedy zaczytywałam się[2] artykułami demaskującymi relacje władzy, poddającymi w wątpliwość obowiązujące publicznie dyskursy oraz krytycznymi wobec uprzywilejowanych długim trwaniem instytucji społecznych. Wróćmy jednak do FFF.

Dokument polskiego reżysera Michała Marczaka to produkcja na najwyższym poziomie, choć wydaje się być zbyt odważna, zbyt kontrowersyjna dla polskiego młodego odbiorcy (na wypełnionej po brzegi kinowej sali zgromadzili  się przede wszystkim dwudziesto-, trzydziestolatkowie). Widzowie, wraz z napisami końcowymi, uciekali w pośpiechu, by przypadkiem nie wysłuchiwać wywodów reżysera podejmującego tak obrazoburczą tematykę. Niecierpiący na nadmiar ofert pracy antropolodzy mogliby udzielać głosu przy okazji festiwali filmowych atakujących widza innością, obcością, alternatywnym oglądem rzeczywistości. Większość filmów dokumentalnych podejmujących tak „niepopularne” tematy jak seks, czy mongolski hip-hop[3], skazana jest na niezrozumienie i typową reakcję człowieka, który boi się choć na chwilę zrezygnować ze sztywnych ram wyznaczających zakres i wizję jego rzeczywistości –  pusty śmiech ujawniający skrajną ignorancję wobec alternatywnych stylów życia.

Lecz czego wymagać od organizatorów festiwalu, skoro sami członkowie FFF oraz reżyser wykazują brak myślenia w kategoriach kulturowego relatywizmu? Naszym zdaniem doskonałym pomysłem są krótkie „wstępniaki” do większości filmów, zakreślające z antropologiczną wrażliwością dlaczego niestosowny jest przekpiewczy stosunek do zjawisk czy aktywności stanowiących dla ich bohaterów normę. Potrzebę takich „wstępniaków” zauważyli organizatorzy innego festiwalu,  Kinomuzeum, który właśnie dobiegł końca w Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie.

Eko-porno-aktywiści dziwią się przybywszy do wioski amazońskich Indian, że ci nie chcą pomocy przybyłych z Europy „białasów” epatujących nagością. Nie zadają sobie trudu (przynajmniej na kinowym ekranie), by dowiedzieć się w jakich sytuacjach nagość jest tu dopuszczana. Nie zastanawiają się nad lokalnymi relacjami własności jednostkowej i kolektywnej (las nie może być czyjś). Nie są w stanie zarzucić na chwilę zachodniej racjonalności, by zrozumieć epistemologię ludzi doświadczających zgoła innych realiów egzystencji na – niby – tej samej planecie Ziemi.

Marczak, zapytany przez widza o to, dlaczego członkom FFF nie udało się finalnie pomóc społeczności zamieszkującej przestrzeń lasu, w której rozgrywają się interesy władz państwowej,   wzrusza ramionami. Eko-porno-aktywistów określa mianem dziwaków i pomyleńców, czym zdradza swój przedmiotowy do nich stosunek. Najwyraźniej dwuletnie współprzebywanie (co w gruncie rzeczy – z antropologicznej perspektywy – jest czasem umożliwiającym przeprowadzenie gruntownych badań etnograficznych) nie nauczyło go zbyt wiele. A gdyby uznać inność jako równie uprzywilejowaną formę zamieszkiwania tego globu? Nie wymaga to zbyt dużego wysiłku intelektualnego: wystarczy zmiana punktu widzenia[4].

Wspomnienia Balmas

W 2012 roku, podobnie jak rok, dwa i trzy lata wcześniej, wybrałam się na Warszawski Festiwal Filmowy. Jako wielka fanka dokumentów o różnorodnej tematyce, co roku znajduję w programie festiwalu kilka propozycji nie do odrzucenia. Tym razem wyczekiwanym hitem niewątpliwie był dla mnie film Mongolian bling traktujący o mongolskiej muzyce hip-hopowej. Marzyłam, by go zobaczyć od momentu, gdy dowiedziałam się o jego istnieniu.

Z językiem oraz kulturą mongolską mam styczność od kilku dobrych lat[5], muzyką hip-hopową tworzoną w tym kraju interesuję się natomiast mniej więcej od dwóch. Wtedy to, jako członkini „wybitnego” mongolistyczno-tybetologicznego koła naukowego, miałam okazję współorganizować pierwsze, i ostatnie, otwarte spotkanie studenckie połączone z odczytem referatów (więcej nikomu się już nie chciało niczego ogarniać, więc w ciągu 3 lat była to jedyna działalność tego koła; wiwat ludzie pełni pasji!). Nasz naukowy wieczorek w całości poświęcony był mongolskiej muzyce. Słuchaliśmy i rozmawialiśmy o: jazzie, popie, muzyce filmowej, tradycyjnej, i właśnie hip-hopowej. Jedna z naszych koleżanek przedstawiła prezentację stanowiącą skrót jej licencjatu, w całości poświęconego mongolskim tekstom hip-hopowym. Przetłumaczyła dla nas kilka utworów, puściła teledyski i opowiedziała o koncertach, na jakich miała okazję być podczas swego rocznego pobytu w Mongolii. Mimo że nieszczególnie przepadam za tym rodzajem muzyki, w tamtym momencie uznałam, że mongolski hip-hop to coś, co warto od czasu do czasu wrzucić w słuchawki. Ten język stworzony jest do szybkiego gadania!

Teledysk do piosenki „Hujaa” w wykonaniu Gee

Najpierw krótko o samym filmie. Twórcy chcieli dobrze. Starali się pokazać związki mongolskiego hip-hopu z muzyką tradycyjną. Usiłowali przedstawić chociaż część zjawisk społecznych, stanowiących inspirację do tekstów. Poniekąd próbowali też wskazać, w jaki sposób muzyka ta rozwijała się w specyficznych warunkach tego kraju: skąd czerpano inspiracje, kogo można uznać za ojca-założyciela gatunku, jak charakter utworów ulegał zmianie. Wprowadzono odrobinę polityki, szczyptę historii i garstkę problemów społecznych, z jakimi borykają się mieszkańcy Ułan Bator[6]. Wszystkiego było jednak zdecydowanie za mało. Mongolski hip-hop to w Mongolian bling zjawisko przerażająco wręcz płytkie.

Konstrukcja całego filmu opiera się w zasadzie na biografiach szóstki artystów. Rozumiem, że gatunek ten jest w Mongolii stosunkowo nowy, ale naprawdę nie wydaje mi się, by dotarcie do większej ilości wykonawców było szczególnie trudne. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że spora część byłaby zadowolona z możliwości promowania swojej muzyki na Zachodzie i w innych częściach świata (reżyser jest Australijczykiem). Sam kontekst mongolski również został jedynie liźnięty. Pokazano biedę w dzielnicy jurtowisk – nie padło jednak ani słowo o jej przyczynach. Migracje do miast? A co to? Bezrobocie? To coś takiego istnieje? Alkoholizm? Whaaat? Długo by wymieniać. W Australii najwyraźniej zjawiska te nie istnieją. Miał być dokument, a wyszły „Rozmowy w toku”. Nie trudno się dziwić, że temat nie został zgłębiony, jeśli weźmie się pod uwagę, że w Ułan Bator ekipa przebywała jedynie kilka tygodni. W efekcie dostajemy koszmarek, w którym jedna z najważniejszych mongolskich artystek hip-hopowych opowiada o swoim życiu jako matka i żona, podczas gdy małżonek kroi ziemniaki, natomiast babcia, ukazana jako „cudowna istota”, która wbrew wszystkiemu pozwalała artystce śpiewać co chce, siedzi na kanapie i śpiewa utwory absolutnie niezwiązane z tym, o czym akurat w scenie mowa. Oczywiście, starsza Pani nie ma też nic do powiedzenia – po co wykorzystywać jej wiedzę, doświadczenie i kompetencje? Spowodowało to, że pod koniec zaczęłam niestety przysypiać. Obawiałam się również, że w końcu zza rogu wyskoczy Ewa Drzyzga, wolałam więc zamknąć oczy.

To wszystko jednak nic,przy głównym zarzucie, jaki mam wobec filmu. Przeciętny widz nie zwróci uwagi na wiele braków w opowieści. Nie mając pojęcia o mongolskim kontekście, nie wie przecież o istnieniu wielu zjawisk. Z pewnością zauważy jednak, że nikomu nie chciało się przetłumaczyć tekstów. Jak można nie uwzględnić w dokumencie o hip-hopie tekstów utworów? Czy nie o nie w tej muzyce chodzi?

Niezrozumienie filmu przez wielu widzów jest zupełnie inną kwestią. Podobnie jak Sznel uważam, że absolutnie niezbędne są krótkie wprowadzenia do pewnych filmów. Antropolodzy, orientaliści, socjolodzy, historycy – wszyscy oni nudzą się w domu siedząc na fejsie i oglądając amerykańskie seriale, podczas gdy mogliby w ciągu dziesięciu minut uświadomić te kilkaset osób siedzących w ciemnej sali kinowej o wielu zjawiskach, których nie sposób poruszyć w dokumentach, a które są niezbędne do zrozumienia filmów. Jakimś cudem na mało popularnym Festiwalu Filmów Europejskich Kanon, organizowanym co roku w bródnowskim domu kultury „Świt” w Warszawie, da się ściągnąć filmoznawcę[7] by wprowadził niewprawionych widzów w tematykę, symbolikę i konstrukcję pokazywanych filmów. Doprawdy, nie jest to trudny zabieg, a mógłby zapobiec niepotrzebnym salwom śmiechu w momencie gdy szaman opowiada o duchu swego bębna lub starsza kobieta prezentuje niezwykłe możliwości głosowe gładko przechodząc od chöömej do sygytu.

Filmik instruktażowy prezentujący różne style śpiewu gardłowego

[1] Posługuję się polskim tłumaczeniem terminu respectability, którego użył G. Mosse w swojej książce Nationalism and Sexuality: Respectability and Abnormal Sexuality in Modern Europe (1985) opisując konstruowanie pożądanego obywatela wpisującego się w kategorie heteronormatywnego podmiotu.

[2] Od blisko siedmiu miesięcy tego nie robię. Swoją drogą polecam Cywilizację Przekroju (2008) autorstwa Justyny Jaworskiej, w której autorka ilustruje konstruowanie specyficznej wizji obyczajowości na łamach tygodnika, z podziałem na różne okresy zdeterminowane zmianami redakcyjnymi.

[3] O tym w dalszej części tekstu.

[4] Aby uzasadnić swe zawołanie polecam wywiad z twórcą filmu 

[5] Zdarzyło mi się spędzić trzy lata swego życia na Wydziale Orientalistycznym UW gdzie jako studentka zgłębiałam tajniki języka mandżurskiego, którym nikt się nie posługuje, śpiewałam mongolskie przyśpiewki pijackie i wykonywałam różne inne wielce sensowne czynności.

[6] Od razu się tłumaczę świadomie nie stosuję polskiej odmiany, nie zamierzam bowiem jechać do Ułan Batoru, wolę Ułan Bator i tej wersji się trzymam.

[7] Przed projekcjami o filmach krótko opowiada Mikołaj Wojciechowski dziennikarz, krytyk filmowy.

Reklamy
Otagowane , , , ,