Tag Archives: antropologia zaangażowana

Kongres antropologiczny w kraju nad Wisłą

Już ponad tydzień minął od zakończenia I Kongresu Antropologicznego (KA). Dla porządku wspomnimy tylko, że odbył się w dniach 23-25 października w Warszawie. Głównym organizatorem zjazdu integrującego antropologów w kraju nad Wisłą był Polski Instytut Antropologii. Bogaty program kongresu uniemożliwił nam uczestnictwo w większości dyskusji panelowych (w tym samym czasie odbywało się kilka różnych paneli; niestety Dmitry Itskov, planuje ukończenie spersonalizowanego ludzkiego cyborga dopiero na 2045 rok), podążyłyśmy zatem za najbardziej zbieżnymi z naszymi zainteresowaniami i sympatiami punktami w programie. Oto garść subiektywnych relacji, przypadkowych spostrzeżeń i nieustrukturyzowanych refleksji, którymi chcemy się podzielić.

ze sobą i o sobiePo suche fakty odsyłamy do relacji na stronę miesięcznika Sprawy Nauki

DZIEŃ I: OTWARCIE REJESTRACJI

Zamykanie/otwieranie kongresu

Sznel: Na korytarzu Starej Biblioteki Uniwersyteckiej na Kampusie Głównym UW odbieram kongresowy zestaw: konferencyjny identyfikator (do wyboru na niebieskiej bądź bordowej smyczy; w późniejszej rozmowie z jednym z pracowników IEiAK UW usłyszę opinię, że możliwość wyboru koloru smyczy ucieleśniła tendencję do wewnętrznych podziałów w środowisku), płócienną torbę, w której znajduję program kongresu, folder z najświeższymi wydawnictwami PIA oraz Księgę abstraktów. Okazuje się, że „Księga” dostępna jest tylko dla zarejestrowanych uczestników, którzy opłacili uczestnictwo w wydarzeniu. Deal with it. Pozostali zainteresowani musieli zadowolić się tytułami wystąpień podanymi w programie KA. Na kolejnych dyskusjach widzę osoby, które przychodzą z własnymi kserówkami „Księgi”. Polska zaradność. W tym samym czasie Facebooka obiega informacja umieszczona na fanpejdżu KA o wolnym wstępie na wszystkie wydarzenia. Radość wyrażona dziesiątkami „lajków”; niektórzy komentują „wygraliśmy” na łamach grupy dyskusyjnej „Uwolnić kongres antropologiczny”, niemniej, z oczywistych przyczyn, news nie wzbudza aż tak dużego entuzjazmu wśród osób spoza Warszawy.

Balmas: Jako, że nie uczestniczyłam w kongresie w charakterze antropo-VIPa nie dane mi było zmierzyć się z trudną decyzją „niebieski czy bordowy” (zawsze bordowy!), muszę się jednak podzielić swym spostrzeżeniem na temat księgi abstraktów, gdyż nie daje mi spać po nocach. Nie dało się jej wyjustować? Srsly? Takie niechlujstwo boli me oczy i duszę.

WYKŁAD INAUGURACYJNY

Are we, anthropologists, ethical cowards?

Po oficjalnej części inauguracyjnej, na wystosowane po polsku zaproszenie Prof. Katarzyny Kaniowskiej mównicę przejmuje Thomas Hylland Erriksen. W swoim wykładzie skupionym wokół współczesnej tożsamości antropologów i ich zaangażowania w życie publiczne (are we ethical cowards?) naszych własnych społeczeństw, ich aktualne problemy, przywołuje kategorię home-blindness wykazując że antropologia „u siebie” (anthropology at home) jest o tyle ambitnym, co narażonym na porażkę projektem. Dlaczego? Jako członkowie własnego społeczeństwa jesteśmy silnie zakorzenieni w rodzimych kontekstach kulturowych, ciężko jest się zdystansować wobec tego, co własne, udomowione, oswojone i uczynić je obcym, skonstruowanym, o czym postuje na google+ Edwin Bendyk. Eriksen przypomina o korzeniach antropologii podważającej europejskie oczywistości: studenckie ruchy kontestacyjne lat 60.-70., Habermasowską koncepcja krytycznych nauk społecznych ukazujących relacje władzy panujące w społeczeństwie. Jednocześnie przestrzega przed dwoma potencjalnymi niebezpieczeństwami uprawiania antropologii w domu: dążeniem do uproszczeń (neoliberalizm wszystkiemu winien!) i modą na postmodernizm, kulturowe i społeczne hybrydy (wszystko zależy od kontekstu!). Dzieli się złotym przepisem na antropologiczne zaangażowanie: the quest for knowledge should be driven by curiosity, not anxiety.

DZIEŃ II: PANEL: ANTROPOLOGIA PŁCI I SEKSUALNOŚCI. PERSPEKTYWY MARGINALNE

Polski feminizm sypia z wrogiem

Cóż rzec można o panelu z zakresu antropologii płci i seksualności? Po pierwsze, tą tematyką dalej zajmują się głównie kobiety (co widać nie tylko po panelistkach, ale i publiczności), czym chyba nikogo szczególnie nie zdziwimy. Co jednak ciekawe kwestia płci mówczyń pojawiła się również podczas innego panelu – dotyczącego mediów. Tam swoje wystąpienia również prezentowały wyłącznie kobiety, na co uwagę zwrócił prowadzący w kontekście stereotypu o technologiach jako „tradycyjnej” działce mężczyzn.

Treść wystąpień podczas panelu genderowego była zróżnicowana[1], luźno krążyła jednak wokół tematu przewodniego – marginalizacji. Wszystkie referaty w jakimś stopniu dotyczyły kategorii sprawczości oraz strategii oporu (odwołania m.in. do koncepcji Jamesa Scotta). Mnie osobiście zaciekawiło spostrzeżenie z referatu Agaty Chełstowskiej (który został odczytany, bo autorka nie mogła pojawić się na kongresie osobiście) dotyczącego kasjerek w supermarketach.

Oczywiście nie obeszło się bez przywołania filmu „Dzień kobiet” ukazującego formatowanie pracownic, dyscyplinujące praktyki panujące w polskich supermarketach. To niezmiernie ważny nurt badań w polskich realiach, które zapoczątkowała Elizabeth Dunn w „Prywatyzując Polskę”.

True that. Na podstawie jednego z wywiadów badaczka dowiedziała się, że kasjerki traktują „bycie kobietą” jako strategię oporu wobec robotyzacji. Rozmówczyni Chełstowskiej przyznała, że poniedziałki są jej ulubionym dniem pracy, ponieważ wtedy do sklepów przychodzi najwięcej emerytów. Niewinny flirt ze starszymi mężczyznami pozwala jej poczuć się jak osoba, a nie jeden z elementów stanowiska kasowego (cyborgizacja).

Ostatnie wystąpienie oraz większa część dyskusji końcowej dotyczyły relacji feminizmu i neoliberalizmu. I to właśnie z tej części spotkania pochodzi cytat z podtytułu. Ostatni referat (wygłoszony przez dr. Renatę Hryciuk) tyczył się dyscyplinowania kobiet meksykańskich do zwiększania wysiłku ekonomicznego oraz społecznego w warunkach neoliberalnych. Dyskusja kończąca panel przeniosła się jednak na grunt rodzimy. Kto więc sypia z neoliberalnym wrogiem? Nie kto inny jak mainstreamowy nurt polskiego feminizmu, budujący swoją historię w oparciu o drugą falę feminizmu amerykańskiego.

PANEL: ANTROPOLOGIA ZAANGAŻOWANA/KRYTYCZNA.

Bleib kritisch!

Osoba nie będąca na co dzień związana ze światem antropoludów, najprawdopodobniej podsumowałaby to wydarzenie pytaniem: CO TO? Panel zdawał się zawierać wszystko to, co nie pomieściło się w ramach ugruntowanych w polskim kontekście subdyscyplin antropologicznych obecnych na innych panelach, co potwierdziło fakt, że obie młodsze siostry (czy bliźniaczki?!) mają u nas raczej status raczkującego bękarta. Panel przepełniony był ulubioną antropologiczną metaforyką płci i pokrewieństwa, toteż spróbuję podtrzymać tę konwencję i teraz.

Wysłuchaliśmy wystąpienia dr. Kacpra Pobłockiego (a.k.a. promocji popularnonaukowej książki, której nigdzie nie można już kupić, ale można pobrać) dotyczącego kilkuletniego mariażu antropologa z miejskim aktywizmem w ramach odskoczni od bólu pisania doktoratu (antropologia angażująca to taka, która opuszcza akademię, by budować wiedzę w oparciu o lokalne praktyki i wyobrażenia mieszkańców miast, społecznych ekspertów), którego dzieckiem okazuje się być pączkująca zmiana paradygmatu wytwarzania przestrzeni polskich miast.

Dr Monika Baer krytycznie odniosła się zaś do swoich doświadczeń z innym małżeństwem, które podczas panelu ANTROPOLOGIA PŁCI I SEKSUALNOŚCI zostało rozpoznane jako sypiające z amerykańskim wrogiem, co skutkowało rozwodem badaczki z zaangażowaniem w działalność feministyczną w Polsce, pomimo, że próbowała swoimi krytycznymi tekstami rozsadzić transplantowaną epistemologię feministyczną zza wielkiej wody. Smuteczek.

Ciekawym wystąpieniem był referat dr. Tomasza Warczoka (socjolog; kto go wpuścił do etno-elity?! Jak śmie legitymizować wyniki swoich badań podawaniem liczby przeprowadzonych wywiadów… i obserwacji?!), który nie miał swoich pełnych piętnastu minut, gdyż nieudane skoki do wody z dziesięciometrowej wieży zajęły niektórym nieco więcej czasu. Badania prowadzone wśród ofiar transformacji ustrojowej pozostawiającej rzesze niewykwalifikowanych (z perspektywy zapotrzebowania na konkretny rodzaj kapitału ludzkiego w nowym systemie gospodarczym) pracowników na łasce/niełasce matki Polski zmaterializowanej pod postacią pracowników socjalnych ukazują jak reifikowana jest kategoria brudu i nieczystości, gdy mowa o „ludzkich” odrzutach, niechcianych dzieciach neoliberalnej gospodarki. Stosunkowo nowa kategoria „roszczeniowych klientów” systemu opieki społecznej to rodzaj społecznie skonstruowanego stygmatu pozwalającego na estetyczną/polityczną/ekonomiczną kategoryzację obywateli. Czy przepełniona żartobliwymi reakcjami sala była dowodem na to, że krytyczni i zaangażowani antropolodzy sami przyswoili znaturalizowaną koncepcję różnicy, gdy posiadanie/nieposiadanie stanowi o wartości i użyteczności człowieka? Dobrze, wróćmy do szydery.

FORUM MŁODYCH ANTROPOLOGÓW.

Antropologia jest stara

Byłam osobiście zaangażowana w otwieranie tego, jak mi się wydawało, kluczowego dla młodych adeptów antropologii wydarzenia podczas KA. W myśl zasady nihil novi postanowiłam dołożyć wszelkich starań, by zalać Muzeum Sztuki Nowoczesnej masą studentów, których niekoniecznie byłoby stać na przybycie do dawnej Emilki za stówkę. Postanowiwszy przerwać zadymione konwersacje o renesansie antropologii fizycznej uprawianej chałupniczo przez Tadeusza Świątka udaliśmy się (Antropoludens, IKNAPiZ i część Pracowni Etnograficznej) na Forum.

By rozpocząć czekano tylko na nas – wypełniliśmy limit liczby uczestników nałożony przez MSN w ramach ograniczonych możliwości pomieszczenia młodego ducha, który mógłby poważnie zagrozić nowoczesności (modernizm?!)  i  w gronie blisko dwudziestu pięciu osób wysłuchaliśmy dwugodzinnej rozgrywki ligi mistrzów klasy A. Zaproszeni przez moderatorkę, Katarzynę Mirochę, prelegenci – młodzi (czasem duchem), z sukcesami na koncie i o prestiżowych afiliacjach mówili gdzież to możemy znaleźć zatrudnienie po ukończeniu studiów w sytuacji, gdy zaledwie garstka z nas stanie przed możliwością kontynuacji „kariery” naukowej. W sytuacji, gdy wykształcenie antropologiczne zostaje w branży konsultingowej (to przecież jedyna poważna alternatywa wobec pracy naukowej) zredukowane do zestawu umiejętności badacza rynku, które można przyswoić w kilka tygodni. W sytuacji, gdy w jednym ogłoszeniu o pracy na tysiąc (oj, chyba trochę ubarwiłam) pojawia się zawołanie „zatrudnię antropologa”.

Paneliście przewidują nam jeszcze jedną możliwą ścieżkę rozwoju zawodowego – pracę w NGOsach. Ale jeśli to też nam nie pasuje, to pozostaje nam już tylko zgorzkniałe narzekanie o fatalnie wybranych studiach (ale, że wcześniej byłam na mongolistyce i tybetologii, to możecie mi wierzyć, że naprawdę wiem czym są durne decyzje o wyższej edukacji, i etno to jednak nie to). W każdym razie z panelu wynika jednoznacznie: zostajesz w Polsce? Możesz spróbować swoich sił na uczelni (gdzie może są jakieś dwa miejsca dla nowych pracowników), działać w NGOsach, bądź zostać odpowiednikiem Pani Pieniążki. No more options.

Zdecydowanie za długa debata pomiędzy zaproszonymi gośćmi udowodniła, że choć badania antropologiczne krytykują indywidualistyczną wizję człowieka jako samostwarzającego się produktu na rynku pracy, ta w najlepsze obowiązuje w świecie antropoludów. Sugerując podczas debaty, do której została włączona zgromadzona publiczność, że antropologii brak w Polsce publicznego wizerunku, zbiorowej reprezentacji poza murami akademii, odniosłam się do sytuacji w Wielkiej Brytanii czy Danii  (warto zajrzeć również tutaj), gdzie antropolodzy potrafili wspólnie wypracować niszę na rynku, którą sprawnie zapełnili, często nie musząc iść na kompromisy, na których cierpiałaby etyka badacza.

fiołkiŹródło: Sztuczne Fiołki, jak zwykle w sedno sprawy

Chciałabym jeszcze zapytać: gdzie są młodzi?! Nieliczna reprezentacja studentów zrodziła we mnie niepokojącą refleksję, że w gruncie rzeczy studentom nie zależy na tym, by uczestniczyć w debatach bezpośrednio ich dotyczących. By głośno komunikować swoje potrzeby, pomysły, postulaty. Na zadane przez moderatorkę pytanie „jak wygląda przyszłość antropologii w Polsce?” nikt z zaproszonych gości nie był w stanie udzielić odpowiedzi. Dlaczego? Bo ta nie będzie świetlana dopóty, dopóki nie spróbujemy pożegnać myślenia o indywidualizmie i projektowania kariery w pojedynkę, a „etnograficzne badania rynku” pozostaną dominującą sferą pozauczelnianej aktywności antropologa. Czy zdobyta na uczelni antropologiczna wiedza, wrażliwość i krytyka zastanej rzeczywistości przydaje się tylko do przebadania wyborów konsumenckich? O przepraszam, zapomniałam, że przecież zaangażowanie w istotne społecznie problemy i partycypacja w projektach definiowanych w małych społecznościach nie jest przecież hot, gdyż perspektywa zarobku odchodzi tutaj na dalszy plan.

DZIEŃ III: PANEL: ANTROPOLOGIA MEDIÓW / MEDIA W ANTROPOLOGII.

Tylko bez eksperymentów proszę!

Czy mamy do czynienia ze zwrotem cyfrowym w antropologii? Od postawienia tego pytania panel się rozpoczął i do niego w większym lub mniejszym stopniu powracano w kolejnych referatach. Czy te wszystkie netno-, online- i cyber-antropologie to już nowy paradygmat? Pierwsza z panelistek – Magdalena Zdrodowska –  przekonywała, że absolutnie nie. Nie mamy do czynienia ani z nowymi jakościami ani nowymi narzędziami, a jedynie z próbą translacji starych dobrych metod (obserwacja, wywiad) do sieci. Zresztą macie szansę posłuchać co Zdrodowska ma w tej kwestii do powiedzenia za pośrednictwem Jutuba, a także obejrzeć przedstawioną na kongresie prezentację.

technology

Zaprezentowane referaty oprócz internetu poruszały także problematykę filmów, seriali czy wszechobecnych smartfonów. Najwięcej kontrowersji wzbudziło jednak wystąpienie Agaty Stanisz dotyczące praktykowania antropologii poprzez dźwięk. W związku z tematyką referatu pokusiła się ona o mały eksperyment, ze swojego wystąpienia eliminując całkowicie aspekt wizualny. Puściła prezentację w formie nagrania dźwiękowego zrealizowanego przy współpracy z poznańskim radiem Mercury. Jak każda nowość zostało to oczywiście odebrane raczej negatywnie. Stanisz oskarżono o brak szacunku dla uczestników panelu oraz redukowanie antropologii. Moim zdaniem jest to przejaw zachowawczości. Lepiej się dziewczyno nie wychylaj i nie wyskakuj na elitarnym Kongresie Antropologicznym z eksperymentami. Rób tak jak wszyscy albo idź z tym gdzie indziej. Pozostaje tylko pytanie: GDZIE? Przecież gdzieś te nowości trzeba wprowadzić żeby zaistniały, prawda? Dla porównania: Tom Boellstorff, badacz „Second Life” na konferencjach występuje w formie swojego avatara. Nowe przyjdzie, nowe jest dobre. Deal with it. Ale czy każda nowość jest dobra?

Moja rodzicielka twierdzi, że nie.

Spoko, oczywiście nie mi oceniać, które metody są lepsze, a które gorsze, przyznam jednak, że podczas prezentacji współpracujących z mBankiem badaczek zastanawiałam się czy to w ogóle jest antropologia? Generalnie kilkukrotnie w trakcie kongresu miałam wrażenie, że nastąpiło trochę pomieszanie z poplątaniem jeśli chodzi o role i pojęcia. „Badacza” stawia się na równi z „antropologiem”, przy czym moim zdaniem nie są to terminy równoznaczne. Anyways… Panie zaprezentowały aplikację użytą przez mBank do przeanalizowania zachowań użytkowników smartfonów. Badana grupa miała przez okres kilku tygodni zainstalowaną w telefonach apkę, której celem było śledzenie ich każdego ruchu. Piszesz SMSa? Czytasz Pudelka? Grasz w Plants vs. Zombies? Bank wie dokładnie, o której godzinie, jak długo i w jaki sposób korzystałeś ze swojego telefonu. Tylko co im to daje? Nie mają pojęcia dlaczego wysyłasz e-maile o 4 nad ranem, musisz ich o tym poinformować dodatkową notatką. Przyznasz się, że właśnie po pijaku piszesz do byłej dziewczyny czy może raczej sprzedasz ładną historię o tym jak to w środku nocy przypomniałeś sobie, że miałeś wysłać coś do pracy? Wybór jest twój. Strategie i taktyki, anyone? De Certeau, anyone? O ile z komentarzem o redukcjonizmie skierowanym do Agaty Stanisz się nie zgadzam, o tyle to badanie jest dla mnie redukcją w czystej postaci. Gdzie się podział czynnik ludzki? Interpretacja? Refleksja? Umarły? Smuteczek.

SESJA PLENARNA: ANTROPOLOGIA W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ

Z Heideggerem pod strzechy

Tę sesję współ-relacjonujemy na blogu Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Antropologii Publicznej i Zaangażowanej. Ale pozwolimy sobie również na wersję mniej poważną…

To, co chyba najważniejsze to punkt wyjścia dyskusji i wnioski do jakich ostatecznie uczestniczy doszli. Kwestia wyjściowa była taka, że w środowisku antropologów sami ze sobą dyskutować umiemy, porozumiewamy się tymi samymi kategoriami i generalnie już wszystko wiemy tylko teraz trzeba zająć się problemem jakim jest dotarcie do innych środowisk. Jak przełożyć nasze kategorie tak, żeby „zwykły, szary człowiek”, który nie czytuje Heideggera zrozumiał o czym mówimy? Wszystko się pięknie zaczęło: zrozumienie, wspólne cele, dotarcie z antropologią do szerszej publiczności, cuuukier! Po dwóch godzinach sytuacja się jednak diametralnie zmieniła. Po burzliwej (i szczerze mówiąc nieszczególnie merytorycznej) dyskusji głos z ludu zarządził: we have to agree to disagree, bo do porozumienia w życiu nie dojdziemy. Jedni byli za tym, że antropolog, jeśli chce coś osiągnąć i się zaangażować, musi występować w charakterze eksperta, inni twierdzili, że absolutnie tak być nie może. Rozwiązanie? Niech po prostu każdy się dalej zajmuje swoim poletkiem i wszystko będzie cacy. Czcijmy indywidualizm, nie wchodźmy sobie w paradę i nie próbujmy wypracować wspólnego głosu, bo to trudne jednak jest.

Ogólny, nieszczególnie odkrywczy wniosek, jest taki, że antropolodzy jak najbardziej powinni wypowiadać się w kwestiach publicznych tylko, że:

a) media nie chcą z nimi gadać, bo bełkoczą, wszystko utrudniają nie wiadomo po co i generalnie nikt ich nie rozumie,

b) wszyscy się boją publicznie wypowiadać z obawy przed tym, co o nich pomyśli reszta elitarnego antropologicznego światka[2].

Are we, anthropologists, ethical cowards?

Osobiście miałam również wrażenie, że podczas panelu wyjątkowo wyraźne były podziały jakie istnieją w środowisku polskich antropologów. Wśród wypowiedzi publiczności dawało się wyłapać komentarze krytykujące osoby z innych ośrodków, poziom szydery pozwala natomiast wnioskować, że wszyscy nauki w tym zakresie czerpali od samego Baudrillarda. Dodatkowo pojawiła się kwestia autorytetu. Jeśli jesteś studentem to niech w ogóle odejdzie, bo życia nie zna. Doktorancie ty możesz siedzieć, ale lepiej milcz, bo jeszcze nie masz wystarczająco dużo publikacji na koncie byśmy twoje słowa brali na poważnie.

Wciąż nie mogę jednak pojąć jaka wizja upublicznienia antropologii drzemie w głowach antropoludów w kraju nad Wisłą. Czy taka suit and tie, z mądrych głów i książek płynąca, czy raczej zwalczająca barierę badacz – społeczność (którą zdaje się praktykować Thomas Hylland Eriksen), brodząca w tym samym błotku, utożsamiająca te same wyzwania codzienności jak kurczący się obszar wolności, kurczące się przywileje socjalne, skurczony żołądek.

Miało być jakieś epickie spostrzeżenie z przytupem na koniec, ale po wyrzuceniu z siebie tego wszystkiego jesteśmy już nieco wyprane z uczuć i mózgów, a więc po prostu pytanie do tych z Was, którzy byli na kongresie: co sądzicie? Co Was uderzyło/zachwyciło/zawiodło/zdziwiło? Czekamy na komentarze!


[1] Powstrzymamy się od wymieniania nazwisk wszystkich panelistów i tematów przedstawionych przez nich referatów, ponieważ notka  [ponownie] osiągnęłaby zawrotne rozmiary. Odsyłamy więc do programu kongresu, który dostępny jest tutaj w formacie pdf.

[2] Przywołanie „medialnej dyskusji” prof. Joanny Tokarskiej-Bakir z poznańską doktorantką Małgorzatą Wosińską nt. reportażu Wojciecha Tochmana o sytuacji w Rwandzie.

Otagowane , , , , , ,

antropolog potrzebny od zaraz! (cz.1)

Jednym z głównych celów, jaki stawiają sobie twórczynie ANTROPOLUDENS, jest dyskusja nad zaangażowaniem antropologów i projektem antropologii stosowanej. Niedawno w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM powstała publikacja „Etnolog na rynku pracy”, która wskazuje na problem, z jakim borykają się polscy pracodawcy. Potrzebują oni osób wykazujących się umiejętnością krytycznego myślenia, nieprzystawania na to, co oczywiste, problematyzowania i dociekliwego zgłębiania powierzonych zadań. To cechy, które przydają się w wielu sektorach rynku pracy, zaś – jak pisze we wstępie ww. publikacji prof. Michał Buchowski – między innymi antropolodzy je posiadają. Będziemy systematycznie starały się przekonywać naszych czytelników o słuszności tej tezy, pokazując obszary, w których antropolodzy mogą znaleźć po studiach zatrudnienie.

W pierwszej odsłonie Balmas i Sznel przypomną ubiegłoroczną edycję Warszawskiego Festiwalu Filmowego, podczas którego doszły do wniosku, że zarówno organizatorzy przedsięwzięcia, jak i twórcy dokumentów, powinni zwrócić uwagę na to, że widz nie zawsze jest w wystarczającym stopniu zapoznany z problematyką filmu, by obcować z nim w sposób w pełni świadomy. Być może warto więc przewidzieć podczas kolejnych przedsięwzięć kilka nowych etatów: dla kulturoznawców, historyków, czy wreszcie nas – antropologów.

filmy

Wspomnienia Sznel

Krytyka neoliberalnej koncepcji wolności, oryginalna ekologia, freeganizm, seks wyzwolony z okowów burżuazyjnej przyzwoitości[1], rażąca naiwność połączona z ignorancją na różnicę kulturową oraz skrajny europocentryzm. To wszystko mogłam zobaczyć w dokumencie Michała Marczaka podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Fuck For Forest – tytuł filmu i nazwa organizacji (FFF), która na ratowanie planety uzbierała już setki tysięcy euro dzięki pornograficznym produkcjom i zdjęciom umieszczanym na stronie www. O szczytnym celu ochrony kurczących się w szybkim tempie zasobów naturalnych, połączonym z chałupniczą pornografią, twórca dokumentu – jak przyznał podczas spotkania po projekcji – dowiedział się z „Przekroju”. Tygodnik ten nie raz, nie dwa i mnie samą twórczo zainspirował kiedy zaczytywałam się[2] artykułami demaskującymi relacje władzy, poddającymi w wątpliwość obowiązujące publicznie dyskursy oraz krytycznymi wobec uprzywilejowanych długim trwaniem instytucji społecznych. Wróćmy jednak do FFF.

Dokument polskiego reżysera Michała Marczaka to produkcja na najwyższym poziomie, choć wydaje się być zbyt odważna, zbyt kontrowersyjna dla polskiego młodego odbiorcy (na wypełnionej po brzegi kinowej sali zgromadzili  się przede wszystkim dwudziesto-, trzydziestolatkowie). Widzowie, wraz z napisami końcowymi, uciekali w pośpiechu, by przypadkiem nie wysłuchiwać wywodów reżysera podejmującego tak obrazoburczą tematykę. Niecierpiący na nadmiar ofert pracy antropolodzy mogliby udzielać głosu przy okazji festiwali filmowych atakujących widza innością, obcością, alternatywnym oglądem rzeczywistości. Większość filmów dokumentalnych podejmujących tak „niepopularne” tematy jak seks, czy mongolski hip-hop[3], skazana jest na niezrozumienie i typową reakcję człowieka, który boi się choć na chwilę zrezygnować ze sztywnych ram wyznaczających zakres i wizję jego rzeczywistości –  pusty śmiech ujawniający skrajną ignorancję wobec alternatywnych stylów życia.

Lecz czego wymagać od organizatorów festiwalu, skoro sami członkowie FFF oraz reżyser wykazują brak myślenia w kategoriach kulturowego relatywizmu? Naszym zdaniem doskonałym pomysłem są krótkie „wstępniaki” do większości filmów, zakreślające z antropologiczną wrażliwością dlaczego niestosowny jest przekpiewczy stosunek do zjawisk czy aktywności stanowiących dla ich bohaterów normę. Potrzebę takich „wstępniaków” zauważyli organizatorzy innego festiwalu,  Kinomuzeum, który właśnie dobiegł końca w Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie.

Eko-porno-aktywiści dziwią się przybywszy do wioski amazońskich Indian, że ci nie chcą pomocy przybyłych z Europy „białasów” epatujących nagością. Nie zadają sobie trudu (przynajmniej na kinowym ekranie), by dowiedzieć się w jakich sytuacjach nagość jest tu dopuszczana. Nie zastanawiają się nad lokalnymi relacjami własności jednostkowej i kolektywnej (las nie może być czyjś). Nie są w stanie zarzucić na chwilę zachodniej racjonalności, by zrozumieć epistemologię ludzi doświadczających zgoła innych realiów egzystencji na – niby – tej samej planecie Ziemi.

Marczak, zapytany przez widza o to, dlaczego członkom FFF nie udało się finalnie pomóc społeczności zamieszkującej przestrzeń lasu, w której rozgrywają się interesy władz państwowej,   wzrusza ramionami. Eko-porno-aktywistów określa mianem dziwaków i pomyleńców, czym zdradza swój przedmiotowy do nich stosunek. Najwyraźniej dwuletnie współprzebywanie (co w gruncie rzeczy – z antropologicznej perspektywy – jest czasem umożliwiającym przeprowadzenie gruntownych badań etnograficznych) nie nauczyło go zbyt wiele. A gdyby uznać inność jako równie uprzywilejowaną formę zamieszkiwania tego globu? Nie wymaga to zbyt dużego wysiłku intelektualnego: wystarczy zmiana punktu widzenia[4].

Wspomnienia Balmas

W 2012 roku, podobnie jak rok, dwa i trzy lata wcześniej, wybrałam się na Warszawski Festiwal Filmowy. Jako wielka fanka dokumentów o różnorodnej tematyce, co roku znajduję w programie festiwalu kilka propozycji nie do odrzucenia. Tym razem wyczekiwanym hitem niewątpliwie był dla mnie film Mongolian bling traktujący o mongolskiej muzyce hip-hopowej. Marzyłam, by go zobaczyć od momentu, gdy dowiedziałam się o jego istnieniu.

Z językiem oraz kulturą mongolską mam styczność od kilku dobrych lat[5], muzyką hip-hopową tworzoną w tym kraju interesuję się natomiast mniej więcej od dwóch. Wtedy to, jako członkini „wybitnego” mongolistyczno-tybetologicznego koła naukowego, miałam okazję współorganizować pierwsze, i ostatnie, otwarte spotkanie studenckie połączone z odczytem referatów (więcej nikomu się już nie chciało niczego ogarniać, więc w ciągu 3 lat była to jedyna działalność tego koła; wiwat ludzie pełni pasji!). Nasz naukowy wieczorek w całości poświęcony był mongolskiej muzyce. Słuchaliśmy i rozmawialiśmy o: jazzie, popie, muzyce filmowej, tradycyjnej, i właśnie hip-hopowej. Jedna z naszych koleżanek przedstawiła prezentację stanowiącą skrót jej licencjatu, w całości poświęconego mongolskim tekstom hip-hopowym. Przetłumaczyła dla nas kilka utworów, puściła teledyski i opowiedziała o koncertach, na jakich miała okazję być podczas swego rocznego pobytu w Mongolii. Mimo że nieszczególnie przepadam za tym rodzajem muzyki, w tamtym momencie uznałam, że mongolski hip-hop to coś, co warto od czasu do czasu wrzucić w słuchawki. Ten język stworzony jest do szybkiego gadania!

Teledysk do piosenki „Hujaa” w wykonaniu Gee

Najpierw krótko o samym filmie. Twórcy chcieli dobrze. Starali się pokazać związki mongolskiego hip-hopu z muzyką tradycyjną. Usiłowali przedstawić chociaż część zjawisk społecznych, stanowiących inspirację do tekstów. Poniekąd próbowali też wskazać, w jaki sposób muzyka ta rozwijała się w specyficznych warunkach tego kraju: skąd czerpano inspiracje, kogo można uznać za ojca-założyciela gatunku, jak charakter utworów ulegał zmianie. Wprowadzono odrobinę polityki, szczyptę historii i garstkę problemów społecznych, z jakimi borykają się mieszkańcy Ułan Bator[6]. Wszystkiego było jednak zdecydowanie za mało. Mongolski hip-hop to w Mongolian bling zjawisko przerażająco wręcz płytkie.

Konstrukcja całego filmu opiera się w zasadzie na biografiach szóstki artystów. Rozumiem, że gatunek ten jest w Mongolii stosunkowo nowy, ale naprawdę nie wydaje mi się, by dotarcie do większej ilości wykonawców było szczególnie trudne. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że spora część byłaby zadowolona z możliwości promowania swojej muzyki na Zachodzie i w innych częściach świata (reżyser jest Australijczykiem). Sam kontekst mongolski również został jedynie liźnięty. Pokazano biedę w dzielnicy jurtowisk – nie padło jednak ani słowo o jej przyczynach. Migracje do miast? A co to? Bezrobocie? To coś takiego istnieje? Alkoholizm? Whaaat? Długo by wymieniać. W Australii najwyraźniej zjawiska te nie istnieją. Miał być dokument, a wyszły „Rozmowy w toku”. Nie trudno się dziwić, że temat nie został zgłębiony, jeśli weźmie się pod uwagę, że w Ułan Bator ekipa przebywała jedynie kilka tygodni. W efekcie dostajemy koszmarek, w którym jedna z najważniejszych mongolskich artystek hip-hopowych opowiada o swoim życiu jako matka i żona, podczas gdy małżonek kroi ziemniaki, natomiast babcia, ukazana jako „cudowna istota”, która wbrew wszystkiemu pozwalała artystce śpiewać co chce, siedzi na kanapie i śpiewa utwory absolutnie niezwiązane z tym, o czym akurat w scenie mowa. Oczywiście, starsza Pani nie ma też nic do powiedzenia – po co wykorzystywać jej wiedzę, doświadczenie i kompetencje? Spowodowało to, że pod koniec zaczęłam niestety przysypiać. Obawiałam się również, że w końcu zza rogu wyskoczy Ewa Drzyzga, wolałam więc zamknąć oczy.

To wszystko jednak nic,przy głównym zarzucie, jaki mam wobec filmu. Przeciętny widz nie zwróci uwagi na wiele braków w opowieści. Nie mając pojęcia o mongolskim kontekście, nie wie przecież o istnieniu wielu zjawisk. Z pewnością zauważy jednak, że nikomu nie chciało się przetłumaczyć tekstów. Jak można nie uwzględnić w dokumencie o hip-hopie tekstów utworów? Czy nie o nie w tej muzyce chodzi?

Niezrozumienie filmu przez wielu widzów jest zupełnie inną kwestią. Podobnie jak Sznel uważam, że absolutnie niezbędne są krótkie wprowadzenia do pewnych filmów. Antropolodzy, orientaliści, socjolodzy, historycy – wszyscy oni nudzą się w domu siedząc na fejsie i oglądając amerykańskie seriale, podczas gdy mogliby w ciągu dziesięciu minut uświadomić te kilkaset osób siedzących w ciemnej sali kinowej o wielu zjawiskach, których nie sposób poruszyć w dokumentach, a które są niezbędne do zrozumienia filmów. Jakimś cudem na mało popularnym Festiwalu Filmów Europejskich Kanon, organizowanym co roku w bródnowskim domu kultury „Świt” w Warszawie, da się ściągnąć filmoznawcę[7] by wprowadził niewprawionych widzów w tematykę, symbolikę i konstrukcję pokazywanych filmów. Doprawdy, nie jest to trudny zabieg, a mógłby zapobiec niepotrzebnym salwom śmiechu w momencie gdy szaman opowiada o duchu swego bębna lub starsza kobieta prezentuje niezwykłe możliwości głosowe gładko przechodząc od chöömej do sygytu.

Filmik instruktażowy prezentujący różne style śpiewu gardłowego

[1] Posługuję się polskim tłumaczeniem terminu respectability, którego użył G. Mosse w swojej książce Nationalism and Sexuality: Respectability and Abnormal Sexuality in Modern Europe (1985) opisując konstruowanie pożądanego obywatela wpisującego się w kategorie heteronormatywnego podmiotu.

[2] Od blisko siedmiu miesięcy tego nie robię. Swoją drogą polecam Cywilizację Przekroju (2008) autorstwa Justyny Jaworskiej, w której autorka ilustruje konstruowanie specyficznej wizji obyczajowości na łamach tygodnika, z podziałem na różne okresy zdeterminowane zmianami redakcyjnymi.

[3] O tym w dalszej części tekstu.

[4] Aby uzasadnić swe zawołanie polecam wywiad z twórcą filmu 

[5] Zdarzyło mi się spędzić trzy lata swego życia na Wydziale Orientalistycznym UW gdzie jako studentka zgłębiałam tajniki języka mandżurskiego, którym nikt się nie posługuje, śpiewałam mongolskie przyśpiewki pijackie i wykonywałam różne inne wielce sensowne czynności.

[6] Od razu się tłumaczę świadomie nie stosuję polskiej odmiany, nie zamierzam bowiem jechać do Ułan Batoru, wolę Ułan Bator i tej wersji się trzymam.

[7] Przed projekcjami o filmach krótko opowiada Mikołaj Wojciechowski dziennikarz, krytyk filmowy.

Otagowane , , , ,