Tag Archives: film

Zombie atakują popkulturę (cz.2)

Skoro już wiadomo skąd wzięły się zombie, możemy przejść do smaczków, a więc do popkultury. W kolejnej odsłonie wielce głębokich rozważań o zombie skupię się na tym, co wszyscy doskonale znamy (i co poniektórzy kochamy) – na monstrum hollywódzkim.

“Commonly circulated narratives, whether in the form of poems, songs, dances, games, gossip, jokes, or movies, don’t just mirror or comment on an existing culture, they actually create and recreate the culture and the individuals experiencing it. A culture can be defined by the stories it tells, the ways it tries to determine and examine who is us  and who is other.”

Louise Krasniewicz[1] 

Pisząc o filmowej figurze zombie niezwykle istotne jest zwrócenie uwagi na kwestię społecznego, politycznego oraz geograficznego kontekstu jej kreowania. Zarówno wampiry, wilkołaki jak i interesujące nas zombie utożsamiają to, co Stuart Hall[2] nazywa tożsamością kulturową[3]. Ujawniają naszą zbiorową tożsamość – równocześnie zakorzenioną w historii i nieustająco zmieniającą się. Ewolucja obrazu zombie ukazuje społeczne i psychologiczne przemiany jakie dokonały się w społeczeństwie zachodnim na przestrzeni XX i XXI wieku.

 

Ewolucja zombie 

Nie ulega wątpliwości, że przedstawiane w filmach zombie różniły się między sobą. Produkcje powstające najwcześniej wciąż jeszcze bardzo mocno zakorzenione były w haitańskim folklorze. Nie było mowy o zjadaniu mózgów. Brak w nich ogólnoświatowej zarazy, apokalipsy i krwawej jatki.

zombie2

W latach 30. i 40. XX w. widzów straszyło się, opisanym w poprzedniej notce, czarnoskórym niewolnikiem. Niebezpieczeństwo opierało się przede wszystkim na wiszącej w powietrzu groźbie porwania i ubezwłasnowolnienia białej kobiet[4]. W filmach takich jak White Zombie (1932), Ouanga (1936) czy I walked with a Zombie (1943) obecne są motywy voodoo i hipnozy. Przedstawione problemy kręcą się raczej wokół folkloru, etnografii czy imperialistycznej paranoi (paraliżującym lęku przed odwetem skolonizowanych) niż nadnaturalnych stworów. Co więcej, sam wróg/oprawca jest inny niż we współczesnych filmach o zombie. Czarnym charakterem nie jest niewolnik, ale „zarządzający” nim złowieszczy kapłan nadużywający magii voodoo do własnych celów.

Kinematograficzny obraz zombie ulega zmianie w latach 50. XX w. Kontynuowany jest wzorzec prezentowany w filmach opartych na wierzeniach voodoo – bohaterami nadal są biali ludzie, zmienia się jednak wróg. Od teraz niebezpieczeństwo czyha ze strony szalonego naukowca bądź ufoludków (metafora komunistów). Przykładem filmu z tego okresu jest Invasion of the Body Snatchers (1956) w reżyserii Dona Siegel’a. Zagrożenie stanowią tutaj ubezwłasnowolnione masy ludzkie wcielone do „armii” podbijającej nasz gatunek. Ów element masowego zniewolenia stał się podstawową osią akcji w produkcjach zaliczanych do klasyki gatunku wykreowanego przez George’a Romero.

invasion-of-the-body-snatchers

Kadr z filmu Invasion of the Body Snatchers (1956)

Kolejną zmianę przynoszą lata 60. XX w. Narodziły się zombie we współczesnym wydaniu – pozbawione jakichkolwiek związków z wierzeniami voodoo. Można w zasadzie powiedzieć, że za wykreowanie gatunku horrorów o umarlakach-kanibalach w całości odpowiedzialny jest jeden człowiek – amerykański scenarzysta i reżyser George Romero. To właśnie tatko Romero za sprawą swojego dzieła Night of the Living Dead (1968) ustalił czym jest nowe zombie, całymi garściami czerpiąc z tradycji gotyckiej, opowieści o wampirach i narracji rodem z science fiction. Przywoływany przeze mnie w poprzednim tekście, fanatyk zombiaków Kyle Bishop wymienia następujące cechy charakteryzujące „nowe zombie”:

  1. nie mają nic wspólnego z tradycjami voodoo,
  2. pod względem liczebności znacznie przewyższają ludzi,
  3. żywią się pysznym ludzkim mięskiem,
  4. ich stan jest zaraźliwy[5].

Trailer filmu Night of the Living Dead (1968) w reżyserii G. Romero

Najważniejszym, co Romero zaoferował „swoim” umarlakom, jest jednak wolność. Reżyser wyzwolił potwory spod panowania kapłanów, naukowców czy jakichkolwiek innych  „menadżerów”. Od lat 60. zombie przestają być marionetkami. Czynnikiem decydującym o ich poczynaniach przestaje być funkcja czy zadanie do wykonania (w folklorze: prace polowe, w pierwszych filmach: porwanie białej kobiety), teraz sterowane są wyłącznie przez instynktowną potrzebę jedzenia ludzi.

Wraz ze zmianą charakteru wroga zmieniają się też ludzcy bohaterowie filmów – na znaczeniu zdecydowanie tracą więzi społeczne, w obliczu śmiertelnego zagrożenia najważniejsze staje się własne przetrwanie. W niemal wszystkich produkcjach filmowych atak zombie nieuchronnie łączy się z apokalipsą w postaci upadku rządu, organizacji pomocowych, a ostatecznie wartości moralnych. W życie wchodzi zasada: every man for himself[6].

Jeszcze zombie czy już zachodnie społeczeństwo?

Wróćmy teraz do wspomnianego na początku Stuart’a Hall’a i zastanówmy się co mają zombie do naszej tożsamości kulturowej? Czego metaforą są szwendający się po świecie, żądni ludzkiego mięsa umarli?

Narracje prezentowane w filmach o zombie niczym soczewka skupiają dominujące tendencje, postawy i problemy społeczeństwa, w którym owe obrazy są produkowane. Kyle Bishop dowodzi, że zombie odzwierciedlają przede wszystkim społeczne lęki obecne w danym okresie historycznym. Na powierzchownym poziomie, potwory te ukazują nasz strach przed śmiercią, głębsza analiza pozwala natomiast przez pryzmat zombie spojrzeć na powszechne obawy amerykańskiego społeczeństwa: opresję, przemoc, nierówność, konsumpcjonizm i wojnę.

“The zombie functions primarily as a social and cultural metaphor, a creature that comments on the society that produced it by confronting audiences with fantastic narratives of excesses and extremes. By forcing viewers to face their greatest fears concerning life and death, health and decay, freedom and enslavement, prosperity and destruction, the zombie narrative provides an insightful look into the darkest heart of modern society as it is now or as it might quickly become.”

Kyle Bishop[7]

Czego się więc boimy? W latach 30. i 40. XX w. kinematograficzne obrazy zombie ujawniały obawy amerykańskiego społeczeństwa przed Wyspami Karaibskimi, czarnoskórymi społecznościami i ewentualnym odwetem ze strony ludów skolonizowanych. Lata 50. i 60. XX w. to okres gdy potwory zyskują przewagę liczebną nad ludźmi. Prezentowana w filmach inwazja odzwierciedla społeczne niepokoje związane z Erą Atomową, Zimną Wojną, komunizmem oraz ówczesnymi działaniami wojennymi. Wraz z objęciem panowania nad „światem zombie-narracji” przez George’a Romero ujawniły się również obawy wobec relacji rasowych i nierówności genderowych. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat narracje o zombie nadal skutecznie funkcjonowały jako społeczne alegorie ukazując nastawienie Amerykanów do zjawisk takich jak: przemoc, konsumpcjonizm, paranoja, podziały klasowe, imigracja, infekcje, choroby zakaźne, wzrastająca rola mediów i generalnie wszystko – łącznie z końcem świata.

Ciekawe jest również to, że filmy o zombie powstają z różną częstotliwością w zależności od tego w jakiej sytuacji politycznej znajdują się Stany Zjednoczone (w których produkuje się ich najwięcej). I tak ilość tworzonych filmów jest znacząco większa w okresach konfliktów społecznych i politycznych. Wzmożoną produkcję amerykańskich obrazów o tej tematyce zaobserwować można przede wszystkim w trakcie wojen z Wietnamem i Irakiem, a także po 11 września. Widoczny jest również wzrost zainteresowania tego typu produkcjami po II Wojnie Światowej. Fakt, iż w obliczu kryzysu zainteresowanie filmowców figurą zombie jest znacząco większe, można próbować odnieść do turnerowskiej koncepcji dramatu społecznego. Gdy w społeczności mamy do czynienia z zachwianiem równowagi, konieczny jest proces mający na celu ową równowagę przywrócić. Zwalcza się więc hordy potworów, likwiduje rząd, okrada szpitale i zabija wszystkich w koło, po to, by ostatecznie przywrócić sytuację początkową i społeczny porządek.

częstotliwość zombie copy

Wiemy już czego bali/boją się Amerykanie i w jaki sposób przekładają swoje lęki na filmowe monstrum. A jak takie zombie produkcje wyglądałyby w Polsce? Jak wykorzystując umarlaki zaprezentować nasze obawy? Czy są takie same? Zapraszam do dyskusji i równocześnie informuję, że pojawią się dalsze odcinki zombie-serii.


[1] Krasniewicz Louise, Round Up the Usual Suspects – Anthropology Goes to the Movies

[2] Stuart Hall – urodzony w 1932 r. na Jamajce i działający w Wielkiej Brytanii teoretyk kultury i socjolog. Miał duży wkład w poszerzenie zakresu studiów kulturoznawczych o zagadnienia związane z rasą i gender oraz przejęcie szeregu idei wypracowanych przez teoretyków francuskich. Hall stał się jednym z propagatorów teorii recepcji i rozwinął swoją teorię kodowania i dekodowania. Takie podejście do analizy tekstu koncentruje się na zakresie negocjowania i oporu po stronie odbiorców. Rozwinął te idee dalej w swoim modelu kodowania i dekodowania dyskursów medialnych.

[3] Bishop, s. 9.

[4] Więcej o gender-smaczkach w kolejnej notce, bo to rozległy temat.

[5] Bishop, s. 94.

[6] Pojawia się tu kwestia kogo tak naprawdę należy się bać –  kto jest bardziej niebezpieczny: umarlaki czy wyzwoleni z regulacji społecznych ludzie? Przeanalizuję ją w innym tekście na przykładzie komiksu i serialu The Walking Dead.

[7] Bishop, s. 31.

Biblio

  1. BISHOP Kyle William, American Zombie Gothic, The Rise and Fall (and Rise) of the Walking Dead in Popular Culture (2010)
  2. KRASNIEWICZ Louise, Round Up the Usual Suspects – Anthropology Goes to the Movies [w:] Expedition, Vol. 48, No. 1 (2006 )
  3. D’COSTA Krystal, The American Fascination with Zombies [w:] Scientific American (2011)–>http://blogs.scientificamerican.com/anthropology-in-practice/2011/10/26/the-american-fascination-with-zombies/
  4. AIZENBERG Edna, I Walked with a Zombie: The Pleasures and Perils of Postcolonial Hybridity [w:] World Literature Today, Vol. 73, No. 3 (1999)
  5. WWW: http://furiageek.com/cultura-zombi/ (strona jest po hiszpańsku, ale może kogoś jednak zainteresuje).
Reklamy
Otagowane , , ,

antropolog potrzebny od zaraz! (cz.1)

Jednym z głównych celów, jaki stawiają sobie twórczynie ANTROPOLUDENS, jest dyskusja nad zaangażowaniem antropologów i projektem antropologii stosowanej. Niedawno w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM powstała publikacja „Etnolog na rynku pracy”, która wskazuje na problem, z jakim borykają się polscy pracodawcy. Potrzebują oni osób wykazujących się umiejętnością krytycznego myślenia, nieprzystawania na to, co oczywiste, problematyzowania i dociekliwego zgłębiania powierzonych zadań. To cechy, które przydają się w wielu sektorach rynku pracy, zaś – jak pisze we wstępie ww. publikacji prof. Michał Buchowski – między innymi antropolodzy je posiadają. Będziemy systematycznie starały się przekonywać naszych czytelników o słuszności tej tezy, pokazując obszary, w których antropolodzy mogą znaleźć po studiach zatrudnienie.

W pierwszej odsłonie Balmas i Sznel przypomną ubiegłoroczną edycję Warszawskiego Festiwalu Filmowego, podczas którego doszły do wniosku, że zarówno organizatorzy przedsięwzięcia, jak i twórcy dokumentów, powinni zwrócić uwagę na to, że widz nie zawsze jest w wystarczającym stopniu zapoznany z problematyką filmu, by obcować z nim w sposób w pełni świadomy. Być może warto więc przewidzieć podczas kolejnych przedsięwzięć kilka nowych etatów: dla kulturoznawców, historyków, czy wreszcie nas – antropologów.

filmy

Wspomnienia Sznel

Krytyka neoliberalnej koncepcji wolności, oryginalna ekologia, freeganizm, seks wyzwolony z okowów burżuazyjnej przyzwoitości[1], rażąca naiwność połączona z ignorancją na różnicę kulturową oraz skrajny europocentryzm. To wszystko mogłam zobaczyć w dokumencie Michała Marczaka podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Fuck For Forest – tytuł filmu i nazwa organizacji (FFF), która na ratowanie planety uzbierała już setki tysięcy euro dzięki pornograficznym produkcjom i zdjęciom umieszczanym na stronie www. O szczytnym celu ochrony kurczących się w szybkim tempie zasobów naturalnych, połączonym z chałupniczą pornografią, twórca dokumentu – jak przyznał podczas spotkania po projekcji – dowiedział się z „Przekroju”. Tygodnik ten nie raz, nie dwa i mnie samą twórczo zainspirował kiedy zaczytywałam się[2] artykułami demaskującymi relacje władzy, poddającymi w wątpliwość obowiązujące publicznie dyskursy oraz krytycznymi wobec uprzywilejowanych długim trwaniem instytucji społecznych. Wróćmy jednak do FFF.

Dokument polskiego reżysera Michała Marczaka to produkcja na najwyższym poziomie, choć wydaje się być zbyt odważna, zbyt kontrowersyjna dla polskiego młodego odbiorcy (na wypełnionej po brzegi kinowej sali zgromadzili  się przede wszystkim dwudziesto-, trzydziestolatkowie). Widzowie, wraz z napisami końcowymi, uciekali w pośpiechu, by przypadkiem nie wysłuchiwać wywodów reżysera podejmującego tak obrazoburczą tematykę. Niecierpiący na nadmiar ofert pracy antropolodzy mogliby udzielać głosu przy okazji festiwali filmowych atakujących widza innością, obcością, alternatywnym oglądem rzeczywistości. Większość filmów dokumentalnych podejmujących tak „niepopularne” tematy jak seks, czy mongolski hip-hop[3], skazana jest na niezrozumienie i typową reakcję człowieka, który boi się choć na chwilę zrezygnować ze sztywnych ram wyznaczających zakres i wizję jego rzeczywistości –  pusty śmiech ujawniający skrajną ignorancję wobec alternatywnych stylów życia.

Lecz czego wymagać od organizatorów festiwalu, skoro sami członkowie FFF oraz reżyser wykazują brak myślenia w kategoriach kulturowego relatywizmu? Naszym zdaniem doskonałym pomysłem są krótkie „wstępniaki” do większości filmów, zakreślające z antropologiczną wrażliwością dlaczego niestosowny jest przekpiewczy stosunek do zjawisk czy aktywności stanowiących dla ich bohaterów normę. Potrzebę takich „wstępniaków” zauważyli organizatorzy innego festiwalu,  Kinomuzeum, który właśnie dobiegł końca w Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie.

Eko-porno-aktywiści dziwią się przybywszy do wioski amazońskich Indian, że ci nie chcą pomocy przybyłych z Europy „białasów” epatujących nagością. Nie zadają sobie trudu (przynajmniej na kinowym ekranie), by dowiedzieć się w jakich sytuacjach nagość jest tu dopuszczana. Nie zastanawiają się nad lokalnymi relacjami własności jednostkowej i kolektywnej (las nie może być czyjś). Nie są w stanie zarzucić na chwilę zachodniej racjonalności, by zrozumieć epistemologię ludzi doświadczających zgoła innych realiów egzystencji na – niby – tej samej planecie Ziemi.

Marczak, zapytany przez widza o to, dlaczego członkom FFF nie udało się finalnie pomóc społeczności zamieszkującej przestrzeń lasu, w której rozgrywają się interesy władz państwowej,   wzrusza ramionami. Eko-porno-aktywistów określa mianem dziwaków i pomyleńców, czym zdradza swój przedmiotowy do nich stosunek. Najwyraźniej dwuletnie współprzebywanie (co w gruncie rzeczy – z antropologicznej perspektywy – jest czasem umożliwiającym przeprowadzenie gruntownych badań etnograficznych) nie nauczyło go zbyt wiele. A gdyby uznać inność jako równie uprzywilejowaną formę zamieszkiwania tego globu? Nie wymaga to zbyt dużego wysiłku intelektualnego: wystarczy zmiana punktu widzenia[4].

Wspomnienia Balmas

W 2012 roku, podobnie jak rok, dwa i trzy lata wcześniej, wybrałam się na Warszawski Festiwal Filmowy. Jako wielka fanka dokumentów o różnorodnej tematyce, co roku znajduję w programie festiwalu kilka propozycji nie do odrzucenia. Tym razem wyczekiwanym hitem niewątpliwie był dla mnie film Mongolian bling traktujący o mongolskiej muzyce hip-hopowej. Marzyłam, by go zobaczyć od momentu, gdy dowiedziałam się o jego istnieniu.

Z językiem oraz kulturą mongolską mam styczność od kilku dobrych lat[5], muzyką hip-hopową tworzoną w tym kraju interesuję się natomiast mniej więcej od dwóch. Wtedy to, jako członkini „wybitnego” mongolistyczno-tybetologicznego koła naukowego, miałam okazję współorganizować pierwsze, i ostatnie, otwarte spotkanie studenckie połączone z odczytem referatów (więcej nikomu się już nie chciało niczego ogarniać, więc w ciągu 3 lat była to jedyna działalność tego koła; wiwat ludzie pełni pasji!). Nasz naukowy wieczorek w całości poświęcony był mongolskiej muzyce. Słuchaliśmy i rozmawialiśmy o: jazzie, popie, muzyce filmowej, tradycyjnej, i właśnie hip-hopowej. Jedna z naszych koleżanek przedstawiła prezentację stanowiącą skrót jej licencjatu, w całości poświęconego mongolskim tekstom hip-hopowym. Przetłumaczyła dla nas kilka utworów, puściła teledyski i opowiedziała o koncertach, na jakich miała okazję być podczas swego rocznego pobytu w Mongolii. Mimo że nieszczególnie przepadam za tym rodzajem muzyki, w tamtym momencie uznałam, że mongolski hip-hop to coś, co warto od czasu do czasu wrzucić w słuchawki. Ten język stworzony jest do szybkiego gadania!

Teledysk do piosenki „Hujaa” w wykonaniu Gee

Najpierw krótko o samym filmie. Twórcy chcieli dobrze. Starali się pokazać związki mongolskiego hip-hopu z muzyką tradycyjną. Usiłowali przedstawić chociaż część zjawisk społecznych, stanowiących inspirację do tekstów. Poniekąd próbowali też wskazać, w jaki sposób muzyka ta rozwijała się w specyficznych warunkach tego kraju: skąd czerpano inspiracje, kogo można uznać za ojca-założyciela gatunku, jak charakter utworów ulegał zmianie. Wprowadzono odrobinę polityki, szczyptę historii i garstkę problemów społecznych, z jakimi borykają się mieszkańcy Ułan Bator[6]. Wszystkiego było jednak zdecydowanie za mało. Mongolski hip-hop to w Mongolian bling zjawisko przerażająco wręcz płytkie.

Konstrukcja całego filmu opiera się w zasadzie na biografiach szóstki artystów. Rozumiem, że gatunek ten jest w Mongolii stosunkowo nowy, ale naprawdę nie wydaje mi się, by dotarcie do większej ilości wykonawców było szczególnie trudne. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że spora część byłaby zadowolona z możliwości promowania swojej muzyki na Zachodzie i w innych częściach świata (reżyser jest Australijczykiem). Sam kontekst mongolski również został jedynie liźnięty. Pokazano biedę w dzielnicy jurtowisk – nie padło jednak ani słowo o jej przyczynach. Migracje do miast? A co to? Bezrobocie? To coś takiego istnieje? Alkoholizm? Whaaat? Długo by wymieniać. W Australii najwyraźniej zjawiska te nie istnieją. Miał być dokument, a wyszły „Rozmowy w toku”. Nie trudno się dziwić, że temat nie został zgłębiony, jeśli weźmie się pod uwagę, że w Ułan Bator ekipa przebywała jedynie kilka tygodni. W efekcie dostajemy koszmarek, w którym jedna z najważniejszych mongolskich artystek hip-hopowych opowiada o swoim życiu jako matka i żona, podczas gdy małżonek kroi ziemniaki, natomiast babcia, ukazana jako „cudowna istota”, która wbrew wszystkiemu pozwalała artystce śpiewać co chce, siedzi na kanapie i śpiewa utwory absolutnie niezwiązane z tym, o czym akurat w scenie mowa. Oczywiście, starsza Pani nie ma też nic do powiedzenia – po co wykorzystywać jej wiedzę, doświadczenie i kompetencje? Spowodowało to, że pod koniec zaczęłam niestety przysypiać. Obawiałam się również, że w końcu zza rogu wyskoczy Ewa Drzyzga, wolałam więc zamknąć oczy.

To wszystko jednak nic,przy głównym zarzucie, jaki mam wobec filmu. Przeciętny widz nie zwróci uwagi na wiele braków w opowieści. Nie mając pojęcia o mongolskim kontekście, nie wie przecież o istnieniu wielu zjawisk. Z pewnością zauważy jednak, że nikomu nie chciało się przetłumaczyć tekstów. Jak można nie uwzględnić w dokumencie o hip-hopie tekstów utworów? Czy nie o nie w tej muzyce chodzi?

Niezrozumienie filmu przez wielu widzów jest zupełnie inną kwestią. Podobnie jak Sznel uważam, że absolutnie niezbędne są krótkie wprowadzenia do pewnych filmów. Antropolodzy, orientaliści, socjolodzy, historycy – wszyscy oni nudzą się w domu siedząc na fejsie i oglądając amerykańskie seriale, podczas gdy mogliby w ciągu dziesięciu minut uświadomić te kilkaset osób siedzących w ciemnej sali kinowej o wielu zjawiskach, których nie sposób poruszyć w dokumentach, a które są niezbędne do zrozumienia filmów. Jakimś cudem na mało popularnym Festiwalu Filmów Europejskich Kanon, organizowanym co roku w bródnowskim domu kultury „Świt” w Warszawie, da się ściągnąć filmoznawcę[7] by wprowadził niewprawionych widzów w tematykę, symbolikę i konstrukcję pokazywanych filmów. Doprawdy, nie jest to trudny zabieg, a mógłby zapobiec niepotrzebnym salwom śmiechu w momencie gdy szaman opowiada o duchu swego bębna lub starsza kobieta prezentuje niezwykłe możliwości głosowe gładko przechodząc od chöömej do sygytu.

Filmik instruktażowy prezentujący różne style śpiewu gardłowego

[1] Posługuję się polskim tłumaczeniem terminu respectability, którego użył G. Mosse w swojej książce Nationalism and Sexuality: Respectability and Abnormal Sexuality in Modern Europe (1985) opisując konstruowanie pożądanego obywatela wpisującego się w kategorie heteronormatywnego podmiotu.

[2] Od blisko siedmiu miesięcy tego nie robię. Swoją drogą polecam Cywilizację Przekroju (2008) autorstwa Justyny Jaworskiej, w której autorka ilustruje konstruowanie specyficznej wizji obyczajowości na łamach tygodnika, z podziałem na różne okresy zdeterminowane zmianami redakcyjnymi.

[3] O tym w dalszej części tekstu.

[4] Aby uzasadnić swe zawołanie polecam wywiad z twórcą filmu 

[5] Zdarzyło mi się spędzić trzy lata swego życia na Wydziale Orientalistycznym UW gdzie jako studentka zgłębiałam tajniki języka mandżurskiego, którym nikt się nie posługuje, śpiewałam mongolskie przyśpiewki pijackie i wykonywałam różne inne wielce sensowne czynności.

[6] Od razu się tłumaczę świadomie nie stosuję polskiej odmiany, nie zamierzam bowiem jechać do Ułan Batoru, wolę Ułan Bator i tej wersji się trzymam.

[7] Przed projekcjami o filmach krótko opowiada Mikołaj Wojciechowski dziennikarz, krytyk filmowy.

Otagowane , , , ,

Zombie atakują popkulturę (cz.1)

„Do not enter the city. It belongs to the dead now.”

The Walking Dead [1×05]

Figura zombie jest jedną z najbardziej wszechobecnych w popkulturze. Umarlaki atakują nas ze wszystkich stron: są w filmach, serialach, grach komputerowych, komiksach i książkach. Zmieniają swój charakter, bywają bardziej lub mniej przerażające. Miały swoje momenty chwały, ale bywały też zepchnięte do lamusa. W ciągu ostatnich kilkunastu lat moda na zombie odżyła z ogromną siłą i z wąskiego geekowskiego światka fanów rozprzestrzeniła się na miliony żądnych wrażeń odbiorców.

Niezależnie od tego, czy zombie nas grzeje czy ziębi, wszyscy zetknęliśmy się z tym monstrum. Nawet jeżeli jakimś cudem udało się komuś uniknąć zombie apokalipsy na ekranie, mógł przypadkiem wpaść na fanów umarlaków, gdy ci robili sobie przerwę między kolejnymi sezonami The Walking Dead i postanowili wyjść na spacer. Zresztą co tu dużo gadać – wszyscy znamy teledysk do piosenki Thriller Michaela Jacksona. Ile jednak naprawdę wiemy o zombie?

Ponieważ pisać można o nich wiele (a żyjemy w czasach gdy na nic nie ma czasu, w związku z czym wszystkie teksty dłuższe niż 5 stron jednym kliknięciem myszy przerzucamy do folderu „później”, o którym przypominamy sobie dopiero, gdy chytry wirus zeżre nam dysk zanim zdążymy eksportować zakładki) zamierzam poświęcić im cały cykl wpisów. Zacznę od podstaw: Czym w ogóle jest zombie i skąd się to monstrum wzięło?

I walked with zombieKadr z filmu  I Walked with a Zombie  (1943) reż. Jacques Tourneur. W obrazie tym przedstawione jest opisywane przeze mnie haitańskie zombie. W odróżnieniu od późniejszych hitów kinowych zagrożeniem jest tutaj groźba bycia zamienionym w zombie, a nie zostanie zjedzonym.

Geneza zombie

Zombie, podobnie jak inne gotyckie straszydła takie jak duchy, wampiry czy wilkołaki, wywodzi się z folkloru. Termin „zombie” wszedł do słownika języka angielskiego wraz z amerykańską okupacją Haiti (1915-1934). Pierwotnie termin ten odnosił się do praktyk voodoo i oznaczał „pozbawione duszy zwłoki przywrócone do życia poprzez czarną magię”[1].

Wśród badaczy zajmujących się haitańskimi wierzeniami nie ma całkowitej zgodności co do tego kim/czym jest zombie. Były nawet próby udokumentowania haitańskich zombie jako autentycznego zjawiska biologicznego. Stało się tak za sprawą kanadyjskiego antropologa Wade’a Davisa[2], który stwierdził, że zombie jest jak najbardziej prawdziwe, a co za tym idzie haitański system wierzeń nie może być deprecjonowany jako nieracjonalny (wtedy jeszcze wszyscy mieli świra na punkcie wytykania innym, że ich przekonania są bezwartościowe, bo nieracjonalne[3]). Davis wysnuł hipotezę, że zombie były rzeczywiście tworzone w ramach pewnych funkcjonujących w haitańskim społeczeństwie kodów moralnych i społecznych. Proces zombifikacji polegać miał, zdaniem Davisa, na podawaniu przez kapłanów voodoo trującej substancji (tetrodotoksyny) wpływającej na działanie układu nerwowego. Osoba, która zażyła ów środek, miała przez kilka dni sprawiać wrażenie martwej, zostawała nawet zakopywana, po jakimś jednak czasie budziła się. Zażyte toksyny powodowały natomiast trwałe uszkodzenie mózgu, co skutkowało zmianami w zachowaniu (powolność, ociężałość, utratę umiejętności mowy). Wszystko byłoby cacy, gdyby nie fakt, że większość naukowców nie zgodziła się z teorią zaproponowaną przez Davisa, a wręcz nie mogła się doszukać tetrodotoksyny w żadnej z przedstawionych przez niego próbek. Oczywiście w żaden sposób nie zmieniło to postawy Haitańczyków wobec zombie – były one tak samo prawdziwe i przerażające jak zawsze.

Duet etnografów Ackermann & Gauthier (odwołuje się do nich większość autorów analizujących źródła zombie) ma w tej sprawie własne zdanie, zgodnie z którym wszystko kręci się wokół duszy. Zauważają oni, że istnieją dwie główne kategorie zombie: ciało bez duszy oraz dusza bez ciała.

Pierwszy z typów zombie stworzony zostaje przez kapłana i funkcjonuje jako nieświadoma, pozbawiona wspomnień, bezwolna istota. Jest niewolnikiem, sługą wykorzystywanym przy prostych pracach polowych i gospodarskich, najczęściej na potrzeby samego kapłana lub kogoś, kto zlecił mu stworzenie darmowej siły roboczej. Według jednych podań jest to umarły przywrócony na nowo do życia, według innych – osoba otruta (zgodnie z hipotezą Davisa). Tym, co łączy obie wersje zombie jest brak duszy – zostaje im ona skradziona.

Drugim opisywanym przez Ackermanna i Gauthier typem zombie jest dusza bez ciała. Kapłan pozyskuje duszę osoby zmarłej bądź żywej i zamyka ją w butelce lub słoiku. Takimi „duchowymi słoikami” handluje się potem na pobliskim bazarze. Można je nabyć w promocyjnej cenie i wykorzystać do odrabiania naszej pracy domowej. Srsly[4]! Ten rodzaj zombie jest jednak rzadszy, nie wszyscy Haitańczycy wiedzą o istnieniu takiego przekazu.

Zombie zapewne pozostałyby tylko jednym z wielu lokalnych haitańskich mitów gdyby nie film George’a Romero Noc żywych trupów z 1968 r. Produkcja opowiadała o powstałych z grobów trupach dręczonych straszliwym głodem, który mogło zaspokoić tylko świeże ludzkie mięso. Film okazał się wielkim sukcesem kasowym, a obraz zombie na stałe zagościł w popkulturze niemal na całym świecie.

Żywe czy martwe?

Zombie to stwory pod każdym względem niejednoznaczne. Wprowadzają nastrój grozy między innymi dlatego, że nie są ani żywe ani tak naprawdę martwe, co więcej mają niepokojące antropofagiczne ciągoty. W związku z tym, że jednoznaczne zakwalifikowanie ich do jednego świata (żywych bądź umarłych) sprawia trudności można powiedzieć, że są to wręcz potwory liminalne. Wpasowują się w kategorię obcych, hybrydycznych oraz przekraczających granice istot. O trudnościach z zakwalifikowaniem zombie do jednej kategorii świadczy już samo nazewnictwo – czym bowiem są „żywe trupy”?

skala żywych i umarłych

Kyle William Bishop – maniak filmów o zombie i autor zacnej książki American Zombie Gothic. The Rise and Fall (and Rise) of the Walking Dead in Popular Culture (nie, dłuższego tytułu nie dało się wymyślić) bardziej skłania się jednak ku „martwej” stronie skali. W kinematografii zombie to przede wszystkim zwłoki przywrócone do życia. Co więcej często są to „znajome zwłoki” (dead kindred), to znaczy ludzie, których bohaterowie filmów wcześniej znali (a w zasadzie to, co z tych ludzi zostało). Bishop pisze: „Jako że, z technicznego punktu widzenia, zombie są raczej umarłe niż nieumarłe (bardziej romantyczne figury takie jak wampiry), zajmują osobne miejsce w skali żywych i umarłych – posiadają jedynie gnijący mózg i nie mają żadnych możliwości emocjonalnych”[5]. Wyjątkowy pod tym względem charakter zombie wpływa na „relację”, jaką może mieć z nimi popkulturowy bohater. Z zombie nie da się dyskutować, nie można mu przemówić do rozsądku, nie da się go również zwalczyć przesądami. Nie pomogą ni czosnek ni krzyż. Umarlaków można się pozbyć tylko i wyłącznie rozwalając im łeb.

Koniec odcinka pierwszego. Część druga, właściwa bo w końcu mówiąca o popkulturze, wkrótce.


[1] Oxford English Dictionary

[2] Wade Davis – urodzony w 1953r. antropolog i etnobotanik, zajmował się przede wszystkim roślinami o właściwościach psychoaktywnych i ich zastosowaniem w różnego rodzaju rytuałach. Najbardziej znany z wydanej w 1958 r. książki The Servant and the Rainbow dotyczącej haitańskich zombie.

[3] Tej kwestii zamierzamy w najbliższej przyszłości poświęcić osobną notkę.

[4] ” A real zombi market is said to exist in Haiti. Bottled zombis are inexpensive, as even sugar cane workers report-edly can afford to buy them. These zombis may work in the field, may attract customers to a shop, or even correct a poor student’s homework” (Ackermann & Gauthier, s. 19)

[5] Bishop, s.20

Biblio

Dla antropoludów zainteresowanych tematem
  1. BISHOP Kyle William, American Zombie Gothic, The Rise and Fall (and Rise) of the Walking Dead in Popular Culture (2010)
  2. ACKERMANN Hans & GAUTHIER Janine, The Ways and Nature of the Zombie [w:] The Journal of American Folklore, Vol. 104, No. 414 (1991)
  3. INGLIS David, The Zombie from Myth to Reality: Wade Davis, Academic Scandal and the Limits of the Real (2010)
  4. D’COSTA Krystal, The American Fascination with Zombies [w:] Scientific American (2011)  –> http://blogs.scientificamerican.com/anthropology-in-practice/2011/10/26/the-american-fascination-with-zombies/
  5. WWW: http://teamcypher.net/?p=416
  6. W RAMACH CIEKAWOSTKI: Matematycy też zajmują się zombie –> http://mysite.science.uottawa.ca/rsmith43/Zombies.pdf
Otagowane , , ,