Tag Archives: codzienność

Indiopol: Grubiaństwo codzienne

– Czemu jesteś taka nieuprzejma? – zapytał pewnego razu D., kiedy w konkretny acz mało subtelny sposób zamówiłam u kelnera wybrany zestaw śniadaniowy. Był to ostatni dzień moich krótkich, acz cudownych wakacji w Warszawie.

– Nieuprzejma? Ja? Niemożliwe. Przecież sama kiedyś byłam kelnerką! – odparłam zmieszana. Po chwili namysłu dodałam jednak – Słuchaj, to musi być przez te Indie! –

Naciągane usprawiedliwienie dla braku manier? Zgoda. Ale zastanówmy się przez chwilę.

Moja ulica

Moja ulica

W języku bengalskim nie ma w zasadzie form grzecznościowych – nie ma „proszę”, słowo „dziękuje” pojawia się rzadko, a jeśli już to po angielsku. Ci z kolei co mieszkają lub też przebywali wystarczająco długo w Indiach wiedzą, że zbytnia elokwencja w języku angielskim nie popłaca w sytuacjach codziennych. Komunikować należy się w prostym trybie orzekającym bądź rozkazującym, a miarą grzeczności jest ton głosu. Czemu? Jak to? Już wyjaśniam.

Banalna sprawa – chodzi o zrozumiałość. Wyobraź sobie taką sytuację – jesteś w New Delhi, stolicy Indii. Wybrałeś się do jednej z najbardziej modnych dzielnic miasta na kawę, gdzie na co dzień roi się od cudzoziemców. Idziesz do wyjątkowo hipsterskiej restauracyjki (menu jest wydrukowane na papierze z makulatury i wygląda jak gazeta). Namyśliłeś się i chcesz zamawiać. Przywołujesz jednego z czterech kelnerów znajdujących się na sali. Zgrabnie składasz po angielsku zamówienie. Kelner patrzy na ciebie przez chwilę, po czym odpowiada w hindi, że nie mówi po angielsku. Jak się okazuje, reszta kelnerów też nie. Po 10 minutach przychodzi nad-kelner, zarządca wszystkich kelnerów i asystent menadżera w jednym, aby przyjąć od ciebie zamówienie. On mówi świetnie, jego można dopytać co się w zasadzie zamawia etc. etc.

Indie. Kraj w którym język byłych kolonizatorów pozwala się komunikować „narodowi” mówiącemu w kilkuset językach. Angielski – jedyny język urzędowy w Indiach, którego uczą w każdej szkole. Urzędowych języków Indie mają 24.

Wracamy do rzeczywistości. Żyjąc na co dzień w Indiach człowiek upraszcza swoje słownictwo. Dla wygody, oczywiście – aby łatwiej komunikować się z otoczeniem. Ale też z grzeczności właśnie – prosty komunikat zostanie zrozumiany. Skomplikowany zawstydzi osobę, która będzie musiała poprosić o powtórzenie zamówienia. Zwłaszcza jeśli prosić trzeba cudzoziemca, którego angielski może mieć jakiś nieznany danemu Indusowi akcent lub który używa po prostu zbyt wielu skomplikowanych słów/zwrotów.

Zamiast więc „I would like to have a black coffee, please”, lepiej powiedzieć “black coffee, please”, na koniec się uśmiechając. Bo przecież jesteśmy tutaj gośćmi, czyż nie? Sami Indusi zamawiając bardzo rzadko mówią jednak „please”. Rzadko się też do obsługi uśmiechają.

Moja koleżanka B., Polka mieszkająca w Delhi ze swoim narzeczonym Ł., zauważyła jeszcze coś innego. Podczas rozmów o Indiach w Polsce, kiedy opowiadamy o tym jak nam się tu wspaniale na Subkontynencie mieszka, dość często wspominamy, że kraj ten uczy nas cierpliwości. True that. Bardzo rzadko, zdecydowanie za rzadko jednak (może ze wstydu?), przyznajemy przy tym, że także wyrabia on w nas pewnego rodzaju grubiaństwo. Takie grubiaństwo codzienne, praktyczne.

Z czego to wynika? Pomyślmy… O wszystko trzeba się targować, nie ważne czy jest się miejscowym czy obcokrajowcem. Oczywiście cudzoziemcy i cudzoziemki muszą targować się bardziej. Na początku człowiek próbuje być przy tym miły, ale przy zazwyczaj dość upartych sprzedawcach szybko traci się cierpliwość. Traci się ją już na pewno, kiedy targować się trzeba tak samo zawzięcie po dwóch latach spędzonych w Indiach i podstawowej znajomości języka lokalnego. Biały to bogaty, a może będzie miał gorszy dzień i z lenistwa zapłaci więcej.

Stanowczości uczą też żebracy – komu i kiedy powiedzieć nie, i jak radzić sobie w miejscach turystycznych, do których zabiera się swoich gości, po raz sto pięćdziesiąty ósmy.

B. dodaje jeszcze, a ja się z nią zgadzam, że frustrująca jest tutaj także powszechna obojętność – widać to zwłaszcza w ruchu ulicznym, kiedy przepisy drogowe są li tylko sugestią, a każdy jeździ sobie jak chce, mając resztę w nosie.

Tydzień temu przez kilka dni gościłam u siebie S. Kolega z Warszawy przyjechał do Indii na miesiąc na krótkie wakacyjne plażowanie. Tuż przed wylotem zatrzymał się u mnie na kilka dni.

S. lubuje się w momo, tybetańsko-nepalsko-sikkimskich pierożkach z mięsem (tutaj najczęściej kurczakowym), które są w Kalkucie najczęściej serwowaną lunchową przekąską street foodową, zaraz obok chow mein, eggrollsów, i dalu z ryżem/roti/nanem. Raz czy dwa towarzyszyłam mu w tej przyjemności, samej jednak nie jedząc – za gorącą dla mnie teraz na takie ciężkostrawne przysmaki.

Przechodzimy przez ruchliwą ulicę, aby dojść do jego ulubionej momo budki, schowanej w wąskiej alejce nieopodal mojego ukochanego South City Mall, zbawiającego klimatyzacją centrum handlowego.

S. spogląda na mnie przez chwilę uważnie i pyta z niepokojem: – Wszystko w porządku?

– Tak, jasne! Czemu pytasz?

–  A nic. Wyglądasz po prostu na zestresowaną.

Uśmiecham się zmieszana i tłumaczę S. o co chodzi z takim moim „bitch-face”, z tą krzywą miną.

– Wiesz co, to tylko taka moja maska ochronna. Jako biała dziewczyna, mieszkająca sama w Indiach, chcę wyglądać onieśmielająco. Jak wyglądasz byt „miękko” ludzie od razu podchodzą, zaczynają pytań skąd jestem, co tu robię. Okay, niektórzy chcą być po prostu uprzejmi. Ale w bardzo wielu – zbyt wielu przypadkach – nie. Zwłaszcza podrostki. A poza tym, ile razy można odpowiadać na tego typu pytania? Po jakimś czasie robi się to męczące. Do nieustannego bycia obserwowaną już się przyzwyczaiłam, ale zaczepiania mam po prostu dość. Do tego dochodzą jeszcze sprzedawcy wszystkiego, hijrowie (za tymi akurat przepadam) oraz żebracy. No i nie chcę być tego rodzaju uśmiechniętą „turystką-wolonatriuszką”, która kocha cały świat i przyczynia się do tworzenia niekorzystnego wizerunku cudzoziemek w Indiach.

Wiecie którą – taką z sianem na głowie, w szarawarach i z toną bransoletek, która przyjechała do biednych Indii czynić dobro. Jest otwarta i tolerancyjna, i uprzejma wobec wszystkich i wszystko ją ciekawi. Kulturowy relatywizm, of course, trzeba być miłym. A tutaj Induski, te przyzwoite, na ulicy wobec obcych mężczyzn, chłopców zwłaszcza, uprzejme nie są. Bo taka uprzejmość może być źle odczytana. I zazwyczaj właśnie jest. A potem idzie taka uprzejma cudzoziemka. Biała, piękna, bezpośrednia, w tych swoich zachodnich lub pseudo-indyjskich ciuchach. I wszyscy wiedzą że pochodzi z innego świata, ze świata gdzie relacje damsko-męskie wyglądają zgoła inaczej. Takie wyzwolone są, te cudzoziemki.

Miła jestem tylko dla ludzi z mojej ulicy, sąsiadów których znam z widzenia. Kiedy wiem, że bycie miłą mi nie zaszkodzi i nikt tego nie będzie nad-interpretować.

A więc grubiaństwo i krzywa mina. Złe maniery? Nie! Po prostu samo-zachowawczość.

Otagowane , , , , ,

Indiopol: AAA Cudzoziemkę w celach towarzyskich poznam od zaraz (albo ciekawość)

Zabawa z noszeniem sari związana jest z istotną kwestią, o której napomykam od czasu do czasu. Kwestią cudzoziemskiej wizualności. 

Białasy budzą w Indiach ciekawość. Zrozumiałe – wyglądamy inaczej, zachowujemy się inaczej. Pochodzimy z innej rzeczywistości kulturowej. A w Indiach ludzie nie kryją się ze swoją ciekawością, by nie rzec wścibstwem; zadawanie dużej ilości nie do końca zręcznych pytań nie jest postrzegane jako bycie niegrzecznym. Ta bezpośredniość nie oznacza jednak otwartości. Jako obcokrajowcy wścibscy raczej być nie możemy, przecież goście! No i nie można nam ufać, zbyt niepojęte są nasze procesy myślowe, nie zrozumiemy, źle ocenimy. I nie wiadomo co z taką informacją zrobimy. Straszne!

IMG_20141006_012032

Nie mniej, mimo naszej ambiwalentności, cudzoziemcy nie narzekają na zainteresowanie ze strony Indusów. Zwłaszcza zaś cudzoziemki. 

Przez moje 1,5 roku mieszkania w Kalkucie aktywnie udzielałam się na portalu CouchSurfing. Gościłam wraz z R., lub bez niego, paręnastu cudzoziemców, podróżujących po Indiach. Couch requests miałam więcej niż mogłam przerobić. Nie dziwne – cudzoziemka z kanapą jest w Indiach rzadkością. A mi taki turysta może zadawać najgłupsze i najbardziej niestosowne pytania dotyczące indyjskiego społeczeństwa, życia codziennego w Indiach, przemocy, polityki etc. etc. Jesteśmy przecież pobratymcami – obcy w tym wielkim kraju. Mam już insight, a jednocześnie pamiętam jeszcze jak to jest niewiele wiedzieć. Byłam więc, by tak rzec, bardzo popularna.

Poza niezliczoną liczbą turystów z całego świata, pisali do mnie jednak również Indusi. Mężczyźni. Niektórzy udawali, że szukają hosta, inni po prostu z marszu zapraszali na ‚kawę’. Dziesiątki skasowanych wiadomości, i tyle samo requestów. Część z nich, zwłaszcza ci młodsi, kryli w swoim zainteresowaniu seksualne żądze, być może napędzane wizją nagich ciał białych kobiet z filmów pornograficznych. Ogólnodostępnych, do ściągnięcia na najprymitywniejszy telefon komórkowy, którzy może otwierać pliki video lub zdjęcia. Innym faktycznie może zależało po prostu na znajomości z cudzoziemką/cem. Czemu? No bo to przecież nobilitujące. Wspólna fota na Facebooka i liczba lików rośnie.

Również mój Facebook-owy profil pada ofiarą takich towarzyskich ofert. Jak? Mam sporo indyjskich znajomych, głównie z uniwersytetu. Ci znajomi mają znajomych, a oni kolejnych. Plotka, i tak w swoim folderze „Inne” raz na jakiś czas znajduję bardzo dziwne propozycje od chłopców chcących porozmawiać.

Wiadomości takie nie są wulgarne. Są pomieszaniem ciekawości i wstydu. Przeważa ciekawość. Onieśmielenie zostaje zepchnięte przez nagrodę, którą taka odwaga ma nadzieję przynieść.

Podobne zdanie na ten temat ma mój kolega A.

A. jest rodowitym Namibijczykiem i studiuje na drugim roku w moim Departamencie. Razem z innymi studentami z Afryki tworzą sympatyczną grupę, która wspiera się nawzajem w trudzie codziennej egzystencji w Indiach. Czarnoskórzy Afrykanie nie mają tutaj łatwego życia. Tak samo jak ciemnoskórzy Indusi. Koloryzm w Indiach jest powszechny, tak samo jak w Amerykach i na Bliskich Wschodzie. Jasna karnacja, biała skóra jest w cenie. Ciemna karnacja, czarna skóra nie jest. Afrykanie budzą więc powszechną konsternację. Kobiety są obrażane, także ze względu na odmienność ich ciał od ciał Indusek. Rzadko która z nich odważa się na noszenie jeansów i t-shirta. Wolą salwar kamiz, który ukrywa sensualność ich ciał, która budzi taką grozę wśród Indusów. Ciekawe, bo Induski są równie ponętne. Hmhm.

Znajomi polscy często się mnie pytają, czy mam w Indiach przyjaciół do których mogę się zwrócić o pomoc, jakby co. Mam! Mam O., moją włoską przyjaciółkę. Kilku innych znajomych cudzoziemców (jeden Szwed, druga Włoszka, trochę Polaków). Znajomych indyjskich kilku. Trzy dobre kumpele, i jeden kumpel. Czemu tylko jeden? Bo tylko jeden I., wiem na pewno, ma wobec mnie czysto koleżeńskie intencje. Ale się nie przejmuję – pamiętacie, wspominałam że indyjscy mężczyźni są pasywni? Otóż dotyczy to także podrywania, zwłaszcza cudzoziemek. Nigdy bezpośrednio nie będą się narzucać. No, przynajmniej ci porządni. Znają granicę. Jak będzie chciała to sama zainicjuje co trzeba. Przecież cudzoziemka, nie?

O. wie o tym bardzo dobrze. Śmieje się z tego sama czasem, ale też nie ukrywa, że z pełną premedytacją wykorzystuje swoich rozmaitych „fanów”, kolegów którzy – jeśli by im pozwoliła – chętnie nawiązaliby niezobowiązujący romans. Ale O., jak na Włoszkę przystało, beznamiętnie się z nimi przyjaźni, wykorzystując ich zainteresowanie kiedy potrzebuje coś przewieźć, naprawić, załatwić. A oni wszyscy są bardziej niż kontent, żeby pomóc. W zamian otrzymają od niej uśmiech, może wspólną kawę. Transakcja wymienna. Fair enough, pół żartem, pół serio.

Także tak, mamy duże wzięcie towarzyskie. Czasami przybiera ono bardzo miłe formy. Na przykład kiedy dobra koleżanka zabiera cię do swojego domu, ponieważ cała jej rodzina nie może się doczekać żeby poznać „tę cudzoziemkę”. Oczywiście jest trochę awkward, ale ogólnie jest miło. Wszyscy są sympatyczni, troskliwi, wpychają tony najlepszego jedzenia. Opiekują się tą sierotą, która z jakiegoś niepojętego powodu przyjechała do tych Indii na studia.

Otagowane , , , ,

Indiopol: Rozmowy o seksie (awkward!)

Popkultura zwierciadłem narodu, rzecz by można. Trochę na wyrost, a może w sam raz. W każdym razie, szczęśliwy ten, kto może wejrzeć w Indie przez ich telewizję. Znaleźć w niej można wszystko, dla każdego coś dobrego. Oferty abonamentowe przygotowywane są niezwykle zręcznie. Programy w każdym języku w tym kraju mówionym, produkcje indyjskie, jak i zagraniczne.

Dużo też o danym społeczeństwie dowiedzieć się można z tego, czego akurat w telewizji nie pokazują. Weźmy takie Indie. Poza cenzurą przemocy – zarówno tej z horrorów, gdzie delikwent odcina swojej ofierze po kolei (lub za jednym razem…) wszystkie członki – wycięciu (bądź zamazaniu!) podlegają rozbebeszone ciała/zwłoki na stołach operacyjnych oraz, rzecz jasna, wszelkie kwestie około-erotyczne. Zbyt namiętne pocałunki, nagości, większe lub mniejsze. Sceny seksu? Gdzież to! Bardzo zgrabnie temat ten opisuje nasza kochana Wikipedia.

Mieszkając przez te paręnaście miesięcy z R. oraz biorąc (razem z nim) udział w życiu towarzyskim Kalkuty, zebrałam pokaźną ilość obserwacji dotyczących relacji damsko-męskich indyjskiej klasy średnio-średniej oraz średniej-wyższej. Rozróżnienie to jest istotne o tyle, że zdolność imprezowa jednostki, by tak rzec, uzależniona jej zaplecza finansowego. To ile rodzina młodego człowieka zarabia wpływa na odebraną przez niego edukację oraz, w bardzo wielu przypadkach, odpowiada skali wystawienia go na wpływy kultury zachodniej. Poczynając od dzieciństwa – wybór jednej szkoły determinuje dostanie się dziecka do kolejnej. Szkoła bengalska, rodzina bardziej konserwatywna, mniej zamożna. Szkoły z angielskim językiem wykładowym są przecież o wiele bardziej kosztowne. Mniej angielskiego, gorsze wyniki w nauce, średni uniwersytet, średnie wyniki, normalna praca. Świetny angielski, świetna edukacja, najlepsze wyniki. Wyjazd za granicę.

Love

Tak, zgadzam się – indyjska (i nie tylko) migracja bywa bardziej konserwatywna, niż konserwatyści w samych Indiach. Nie mniej, ogólna zależność wydaje się prosta – więcej angielskiego, więcej „Zachodu”. A co za tym idzie, w przypadku młodych ludzi, przemiany obyczajowe. Jakie?

Najbardziej kontrowersyjną zmianą, której obecność jest uzależniona od środowiska domowego jednostki, jest akceptacja dla seksu przed-małżeńskiego. Nawet nie tyle przez jej/jego rodziców, co przez samą jednostkę właśnie.

Temat jest wyjątkowo grząski. I chyba dlatego tak świetnie nadaje się na imprezowe dywagacje.

Środowisko w którym obracałam się, podążając za R., opiera się na konstrukcji złożonej z jego szkolnych znajomych. Jak świetnie kiedyż zauważyła O., przerażające jest jak w Indiach ludzie – w dalszym ciągu – przez większość swojego życia obracają się w tym samym wąskim gronie swoich znajomych i krewnych. Oczywiście, pięknie, przyjaźnie na całe życie itd. Ale bardzo często nie jest to kwestia wyboru. Tak po prostu jest. Z resztą, to najczęstsza odpowiedź na większość pytań dotyczących Indii, którą dostawałam od R. Dlaczego? Ponieważ. Przyczyny wielu, wydawałoby się oczywistych kwestii, bardzo trudno znaleźć, a jeszcze trudniej wyjaśnić istniejący status quo.

Także, R. uczęszczał do Prestiżowego Zespołu Szkół Założonych Przez Pewnego Francuskiego Generała Filantropa. Szkoła elitarna, produkująca elity podobnie jak sąsiedni Prestiżowy Zespół Szkół Jezuickich. Większość jego znajomych to ludzie między dwudziestym, a trzydziestym rokiem życia. U progu kariery zawodowej, tuż przed lub po ślubie. Dwudziesto-kilkuletnie dzieci, które muszą właśnie szybko dorosnąć. W większości przypadków, przedłużone dzieciństwo pozbawione było trosk natury materialnej. Było za to pełne imprez. I na takie imprezy miałam właśnie okazję zajrzeć.

Rozkręcają się powoli, na początku na ogół jest zaskakująco drętwo, jako że to dopiero alkohol skłania ludzi do wyrażania bardziej interesujących poglądów. Kiedy towarzystwo jest już w odpowiedniej formie (rozluźnione, ale nie za bardzo podchmielone), bardzo ciekawym doświadczeniem jest sprowadzić rozmowę na tematy nieco kontrowersyjne.

Jedną z takich kwestii jest oczywiście seks.

Po kilku chwilach niezręcznej ciszy co odważniejsze jednostki zaczynają wyrażać swoje zdanie.

„Well, yes. I mean, nowadays more and more people have pre-marital sex, but it’s very complicated issue. Like, for example, for girls, they have to be very careful. To do not destroy their reputation. But there are very nice girls who have sex with their boyfriends, even live with them before marriage, it all depends on the family they are from”.

„I agree. More liberal families are okay with that, but most of them are not liberal, so teenagers have to snick out to have sex to their friends parties, or when parents are out.”

Dobra, tego się można domyślić. A co powiecie o życiu seksualnym? Dyskurs o obowiązkowości rodzicielstwa jest wszechobecny.

„It is, of course. After all that’s why we traditionally get married. To produce children. It’s less about love, you know. Like this arranged marriages, they are all about that. To be comfortable in life and have children. Passion? It can be there. It grows, sometimes more, sometimes less. It’s very different than in the West. For you marriage has to be about love and good sex, that’s why you have so many divorces. But ok, not always, I presume. Even here you would have more divorces, but people are lazy, I guess. Lazy, manne, they prefer to have an affair then complicate their life and reputation by divorcing. It’s easier.”

„For me the worst thing about most of the Indian boys is the fact that they are very demanding. You know, in the West everyone knows India as the country of Kamasutra. The art of love, the art of getting pleasure. And it is exactly what it is. If you think like that – patriarchal society, women at home raising children. And you think then that women will be passive in the bed. Like, you know, not moving or something. Not enjoying it. Well, the truth is, I think, that actually the men are those who are passive. But in the same time they are dominant. How come? It’s very simple. They just lie on this bed and tell you what they want. Ok, not like directly. But they are very demanding. And the women is the one doing all the effort. Moving etc. So she is active, but passive in the same time. Because it’s not really about her pleasure and what she wants. It’s about what he wants. Without his pleasure there are no children.”

Picture1

Zaraz, czyli że kobiety są traktowane instrumentalnie?

„Well, yes. Look at the female fetus abortion problem. And the Personal Laws of different religions in India. In muslim or hindu law man can divorce his wife without any consequences if she cannot give him children. She is left with nothing.”

Niezbyt wesoło.

„Indeed. It is quite sad. Most women never had orgasm from having sex in their entire life. They even do not know what it is. You see, we don’t talk about sex. Like never. Not at school, not at home. With friends, yes. But not really seriously, even then. So we basically do not share this stuff. Why? Well, we do not know how to talk about that, most of the time. We can talk about money, our earnings, sickness, etc. But sex? It’s a problem. Children learn from those few movies, and more and more often from the Internet. And men start to watch porns. And this is when it gets very nasty. All this violence and so on. Well, it’s one of the reasons, obviously. Not only in India. Everywhere. The bad kind of porn. But here it’s even worst. The prudery in everyday life is contrasted with the images of naked women and man having sex. It’s highly disturbing and gives people bad image about sex and love.”

„I agree, and also you have the movies, all this Bollywood romantic comedies. People are becoming very confused. And ashamed, if they don’t have in live such a lovely love affair to be proud of. And the sad thing is that the pressure is such that some arranged couples even make up their love stories. Just for that. Because now everyone asks „How did you meet?”. And what will you tell? „Ow, on dating website for Indians”. It doesn’t sound good.”

„The funny thing is that most Indian girls would like to have sex before marriage, but they are too shy. So what they do is that they take nude pictures and send them to their „boyfriends”. But they will never do anything else. They will keep doing it till marriage. No, it’s not a strategy, not really. So actually some do have sex, but still it is a small percentage. Ok, in some cases it’s easier for the couple to do it after the official engagement ceremony. It traditionally is just before the marriage itself, but in more westernized families it happens one year or two before marriage so they actually date „legally” much earlier. But yes, in those cases they usually had sex before anyway”.

Rozmowy o seksie mają miejsce wieczorową porą. Nocą właściwie. Przy szklance rumu lub whiskey. W papierosowym dymie. Na czyjejś domówce na dachu, gdzie jedynym źródłem światła są uliczne latarnie. Albo w czyimś domu, pod nieobecność rodziców, kiedy muzyka gra tak głośno, że ostatnie ślady zakłopotania uciekają gdzie pieprz rośnie.

Rozmowy o seksie są zawsze przepełnione smutkiem. Bo przecież rozmówcy zwracają się do mnie – do postępowej zachodniej feministki, kobiety wyzwolonej, w ich mniemaniu, ze społecznych konwenansów. A tutaj, w Indiach, cały sex life jest taki uwikłany, taki nie-zachodni. Aż wstyd.

Internet pełen treści. Telewizja zaś cenzuruje nawet bajki dla dzieci z elementów plażowej nagości (w ostatnim Disneyowskim Frozen wycięli nawet małą scenkę z rodziną korzystającą z sauny). Półnagie modelki w reklamach zachodnich marek, a z drugiej strony od dziewcząt wymaga się by nosiły zasłaniające dekolt i pośladki tuniki (kurta). Młodzi dorastają w rzeczywistości, która rozciąga się od skrajności w skrajność. Globalizacja, tak, oczywiście. Na razie jednak po prostu confusion.

“Sex life in India? There is no sex in our lives. There is love, hugging and handling hands in Bollywood movies. And there is reproduction, politically important. And sometimes not even that. You know, because children grow on mango trees. Ok, I’m joking. But really, this taboo is a big problem.” Co dalej? Zobaczymy.

Otagowane , , , , ,

Indiopol: Darjeeling bez ograniczeń (albo nie-Indie)

In the (un)limited Darjeeling, stars were shining coldly in a cloudless sky. It was Tuesday evening and the jeep just dropped us in the city center. Skierowaliśmy swoje kroki do Glanery’s, starej kawiarnio-piekarni, pamiętającej czasy świetności British Raj. Mają Internet i plan był taki, aby ulokować tamże Tatę, a samej udać się na poszukiwanie hotelu. Ale najpierw kawa. Dobra, po prostu czarna, z ekspresu. Tak dawno nie pita.

IMG_20150118_231904

Darjeeling jest ze wszech miar miastem turystycznym. Zarówno Indusom, jak i zaprawionym zagranicznym turystom, oferuje swoją bogatą herbaciano-górsko-buddyjską ofertę. Wśród backpackersów jest po prostu cool. I chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Co widzą w nim Indusi? Oto dobre pytanie.

Dawno, dawno temu, w pięknych czasach przed Brytyjczykami, miasto to było po prostu częścią Królestwa Sikkimu, maleńkiego, niewiele znaczącego państewka, wciśniętego pomiędzy British Raj, Nepal i Indie. Młode państwo (utworzone na mocy interesującej unii z 1757 roku), utraciło ten teren już po kilkudziesięciu latach – na rzecz ludu Gorkha, składającego się z różnych plemion nepalskich. W wojnie angielsko-gorkhowskiej, Brytyjczycy odbili jednak Darjeeling, ofiarowując go z powrotem współpracującemu z nimi królowi Sikkimu, a sobie zostawiając jedynie darjeelińskie wzgórze. Kompania Wschodnioindyjska, która objęła władzę nad miastem, stworzyła tutaj sanatorium oraz bazę wojskową (przydatną, jak mniemam, ze względu na bliskość Chin). Z czasem, zaczęli także uprawiać herbatę.

A więc Darjeeling, ze względu na swoje strategiczne położenie oraz piękną naturę i przyjemny klimat, stał się istotną brytyjską kolonią. Co roku, piękną granatową ciuchcią pół Kalkuty opuszczało swoje imponujące miejskie kamienice i wille, przenosząc się na sezon letni do swoich równie imponujących, drewnianych górskich posiadłości.

Dziś także Darjeeling do Sikkimu nie należy. Administracyjnie – Bengal Zachodni. Etnicznie – głównie Gorkhowie, inne plemiona górskie (np. sikkimscy Lepcha czy Tybetańczycy), przypałętały się także różnorakie twory migracyjne. Poza pewną liczbą naszych ukochanych Bengalczyków, w mieście mieszka np. całkiem sporo muzułmańskich Kaszmirczyków. Stanowią ciekawą grupę – wielu z nich przywędrowało tutaj już w XIX wieku; znani ze swojego talentu do handlu zajmowali się m.in. szmuglowaniem oraz sprzedażą różnego rodzaju artefaktów i osobliwości z Ladakhu (w tym żywych i martwych „okazów zoologicznych”) za niezłą gotówkę od wszystko-kolekcjonujących Brytyjczyków.

Zastanawiasz się może, Drogi Czytelniku, czemuż to miasto Darjeeling zostało wcielone do Bengalu Zachodniego, zamiast do Sikkimu, kiedy Indie uzyskały niepodległość po drugiej wojnie światowej…? Otóż wyróżnić możemy dwie przyczyny takiego stanu rzeczy.

Po pierwsze, Darjeeling symbolizuje dwa bardzo istotne elementy tego co uważa się za heritage of the Great Indian Nation (czymkolwiek ta nacja miała by nie być).

IMG_20150118_233308

Powód do dumy nr jeden. Ma tu swoją siedzibę, od połowy XIX wieku, założony (oczywiście) przez Britisherów, Himalayan Mountineering Institute. To stąd wyruszały pierwsze wyprawy na Mount Everest, który wszakże należy do Indii. I tak w każdy weekend nawiedzają Darjeeling kolejne pokolenia Indusów, głównie Bengalczyków oraz Biharczyków (bo mają blisko), chcących obejrzeć buty, czapki oraz liny śmiałków, którym udało się wspiąć na tę górę (dokonała tego po raz pierwszy wyprawa, nomen omen, brytyjska w 1953 roku), ulokowane w instytutowym muzeum. Są dumni z tego klejnotu w koronie, jednego z symboli wokół których przez ostatnie kilkadziesiąt lat rząd indyjski próbuje u każdego Indusa wzbudzić poczucie tożsamości narodowej (nie mylić z silnymi tożsamościami lokalnymi; a z jakim skutkiem to inna kwestia). Wielkie Indie, spadkobiercy wspaniałych cywilizacji, stary naród. I mają największą górę na świecie. Hurra!

Drugim powodem do dumy jest oczywiście herbata. Nie ważne, że została tutaj sprowadzona (znów) przez Brytyjczyków, nie ma znaczenia, że do jej uprawy zatrudnili wpierw chińskich specjalistów. Ważne, że uczynili Indie jej słynnym producentem, i że można na tym zarobić. A herbata jest, trzeba przyznać, wyśmienita. Mimo że kolonialnie naznaczona, tak samo z resztą jak cukier. Taka ciekawostka: trzcinę cukrową sprowadzili do Indii po raz pierwszy także kochani kolonizatorzy. Tęsknili za cukrem, bo wcześniej Indusi do słodzenia używali przede wszystkim ghur, syropu palmowego. Pyszny, ale raczej trudno go ładnie zcukrzyć. Do rozkręcenia pierwszych upraw Brytyjczycy sprowadzili (oczywiście) ekspertów z Chin. I dlatego w hindi oraz bengali cukier zowie się chini (dostrzegacie tę subtelną koneksję?). Także, zarówno i herbata, jak i cukier trzcinowy, zostały wprowadzone do kultury indyjskiej przez Brytyjczyków. A dziś kto może wyobrazić sobie dzień w Kalkucie bez zatrzymania się na czareczkę ulicznej herbaty – czarnej i słodkiej, na mleku? W dalszym ciągu piję sie ją jednak w takie właśnie formie deserowej. Do jedzenia zawsze po prostu woda. Albo zimna, albo gorąca. Zależy od pogody. Kto by pomyślał, co?

Ale tak, nic w Indiach nie jest takie jakim się wydaje.

Doświadczyć tego uczucia można zwłaszcza oglądając popularne kino indyjskie. Jak wszyscy dobrze wiemy, jest radosne, kolorowe i pełne emocji. Aktorzy tańczą, śpiewają, kochają się, a potem żyją długo i szczęśliwie. Ich życie jest idylliczne. Z kolei codzienność w Indiach jest smutna, zakurzona, monotonna. Każdy dzień taki sam dla większości narodu indyjskiego (nawet dla tych produkujących filmy w Bollywood). Praca-dom-praca. Zarabianie pieniędzy, rozmnażanie się. A w wolnym czasie wydawanie pieniędzy, konsumowanie czego się da, a potem zwiedzanie dum narodu indyjskiego.

Po drugie, w związku z powyższym, Darjeeling zawsze był nieodłącznym elementem tego co nazwalibyśmy wyobrażeniem o kolonialnych Indiach. Jakże więc mógłby być oddzielny od Zachodniego Bengalu, i Kalkuty – stolicy British Raj do 1911 roku? I wszystkie te jego dochody z turystyki to miałyby iść w zupełności do kieszeni lokalnego rządu, gdyby region stał się jeszcze oddzielnym stanem, tak jak wielu chce – the Gorkhaland? Nigdy w życiu! Także dlatego – symbolicznie i politycznie – Darjeeling musi być częścią tych indyjskich Indii, a nie tego mistycznego, i zupełnie nie-indyjskiego North-East, do którego wrotami jest właśnie Sikkim. I mógłby też być Gorkhaland, gdyby istniał.

IMG_20150118_233032

Takie miejsca jak Darjeeling, które stoją na granicy tych „indyjskich” Indii (hałaśliwych, chaotycznych i brudnych) z tymi „nie-indyjskimi” Indiami (cichymi, uporządkowanymi i o wiele czystszymi), mimo mijających lat nie dały się w tę indyjskość zupełnie wciągnąć.

Są pomiędzy; Darjeeling jest taką obietnicą, zapowiedzią tego co jest w Sikkimie. Komunikuje: „Hej turysto, tutaj za miedzą, w sąsiedniej dolinie, jest zupełnie inny świat. Mają w nim wiklinowe kosze na śmieci (naprawdę!), gustujących w ciszy mieszkańców oraz przepyszne, nie prze-przyprawione jedzenie”. Oczywiście w Sikkimie, podobnie jak np. w Mongolii, jest problem z alkoholizmem. Ale i tak, ludzie są mniej opresyjni, lepiej wykształceni (tutaj akurat zawdzięczać to trzeba szkołom misyjnym, z wykładowym angielskim). Taki, mniej więcej, jest cały North East oraz częściowo Kashmir, plus niektóre miejsca na południu kraju, w tym inne restricted areas (np. Andamany).

Tak, tak, Drogi Czytelniku. Wydaje Ci się doskonale. Po wydarzeniach ostatnich tygodni (rozstanie, perspektywa przeprowadzki, etc., itd.), Indie trochę zalazły mi za skórę. Cudowny ponad dwutygodniowy retreat w Sikkimie bez wątpienia dodał energii. Ale trzeba wrócić, zajęcia w kochanym uniwersytecie oraz praca (to akurat fajne). Jeszcze tylko 1,5 roku, ale na szczęście teraz mogę postrzegać Indie po prostu jako fieldwork. Idealne miejsce do badań nad rozwojem rolnictwa. Ni mniej, ni więcej. (Wyczekiwana) zmiana planów na przyszłość i nie muszę już nigdy próbować wyobrazić sobie siebie mieszkającej tutaj na stałe. Indie naprawdę można kochać, znając ich wszystkie wady i zalety. Ale – w moim przypadku – tylko jeśli na horyzoncie jest nieodległa wizja ich opuszczenia. Nie wiem czy kolejne cztery miesiące (stycznia już nie liczę) zaliczają się do tej kategorii, ale tak czy siak – czerwiec i część lipca w Polsce. A potem znów w grudniu, a dalej już magister i koniec przygody.

Filiżanka z kawą w ręce. Czarna jak noc za oknem. Siorb, siorb, pycha! Widok z kawiarni na Kanczendzongę zapiera dech w piersiach. Wokół trochę cudzoziemców, trochę Indusów. Nagle… czyżbym słyszała polski? Tak! Dwóch Polaków siedzi nieopodal, także piją kawę. Dosiadam się. Jak się okazuje Dwaj Królewicze to podróżująca para buddystów. Polecają hotel, w którym sami się zatrzymali. Idę z nimi zobaczyć miejsce. Zaraz, zaraz. Z opisu wygląda znajomo. Tak, nie wierzę. To ten sam hotel w którym dokładnie rok temu zatrzymałam się z A., R. oraz jego znajomym. Dobra, przynajmniej wiem, że czysto, tanio i że Internet faktycznie działa. Pytam o wolne pokoje. Jedyny wolny, przyzwoity i w cenie to ten sam gdzie z kolegą spał R. Że zacytuję klasyka: „Przypadek? Nie sądzę”.

Pokój był dość wygodny, choć jednak trochę zimno o tej porze roku.

Otagowane , , ,