Tag Archives: Drugie Szycie

Ciuchy od podszewki! 24.04 Fashion Revolution Day. Rozmowa z Kingą Kulon (Drugie Szycie) #insideout

Nieczęsto obchodzę święta, dochodząc do wniosku, że nie czuję z nimi osobistego związku. Dzisiaj jednak jest dzień, który będę celebrować niniejszym wpisem. To Fashion Revolution Day upamiętniający zeszłoroczną tragedię w fabryce Rana Plaza w stolicy Bangladeszu – Dhace, podczas której zginęło ponad 1000 osób szyjących ubrania trafiające do sieci sklepów marek odzieżowych, takich jak Mango, Primark, czy House. Potrzebna była tragedia, by spojrzeć za kulisy przemysłu odzieżowego i obudzić uśpionych konsumentów, z których niektórzy przeobrazili się w tych bojkotujących, świadomych, kwestionujących obecne status quo zadając pytanie: czy zmiana jest możliwa?

Pomysłodawcy Fashion Revolution Day nie tylko udzielają na to pytanie twierdzącej odpowiedzi. Czynnie partycypują w poszerzaniu społecznej świadomości dotyczącej tego w jaki sposób powstają noszone przez nas ubrania: kto je szyje, w jakich warunkach, jak ta ogromna gałąź przemysłu wpływa na środowisko naturalne? Dzisiaj pytamy producentów naszej odzieży: kto uszył mój ciuch? Nie lubię zdawkowych i wymijających odpowiedzi, dlatego z przeglądu odzieży, obuwia i dodatków, które ostatnimi czasy mogę zaliczyć do ulubionych wybrałam brązową nerkę wykonaną ze sztucznej skóry. Ta, dzięki Kindze Kulon prowadzącej pracownię Drugie Szycie, przeszła metamorfozę: przestała być rzuconą w kąt torbą, by stać się towarzyszką wieczornych wypadów na miasto i rowerowych przejażdżek. Poznajcie Drugie Szycie od podszewki!

 insideout_1

Przeglądam mój ulubiony zestaw: o New Balance’ach nie porozmawiałabym z Wietnamczykami, którzy je wykonali. Do Łodzi, by spotkać się ze szwaczką która uszyła moją sukienkę, ostatnio było mi nie po drodze. Na metce ulubionej narzutki widnieje niestety tylko informacja „fabrica in Italy”. A zatem nerka i Drugie Szycie! Fot. Drugie Szycie. Grafika: Fashion Revolution Day.

 

***

Antropoludens: Przyszłam dzisiaj do Twojej pracowni we Włochach, by dowiedzieć się więcej o osobie, która wykonała moją nerkę. Byłaś już w „Pytaniu na śniadanie”, Trójkowym „Zapraszamy do Trójki”, pisano o Tobie w iWoman, Gazecie Stołecznej. Wiem już, że ukończyłaś Wydział Rzeźby na warszawskiej ASP, samo szycie było obecne w Twoim życiu od dawna, a pierwszą maszynę do szycia dostałaś na osiemnaste urodziny od swojej babci. Starasz się też wcielać w to, co robisz ideę recyclingu zaopatrując się głównie w lumpeksach, przez co manifestujesz rodzaj anty-masowości i sprzeciw wobec konsumpcjonizmowi. Jednocześnie, w większości dotychczasowych artykułów o Drugim Szyciu przewija się wątek:  „wraca moda na szycie”. Nie ujmuje Ci to w pewien sposób? Bo „moda” zakłada, że coś jest jednak tymczasowe, choć cykliczne.

Kinga Kulon, Drugie Szycie: Czy mi to ujmuje? Nie wiem. Oczywiście, można mnie wrzucić w jakiś worek i stwierdzić, że wypłynęłam na fali mody na recycling i handmade, ale ja mam poczucie, że wyprzedziłam tę modę i jestem na dalszym etapie – prowadzę działalność od 1,5 roku. Ja na fali tej mody nie zaczynam. Nie czuję się jej dzieckiem. Mam satysfakcję, że robię to od dawien dawna. A czy sobie myślę, że ta moda przeminie i co ja wtedy zrobię? Chyba póki co się nad tym nie zastanawiałam. To co mi przeszkadza, to kwestia podejścia mediów: oni często mają swoją tezę, a ja mam ją tylko potwierdzić. Jest moda na szycie, więc zaprosimy do programu dziewczyny, które się tym zajmują, niekoniecznie interesując się tym co i dlaczego ja tak naprawdę robię: skąd się to u mnie wzięło.

Spokojnie, po to tu jestem i wszystko z Ciebie wyciągnę [śmiech]. Wracając do dziennikarskiego podejścia, niepokoi mnie często, że właśnie to co się dzieje w przypadku handmade’u, recyclingu jest traktowane właśnie jako tymczasowa moda. Brakuje mi tego, by przyjrzeć się temu bardziej jako symptomowi głębszej zmiany społecznej.

Ja mam nadzieję, że to jest to!

Podejrzewam, że każdy z nas, kto funkcjonuje w tych „okolicach” ma taką nadzieję. Niemniej media pokazują nowe zjawiska w świecie produkcji odzieży właśnie jako modę, nie poddając refleksji tego z jakich materiałów korzystamy, dlaczego wyrzucamy tak często kupowane ciuchy, dlaczego kupujemy w szmateksach: to stamtąd pochodzą rzeczy, z których korzystasz w pracowni. 

Większość tak. Albo z recyclingu, czyli po prostu z używanych rzeczy, albo z odpadów produkcyjnych, na przykład z materiałów obiciowych, tapicerskich, zasłon czy innych większych rzeczy. Wiadomo, że jeśli ktoś obija kanapę, to co mu zostaje to jest „resztka”, a dla mnie to są 3 nerki.

 

skórytrio

Nerki dla wegan! – podpowiadam. Kinga dostała od lokalnej firmy tapicerskiej karton ze ścinkami kolorowych sztucznych skór we wszystkich kolorach tęczy.

 

Dlaczego nie kupujesz nowych materiałów? To chłodna kalkulacja?

Tak naprawdę, jak zaczynam kalkulować, ponieważ szyję nieduże formy: torebki, nerki, to często opłacałoby mi się kupować nowe tkaniny, dlatego, że z metra kupionej w hurcie tkaniny wyjdzie mi więcej nerek. Często mi się nie opłaca w wymiarze finansowym to, co robię. Ale u mnie ta decyzja, by zaopatrywać się w szmateksach wynika z różnych względów. Najpierw, zanim było Drugie Szycie, szyłam dla siebie i trochę dla rodziny, przyjaciół: tak nieśmiało, głównie przerabiałam. Wiadomo, zaczynało się od tego: skrócić spodnie, zwęzić bluzkę ale potem to szło dalej. Ze spódnicy szyłam torbę. Pewnie też dlatego, że nie miałam śmiałości używania nowych materiałów. Wydawało mi się, i to we mnie wciąż siedzi, że ten nowy materiał jest świeżutki, nowy i szkoda go zniszczyć. A jeśli ja szyję ze starej spódnicy, to mogę sobie poszaleć, poeksperymentować. Sytuacje, gdy kupiłam materiał z metra mogę policzyć na palcach jednej ręki. To taki mój psychologiczny background: szacunek dla materiału i wykorzystanie zasobów na maxa.

Wyniesione ze studiów?

Faktycznie, studia rzeźbiarskie uczą szacunku do materiału i to mi gdzieś zostało. Studiowałam na Wydziale Rzeźby i też często korzystałam tam  z takich materiałów „drugiej kategorii”, które dawały mi  luz, że mogę popróbować, poeksperymentować. Rzadko kupowałam sobie super akcesoria do rysowania, pióro firmy „X” o jakiejś konkretnej grubości. Najchętniej posługiwałam się jakimś najgorszym kawałkiem węgla, starą kartką. Uważam, że materiały z drugiego obiegu są bardzo inspirujące. Swego czasu prowadziłam warsztaty z recyclingu dla dzieci i budowaliśmy coś z kartonu, zbierałam na przykład rolki z papieru papierowego, różne opakowania, bo byłam pewna, że coś uda się z tego zrobić! To, co robię jest dwutorowe: z jednej strony faktycznie bardziej mnie inspirują takie materiały niż te nowe, kupione w sklepie. Z drugiej, to ma wymiar ekologiczny: po co tyle produkować? Weźmy taką zabawkę, którą dziecko samo zbudowało z wytłaczanek po jajkach. Kupiona zabawka ma trzy funkcje i tylko trzy, innych mieć nie będzie. Wytłaczanka do jajek może mieć ich nawet tysiąc i to od nas zależy jaką funkcję jej nadamy. To bardzo rozwija kreatywność. Wracając do tkanin, te second-hand’owe mnie jakoś „niosą”.

Masz na myśli to, że one mają już jakąś historię? Mają jakąś tożsamość, którą próbujesz odgadnąć?

Myślę, że one już są „jakieś”. Nie mam tak, że sobie wyobrażam „ojej, co ta osoba robiła w tej bluzie?”. Te ciuchy „niosą” mnie w tym sensie, że to już jest gotowy materiał, bo na przykład ma kieszenie. Tutaj mam na przykład spódnicę, która powstała z bluzy. Zachowałam ściągacz, są kieszonki, które były w bluzie. Teraz one się odpinają „pod prąd”. O tyle mnie te rzeczy „niosą”, że już coś mają – coś, co mnie inspiruje. Biorę taką bluzę, oglądam z każdej strony i zastanawiam się… czym innym mogłaby być, jeśli nie bluzą.

Materiały ze szmateksu są wyzwaniem?

Niekoniecznie. Dla mnie wyzwaniem jest uszycie czegoś z nowego materiału, z wykroju. Gdy odwiedzam szmateks to bardzo wnikliwie oglądam i szukam ciekawych tkanin, zwracam uwagę na zapięcia, przeszycia, coś charakterystycznego. O, ta torba! Moja ulubiona. Nie wiem czy doszukałaś się filmiku o tej torbie gdzieś na moim fanpejdżu? [kiwam przecząco głową] Nie, to Ci pokażę.

 

Film CO Z TEGO? koprodukcji Drugie Szycie & Pracownia Filmów Animowanych Circo Barbaro.

To jest torba, która powstała z kurtki „Nevica”. Ja jestem takim grzebaczem i doszukałam się, że jest to brytyjska firma, która szyje sportową odzież. Tu był kaptur, tu kołnierz, a jest kieszeń na przykład na pompkę rowerową. Podszewka, kieszenie, zapięcia są oryginalne, tylko są totalnie poprzestawiane. I tutaj wracamy do tego dlaczego wolę szyć ze „szmat”. Znajduję rzeczy, które rozkładam na elementy i z tych elementów na nowo składam coś swojego. To jest mój sposób projektowania. Ja bardzo rzadko rysuję, właściwie nie jest tak, że biorę białą kartkę i sobie coś szkicuję i szukam tkanin na zrealizowanie tego projektu. Tak nie umiem.

Czyli na „Burdzie” się nie uczyłaś?

Nie! Chyba nigdy nie kupiłam Burdy [śmiech]. Mam kilka „Burd”, od kogoś dostałam, ale jakoś mnie męczy korzystanie z wykrojów. Chętnie szyję rzeczy typu torby, nerki, pokrowce, bo mogę bardziej poszaleć, jeśli chodzi o formę. To nie musi „leżeć” na figurze danego człowieka. Ja się nie uczyłam nigdy krawiectwa, uczyła mnie babcia. Trochę podpatrywałam też jedną moją sąsiadkę, która jest dla mnie ważną postacią w tym zakresie.

W wywiadach, artykułach z Twoim udziałem pojawia się informacja, że istotnym aspektem Twojej działalności jest też sprzeciw wobec praktyk wielkich korporacji… 

Jak najbardziej. I myślę, że ta moja osobista metoda szycia i szersze zjawiska krytyki systemu są ze sobą zgodne. Poza tym coraz bardziej zwracam uwagę na kwestie ekologiczne w życiu w ogóle. Nauczyłam się robić płyn do mycia naczyń ze skórek po cytrusach, mam przy domu kompostownik.

Ja też!

Bardzo dobrze! Segreguję śmieci do bólu. Moja mama w tym uczestniczy, tata trochę mniej. Ja już nie mogę nie segregować.

Wracając do ubrań: zdarza Ci się w kupować nowe? 

Bardzo rzadko. Jak już to kupuję oczywiście bieliznę, buty – choć nie zawsze, mam szmateksowe. Zdarza mi się kupić nowe ubrania sportowe, chociaż mam też szmateksową kurtkę, soft shell. No ale jeśli bym miała kupić jakąś sportową kurtkę czy buty, spodnie narciarskie, to pewnie kupiłabym nowe, bo trudno to znaleźć. Poza tym wszystko mam ze szmateksów, albo – w ostatnich czasach – z wymian ciuchowych, w których namiętnie uczestniczę i które są dla mnie źródłem towaru. Na to wpływa też fakt, że co i rusz słychać wiadomości o wyzyskiwaniu ludzi…

Naprawdę? Co i rusz?

No nie wiem czy co i rusz. Może ja się obracam w takim środowisku, że „co i rusz”, ktoś wrzuca link na wallu na Facebooku. W taki sposób do mnie to dociera. Tak dowiedziałam się o zeszłorocznej tragedii w Bangladeszu. Czytałam też reportaż o Kambodży, gdzie pokazano, że te dziewczyny mieszkają w jakichś mikro pokoikach, pracują od rana do nocy, świątek piątek czy niedziela. Czasami ktoś udostępnia takie tabelki: ile na danym ubraniu zarabia pracownik, ile marka, ile sklep. I tak naprawdę ci, którzy faktycznie wykonują te ubrania, mają z tego mniej niż 1% rynkowej wartości ubrania. Mam nadzieję, że praca rąk ludzkich zacznie być coraz bardziej doceniana. Fakt, że masz produkt, o którym wiesz gdzie powstał, kto go zrobił jest wielką wartością. Już obserwujemy zwrot ku lokalności, który objawia się tym, że chętnie kupujemy ubrania od krajowych producentów, nie tylko marek, ale i producentów.

Tylko czy to rozwiązuje problem ludzi w Chinach, Bangladeszu? Wiesz, to jest pytanie, które sama sobie zadaję, bo też staram się być świadomą i etyczną konsumentką. Ale często dochodzę do wniosku, że ci ludzie dalej szyją w tych fabrykach, dla nich niewiele się zmienia, bo wciąż jest popyt na te ciuchy.

No oczywiście ja jedna, która nie kupię nowych, szytych w Chinach rzeczy, nie sprawię, że te fabryki się zamkną czy pracownikom się poprawią warunki. Ja jedna nie. Ale jeśli więcej się będzie o tym mówić i ta wiedza dotrze do świadomości społecznej, to jest większa szansa, że to wpłynie na sposób produkcji. Wizerunek tych firm, które szyją w Chinach czy Bangladeszu zostanie nadszarpnięty, już jest. To leży w ich interesie, mając na celu utrzymanie dobrego wizerunku i zysków, by polepszać warunki pracy. Bojkot konsumencki może być tutaj silną bronią.

Chodzisz na protesty?

Nie, na protesty nie chodzę, ale jeśli są jakieś petycje to je chętnie podpisuję. Widzę to raczej tak: ja sobie u siebie na moim poletku robię ubrania na mój sposób. Ja nie pójdę protestować, pikietować, palić ciuchy, bo uważam, że moją działką jest tworzenie alternatywy. Takiej konkretnej, czyli nie działam przez negowanie „tych złych”, tylko działam poprzez proponowanie czegoś innego.

Tu poruszasz bardzo ważny problem. Bo jedna kwestia to krytyka tego, co jest obecnie, ale coś wciąż musimy na siebie włożyć, tylko „co”? Więc robisz po prostu dobrą robotę, jak powiedziałaś – stwarzasz alternatywę. 

Dokładnie. Dodam jeszcze, o czym się często nie mówi, że to szycie recyclingowe, trochę się u mnie wzięło tak naprawdę z biedy. W tym sensie, że jak zaczynałam szycie, to właśnie nie miałam śmiałości kupować nowych materiałów, a wiadomo, że szmata szmateksowa czy moja własna po prostu nic mnie nie kosztuje. W międzyczasie zaczęłam pozyskiwać większą świadomość na temat tego jak ogromna jest nadprodukcja dóbr i jaki to ma wpływ na środowisko.

 

Trailer dokumentu The Light Bulb Conspiracy.

 

Produkuje się tyle plastikowego szajsu, który za chwilę ląduje na śmietniku i jest specjalnie zaprojektowany i zrobiony tak, że ma się zepsuć w określonym czasie. Kurczę, nie chcę tak! Ja z tego, co ktoś uzna za zepsute, zbędne, jeszcze spróbuję coś wyłuszczyć, użyć ponownie. Może nie biorę rzeczy ze śmietnika, chociaż czasem mi się zdarza [śmiech]. To znaczy w Polsce nie jest łatwo brać ubrania ze śmietnika, bo to jest często wywalone razem z innymi śmieciami. Ludzie dużo chyba oddają na PCK, czy coś takiego. Rzadko się zdarza, żeby coś upolować.

Mam podobną obserwację po Erasmusie W Kopenhadze. Rzeczy, w tym ubrania, które ktoś postanawia wyrzucić – owszem – lądują na śmietniku, ale często do oddzielnego pomieszczenia, wydzielonej specjalnie przestrzeni, bo sąsiadom mogą się przecież przydać.

Ja też byłam na Erasmusie, we Włoszech. I tam też jest tak jak mówisz, chociaż na południu to wcale nie jest bogate społeczeństwo. W Niemczech to też tak działa: ludzie wystawiają rzeczy złożone w kartonie, czasem wyprasowane, zdarzało mi się i takie znaleźć. I po prostu nie czujesz się wtedy jak bezdomny, który gdzieś tam grzebie w brudzie. Każdy może sobie grzecznie, w czystości przejrzeć i wziąć co chce. A u nas? Teraz zaczynają się garażówki, wymiany ciuchowe.

Z jednej strony mamy te garażówki, wymiany, upcycling, recycling, a z drugiej – wypływ nowych polskich marek, które uwielbiają podkreślać to, że w Polsce są projektowane, szyte. 

Ah tak, „szara dresówka”. Nawet ostatnio się wystawiałam na jakichś targach w Blue City gdzie obserwowałam ubrania od młodych polskich projektantów, które wszystkie wyglądają jak różne kolekcje jednego i tego samego projektanta. Po prostu są z szarego dresu, ewentualnie szyte kolorową nitką. Oj! No, to jest właśnie moda! Ale muszę przyznać, że jak się zaczęła moda na te dresy to ja w sumie się ucieszyłam, bo ja lubię się nosić swobodnie. Fajne było to, że dres przestał być taki pidżamowy, domowy, i można w nim też wyjść publicznie i się pokazać. Natomiast „szara dresówka” stała się już zbyt powszechna i to się po prostu szybko znudzi. Jak każda moda – w pewnym momencie się przejada. A sami młodzi polscy projektanci? Ja się cieszę, że są i że jest ich coraz więcej i że podkreślają to, że ich ubrania są wykonane w Polsce. Ale trzeba by już się każdej jednej osoby dopytać, gdzieś tam pogrzebać w historii czy metodach produkcji, bo mam podejrzenie, że ta „dresówka” niekoniecznie musi być produkowana w naszej Łodzi.

To jest coś, co i mnie niepokoi. Z jednej strony żyjemy od kilku lat w takim rodzącym się powoli gospodarczym patriotyzmie, nagle to co polskie, lokalne jest pożądane. Tylko, że za tym często nie stoi w zasadzie zmiana w systemie produkcji gdy mowa o dużych graczach, bo bardziej opłaca się wciąż wysłać rzeczy do uszycia gdzieś dalej, a nie produkować to, w naszej „mitycznej Łodzi”.  

Ciężko mi się wypowiadać za wszystkich polskich projektantów, ale ci, co mniej więcej ich mamy na myśli, mówiąc „szara dresówka”, to oni w większości szyją w Polsce, bo to są za małe nakłady, by szyć zagranicą. Natomiast zastanawiające jest to gdzie są produkowane materiały, których używają do szycia ubrań. Ja też, jak szyję nerki, używam nowego zamka, suwaka, paska, klamerek – to wszystko jest nowe i szczerze powiedziawszy nie zwracam uwagi na to, gdzie to jest produkowane. Chętniej kupiłabym coś, co jest zrobione w Polsce, ale teraz tak sobie myślę, czy w Polsce w ogóle produkują zamki, suwaki, klamry tak totalnie „od zera”, nie z półproduktów? Nie wiem. Pewnie fajnie byłoby to podkreślać i budować markę  w oparciu o to, że każdy element jest „nasz”, „polski”. W moim przypadku to nie funkcjonuje w ten sposób, bo kupuję w szmateksach, więc to często są rzeczy z Azji. Korzystam  więc z odpadów, ale ważniejszą rzeczą jest dla mnie recycling i „Drugie Szycie” niż ta „polskość” moich rzeczy. Mi się wydaje, że to i tak jest dużo, że szyję tutaj, w Warszawie.

Poza tym minie jeszcze trochę czasu, gdy na polskim rynku wypłynie marka, która będzie w 100% ekologiczna, etyczna, zrównoważona itd. I wszystkie ubrania będą z lnu, który na naszej polskiej ziemi  wyrósł [śmiech]. Rodzi się tutaj pytanie czy takie „patriotyczne” ciuchy w ogóle są dzisiaj możliwe?

To by było świetne. I taka firma mogłaby organizować wycieczki pokazując: „tutaj możesz zobaczyć pole, na którym rośnie len na twoją sukienkę” – no super! Tylko, niestety, mam podobne wątpliwości, co Ty.

Wróćmy do szytych przez Ciebie nerek: każda jest inna. To jest oczywiście moja interpretacja, możesz mnie zaraz wyprowadzić z błędu, ale czy wkrada nam się tutaj kwestia autentyczności? Rozumianej jako pogoń za tym, by się wyróżnić, zamanifestować swoją antymasowość i pokazać, że noszone rzeczy nie pochodzą z sieciówek?

Myślę, że to może być pogoń moich klientów. Natomiast we mnie to się nie zrodziło z tych pobudek. Od zawsze, jeszcze w liceum, a nawet w podstawówce, nosiłam dużo rzeczy „ze szmat”. Te zakupy były strategią oszczędnościową rodziców, ale ja nie miałam nic przeciwko rzeczom używanym, czy noszeniu ubrań „po kimś” z rodziny. Potem zaczęły się pojawiać ubrania nowe. Bo przecież u nas w Warszawie, to gdzie się kiedyś kupowało ubrania? Pod Pałacem Kultury i Nauki! Najpierw były szczęki, potem KDT, był też Stadion Dziesięciolecia. Ale sklepy z ubraniami? To okolice lat dwutysięcznych, koniec lat 90. Pamiętam jak się pojawił na przykład Reserved.

Gdy jeszcze szył w Polsce…

Pewnie tak, ale wtedy w to nie wnikałam. Więc miałam taki moment, że trochę się zaczęłam wstydzić tych szmateksowych ubrań i chciałam mieć rzeczy nowe, ze sklepu. Niemniej szybko wróciłam „do korzeni”. Nigdy nie przeżyłam jakiejś traumy, że „inna dziewczyna ma taką sukienkę, jak ja!”. Natomiast wiem, że dla osób, które u mnie kupują, aspekt nieprzeciętności jest ważny: nikt takiej nerki mieć nie będzie!

Z jednej strony mamy tutaj kwestię oryginalności, ale w tej pogoni za autentycznością może drzemie coś innego: nagle odkrywamy, że nie wszyscy jesteśmy tacy sami i nowe ciuchy nie pozwalają wyrazić siebie, swojej tożsamości. Może to jest istotne dla ludzi, którzy starają się zaopatrywać u osób takich jak Ty?

Gdy mowa o autentyczności, czy indywidualizmie to ważna jest następująca kwestia: bardzo lubię szyć na zamówienie, tak jak dla Ciebie. Mój biznes zaczął się od szycia dla znajomych, których znam, wiem jaki mają styl, jakie lubią kolory. Jeśli u mnie coś zamawiali, to nie musieli mi dużo mówić. Wiedziałam dla kogo szyję. Największe komplementy jakie kiedykolwiek dostałam to momenty, gdy coś doskonale oddaje czyjąś osobowość. Mam swoją ulubioną historyjkę, która dobrze obrazuje o czym mówię. Przyszła do mnie koleżanka. W pracowni leżała nerka dla kolegi. Nie wspomniałam da kogo jest, a ona powiedziała: „Aaaah! Tak mi się ta nerka z Pawłem kojarzy!”. Ta była właśnie dla niego! Inny kolega przyszedł kiedyś po odbiór nerki i był ubrany idealnie jak do sesji zdjęciowej z tą nerką.  Zazwyczaj trzeba się nagłowić jak tu ubrać modela, by tę nerkę wyeksponować, a on tak przyszedł „z ulicy”. To działa w dwie strony – ja lubię wiedzieć dla kogo coś szyję i klienta też to cieszy, bo ma coś naprawdę swojego. A sieciówki? Wiadomo, idziesz do sklepu kupować nową rzecz, czy nawet do szmateksu – zawsze masz ograniczony wybór, szukasz w tym, co jest dostępne. Sama doskonale możesz się wypowiedzieć jako klientka: co Ci daje moja nerka, czego nie daje Ci sieciówka, czy sklep?

I tutaj dotykamy kwestii, która leży u podstaw kupowania, konsumpcjonimzu. Wmawia się nam, że mamy nieograniczony wybór, podczas gdy go w zasadzie nie mamy. Ktoś już go za nas dokonał i stwierdził, co będzie w danym sezonie modne i wszywa w te ubrania tylko inne metki, by dopasować się do zasobności portfela kupującego. Nigdy nie jesteśmy w stanie dostać tego, co chcielibyśmy dostać. Chciałabym tę kurtkę, tylko żeby miała kaptur, albo inny kolor. Sorry, nie dostaniesz tego. To tyczy się nie tylko fasonów i kolorów, ale też użytych materiałów i tego, że nie masz w zasadzie wyboru czy kupisz to od producenta, który w Twoim przekonaniu jest etyczny czy nie. A współcześnie dominują ci drudzy. Dlatego chciałam przerobić moją szmateksową torbę na nerkę od „Drugiego Szycia”! Tutaj chciałabym jednak wrócić do kwestii wstydu, o którym wspomniałaś gdy mówiłaś o ubieraniu się w szmateksach. Sama to przerabiałam i myślę, że nie należymy do mniejszości. Nagle zaczęły pojawiać się sklepy z nową odzieżą, „markowe”. Bardziej zamożne rodziny jeździły nawet z Suwałk do Warszawy, by tam kupować ubrania w galeriach handlowych. Jako nastolatkowie zaczęliśmy chyba myśleć, że kupowanie na szmateksach jest ujmujące, pokazuje, że jesteśmy gorsi, bo ubieramy się w rzeczy po kimś, podczas gdy szeroko rozumiane „śmieci, odpady” wracają dzisiaj do łask.

Tu zahaczamy o wątek dobrodziejstw kryzysu ekonomicznego, ale najpierw o wstydzie. Nigdy nie miałam czegoś takiego, by epatować marką, nosić bluzę z wielkim napisem „Adidas”. Jako nastolatka nie byłam osobą, dla której ważne było wyróżnianie się, bycie oryginalną. Lokowałam się raczej w „masie”. Ważniejsze było bycie w grupie, razem. Więc marka nie była istotna, ale rzeczywiście nie wiadomo kto, jak, kiedy zaczął mówić o tym, że rzeczy używane są gorsze, ujmują tym, którzy je noszą. Być może to było widać, że te rzeczy są niemodne. Wtedy oczywiście nie było „hipsterskości” i mody na niemodność. 10, 15 lat temu od razu można było zobaczyć kto ubiera się w lumpeksach: to były właśnie rzeczy niemodne, istniał „szmateksowy styl”.

Zastanawiam się też jak szeroko pojęta transformacja wpłynęła na nasze wybory zakupowe. Nagle, jako społeczeństwo chcieliśmy mieć to, co było niedostępne, chcieliśmy czegoś nowego. Swoją wolność ograniczyliśmy do wymiaru ekonomicznego, zaczęliśmy ją pokazywać między innymi przez nowe ubrania.

No tak, pokazujemy że nie jesteśmy biedakami, którzy tylko resztki od Cioci Unry noszą albo sami muszą szyć. Jak się porozmawia z osobami z pokolenia naszych mam czy babć, to one często – choć nie były profesjonalnymi krawcowymi – umiały szyć i szyły. One szyły ewidentnie z biedy i potrzeby, zaistniałych okoliczności, nie było ich stać na nowe rzeczy, czy ubrania od krawca.

Porozmawiajmy o kryzysie, z którego bardzo się cieszysz. To ciekawe, że media nie chcą podkreślać, czy nawet zauważyć, że nasz zwrot ku rzeczom i materiałom z drugiego obiegu, powrót do szycia i domowej produkcji różnych przedmiotów są spowodowane między innymi przez kryzys i rosnącą świadomość „konsumentów”, jak lubią nas media nazywać. Bieda zmusza do kreatywności?

Faktycznie, tak to widzę. Cóż, skończyłam studia, zaczęłam zajmować się scenografią i tak na prawdę myślę sobie, że gdybym dosyć prędko po studiach znalazła pracę, która by mnie satysfakcjonowała finansowo i nie byłoby to „korpo”, które mnie wysysa strasznie, to bym wielu pokładów kreatywności w ogóle w sobie nie odkryła. Może szyłabym „od święta”, w weekendy, w ramach hobby, ale na pewno nie próbowałabym z tego robić mojej pracy, mojego zajęcia zarobkowego. Myślę, że wiele osób doświadczyło takiej sytuacji. Ten kryzys naprawdę rodzi w nas kreatywność. Super, że odnajdujemy w tym pozytywy: teraz jestem w sytuacji gdy na powrót mieszkam we Włochach z rodzicami. Wcześniej rzucało mnie po świecie. We Włoszech mieszkałam i pracowałam przed i w trakcie studiów i oczywiście przychodziło mi do głowy, że jeśli nie uda mi się w Polsce, to wyjadę tam. No właśnie, ale przyszedł wielki kryzys, wcześniej był odczuwalny we Włoszech niż w Polsce. To mną trochę potrząsnęło, wróciłam na ziemię dochodząc do wniosku, że to wcale nie jest tak, że we Włoszech znajdę sobie jakąkolwiek pracę i będzie OK. Będąc w Wenecji na stażu podczas Biennale spotykałam się ze znajomymi: w moim wieku, starszymi. Wszyscy mieli dobre wykształcenie, duże aspiracje i wszyscy bardzo narzekali, czego w trakcie 10 lat częstego bywania i mieszkania we Włoszech nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Wszyscy bez wyjątku mówili, że nie ma pracy dla młodych, wykształconych, jak źle jest w kraju: tylko emigrować. Mam wielu znajomych Włochów, którzy mieszkają teraz w Niemczech. Wtedy zamknęła mi się ta furtka ratunkowa „Włochy”.

Więc z Włoch wróciłaś do Włoch [śmiech]. „Wielki świat” porzuciłaś na rzecz lokalności?

W pewnym sensie tak. Podczas studiów w Warszawie Włochy były dla mnie rodzajem sypialni, spędzałam czas na akademii, w mieszkaniach znajomych. Teraz, gdy pracuję tutaj, widzę coraz większą wartość mojej lokalności. Nie wiem czy widziałaś, mam odznaczenie „Lokalny Certyfikowany”. Zaczynam brać coraz większy udział w życiu sąsiedzkim. Nie tylko jako „Drugie Szycie”, ale jako ja, Kinga. Chlubię się tym, że robię zakupy we wtorki i piątki na bazarze, który jest czynny do południa, więc muszę wstać szybciej, bo wszystko co lepsze to mi wykupią, i że mam Panią Ewę od mleka i Pana Bogdana od jabłek. To jest super! Staram się w jak największym stopniu działać w oparciu o zasoby lokalne. Póki co szyję sama, ale coraz bardziej rozglądam się za rękami do pomocy, bo liczba zamówień rośnie, to cieszy. Ale prowadzenie własnej działalności, która polega na wytwarzaniu rzeczy, a nie na obrocie rzeczami, polega właśnie na tym, że potrzebuję dużej ilości czasu, by te rzeczy wytworzyć. Muszę też znaleźć czas na promocję, PR, marketing i to wszystko sama muszę ogarnąć. Dlatego też myślę, że te nerki mogłaby odszywać jakaś pani, najlepiej lokalna. Co innego mieszkać w danym miejscu i traktować je jako sypialnię, a co innego mieszkać w nim, żyć i pracować. Tak jest właśnie u mnie od półtora roku. Czuję się przez to coraz bardziej z tym miejscem związana, chce mi się tu działać. To był jednak proces. Nie zawsze kochałam Włochy, te warszawskie, i chciałam tu wrócić. To był taki powrót-odkrycie.

 

mieszkam we włochach

Wchodząc do pracowni Drugie Szycie w oczy rzuca się plakat informujący o spacerach i eventach zorganizowanych przez włochowską fundację Stare Nowe Moje Włochy.

 

Czy ta decyzja o otwarciu własnej firmy była spowodowana tym, że pracując jako scenograf nagle doszłaś do wniosku ze „kurczę, to nie to”, czy może straciłaś pracę? Twoje doświadczenie nie wpisuje się przecież w historie w stylu „byłem korpo-szczurem, teraz piekę chleb”.

Nie, nie „odhaczyłam” typowej korpopracy. Ale te historie o odchodzeniu z korporacji są super! Byłam freelancerem „od projektu do projektu”. Zawsze wiedziałam, że nie będę typowym rzeźbiarzem. Lubiłam robić rzeczy, które będą czemuś służyć. Stąd wzięły się moje zainteresowania teatrem lalek, animacją: wytwarzałam przedmioty, które żyją, bo są użyteczne. Moje pierwsze doświadczenie z pracą było takie, że pod koniec studiów trafiłam na plan filmowy jako wolontariusz-pomocnik. Bardzo mi się to spodobało. Między innymi z uwagi na fakt, że na studiach rzeźbiarskich pracujesz na własny rachunek, indywidualnie, a nagle znalazłam się w środowisku, gdzie kluczem do sukcesu była praca zespołowa. Bycie częścią większej całości bardzo mi odpowiadało i scenografia filmowa bardzo mnie wchłonęła. Jeden plan owocował kontaktami do kolejnych produkcji. Tryb od „projektu do projektu” jest super, cały czas żyjesz na wysokich obrotach, ale przestało mi to odpowiadać. Owszem, miałam propozycje pracy jako scenograf, ale w głównej mierze były to filmy niskobudżetowe, dyplomy z Łodzi czy z Katowic, debiutanckie „trzydziestki” z niskim budżetem i jeszcze niższą płacą dla scenografa. Czułam, że o ile kilka razy mogłam brać w takich projektach udział, by się uczyć, o tyle w pewnym momencie zaczęłam czuć, że praca za darmo mi nie odpowiada, zaczęłam widzieć swoją wartość, która powinna być zrewanżowana finansowo, a nie tylko tym, że „pracuję przy zajebistym filmie, który ma wielki potencjał, będzie na festiwalach, gdy reżyser odniesie sukces na pewno zatrudni mnie przy kolejnej produkcji”. Tak to wygląda. Nie zarabiałam tyle, ile powinnam. Poza tym nieczęsto mogłam się wykazać swoją kreatywnością, czuć, że to moja twórczość, móc się tym pochwalić. Doszłam do wniosku: po co ja to robię?

Odkurzyłaś więc podarowaną przez babcię maszynę do szycia?

Niekoniecznie. Maszyna była u mnie zawsze na równi z laptopem. Wtedy jednak zaczęłam prowadzić zajęcia plastyczne dla dzieci, bo po prostu: potrzebowałam pieniędzy. W pewnym momencie trafiły się zajęcia z szycia. Z wielką nieśmiałością, prawie trzy lata temu, poprowadziłam pierwsze warsztaty u naszych wspólnych znajomych, w Dużym Pokoju, w Pracowni Etnograficznej. Nabierałam śmiałości. Odkryłam, że byłam w stanie przekazać wiedzę o szyciu innym i ludzi to kręciło. Trzy lata temu nie było jeszcze tej mody na szycie. Nie było setek blogów i tutoriali na Youtube. Wtedy nie miałam pojęcia, że tyle innych dziewczyn może być zainteresowanych szyciem! No i klasyk: zgłosiłam wniosek o dofinansowanie pierwszego własnego biznesu do Urzędu Pracy. Napisałam biznesplan, wypełniłam wszystkie papiery i udało mi się dostać pieniądze. Gdy dostałam 16 tysięcy złotych, kupiłam różne sprzęty, zrobiłam remont pracowni i zarejestrowałam działalność. Dzięki tym pieniądzom dostałam tez potwierdzenie, że mój pomysł jest fajny. Co innego znajomi zachwyceni twoją wizją, a co innego panie z urzędu, które niekoniecznie są w klimatach przerabiania ciuchów ze szmateksów, ale jednak przyznają ci dofinansowanie. 

Marzenia się spełniły.

Zakładając działalność nie miałam poczucia „wszystko albo nic”, że to jest jedyna rzecz, którą mogę w życiu robić, że jak nie wyjdzie to się załamię. Tak naprawdę dosyć na luzie do tego podeszłam i wciąż takie podejście mam. Z jednej strony to co robię jest mocno konkretne, a z drugiej odnajduję tu duże pole na żonglowanie tym recyclingiem, handmadem. Nie twierdzę przecież, że całe życie będę szyć tylko nerki. Już teraz rozszerzam moją ofertę o torebki, etui i akcesoria. Właśnie powstaje strona internetowa i sklep, które ułatwią kontakt i zamawianie. Kroi mi się też ciekawa współpraca – projekt z wykorzystaniem resztek produkcyjnych bardzo specyficznej tkaniny sportowej. Powtórzę raz jeszcze: nie czuję się dzieckiem tej obecnej mody na domowe szycie. Być może pójdę za jakiś czas w inną stronę, kto wie.

I najwyżej Drugie Szycie będzie miało drugie życie. 

Dokładnie. Ale teraz to zabrzmiało tak, że przyjdzie moda na coś innego, to zajmę się tą „szarą dresówką” [śmiech]. A chodzi mi o coś innego. Mam wielką nadzieję, że to w czym uczestniczymy jest początkiem większej zmiany. Myślę, że powrót kooperacjonizmu, „moda” na kupowanie marchewki u znanego rolnika, czy to lokalne szycie nie są właśnie modą, ale symptomem tego, co zostanie na zawsze, a przynajmniej na długo.

A zatem: będzie dobrze! Dziękuję za rozmowę. Pokażesz mi jeszcze inne nerki?

Dzięki! No jasne, chodź!

Drugie Szycie ubrań, kawałków ubrań i innych szmacianych przedmiotów.
Zupełne przeróbstwo ze starego w nowe, ze spódnicy – torba, z bluzki – spódnica, ze spodni – nerka.

kontakt:

www.facebook.com/DrugieSzycie

http://www.drugieszycie.pl/

Poczytaj

Fashion Revolution Day. Świat , Polska.

Magdalena Płonka, Etyka w modzie, czyli CSR w przemyśle odzieżowym, Warszawa 2013

Amy Galland, Towards Safe, Just Workplace: Apparel Supply Chain Compliance Programs, San Francisco 2010 

Projekt Altmoda: Aktywni obywatele na rzecz odpowiedzialnej mody.

Kampania Clean Clothes Polska.

Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie.

Otagowane , , , , , , , , , , , ,