Tag Archives: hip-hop

Tworzenie podmiotów homonormatywnych w USA. Hip-hop, homofobia i wielkie marki

Hip-hopowi stuknęła czterdziestka. Wywodząca się z nowojorskich czarnych gett subkultura oporu, kontestacji i krytyki otaczającej rzeczywistości osiąga dojrzałość i dokonuje rewizji własnych fundamentów, na których budowano współczesny rap biznes. Jednym z nich jest homofobia wynikająca ze szczególnej organizacji seksualności składającej się z heteronormatywnej matrycy, uprzedmiotowienia kobiet i stereotypu macho. Fundamenty te poddawane są dekonstrukcji na przestrzeni kilkunastu (a w Polsce kilku) ostatnich lat. Zdominowany początkowo przez mężczyzn gangsta rap, czy dirty rap, ewoluował do nowych podgatunków (m. in. w stronę rapu politycznego).

Raperzy coraz częściej deklarują, że wolą by ich partnerki z nimi rozmawiały, raczej niż „schodziły niżej”. Same kobiety już dawno chwyciły za mikrofon. Niektórzy wykonawcy dokonują coming outów ujawniając, że nie wpisują się w heteronormatywną matrycę promowaną przez wiele lat w rapie i tym samym kreują homonormatywność. Od momentu[1] gdy Frank Ocean, członek kolektywu Odd Future[2] wyszedł z szafy ogłaszając swój biseksualizm, hip-hop po raz pierwszy podjął wątek silnie obecnej w rapie homofobii.

Dyskusja nie odbywa się jednak tylko w ramach świata rapu – została wpleciona do debaty wokół małżeństw jednopłciowych. Od marca trwają w Sądzie Najwyższym USA obrady wokół tzw. Ustawy o Obronie Małżeństwa obowiązującej od 1996 roku (Deffence of Marriage Act, w skrócie DOMA) definiującej małżeństwo – podobnie jak w Polsce – jako związek kobiety i mężczyzny[3]. Jedną z przyczyn dla których DOMA trafiła do sądu był zarzut o niekonstytucyjność aktu prawnego, który godzi w prawa człowieka, dyskryminuje pary homoseksualne odbierając legalnym małżeńtwom jednopłciowym  szereg praw federalnych (m.in. wspólne rozliczenie podatkowe, ubezpieczenie zdrowotne, prawa pracownicze). Na wokandę trafiła również tzw. Propozycja 8 (Proposition 8) delegalizująca małżeństwa jednopłciowe w stanie Kalifornia, po tym jak zostały usankcjonowane w 2007 roku.

Zdajemy sobie sprawę, że seksualność i orientacja seksualna są społecznie konstruowane w zależności od kontekstu historycznego i społeczno-ekonomicznego, a heteroseksualizm i sprzężone z nim role społeczne przypisywane kobiecie i mężczyźnie nie są naturalne (gdyby były, homoseksualizm byłby traktowany jako dewiacja i choroba, którą należy leczyć)… Chwileczkę. Chyba jednak tego nie wiemy. To znaczy wiedzą to niektórzy, ale przeciwnicy takiego poglądu poruszają się w odmiennych systemach wiedzy czy epistemologiach. Doskonale pokazała to tegoroczna debata wokół związków partnerskich w polskim Sejmie. Nudy? Temat zastępczy? Niekoniecznie. Jak stwierdził guru badań nad historią seksualności:

„Kiedy chodzi o seks, chodzi o społeczeństwo.”

Jeffrey Weeks

Polska debata pokazała, że temat związków partnerskich otworzył puszkę Pandory: okazało się, że faktycznym polem konfliktu jest polska tożsamość i definiowanie kto do polskiego społeczeństwa może należeć i na jakich zasadach (Por. Kościańska 2012). Seksualność obywateli okazuje się być soczewką, dzięki której możemy przyglądać się procesom społecznym i indywidualnym praktykom, zaś regulowana przez państwo okazuje się być jednym z budulców państwa narodowego i pożądanego modelu tożsamości jego obywateli (Weeks 2012, s. 45-46)[4].

Podmiot homonormatywny. Produkcja vs. jego tworzenie

Wróćmy za wielką wodę. Interesuje mnie przede wszystkim to, w jaki sposób dyskurs medialny kreuje wizerunek osób homoseksualnych w toczącej się debacie. O ile w Polsce z lekkim poślizgiem ruszyła kampania społeczna „Rodzice, odważcie się mówić”, która zaistniała w przestrzeni publicznej polskich miast już po styczniowych wydarzeniach w Sejmie, tak w USA poparcia małżeństwom jednopłciowym udzielali (długo przed obradami Sądu Najwyższego) nie tylko politycy, działacze społeczni, amerykańskie kościoły czy towarzystwa naukowe, ale giganci obecni na rynku[5]. Prywatni pracodawcy zrzeszeni w Bussiness Coalition for DOMA Repeal oraz firmy takie jak Amazon, Microsoft, Apple, Absolut czy Levi’s – jednoznacznie opowiedzieli się za zagwarantowaniem małżeństwom jednopłciowym identycznych praw, przywilejów i obowiązków zastrzeżonych dotychczas dla małżeństw między kobietą a mężczyzną. Duże marki wypuściły serię billboardów wspierających homoseksualne małżeństwa, Amazon i Microsoft nagrały nawet spoty reklamujące nowe produkty, w których – całkiem naturalnie – pojawiają się małżeństwa jednopłciowe.

Reklama Amazon’a

Biorące udział w reklamie Amazon’a postaci to młodzi przedstawiciele białych ludów północy, którzy mogą pozwolić sobie na zakup czytnika e-booków Kindle Paperwhite, a nawet wymianę starszego brata produktu na nowszy. I to już w kilka sekund po sugestii używającej go konsumentki. Bohaterów reklamy – kobietę i mężczyznę, stać również na urlop w kurorcie wypoczynkowym nad brzegiem oceanu – bowiem, jak sugeruje tytuł reklamy „Amazon Kindle Paperwhite is perfecta at the beach” – a zakup nowego czytnika Kindle (oczywiście przez Internet) należy uczcić drinkiem. Okazuje się, że oboje czekają, aż przyniosą im je ich mężowie.

Reklama Microsoft’u

Reklama Microsoft’u idzie o krok dalej. Ponownie, postaci występujące w video to klasa WASP-ów[6] doskonale poruszająca się w świecie zaawansowanych technologicznie sprzętów, a przede wszystkim pozostających w nieustannym kontakcie ze swoimi znajomymi dzięki błyskawicznym aktualizacjom internetowym na Facebooku, Twitterze czy LinkedIn. Hasło reklamowe brzmi: „Get updated”[7] . Mężczyzna debiutuje w swojej nowej pracy: po tym jak efektywnie spowodował wypadek samochodowy od razu obwieszcza znajomym profesję, którą się obecnie zajmuje (Stuntman, wcześniej: Deliveryman). Para lesbijek bierze ślub i momentalnie w usłudze Outlook nazwisko jednej z nich przestaje być jednoczłonowe, zaś na zdjęciu profilowym znajduje się teraz fotografia nowożeńców (nowożeńczyń?). Wszystko śledzi, nie odchodząc od swego komputera, wspólna znajoma mężczyzny i kobiet, która zaraz po odczytaniu ich aktualizacji gratuluje im komentując wszystko na swoim Outlookowym profilu. Microsoft pokazuje rzeczywistość w której zarówno diametralna zmiana charakteru wykonywanej pracy jak i małżeństwa homoseksualne nie stanowią odchylenia od normy, a przepływ informacji między ludźmi odbywa się głównie za pośrednictwem Internetu. W obu reklamach ich bohaterowie przedstawiani są jako zaradne podmioty przynależące do miejskiej klasy średniej, odnoszące sukces ekonomiczny i towarzyski jednostki, które budują swoją tożsamość w oparciu o świadomie dokonywane wybory – tyczą się one zarówno orientacji seksualnej, jak i mobilności zawodowej czy konsumowanych produktów i usług. Tożsamość, czy styl życia, tworzymy wybierając ich komponenty z globalnego supermarketu kultury (Mathews 2005).

Nie byłaś/-eś w stanie przeczytać powyższego, przydługiego i grafomańskiego akapitu bez załadowania reklamy Microsoftu po raz kolejny? Jeśli chciałaś/-eś jeszcze raz posłuchać utworu „Can’t Hold Us” w wykonaniu duetu Macklemore&Ryan Lewis, lepiej od razu idź tu, lub wpadnij do mnie, pojaramy się razem. Oczywiście utwór znalazł się w reklamie nie bez przyczyny. Panowie są silnie zaangażowani w publiczne wspieranie małżeństw jednopłciowych. Sukces – w USA i o zasięgu globalnym – osiągnęli w 2012 roku dzięki premierze albumu „The Heist” na którym pojawił się utwór „Same Love”.

Macklemore&Ryan Lewis – „Same Love”

Macklemore przekonuje nas, odwołując się do własnych doświadczeń, że:

  1. homoseksualizm nie jest wrodzony, lecz konstruowany w społecznym kontekście,
  2. orientacja seksualna rodziców nie determinuje orientacji dziecka,
  3. kochające się osoby homoseksualne pozostają ze sobą do końca swych dni i budują trwałe, niejałowe związki.

Nagranie szybko stało się „hymnem” milionów młodych ludzi w USA popierających małżeństwa jednopłciowe i pobudziło dyskusję na temat homofobicznych postaw pośród raperów, co zbiegło się z wyjściem z szafy rapowych wykonawców (Frank Ocean, Azealia Banks, Angel Haze) czy swobodniejszego udzielenia aprobaty dla homoseksualistów przez innych (A$AP Rocky, Tylor the Creator, Murs, Jay-Z, Eminem, 50 Cent, założyciel najważniejszej wytwórni hip-hopowej Def Jam Recordings – Russell Simmons).

Macklemorelegalize

Macklemore wspiera małżeństwa jednopłciowe. Nie tylko hasłem na koszulce. Pojawia się w telewizji udzielając wywiadów, reaguje na homofobiczne zachowania w szkole [8], promuje i nagradza młodzież zaangażowaną w pomoc osobom doświadczających przemocy i dyskryminacji ze względu na orientację seksualną.

No i co z tego?

Znamienne, że oswajające z małżeństwami jednopłciowymi reklamy wielkich marek ilustrują je jako przedstawicieli dobrze usytuowanej klasy średniej, WASP-ów otaczających się nowinkami technologicznymi i będącymi zawsze na czasie z panującymi trendami. Świat hip-hopu natomiast, wywodzący się z czarnych gett i slumsów[9], jako subkultura kontestująca od lat siedemdziesiątych uprzywilejowane klasy społeczne i wyrażająca sprzeciw wobec dyskryminacji Afroamerykanów, uprzytamnia że problem seksualności jest silnie sprzężony z rasą, klasą, płcią biologiczną i kulturową. O ile 10-15 lat temu obecność kobiet w hip-hopie była echem III fali feminizmu, tak teraz obecność w nim homoseksualistów pokrywa się z debatą nad małżeństwami jednopłciowymi. Hip-hop, z uwagi na swój kontestacyjny charakter, który legł u jego podstaw, jest polem emancypacji i walki o równe prawa kolejnych grup społecznych.

Trwała i przekazywana w kulturowej matrycy tradycyjna tożsamość narodowa zostaje wyparta przez zmienną w zależności od czasu i miejsca nowoczesną tożsamość miejską. Ta atrakcyjna forma tworzenia siebie czy zarządzania (o)sobą, nie jest jednak dostępna dla wszystkich. Uprzywilejowanymi beneficjentami nowoczesnej sprawczości są przedstawiciele kreatywnej klasy średniej, zatrudnieni w branżach kreatywnych czy związani z wolnymi prestiżowymi zawodami, mieszkający w miastach globalnej Północy. Coraz większa liczba raperów i raperek kreujących wzorce homonormatywne przyczynia się do poszerzenia tej wąskiej grupy o nieuprzywilejowane klasy społeczne.

Homonormatywność należy jednak rozróżnić na rodzaj odgórnego zarządzania wtłaczającego jednostki w globalną neoliberalną wspólnotę (structure) oraz taktykę pojedynczych podmiotów pozwalających na emancypację i opór wobec dominujących lokalnie struktury społecznej i wzorców genderowych (agency) (Por. Brown 2012). Sama homonormatywność może zatem z jednej strony wzmacniać sprawczość jednostek, z drugiej zaś „produkować” przedstawicieli globalnej i horyzontalnej wspólnoty wyobrażonej (Anderson 1997; Donham 2012). Nie ma bowiem jednej seksualności. Również homonormatywność, choć kreowana przez media (Zob. Rams 2011) i kampanie reklamowe jako jednocząca wszystkich ludzi wymykających się heteronormatywnym wzorcom, każdorazowo definiowana i negocjowana jest w zależności od usytuowania klasowego, genderowego i szeroko pojętej struktury społecznej, w której podmioty funkcjonują. Homonormatywność jest silnie sprzężona z neoliberalizmem, który jest nie tylko systemem gospodarczym ale i rodzajem stylu życia (Wolkersdorff 2007; 2008/2009). Jako taka, może mieć zatem zarówno walor emancypacyjny jednostek, które utożsamiając się z globalną społecznością legitymizują w lokalnym kontekście swoją tożsamość, jak i funkcję wykluczającą w stosunku do tych podmiotów, które nie wpisują się w promowany model homonormatywnej jednostki. Model ten tworzony jest na styku określonych warunków społeczno-ekonomicznych, zaś jego składowymi są: klasa, rasa, wiek, płeć, miejsce zamieszkania.

Swoją drogą, heteronormatywnemu wzorcowi zaprzeczała już kilka(naście) lat temu obecność kobiet-lesbijek w hip-hopie[10]. Niemniej, dopiero mężczyzna o orientacji homo- czy biseksualnej okazuje się naruszać wzorce seksualności promowane w tej kulturze. Ale to już temat na kolejny tekst!


[1] W lipcu 2012 roku; jednak dopiero teraz informacja ma większy rezonans w mediach.

[2] Frontman kolektywu, Tyler, The Creator, błyskawicznie udzielił poparcia swemu przyjacielowi na Twitterze, sam jednak często krytykowany jest za homofobiczne, seksistowskie i mizoginiczne treści oraz nadużywanie słowa „faggot”, co jednak kwituje stwierdzeniem, że nie jest homofobem, a słowa „faggot” używa jako synonimu dla słowa „stupid”, czym najwyraźniej stara się zmienić signifie słowa na „f”.

[3] Następujące stany uznają małżeństwa jednopłciowe: Massachusetts, Connecticut, Iowa, Vermont, New Hampshire, Nowy Jork, Maine, Maryland, Waszyngton oraz Dystrykt Kolumbii (podane w chronologicznej kolejności legalizacji małżeństw jednopłciowych od 2004 do 2012 roku).

[4] Rezygnuję z naszkicowania debaty wokół związków partnerskich, bowiem od trzech dni tworzyłam na ten temat artykuł. Skupmy się na USA i hip-hopie, tego wątku nie udało mi się upchnąć do tekstu, który powędrował na akademię.

[5] Ciekawe, że w polskim kontekście odszukałam tylko jedną dużą firmę, która w jakikolwiek sposób odniosła się do toczonej debaty wokół związków partnerskich. Na facebookowym profilu kampanii reklamowej „Serce i Rozum”  Orange znalazło się zdjęcie opatrzone komentarzem „Czyli co, nasz związek jednak nie jest legalny?”. Firma nie zajęła jednak oficjalnego stanowiska w tej sprawie. Jeśli udało Ci się znaleźć więcej takich przykładów, napisz o tym w komentarzu!

[6] Skrót od White Anglo-Saxon Protestant.

[7] Slogan sugeruje również, że „bycie na czasie”, aktualizacja własnych poglądów, to akceptacja małżeństw jednopłciowych. Przekaz? Homofobia jest passe!

[8] Usłyszałam ostatnio od kilku osób, że nowym przekleństwem czy inwektywą popularną wśród dzieci jest określenie kogoś „gejem” czy lesbą”. Prześledzenie zmiany w tym zakresie może oddać społeczne fobie.

[9] Pamiętajmy, że określenia „ghetto” czy „slums” nie są neutralne politycznie, światopoglądowo etc. To nie społeczności zamieszkujące takie przestrzenie zaczęły określać je w ten sposób.

[10] Niemiłosiernie pragnę przeczytać jeszcze niewydaną publikację „Does Hip-Hop Hate Women” (ed. Bakari Kitwana and Kara Young), gdzie hip-hopowi wykonawcy II fali opowiadają o wzorcach seksualnych i genderowych, promowanych w hip-hopie przez mainstreamowe media.

Poczytaj

  1. ANDERSON B., Wspólnoty wyobrażone, Kraków 1997
  2. DONHAM D. L., Wyzwalanie Republiki Południowej Afryki. Unowocześnianie seksu pomiędzy mężczyznami w Soweto [w:] Antropologia seksualności. Teoria, etnografia, zastosowanie, red. A. Kościańska, Warszawa 2012
  3. KOŚCIAŃSKA A., Czy onanista to też Polak? Debata o masturbacji 1993–1994, Interalia nr 7, 2012
  4. MATHEWS D., Supermarket kultury, 2005
  5. RAMS P., Queerowanie mediów. O ponowoczesnych przestrzeniach emancypacji, Interalia nr 6, 2011,
  6. WEEKS J., Wynalezienie seksualności, [w:] Antropologia seksualności. Teoria, etnografia, zastosowanie, red. A. Kościańska, Warszawa 2012
  7. WOLTERSDORFF V., Queer Subject Economies. Managing Diversity and Precariousness in Neoliberalism, Interalia nr 6, 2008-2009
  8. WOLTERSDORFF V., Neoliberalism and its Homophobic Discontents [1], Interalia nr 5, 2007
Reklamy
Otagowane , , , , ,

antropolog potrzebny od zaraz! (cz.1)

Jednym z głównych celów, jaki stawiają sobie twórczynie ANTROPOLUDENS, jest dyskusja nad zaangażowaniem antropologów i projektem antropologii stosowanej. Niedawno w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM powstała publikacja „Etnolog na rynku pracy”, która wskazuje na problem, z jakim borykają się polscy pracodawcy. Potrzebują oni osób wykazujących się umiejętnością krytycznego myślenia, nieprzystawania na to, co oczywiste, problematyzowania i dociekliwego zgłębiania powierzonych zadań. To cechy, które przydają się w wielu sektorach rynku pracy, zaś – jak pisze we wstępie ww. publikacji prof. Michał Buchowski – między innymi antropolodzy je posiadają. Będziemy systematycznie starały się przekonywać naszych czytelników o słuszności tej tezy, pokazując obszary, w których antropolodzy mogą znaleźć po studiach zatrudnienie.

W pierwszej odsłonie Balmas i Sznel przypomną ubiegłoroczną edycję Warszawskiego Festiwalu Filmowego, podczas którego doszły do wniosku, że zarówno organizatorzy przedsięwzięcia, jak i twórcy dokumentów, powinni zwrócić uwagę na to, że widz nie zawsze jest w wystarczającym stopniu zapoznany z problematyką filmu, by obcować z nim w sposób w pełni świadomy. Być może warto więc przewidzieć podczas kolejnych przedsięwzięć kilka nowych etatów: dla kulturoznawców, historyków, czy wreszcie nas – antropologów.

filmy

Wspomnienia Sznel

Krytyka neoliberalnej koncepcji wolności, oryginalna ekologia, freeganizm, seks wyzwolony z okowów burżuazyjnej przyzwoitości[1], rażąca naiwność połączona z ignorancją na różnicę kulturową oraz skrajny europocentryzm. To wszystko mogłam zobaczyć w dokumencie Michała Marczaka podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Fuck For Forest – tytuł filmu i nazwa organizacji (FFF), która na ratowanie planety uzbierała już setki tysięcy euro dzięki pornograficznym produkcjom i zdjęciom umieszczanym na stronie www. O szczytnym celu ochrony kurczących się w szybkim tempie zasobów naturalnych, połączonym z chałupniczą pornografią, twórca dokumentu – jak przyznał podczas spotkania po projekcji – dowiedział się z „Przekroju”. Tygodnik ten nie raz, nie dwa i mnie samą twórczo zainspirował kiedy zaczytywałam się[2] artykułami demaskującymi relacje władzy, poddającymi w wątpliwość obowiązujące publicznie dyskursy oraz krytycznymi wobec uprzywilejowanych długim trwaniem instytucji społecznych. Wróćmy jednak do FFF.

Dokument polskiego reżysera Michała Marczaka to produkcja na najwyższym poziomie, choć wydaje się być zbyt odważna, zbyt kontrowersyjna dla polskiego młodego odbiorcy (na wypełnionej po brzegi kinowej sali zgromadzili  się przede wszystkim dwudziesto-, trzydziestolatkowie). Widzowie, wraz z napisami końcowymi, uciekali w pośpiechu, by przypadkiem nie wysłuchiwać wywodów reżysera podejmującego tak obrazoburczą tematykę. Niecierpiący na nadmiar ofert pracy antropolodzy mogliby udzielać głosu przy okazji festiwali filmowych atakujących widza innością, obcością, alternatywnym oglądem rzeczywistości. Większość filmów dokumentalnych podejmujących tak „niepopularne” tematy jak seks, czy mongolski hip-hop[3], skazana jest na niezrozumienie i typową reakcję człowieka, który boi się choć na chwilę zrezygnować ze sztywnych ram wyznaczających zakres i wizję jego rzeczywistości –  pusty śmiech ujawniający skrajną ignorancję wobec alternatywnych stylów życia.

Lecz czego wymagać od organizatorów festiwalu, skoro sami członkowie FFF oraz reżyser wykazują brak myślenia w kategoriach kulturowego relatywizmu? Naszym zdaniem doskonałym pomysłem są krótkie „wstępniaki” do większości filmów, zakreślające z antropologiczną wrażliwością dlaczego niestosowny jest przekpiewczy stosunek do zjawisk czy aktywności stanowiących dla ich bohaterów normę. Potrzebę takich „wstępniaków” zauważyli organizatorzy innego festiwalu,  Kinomuzeum, który właśnie dobiegł końca w Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie.

Eko-porno-aktywiści dziwią się przybywszy do wioski amazońskich Indian, że ci nie chcą pomocy przybyłych z Europy „białasów” epatujących nagością. Nie zadają sobie trudu (przynajmniej na kinowym ekranie), by dowiedzieć się w jakich sytuacjach nagość jest tu dopuszczana. Nie zastanawiają się nad lokalnymi relacjami własności jednostkowej i kolektywnej (las nie może być czyjś). Nie są w stanie zarzucić na chwilę zachodniej racjonalności, by zrozumieć epistemologię ludzi doświadczających zgoła innych realiów egzystencji na – niby – tej samej planecie Ziemi.

Marczak, zapytany przez widza o to, dlaczego członkom FFF nie udało się finalnie pomóc społeczności zamieszkującej przestrzeń lasu, w której rozgrywają się interesy władz państwowej,   wzrusza ramionami. Eko-porno-aktywistów określa mianem dziwaków i pomyleńców, czym zdradza swój przedmiotowy do nich stosunek. Najwyraźniej dwuletnie współprzebywanie (co w gruncie rzeczy – z antropologicznej perspektywy – jest czasem umożliwiającym przeprowadzenie gruntownych badań etnograficznych) nie nauczyło go zbyt wiele. A gdyby uznać inność jako równie uprzywilejowaną formę zamieszkiwania tego globu? Nie wymaga to zbyt dużego wysiłku intelektualnego: wystarczy zmiana punktu widzenia[4].

Wspomnienia Balmas

W 2012 roku, podobnie jak rok, dwa i trzy lata wcześniej, wybrałam się na Warszawski Festiwal Filmowy. Jako wielka fanka dokumentów o różnorodnej tematyce, co roku znajduję w programie festiwalu kilka propozycji nie do odrzucenia. Tym razem wyczekiwanym hitem niewątpliwie był dla mnie film Mongolian bling traktujący o mongolskiej muzyce hip-hopowej. Marzyłam, by go zobaczyć od momentu, gdy dowiedziałam się o jego istnieniu.

Z językiem oraz kulturą mongolską mam styczność od kilku dobrych lat[5], muzyką hip-hopową tworzoną w tym kraju interesuję się natomiast mniej więcej od dwóch. Wtedy to, jako członkini „wybitnego” mongolistyczno-tybetologicznego koła naukowego, miałam okazję współorganizować pierwsze, i ostatnie, otwarte spotkanie studenckie połączone z odczytem referatów (więcej nikomu się już nie chciało niczego ogarniać, więc w ciągu 3 lat była to jedyna działalność tego koła; wiwat ludzie pełni pasji!). Nasz naukowy wieczorek w całości poświęcony był mongolskiej muzyce. Słuchaliśmy i rozmawialiśmy o: jazzie, popie, muzyce filmowej, tradycyjnej, i właśnie hip-hopowej. Jedna z naszych koleżanek przedstawiła prezentację stanowiącą skrót jej licencjatu, w całości poświęconego mongolskim tekstom hip-hopowym. Przetłumaczyła dla nas kilka utworów, puściła teledyski i opowiedziała o koncertach, na jakich miała okazję być podczas swego rocznego pobytu w Mongolii. Mimo że nieszczególnie przepadam za tym rodzajem muzyki, w tamtym momencie uznałam, że mongolski hip-hop to coś, co warto od czasu do czasu wrzucić w słuchawki. Ten język stworzony jest do szybkiego gadania!

Teledysk do piosenki „Hujaa” w wykonaniu Gee

Najpierw krótko o samym filmie. Twórcy chcieli dobrze. Starali się pokazać związki mongolskiego hip-hopu z muzyką tradycyjną. Usiłowali przedstawić chociaż część zjawisk społecznych, stanowiących inspirację do tekstów. Poniekąd próbowali też wskazać, w jaki sposób muzyka ta rozwijała się w specyficznych warunkach tego kraju: skąd czerpano inspiracje, kogo można uznać za ojca-założyciela gatunku, jak charakter utworów ulegał zmianie. Wprowadzono odrobinę polityki, szczyptę historii i garstkę problemów społecznych, z jakimi borykają się mieszkańcy Ułan Bator[6]. Wszystkiego było jednak zdecydowanie za mało. Mongolski hip-hop to w Mongolian bling zjawisko przerażająco wręcz płytkie.

Konstrukcja całego filmu opiera się w zasadzie na biografiach szóstki artystów. Rozumiem, że gatunek ten jest w Mongolii stosunkowo nowy, ale naprawdę nie wydaje mi się, by dotarcie do większej ilości wykonawców było szczególnie trudne. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że spora część byłaby zadowolona z możliwości promowania swojej muzyki na Zachodzie i w innych częściach świata (reżyser jest Australijczykiem). Sam kontekst mongolski również został jedynie liźnięty. Pokazano biedę w dzielnicy jurtowisk – nie padło jednak ani słowo o jej przyczynach. Migracje do miast? A co to? Bezrobocie? To coś takiego istnieje? Alkoholizm? Whaaat? Długo by wymieniać. W Australii najwyraźniej zjawiska te nie istnieją. Miał być dokument, a wyszły „Rozmowy w toku”. Nie trudno się dziwić, że temat nie został zgłębiony, jeśli weźmie się pod uwagę, że w Ułan Bator ekipa przebywała jedynie kilka tygodni. W efekcie dostajemy koszmarek, w którym jedna z najważniejszych mongolskich artystek hip-hopowych opowiada o swoim życiu jako matka i żona, podczas gdy małżonek kroi ziemniaki, natomiast babcia, ukazana jako „cudowna istota”, która wbrew wszystkiemu pozwalała artystce śpiewać co chce, siedzi na kanapie i śpiewa utwory absolutnie niezwiązane z tym, o czym akurat w scenie mowa. Oczywiście, starsza Pani nie ma też nic do powiedzenia – po co wykorzystywać jej wiedzę, doświadczenie i kompetencje? Spowodowało to, że pod koniec zaczęłam niestety przysypiać. Obawiałam się również, że w końcu zza rogu wyskoczy Ewa Drzyzga, wolałam więc zamknąć oczy.

To wszystko jednak nic,przy głównym zarzucie, jaki mam wobec filmu. Przeciętny widz nie zwróci uwagi na wiele braków w opowieści. Nie mając pojęcia o mongolskim kontekście, nie wie przecież o istnieniu wielu zjawisk. Z pewnością zauważy jednak, że nikomu nie chciało się przetłumaczyć tekstów. Jak można nie uwzględnić w dokumencie o hip-hopie tekstów utworów? Czy nie o nie w tej muzyce chodzi?

Niezrozumienie filmu przez wielu widzów jest zupełnie inną kwestią. Podobnie jak Sznel uważam, że absolutnie niezbędne są krótkie wprowadzenia do pewnych filmów. Antropolodzy, orientaliści, socjolodzy, historycy – wszyscy oni nudzą się w domu siedząc na fejsie i oglądając amerykańskie seriale, podczas gdy mogliby w ciągu dziesięciu minut uświadomić te kilkaset osób siedzących w ciemnej sali kinowej o wielu zjawiskach, których nie sposób poruszyć w dokumentach, a które są niezbędne do zrozumienia filmów. Jakimś cudem na mało popularnym Festiwalu Filmów Europejskich Kanon, organizowanym co roku w bródnowskim domu kultury „Świt” w Warszawie, da się ściągnąć filmoznawcę[7] by wprowadził niewprawionych widzów w tematykę, symbolikę i konstrukcję pokazywanych filmów. Doprawdy, nie jest to trudny zabieg, a mógłby zapobiec niepotrzebnym salwom śmiechu w momencie gdy szaman opowiada o duchu swego bębna lub starsza kobieta prezentuje niezwykłe możliwości głosowe gładko przechodząc od chöömej do sygytu.

Filmik instruktażowy prezentujący różne style śpiewu gardłowego

[1] Posługuję się polskim tłumaczeniem terminu respectability, którego użył G. Mosse w swojej książce Nationalism and Sexuality: Respectability and Abnormal Sexuality in Modern Europe (1985) opisując konstruowanie pożądanego obywatela wpisującego się w kategorie heteronormatywnego podmiotu.

[2] Od blisko siedmiu miesięcy tego nie robię. Swoją drogą polecam Cywilizację Przekroju (2008) autorstwa Justyny Jaworskiej, w której autorka ilustruje konstruowanie specyficznej wizji obyczajowości na łamach tygodnika, z podziałem na różne okresy zdeterminowane zmianami redakcyjnymi.

[3] O tym w dalszej części tekstu.

[4] Aby uzasadnić swe zawołanie polecam wywiad z twórcą filmu 

[5] Zdarzyło mi się spędzić trzy lata swego życia na Wydziale Orientalistycznym UW gdzie jako studentka zgłębiałam tajniki języka mandżurskiego, którym nikt się nie posługuje, śpiewałam mongolskie przyśpiewki pijackie i wykonywałam różne inne wielce sensowne czynności.

[6] Od razu się tłumaczę świadomie nie stosuję polskiej odmiany, nie zamierzam bowiem jechać do Ułan Batoru, wolę Ułan Bator i tej wersji się trzymam.

[7] Przed projekcjami o filmach krótko opowiada Mikołaj Wojciechowski dziennikarz, krytyk filmowy.

Otagowane , , , ,