Tag Archives: Kalkuta

Indiopol: Grubiaństwo codzienne

– Czemu jesteś taka nieuprzejma? – zapytał pewnego razu D., kiedy w konkretny acz mało subtelny sposób zamówiłam u kelnera wybrany zestaw śniadaniowy. Był to ostatni dzień moich krótkich, acz cudownych wakacji w Warszawie.

– Nieuprzejma? Ja? Niemożliwe. Przecież sama kiedyś byłam kelnerką! – odparłam zmieszana. Po chwili namysłu dodałam jednak – Słuchaj, to musi być przez te Indie! –

Naciągane usprawiedliwienie dla braku manier? Zgoda. Ale zastanówmy się przez chwilę.

Moja ulica

Moja ulica

W języku bengalskim nie ma w zasadzie form grzecznościowych – nie ma „proszę”, słowo „dziękuje” pojawia się rzadko, a jeśli już to po angielsku. Ci z kolei co mieszkają lub też przebywali wystarczająco długo w Indiach wiedzą, że zbytnia elokwencja w języku angielskim nie popłaca w sytuacjach codziennych. Komunikować należy się w prostym trybie orzekającym bądź rozkazującym, a miarą grzeczności jest ton głosu. Czemu? Jak to? Już wyjaśniam.

Banalna sprawa – chodzi o zrozumiałość. Wyobraź sobie taką sytuację – jesteś w New Delhi, stolicy Indii. Wybrałeś się do jednej z najbardziej modnych dzielnic miasta na kawę, gdzie na co dzień roi się od cudzoziemców. Idziesz do wyjątkowo hipsterskiej restauracyjki (menu jest wydrukowane na papierze z makulatury i wygląda jak gazeta). Namyśliłeś się i chcesz zamawiać. Przywołujesz jednego z czterech kelnerów znajdujących się na sali. Zgrabnie składasz po angielsku zamówienie. Kelner patrzy na ciebie przez chwilę, po czym odpowiada w hindi, że nie mówi po angielsku. Jak się okazuje, reszta kelnerów też nie. Po 10 minutach przychodzi nad-kelner, zarządca wszystkich kelnerów i asystent menadżera w jednym, aby przyjąć od ciebie zamówienie. On mówi świetnie, jego można dopytać co się w zasadzie zamawia etc. etc.

Indie. Kraj w którym język byłych kolonizatorów pozwala się komunikować „narodowi” mówiącemu w kilkuset językach. Angielski – jedyny język urzędowy w Indiach, którego uczą w każdej szkole. Urzędowych języków Indie mają 24.

Wracamy do rzeczywistości. Żyjąc na co dzień w Indiach człowiek upraszcza swoje słownictwo. Dla wygody, oczywiście – aby łatwiej komunikować się z otoczeniem. Ale też z grzeczności właśnie – prosty komunikat zostanie zrozumiany. Skomplikowany zawstydzi osobę, która będzie musiała poprosić o powtórzenie zamówienia. Zwłaszcza jeśli prosić trzeba cudzoziemca, którego angielski może mieć jakiś nieznany danemu Indusowi akcent lub który używa po prostu zbyt wielu skomplikowanych słów/zwrotów.

Zamiast więc „I would like to have a black coffee, please”, lepiej powiedzieć “black coffee, please”, na koniec się uśmiechając. Bo przecież jesteśmy tutaj gośćmi, czyż nie? Sami Indusi zamawiając bardzo rzadko mówią jednak „please”. Rzadko się też do obsługi uśmiechają.

Moja koleżanka B., Polka mieszkająca w Delhi ze swoim narzeczonym Ł., zauważyła jeszcze coś innego. Podczas rozmów o Indiach w Polsce, kiedy opowiadamy o tym jak nam się tu wspaniale na Subkontynencie mieszka, dość często wspominamy, że kraj ten uczy nas cierpliwości. True that. Bardzo rzadko, zdecydowanie za rzadko jednak (może ze wstydu?), przyznajemy przy tym, że także wyrabia on w nas pewnego rodzaju grubiaństwo. Takie grubiaństwo codzienne, praktyczne.

Z czego to wynika? Pomyślmy… O wszystko trzeba się targować, nie ważne czy jest się miejscowym czy obcokrajowcem. Oczywiście cudzoziemcy i cudzoziemki muszą targować się bardziej. Na początku człowiek próbuje być przy tym miły, ale przy zazwyczaj dość upartych sprzedawcach szybko traci się cierpliwość. Traci się ją już na pewno, kiedy targować się trzeba tak samo zawzięcie po dwóch latach spędzonych w Indiach i podstawowej znajomości języka lokalnego. Biały to bogaty, a może będzie miał gorszy dzień i z lenistwa zapłaci więcej.

Stanowczości uczą też żebracy – komu i kiedy powiedzieć nie, i jak radzić sobie w miejscach turystycznych, do których zabiera się swoich gości, po raz sto pięćdziesiąty ósmy.

B. dodaje jeszcze, a ja się z nią zgadzam, że frustrująca jest tutaj także powszechna obojętność – widać to zwłaszcza w ruchu ulicznym, kiedy przepisy drogowe są li tylko sugestią, a każdy jeździ sobie jak chce, mając resztę w nosie.

Tydzień temu przez kilka dni gościłam u siebie S. Kolega z Warszawy przyjechał do Indii na miesiąc na krótkie wakacyjne plażowanie. Tuż przed wylotem zatrzymał się u mnie na kilka dni.

S. lubuje się w momo, tybetańsko-nepalsko-sikkimskich pierożkach z mięsem (tutaj najczęściej kurczakowym), które są w Kalkucie najczęściej serwowaną lunchową przekąską street foodową, zaraz obok chow mein, eggrollsów, i dalu z ryżem/roti/nanem. Raz czy dwa towarzyszyłam mu w tej przyjemności, samej jednak nie jedząc – za gorącą dla mnie teraz na takie ciężkostrawne przysmaki.

Przechodzimy przez ruchliwą ulicę, aby dojść do jego ulubionej momo budki, schowanej w wąskiej alejce nieopodal mojego ukochanego South City Mall, zbawiającego klimatyzacją centrum handlowego.

S. spogląda na mnie przez chwilę uważnie i pyta z niepokojem: – Wszystko w porządku?

– Tak, jasne! Czemu pytasz?

–  A nic. Wyglądasz po prostu na zestresowaną.

Uśmiecham się zmieszana i tłumaczę S. o co chodzi z takim moim „bitch-face”, z tą krzywą miną.

– Wiesz co, to tylko taka moja maska ochronna. Jako biała dziewczyna, mieszkająca sama w Indiach, chcę wyglądać onieśmielająco. Jak wyglądasz byt „miękko” ludzie od razu podchodzą, zaczynają pytań skąd jestem, co tu robię. Okay, niektórzy chcą być po prostu uprzejmi. Ale w bardzo wielu – zbyt wielu przypadkach – nie. Zwłaszcza podrostki. A poza tym, ile razy można odpowiadać na tego typu pytania? Po jakimś czasie robi się to męczące. Do nieustannego bycia obserwowaną już się przyzwyczaiłam, ale zaczepiania mam po prostu dość. Do tego dochodzą jeszcze sprzedawcy wszystkiego, hijrowie (za tymi akurat przepadam) oraz żebracy. No i nie chcę być tego rodzaju uśmiechniętą „turystką-wolonatriuszką”, która kocha cały świat i przyczynia się do tworzenia niekorzystnego wizerunku cudzoziemek w Indiach.

Wiecie którą – taką z sianem na głowie, w szarawarach i z toną bransoletek, która przyjechała do biednych Indii czynić dobro. Jest otwarta i tolerancyjna, i uprzejma wobec wszystkich i wszystko ją ciekawi. Kulturowy relatywizm, of course, trzeba być miłym. A tutaj Induski, te przyzwoite, na ulicy wobec obcych mężczyzn, chłopców zwłaszcza, uprzejme nie są. Bo taka uprzejmość może być źle odczytana. I zazwyczaj właśnie jest. A potem idzie taka uprzejma cudzoziemka. Biała, piękna, bezpośrednia, w tych swoich zachodnich lub pseudo-indyjskich ciuchach. I wszyscy wiedzą że pochodzi z innego świata, ze świata gdzie relacje damsko-męskie wyglądają zgoła inaczej. Takie wyzwolone są, te cudzoziemki.

Miła jestem tylko dla ludzi z mojej ulicy, sąsiadów których znam z widzenia. Kiedy wiem, że bycie miłą mi nie zaszkodzi i nikt tego nie będzie nad-interpretować.

A więc grubiaństwo i krzywa mina. Złe maniery? Nie! Po prostu samo-zachowawczość.

Otagowane , , , , ,

Indiopol: AAA Cudzoziemkę w celach towarzyskich poznam od zaraz (albo ciekawość)

Zabawa z noszeniem sari związana jest z istotną kwestią, o której napomykam od czasu do czasu. Kwestią cudzoziemskiej wizualności. 

Białasy budzą w Indiach ciekawość. Zrozumiałe – wyglądamy inaczej, zachowujemy się inaczej. Pochodzimy z innej rzeczywistości kulturowej. A w Indiach ludzie nie kryją się ze swoją ciekawością, by nie rzec wścibstwem; zadawanie dużej ilości nie do końca zręcznych pytań nie jest postrzegane jako bycie niegrzecznym. Ta bezpośredniość nie oznacza jednak otwartości. Jako obcokrajowcy wścibscy raczej być nie możemy, przecież goście! No i nie można nam ufać, zbyt niepojęte są nasze procesy myślowe, nie zrozumiemy, źle ocenimy. I nie wiadomo co z taką informacją zrobimy. Straszne!

IMG_20141006_012032

Nie mniej, mimo naszej ambiwalentności, cudzoziemcy nie narzekają na zainteresowanie ze strony Indusów. Zwłaszcza zaś cudzoziemki. 

Przez moje 1,5 roku mieszkania w Kalkucie aktywnie udzielałam się na portalu CouchSurfing. Gościłam wraz z R., lub bez niego, paręnastu cudzoziemców, podróżujących po Indiach. Couch requests miałam więcej niż mogłam przerobić. Nie dziwne – cudzoziemka z kanapą jest w Indiach rzadkością. A mi taki turysta może zadawać najgłupsze i najbardziej niestosowne pytania dotyczące indyjskiego społeczeństwa, życia codziennego w Indiach, przemocy, polityki etc. etc. Jesteśmy przecież pobratymcami – obcy w tym wielkim kraju. Mam już insight, a jednocześnie pamiętam jeszcze jak to jest niewiele wiedzieć. Byłam więc, by tak rzec, bardzo popularna.

Poza niezliczoną liczbą turystów z całego świata, pisali do mnie jednak również Indusi. Mężczyźni. Niektórzy udawali, że szukają hosta, inni po prostu z marszu zapraszali na ‚kawę’. Dziesiątki skasowanych wiadomości, i tyle samo requestów. Część z nich, zwłaszcza ci młodsi, kryli w swoim zainteresowaniu seksualne żądze, być może napędzane wizją nagich ciał białych kobiet z filmów pornograficznych. Ogólnodostępnych, do ściągnięcia na najprymitywniejszy telefon komórkowy, którzy może otwierać pliki video lub zdjęcia. Innym faktycznie może zależało po prostu na znajomości z cudzoziemką/cem. Czemu? No bo to przecież nobilitujące. Wspólna fota na Facebooka i liczba lików rośnie.

Również mój Facebook-owy profil pada ofiarą takich towarzyskich ofert. Jak? Mam sporo indyjskich znajomych, głównie z uniwersytetu. Ci znajomi mają znajomych, a oni kolejnych. Plotka, i tak w swoim folderze „Inne” raz na jakiś czas znajduję bardzo dziwne propozycje od chłopców chcących porozmawiać.

Wiadomości takie nie są wulgarne. Są pomieszaniem ciekawości i wstydu. Przeważa ciekawość. Onieśmielenie zostaje zepchnięte przez nagrodę, którą taka odwaga ma nadzieję przynieść.

Podobne zdanie na ten temat ma mój kolega A.

A. jest rodowitym Namibijczykiem i studiuje na drugim roku w moim Departamencie. Razem z innymi studentami z Afryki tworzą sympatyczną grupę, która wspiera się nawzajem w trudzie codziennej egzystencji w Indiach. Czarnoskórzy Afrykanie nie mają tutaj łatwego życia. Tak samo jak ciemnoskórzy Indusi. Koloryzm w Indiach jest powszechny, tak samo jak w Amerykach i na Bliskich Wschodzie. Jasna karnacja, biała skóra jest w cenie. Ciemna karnacja, czarna skóra nie jest. Afrykanie budzą więc powszechną konsternację. Kobiety są obrażane, także ze względu na odmienność ich ciał od ciał Indusek. Rzadko która z nich odważa się na noszenie jeansów i t-shirta. Wolą salwar kamiz, który ukrywa sensualność ich ciał, która budzi taką grozę wśród Indusów. Ciekawe, bo Induski są równie ponętne. Hmhm.

Znajomi polscy często się mnie pytają, czy mam w Indiach przyjaciół do których mogę się zwrócić o pomoc, jakby co. Mam! Mam O., moją włoską przyjaciółkę. Kilku innych znajomych cudzoziemców (jeden Szwed, druga Włoszka, trochę Polaków). Znajomych indyjskich kilku. Trzy dobre kumpele, i jeden kumpel. Czemu tylko jeden? Bo tylko jeden I., wiem na pewno, ma wobec mnie czysto koleżeńskie intencje. Ale się nie przejmuję – pamiętacie, wspominałam że indyjscy mężczyźni są pasywni? Otóż dotyczy to także podrywania, zwłaszcza cudzoziemek. Nigdy bezpośrednio nie będą się narzucać. No, przynajmniej ci porządni. Znają granicę. Jak będzie chciała to sama zainicjuje co trzeba. Przecież cudzoziemka, nie?

O. wie o tym bardzo dobrze. Śmieje się z tego sama czasem, ale też nie ukrywa, że z pełną premedytacją wykorzystuje swoich rozmaitych „fanów”, kolegów którzy – jeśli by im pozwoliła – chętnie nawiązaliby niezobowiązujący romans. Ale O., jak na Włoszkę przystało, beznamiętnie się z nimi przyjaźni, wykorzystując ich zainteresowanie kiedy potrzebuje coś przewieźć, naprawić, załatwić. A oni wszyscy są bardziej niż kontent, żeby pomóc. W zamian otrzymają od niej uśmiech, może wspólną kawę. Transakcja wymienna. Fair enough, pół żartem, pół serio.

Także tak, mamy duże wzięcie towarzyskie. Czasami przybiera ono bardzo miłe formy. Na przykład kiedy dobra koleżanka zabiera cię do swojego domu, ponieważ cała jej rodzina nie może się doczekać żeby poznać „tę cudzoziemkę”. Oczywiście jest trochę awkward, ale ogólnie jest miło. Wszyscy są sympatyczni, troskliwi, wpychają tony najlepszego jedzenia. Opiekują się tą sierotą, która z jakiegoś niepojętego powodu przyjechała do tych Indii na studia.

Otagowane , , , ,

Indiopol: Homo occidentalis (albo lampki na palmie)

Czasami się wkurzam. Jak tego popołudnia ostatnio, kiedy kupowałam mój ulubiony przekąskowy sok z mango na kampusie, a sprzedawca nie chciał mi widać 8 rupii reszty, prosząc żebym ja mu dała 2 i on mi wtedy da dychę w papierku. I to mimo że miał przed sobą pełną miskę monet, a ja mu powtarzam że nie mam drobnych (wszystko poszło na auto-rikszę). Był przy tym bardzo opryskliwy (zazwyczaj mam drobne), że aż inni studenci zaczęli nam się przyglądać ze zdziwieniem. Użyłam więc mojej magicznej mocy bengalskich przekleństw i sama wydałam sobie resztę. A zaskoczony sprzedawca nie odezwał się ani słowem.

Innym razem pisałam esej zaliczeniowy o wspaniałym Rabindranacie Tagore, którego tutaj w Bengalu wielbi się i wychwala do granic przyzwoitości. Miałam pisać o jego poglądach religijnych, i tym jak wiążą się one z jego romantyczną, lukrowaną wizją ludzkości. Wiecie, Tagore z takiego niby-socjologicznego punktu widzenia. Umiarkowanie pociągający temat (powiedziałabym nawet, że wybitnie niepociągający), zwłaszcza, że cały nasz rok miał pisać o tym samym. No więc nie mając innego wyjścia zaczęłam wgłębiać się w jego życiorys, aby lepiej człowieka zrozumieć. I dowiedziałam się, że Tagore jest o wiele mniej idealny niż się go tutaj prezentuje, a tak naprawdę jest wcale nieciekawy. To po prostu taki indyjski Mickiewicz czy Słowacki, który jest lubiany za swoją nagradzaną poezję, która napawa dumą Bengalczyków (i Indusów w ogóle). Poezja wyjątkowo romantyczna, mistyczna, ładna, przyznać trzeba. Idea uniwersytetu popularnego, edukacji kobiet itd. fajna, naprawdę. Jego poglądy religijne uniwersalistyczne, nowoczesne jak na jego czasy, choć też mocno braministyczne, do kasty Braminów przecież Pan Rabindranath należał.

IMG_20141006_013745

No właśnie, i tu jest pies pogrzebany. Otóż okazuje się, że Tagore – taki niby światły – w wieku lat 20-kilku został ożeniony z 12 letnią dziewczynką, która wydała mu na świat pierwsze dziecię w wieku lat 15. No tak, wszyscy przecież dobrze wiemy, że Bramini mają obsesję na punkcie czystości krwi (kasty) i innych takich wymysłów. Kobieta jako własność rodziny, kobieta jako reproduktorka. No i młody jeszcze wtedy był Tagore (choć już zdążył zaliczyć kilkuletni pobyt w Wielkiej Brytanii), dzieciak prawie (kiedyś już wspominałam, że Indusi niezwykle długo pozostają bardzo zależni od rodziców), to pewnie konserwatywny ojciec go zmusił? Jakby tego jeszcze było mało, Tagore własne córki wydał za mąż w podobnym wieku, zanim skończyły szkołę. I gdzie jest jego postępowość tutaj? Dodam jeszcze, że jego bratanice zostały wydane za mąż dopiero koło 30-tki. Skąd więc w nim taka „posłuszność” wobec tradycji? Paskudne.

Czytam sobie o tym w Internecie, jestem zła, a w zasadzie zawiedziona. Oczywiście wiem doskonale, że child marriages są w Indiach praktykowane od dawna, i z czego wynikać mogą – zła sytuacja ekonomiczna rodziny, śmierć ojca, czy wręcz przeciwnie, polityczne sojusze (zupełnie jak w średniowiecznej Polsce…), wyliczać można. Ale że Tagore? Ten którego tutaj wszyscy wielbią? Jakże to tak? Idę więc zapytać R. co o tym sądzi. A on na to, że nie jest zdziwiony, choć sam o tym akurat nie wiedział. Pytam się go więc, jak to jest że tyle osób traktuje Tagore jak pół-boga, paląc świeczki przed jego podobizną? Jakoś nikt (kogo znam) nie czci w ten sposób naszych narodowych wieszczów. Czy to przez jego poglądy religijne…?

R. na to, że to głównie przez jego twórczość i Nobla, ale w przypadku choćby dalszej rodziny R. obsesja ma inne podłoże – ich rodzina pochodzi z tej samej mieściny co Tagore, jego dziadkowie są tradycyjnymi (choć nie konserwatywnymi) Braminami. No tak, myślę sobie, przecież wiem że któraś z ciotecznych babć R. wyszła za mąż w podobnym wieku co żona Tagore. Tak samo jak jej cztery siostry. Wszystkie pięć zostało wydanych za mąż za pięcioro braci z innej bramińskiej rodziny (tak się ładnie złożyło). Wszystkie wesela miały miejsce tuż po II wojnie światowej. Pierwsze dzieci zaczęły się rodzić jednak dopiero jak młode żony osiągnęły lat 20 i ukończyły przynajmniej liceum. Wszystkie dożyły późnej starości i doczekały się wnuków, a w niektórych przypadkach i prawnuków. Dobra, jestem mniej zła, ale za to na pewno zawiedziona. Dawno już zapoznałam się z krytyką Matki Teresy czy Gandhiego, innych indyjskich ikonach, uwielbianych na całym świecie a mocno krytykowanych w Indiach. Te mnie jednak aż tak bardzo nie zbulwersowały. Myślę o innych „wielkich tego świata” – czy tylko Dalajlamę można uczciwie, absolutnie podziwiać?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Wkurzyły mnie jeszcze te niedawne protesty, które trwają nadal, choć teraz już tylko symbolicznie. Że w ogóle muszą mieć miejsce, ponieważ bezpieczeństwo studentek jest zagrożone, a rektor okazał się frajerem nasyłającym na studentów swoich goons. Wkurzyło mnie też to, że w końcu rektor nie został odwołany. Przykre, bo przecież tak bardzo chciałabym, aby mój nowy uniwersytet dał się lubić w stu procentach, a nie tylko w wymiarze studenckim i departamentowym.


Wczesna jesień to w Bengalu okres intensywnie świąteczny – tydzień temu skończyła się wielka Durga Puja i zestaw towarzyszących jej pomniejszych świąt, po niej było kilka dni obchodów Eid, w przyszłym tygodniu będzie Diwali. Również pogoda wyraźnie sprzyja spotkaniom towarzyskim. Teraz zaczynają się gry w karty – Diwali to świetny czas na domowy hazard; gra się we flash, coś co nazwać by można ubogą wersją pokera, stawia się drobne kwoty, a im więcej uczestników tym zabawniej. Przez cały miesiąc ma także miejsce masa prywatek, wyjść rodzinnych czy domówek – zarówno z dziadkami i babciami, jak tylko w gronie młodych. Te ostatnie raczej wyłącznie dla upper i upper-middle class – grup społecznych, które zazwyczaj nie mają nic przeciwko temu, aby ich dzieci wybierały się na mieszane płciowo imprezy do swoich znajomych. Niże kasty, gdzie segregacja płci nie jest tak silna, także mają do sprawy zdrowe podejście. Jedynie pretensjonalna moralność klasy średniej patrzy krzywo nawet na dziewczyńskie sleepovers.

R. wpadł na tydzień na początku października. Przyjechał w związku ze świętami oraz w związku z przerwą w zajęciach na Id w muzułmańskim Bangladeszu, gdzie studiuje. Także w tym roku jego urodziny wypadły w Puję (która podobnie jak Wielkanoc jest świętem ruchomym, ale jej datę wyznacza się według kalendarza lunarnego, nie zaś solarnego). Było więc bardzo przyjemnie; oprócz codziennych zajęć – to jest oprócz mojej pracy przed komputerem, a jego spędzania czasu z rodziną – włóczyliśmy się sporo po mieście, odwiedzając różnych znajomych.

Kalkuta wygląda teraz pięknie, cała rozświetlona lampkami choinkowymi, które wiszą tutaj od tygodnia przed Durga Pują (to jest powiedzmy od 23 września), a zostaną jeszcze przez tydzień po Diwali (koniec października). Atmosfera jest iście karnawałowa (w Bengalu Durga Puja kończy Stary i rozpoczyna Nowy Rok), dla mnie zaś raczej gwiazdkowa w znaczeniu bożonarodzeniowym. W tym roku nie będę w Polsce na Święta i jest to dla mnie nowe doświadczenie – będzie to bowiem nie tylko moja pierwsza Gwiazdka poza krajem (albo raczej pierwsza nie z rodziną), ale także moje pierwsze urodziny bez bliskich (prawie bez nich, gdyż mój Tata przyjeżdża w końcu w odwiedziny!). Jestem dzieckiem gwiazdkowym i święta Bożego Narodzenia mają dla mnie przede wszystkim – o ile nie wyłącznie – wartość rodzinno-towarzyską (jesteśmy przecież całą rodziną innowiercami różnego rodzaju, częściowo buddyjskimi, a częściowo ateistyczno-antropologicznymi).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nadejście października oznacza w Indiach coś więcej niż tylko miesiąc świąt, urlopów i braku zajęć. To początek sezonu turystycznego i do Kalkuty zaczynają zjeżdżać całe tabuny spragnionych wrażeń backpackersów, ale także zorganizowanych grup turystycznych. Jest na co popatrzeć, zwłaszcza teraz, nie przeczę! Październik to jednak także moment w którym w mieście pojawia się nowa porcja wolontariuszy, spieszących ratować biedne, przeludnione Indie.

Rozmawiałam ostatnio z O., moją włoską przyjaciółką, która od lat pracuje w Indiach zajmując się kwestiami plemiennymi. Z jakiegoś powodu nasza rozmowa zeszła na temat wolonatryzmu, szczególnego zjawiska ostatnich lat, które jest w skrócie ni mniej ni więcej a jedną z form neokolonializmu. Oto wykształcona, mniej lub bardziej bogata (na pewno bogatsza niż osoby, którym pomagają) młodzież kulturowo rozumianego Zachodu przyjeżdża na miesiąc, trzy lub rok do Kalkuty, znanej w świecie ze swojej stereotypowej biedoty i bijącej rekordy liczby żebraków (kompletny mit; tak może i było pół wieku temu…). Przyjeżdża ta młodzież szerzyć wiedzę – Francuskie nastolatki uczą angielskiego (!) dzieciaki w slumsach, opiekują się starszymi osobami w punktach pomocowych, prowadzonych przez zakonnice Matki Teresy, uczą młode dziewczęta szycia na maszynie czy obsługi komputera, słowem – zbawiają świat.

Nie ukrywam, że nie cierpię tego rodzaju wolontariuszy, którzy ze swoim świętobliwym nastawieniem bardziej szkodzą niż pomagają. Uczą dzieci ze slumsów, że bogaty Zachód i sprzedawane przez niego wartości to ten lepszy świat, że muszą być wdzięczne białym (przeważnie) ochotnikom za udzielaną im pomoc. Max Forte w najnowszej edycji Alert Press Vol. 4 (dostępna w całości on-line tutaj), dostrzega w tych wolontariuszach po prostu turystów, hipokrytów pragnących podbudować swojego ego modną „pomocą” ubogim, zupełnie tak jak robiły to w XIX wieku cierpiące na nadmiar wolnego czasu arystokratki.

Nie twierdzę, że cały ten wolontaryzm to zatrważająca zbrodnia, ale jest to jednak na tyle pretensjonalne zjawisko, że za każdym razem jak widzę kolejną naiwną Hiszpankę czy Francuzkę, przemierzającą Kalkutę w spodniach typu Western-Indian-style, bolą mnie zęby. Niektóre NGO zaczęły bardziej przypominać alternatywne agencje turystyczne, oferujące „niezapomniane przeżycia oraz autentyczne doświadczenie prawdziwego życia w Indiach”.

Zastanawia mnie – jak tak bardzo zależy tym wszystkim złotym duszom na dobru indyjskich dzieci czy starców, czemu nie wspomóc finansowo istniejących indyjskich organizacji pozarządowych lub zmusić lobbyingiem rząd indyjski do rozwoju programu opieki społecznej (stan tragiczny)? Dlaczego bogate dzieciaki ze Stanów czy Australii mają naprawiać Indie, przywożąc ze sobą swoją tożsamość i styl życia, swoją „lepszość”, swoje szczęście – bo przecież miały go więcej, skoro nie urodziły się na przedmieściach Kalkuty i nie wyszły za mąż w wieku lat 15, czyż nie? Tacy wolontariusze to po prostu pukający od drzwi do drzwi akwizytorzy, którzy zamiast sprzedawać polisy ubezpieczeniowe (nieświadomie) sprzedają swoją zachodniość.

Kiedy Globalna Północ próbuje pomóc Globalnemu Południu bardzo często kończy się to paskudnie. Nie będę przywoływać tutaj przykładów amerykańskiego imperializmu, który tak bardzo chciał ulepszyć Japonię czy Wietnam (efekty znamy), nie będę cofać się do czasów kolonializmu – bo przecież kolonie też miały służyć szerzeniu osiągnięć naszej wspaniałej cywilizacji, a towarzyszące im misje szerzeniu jedynie słusznego chrześcijaństwa. Zamiast tego zabijały jednak kultury lokalne, miejscowe zwyczaje, wierzenia, systemy wartości. Czasem, zbyt często, dosłownie. Najprostszy przykład – Ameryki, najbliższy z Indii – Australia, Nowa Zelandia. Ale miałam o tym nie pisać, bo to przecież oczywiste.

Oprócz tych naiwnych „wolonturystów”, są jednak jednostki cudzoziemskie, które przywracają wiarę w rozsądność homo occidentalis. To wszyscy Ci, którzy przyjeżdżają do Indii nie po to, aby zbawiać świat, ale po to aby faktycznie pomóc – to badacze (tacy jak ja, he he), którzy prowadzą tutaj badania we współpracy z indyjskimi ośrodkami; to praktykanci, którzy zatrudniają się za minimalne wynagrodzenie w lokalnych organizacjach pozarządowych, aby uczyć się – o kulturze kraju, sztuce ludowej i plemiennej, klasycznym teatrze, praktykach rozwojowych; to w końcu indolodzy, studenci  – ci którzy przyjeżdżają szlifować język, zostać nauczycielami jogi czy tańców klasycznych. Wszystkie te grupy łączy jedno – szacunek dla kraju, jego kultury, obyczajów. A nawet biedy. Brak litości, która zbyt często ma wiele wspólnego z pogardą (niestety nie raz słyszałam dziewczęta, wolontariuszki zszokowane „warunkami życia” dzieci z którymi pracują). Mają bardzo jasne podejście do tego co robią – chcą się czegoś nauczyć (a nie przyjeżdżają łaskawie uczyć innych), chcą pomóc, ale są pełni pokory, wiedzą że najpierw trzeba nauczy się jak.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Należy do nich T., mój szwedzki kolega, z którym chodzę na zajęcia z bengalskiego. Mieszka w Indiach już pięć lat razem ze swoją dziewczyną, Bengalką. Jest informatykiem, ale pracuje w lokalnym NGO, pomagając rozwijać organic food movement w Kalkucie (przypomina np. warszawskie kooperatywy spożywcze). Zapytany o to co myśli o przyszłości kraju odpowiada, że Indie nie popełniły jeszcze wielu błędów, które myśmy kiedyś zrobili (i ma tu na myśli tą bogatą, nowoczesną Szwecję!). T. przyjechał do Indii na staż w jednej z firm informatycznych. Został, bo uważa że są tu lepsze warunki do życia niż w Europie – i ludzie są milsi. Choć dodaje, że to pewnie dlatego że jest blondynem o niebieskich oczach. Otwarcie przyznaje, że wie że ma łatwiej przez kolor skóry – gdyby był ciemnoskórym Szwedem, np. z pochodzeniem afrykańskim, mogłoby być nieco inaczej. Ale tego akurat T. nie lubi. Choć do dziwnego traktowania, dystansu z jakim się spotyka, podejrzliwości, tego, że rzuca się w oczy, dawno się już przyzwyczaił. Każdy musi, jeśli chce tu zostać.

Do podobnej kategorii należy także L., Wenezuelka. Też chodzi ze mną na bengalski, w Indiach mieszka już trzeci rok. Jest członkinią ruchu Hare Krishna, mieszka w lokalnym aśramie. Ubiera się w sari z wprawą, jej skóra jest jednak w odcieniu jasnego brązu. Na początku myślałam, że jest po prostu Induską, która wyemigrowała do Kalkuty z południa kraju (tam Indusi są trochę ciemniejsi niż ci z Północy). L. ma jednak po prostu afro-amerykańskie korzenie. Sama przyznaje, że jej wygląd jest sporym ułatwieniem, ponieważ nie nie onieśmiela Indusów. L. nie rzuca się w oczy co ma też duże znaczenie praktyczne – jest dzięki temu bezpieczniejsza, zwłaszcza jeśli tak dobrze nosi sari.

T., kiedy rozmawialiśmy o kwestiach koloryzmu i rasizmu, przyznał że jego karnacja głównie ułatwia mu życie, ale wie że jego płeć ma tutaj istotne znaczenie. Bycie białą kobietą w Indiach jest o wiele trudniejsze – nawet jeśli ubierzemy się w salwar kamiz czy sari, zawsze będziemy odstawać, zwracać uwagę. Kojarzymy się też Indusom z wyzwoleniem seksualnym, bo przecież w tych wszystkich zachodnich filmach białe kobiety są takie śmiałe, uprawiają seks kiedy chcą, noszą się jak chcą. No i są jeszcze filmy pornograficzne zdominowane przez białe kobiety, półnagie tancerki z Rosji, zatrudniane w produkcjach Bollywood do scen tanecznych, kiedy potrzeba pokazać większy fragment kobiecych nóg, są też białe cheerleaderki z RPA, które umilają czas kibicom podczas meczów w krykieta.


IMG_20140926_204834

Kiedy w pocie czoła ślęczałam nad esejem o Tagore i jego poglądach religijnych, często zastanawiałam się (przyznam, prokrastynacyjnie) nad sensem pisania (z cyklu „czy ktoś to w ogóle czyta?”). Z każdym rokiem piszę coraz więcej, a odkąd zaczęłam prowadzić tego bloga piszę w swojej głowie codziennie – za każdym razem kiedy przeżywam coś, co warto by opisać w Indiopolu. Zaczęłam inaczej doświadczać moją indyjską codzienność, bardziej świadomie, bo moje myślowe notatki przypominają te, które robiłabym prowadząc badania etnograficzne. Jestem tu jednak w stanie migracji, po prostu mieszkam w Kalkucie.

Kiedy mam takie dni w które się złoszczę – gdy myślę że ktoś chciał mnie oszukać, biorąc mnie za naiwną turystkę, kiedy nieprzyjemnie zaskoczą mnie kulturowe różnice, albo w sytuacjach w których ktoś wziął mnie za jednego z tych paskudnych wolonturystów – coraz częściej towarzyszy mi myśl, że mam do tej złości prawo. Że mam prawo się wkurzać na złe traktowanie, na klasyfikowanie, na głupotę ludzką – tak samo wkurzałabym się na nią (lub tak samo bym ją ignorowała, w większości przypadków) mieszkając w Polsce. Mam prawo nawet zawsze będę homo occidentalis. To uczucie „prawda do” wydaje się bezpośrednio związane z rosnącym we mnie poczuciem zadomowienia się, z którym trudno było jeszcze w lipcu, tuż po powrocie z ojczyzny.

I znów małe rzeczy sprawiają mi ogromną przyjemność, budząc wspomnienia. Przypominając mój pierwszy dom, sprawiają że tworzy się mój drugi – tutaj. To małe rytuały. Możliwość kupienia w indyjskiej sieciówce kawy a la Starbucks, która smakuje dokładnie tak samo jak ta, którą w paskudnie depresyjne zimowe wieczory kupowałam za ostatnie grosze w Coffee Heaven w BUW; tutaj też działa zbawiennie, tylko dawna odrobina studenckiego luksusu zamiast 15 kosztuje teraz 5 PLN. Zastąpienie rytuału między-zajęciowego kupowania bułki w Galerii Wypieków i zapijania jej sokiem pomidorowym przystawaniem na ulicy na chai czy masala ThumbsUp z batata puri. Po prostu rutyna, rzeczy które robi się codziennie, a które są tej codzienności symbolem. A teraz jeszcze doszły te lampki choinkowe, które dla mnie – bożonarodzeniowego dziecka – są kwintesencją domowości. Nawet jeśli w moim nowym indyjskim domu wiszą na palmie.

Otagowane , , , , , , ,

Indiopol: Hokkolorob, czyli gniew studentów

Pada od rana. Niebo ciężkie, ciemnoszare. Wczoraj zapowiadali, że nadciąga wielka fala deszczy, ostatnie tchnienie monsunu i że będzie tak dzień w dzień do środy. W nocy już pokapywało. Nie dobrze, myślę sobie. Jest sobota 20 września i coś bardzo ważnego ma się dzisiaj wydarzyć.

IMG_20140923_125756

Sanskriti

Wszystko zaczęło się pod koniec sierpnia. To był dokładnie wieczór 28, drugi dzień kilkudniowego festiwalu studenckiego Sanskriti na Jadavpur University, który obejmował także tzw. freshers, uroczyste rozpoczęcie nowego roku akademickiego i powitanie dopiero co przyjętych studentów (w Indiach semestr zimowy rozpoczyna się w lipcu). W uniwersyteckim amfiteatrze trwała zabawa – koncerty, pokazy taneczne, wspólne śpiewanie; wszędzie kręcili się ludzie – studenci, ich koledzy z innych jednostek akademickich w mieście, absolwenci, przypadkowe osoby.

Tego właśnie wieczoru wydarzyło się także coś bardzo przykrego. Studentka drugiego roku została zaatakowana przez kilku studentów, kiedy poszła ze swoim kolegą na ubocze, w okolice akademików, aby po prostu ulżyć pęcherzowi (braku łazienek). Przechodząca grupa studentów najpierw pobiła jego, a potem zaciągnęła ją do akademiku męskiego, których kilka znajduje się na terenie kampusu, gdzie stała się ofiarą napaści seksualnej – chłopcy zaczęli ją najpierw obrażać, a potem dotykać , popychać. Jakoś udało jej się uciec.

Dziewczyna sprawę zgłosiła natychmiast rektorowi JU, a po braku reakcji z jego strony na policję, ale prywatnie, bo władze Jadavpur University oświadczyły, że muszą najpierw zbadać sprawę. Powołano specjalny komitet, składający się z profesorów oraz administracji JU. Mieli ustalić szczegóły wydarzenia i zastanowić się co dalej.

Mijały dni, a sprawa nie ruszała z miejsca, jedynie podejrzani o napaść zostali zawieszeni. Co więcej, poszkodowanej złożyły wizytę dwie profesor, oskarżających ją o to że była pijana i niestosownie ubrana w dniu incydentu. W rezultacie, w jej imieniu All India Progressive Women’s Association oraz the General Student’s Body wystosowały oficjalne pismo z zażaleniem do rektora.

W pomoc studentce zaangażowały się uczelniane stowarzyszenia, z których część uwikłana jest do pewnego stopnia w lokalną politykę, mniej lub bardziej oficjalnie sympatyzując z tymi to a tymi ugrupowaniami. Organizowane były apolityczne protesty i małe pochody, cały kampus zasłany był więc ręcznie skonstruowanymi banerami i plakatami, na których czerwono-czarnymi literami wymalowano w bengali żądania szybkiej reakcji ze strony rektora oraz pomocy poszkodowanej.

Wtorek

Był wtorek wieczorem 16 września, dwadzieścia dni od feralnego wieczoru. Siedziałam w domu, jak co tydzień przygotowując się do kolejnych zajęć z języka bengalskiego w Ramakrishna Mission. Akurat dziś odwołali nam na JU zajęcia (bez powodu…), nie byłam więc na kampusie. O wszystkim co tego wieczoru miało tam miejsce dowiedziałam się więc dopiero następnego dnia rano, od znajomego; bariera językowa stanowi czasem spory problem. Moje koleżanki z roku rozmowy na naszej 20-osobowej grupie dyskusyjnej na WhatsApp prowadzą po bengalsku. Zaglądam tam tylko raz na jakiś czas i to po to aby poprosić je po angielsku, aby dawały mi znać jeśli coś istotnego się dzieje. Tym razem nie dały i wiadomość dotarła do mnie na krótko przed poranną prasą.

Od tygodnia trwa z przerwami pokojowy strajk okupacyjny Aurobindo Bhavan, budynku administracji. Studenci rozsiedli się przed wejściem i ogłosili, że będą tak trwać do skutku – aż ktoś z JU podejmie w końcu jakieś kroki i pomoże doprowadzić do skazania sprawców. Przecież bezpieczeństwo wszystkich studentów powinno stanowić dla władz priorytet. Tego dnia, we wtorek, studenci zablokowali swoimi ciałami wejście do budynku. W środku utknął vice-chancellor JU Abijit Chakrabarti, a także część administracji. Bali się wyjść i skonfrontować z młodzieżą, mimo że protest miał charakter zupełnie pokojowy. Jedynym warunkiem jego zaprzestania było oficjalne ogłoszenie przez rektora, że podejmie bardziej kategoryczne kroki w sprawie molestowanej dziewczyny.

Koło szóstej wieczorem zaczęło się ściemniać, protest trwa w najlepsze. Mijają dwie godziny, pojawia się policja i huligani TMC, Trinamool Congress, partii rektora. Mija kolejnych kilka godzin, jest już bardzo późno, po północy. Na wieść o obecności policji, próbującej zmusić studentów do zarzucenia protestu, dołączają kolejni, także z Presidency University. Ich liczba rośnie, protestuje już około 200 osób. Atmosfera w dalszym ciągu pokojowa. Gra muzyka, protestujący blokują wejście do budynku, skandują Justice! We want justice! Hok Kolorob!.

Dochodzi druga w nocy. W pewnym momencie wszędzie na chwilę gasną światła i cały uniwersytet ginie w mroku. Wyłączyli je pracownicy JU na polecenie rektora. Nagle ze wszystkich stron na uczestników protestów napadają goons z TMC oraz policja, zaczynają szarpać, kopać, popychać, słychać krzyki. Biją i gonią chłopców, popychają dziewczyny, drąc im ubrania. Wracają światła, na miejscu jest reporter ABP Ananda, stanowej telewizji, wszystko filmują też sami studenci z EyeZin magazine.

Wszystkiemu przyglądają się obojętnie policjanci, którzy na terenie uniwersytetu nie mają prawa rozganiać nielegalnych protestów. Może to natomiast robić tzw. policja ochotnicza, utworzoną w 2009, aby tłumić protesty ze strony studentów, kiedy policja nie może wkroczyć na kampus. A jest ich sporo. Taka „policja” ubiera się jednak po cywilu. Co więcej, wielu z tych którzy w podskokach pobiegli bić studentów to wyborcy bengalskiego TMC, a dokładniej All India Trinamool Congress, którego liderką jest Mamata Banerjee. TMC to w Zachodnim Bengalu partia rządząca, a Mamata jest chef minister stanu West Bengal; odkąd w 2011 roku wygrała wybory, miażdżąc rządzącą nieprzerwanie od 37 lat marksistowską Communist Party of India, już zdążyła sobie wyrobić niepochlebną opinię. Ale o tym innym razem.

W Indiach stanowiska rektora i jego zastępcy w uniwersytetach państwowych (do których należy właśnie Jadavpur University) obsadzane są z urzędu, przez stanowego ministra edukacji, Partha Chatterjee i często rektorzy sami są politykami. Argumentem za takim rozwiązaniem ma być „niezaradność naukowców”, jeśli ci mieliby zarządzać akademią na własną rękę. W praktyce takowy stan rzeczy skutkuje niezwykle wysokim stopniem upolitycznienia uniwersytetów – nie tylko ze względu na aktywność nieoficjalnych młodzieżówek poszczególnych partii. Konsekwencje  widać zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta – władze JU nie potrafią dojść do porozumienia ze studentami, próbując zamieść problem pod dywan, nie podejmują dialogu i ze strachu uciekają się do przemocy. Góruje przekonanie, że student praw nie ma, ma tylko obowiązki – najważniejszy z nich to obowiązek posłuszeństwa. Nie należy występować przed szereg, najlepiej to nie mieć własnego zdania, tak jak za czasów szkolnych, aż do dnia ślubu (przecież człowiek wyswatany to człowiek dorosły!).

Studenci byli posłuszni – swoją lojalność okazali jednak nie władzom, a własnym wartościom, niemożliwości zaakceptowania obojętności administracji wobec tak istotnej kwestii.

W Polsce mówi się, że co raz częściej patrzymy władzy na ręce i że jest to nasz obywatelski obowiązek, że to podstawa demokracji i jedyny sposób, aby przeciwdziałać nadużyciom. Kiedy w Indiach rektorami uniwersytetów są politycy, ma miejsce ta sama sytuacja. Silne związki studenckie walczą o swoje prawa; zawsze znajdzie się ponad to przynajmniej jedno zrzeszenie, które nie sympatyzuje z partią do której dany rektor należy. Podstawowa zasada brzmi: nie należy mu do końca ufać, bo zawsze będzie kierował się interesem swojego ugrupowania (a raczej swoim własnym), w najmniejszych strajkach dopatrując się ukrytych prowokacji ze strony innych partii, manipulujących studentami czy podstawiających outsiders. W takich chwilach z przyjemnością myślę o naszym starym, dobrym Uniwersytecie Warszawskim i jego autonomiczności. Jego Miłościwie Nam Panująca Ekscelencja prof. Marcin Pałys ignorujący przypadek molestowania? Nasyłający na protestujących studentów osiłków, aby gawiedź rozpędzili? Takie sceny pamiętają tylko moi rodzice, ale to było przecież 25, 30 lat temu. Dziś taka wizja wydaje się śmieszna.

Ale kiedy dochodzi do takiej sytuacji faktycznie jest przykro.

Tego dnia na terenie kampusu do wczesnych godzin porannych zostało pobitych łącznie około 40 osób, z czego 10 trafiło do szpitala na odział intensywnej terapii. Dokładne dane nie są znane, policja także nie podała ile osób aresztowała – ze studentów – pod zarzutem zakłócania porządku na terenie kampusu oraz grożenia rektorowi. Na szczęście większość z nich została, po kilku godzinach straszenia, bicia i obrażania na komisariacie, puszczona wolno.

Sieć

Wiadomość rozprzestrzeniła się po portalach społecznościowych, WhatsAppach i Twitterach z prędkością światła. Już popołudniu następnego dnia, na skrzyżowaniu pod jedną z bram JU zaczął się spontaniczny protest – poza murami uniwersytetu, w miejscu publicznym, gdzie każdy może być świadkiem, jeśli dojdzie po prowokacji ze strony policji czy „wolontariuszy” TMC.

Zebrało się bagatela 5 tysięcy osób, blokując ruch. Tłum skandował żądanie sprawiedliwości i natychmiastowego odwołania rektora. Wszędzie słychać było Hok Kolorob (dosłownie „let there be noise!”, od słów piosenki bengalskiego artysty Arnaba).

Natychmiast padł pomysł na kolejny protest i 18 września ruszył ze stacji metra Rabindra Sarobar marsz do Jadavpur University. Jego celem było zwrócenie uwagi miasta i rządu na nadużywanie władzy ze strony rektora, nieadekwatne stosowanie przemocy oraz lekceważący stosunek do studentów (z którymi się w ogóle nie krył i jeszcze był z nich dumny). I zmuszenie go do natychmiastowej rezygnacji.

Treść Manifestu

Pod kampus pomaszerowało już 10 tysięcy osób. Skala odzewu oraz zdyscyplinowanie pokojowego protestu pozytywnie zaskoczyło wszystkich; protest zwołał się bowiem w pewnym sensie sam – informacja o marszu, zainicjowanym przez  grono studentów (pozostających anonimowymi), docierała do wszystkich przez media społecznościowe. Hasło #HokKolorob skutecznie zmobilizowało masy do zaangażowania się.

Czwartek to pierwszy dzień, kiedy studenci nie przyszli na zajęcia. Większość z nich poszła na marsz, wyrazić swoje niezadowolenie. Rozpoczął się oficjalny bojkot uniwersytetu, który nieoficjalnie poparł także związek zawodowy profesorów JU. Bojkot trwa do dziś.

Sobota

Czwartkowy marsz nie przyniósł rezultatów, ale też nikt nie oczekiwał że przyniesie. W Indiach aby politycy przestali bagatelizować problem trzeba czegoś więcej.  Już tego samego dnia wieczorem media społecznościowe po raz kolejny potwierdziły swoją użyteczność, czy wręcz niezastąpioność w takich sytuacjach. Obiegła je bowiem informacja, że w sobotę ruch studencki zaniesie gubernatorowi stanu Keshari Nath Tripathiemu (przedstawicielowi władzy centralnej w Zachodnim Bengalu), prośbę o interwencję w kwestii odwołania rektora.  Mój telefon co pięć minut buczy; to kolejna wiadomość  o meha mihil, wielkim pochodzie, który ma przekonać wszystkich o sile protestu i niekwestionowanej konieczności zmiany. Jak? Poprzez sparaliżowanie centrum miasta, tłumnie przezeń przechodząc, blokując ruch na jak długo się da w drodze do siedziby gubernatora in Governors Camp, Raj Bhavan przy Indira Ghandi Sarani.

Informacja swabodnie krąży po sieci, razem z całą serią memów, komentujących ostatnie wydarzenia. Jednym z nich jest V-Chhi. To przekręcony skrót  V-C, od angielskiego vice-chancellor, czyli rektora. Chhi w bengali to polskie fu  i oznacza coś obrzydliwego.

Meha Mihil

Wychodzę z mieszkania kwadrans po pierwszej. Mam wystarczająco dużo czasu aby spokojnie dotrzeć metrem na stację Rabindra Sadan, gdzie umówiłam się z dziewczynami z klasy. Już na stacji dostrzegam pierwsze czarne koszule – to niepisany dress code dzisiejszego wydarzenia. W Indiach czerń nie oznacza śmierci;  to kolor buntu i gniewu, należący do ukochanej bogini Zachodniego Bengalu – Kali.

Z każdym przystankiem coraz więcej młodych ludzi wsiada do wagonów. Inni pasażerowie z ciekawością nam się przyglądają. Nikt się nie uśmiecha, w powietrzu czuć napięcie, oczekiwanie. Być może wszyscy boją się tego, co zastaną jak już dotrą pod Akademię Sztuk Pięknych przy Cathedral Road, skąd ruszyć ma marsz – ile osób zniechęciły do pojawienia sie ulewne deszcze. Środa i czwartek były przecież słoneczne. Może nie pomóc nawet wsparcie ze strony słynnych, bengalskich artystów, z których jeden nagrał o tym nawet piosenkę [wyżej].

O tym że takie obawy są nieuzasadnione dowiadujemy się, kiedy pociąg metra zatrzymuje się z piskiem przy stacji. Na peron wylegają tłumy i przynajmniej 200 osób osób rusza żwawo w kierunku Akademii. Wychodzę z dziewczynami z metra i ogłusza nas typowy dla centrum zgiełk i zapach spalin. Jedyną różnicą są setki przemykających między samochodami studentów, zmierzających tłumnie na protest. Podążamy za nimi, jest nas tysiące. A deszcz jak padał, tak pada – ulewnie, nieprzerwanie, jakby zamówiony przez rektora, aby nas zniechęcić.

Jednak chyba efekt ulewa osiągnęła odwrotny od zamierzonego – Indusom monsun nie straszny, a trudne warunki pogodowe zdaje się, że potęgują  zawziętość studentów. Nie dam się i ja!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dochodzi druga popołudniu, jesteśmy jednymi z wielu. Gdzie nie spojrzeć tłumy. Wszyscy kierują się zgodnie w jednym kierunku – na ulicę przed ASP. Ruch już dawno na niej zablokowany, wokół spokojnie czeka policja. Mimo że marsz jest nielegalny (informacja o planowanym zgromadzeniu musi być dostarczona do lokalnego komisariatu na kilka dni przed), nie mają wyjścia, muszą go „ochraniać”, skala jest zbyt duża. Tam ustawiamy się w dwie kolumny, aby jak najmniejszym nakładem osób zająć przestrzeń ulic, przez które będziemy iść, na jak najdłużej. Spotykam przypadkiem kilkoro znajomych spoza JU – jakie to niezwykłe uczucie, w tym tłumie i ja, cudzoziemka, spotykam swoich indyjskich znajomych! Duma!

Między kolumnami biegają ochotnicy, przekazujący innym co się dzieje na czele marszu, który już ruszył naprzód. Dbają o porządek, o to abyśmy szli w rządkach, równo przy krawędzi ulicy, inicjują slogany – krótkie rymowanki, chwytliwe hasła, które krzyczymy razem z nimi. Jest w nich mowa o nieuczciwości władz, nieugiętości studentów, sile ich solidarności.

Slogan

Niesamowite jak wszyscy są zdyscyplinowani, spokojnie czekając aż kolumna przesunie się kolejne pięć metrów do przodu. Atmosfera jest pełna oczekiwania, ale nie napięcia – wszyscy podbudowani są tysiącami, które przyszły wesprzeć studentów Jadavpur. Przyjechali zewsząd – z St. Xavier’s University, z Presidency, z Calcutta University czy z licznych kalkuckich politechnik porozrzucanych po całym mieście. Niektórzy zrzucali się na wynajem minibusów czy po prostu ciężarówek, aby dojechać do centrum na czas.

Patrzę na swoje koleżanki z roku, patrzę na innych młodych ludzi obok mnie  – bycie tutaj to dla nich obowiązek, są przecież studentami, a to pojęcie wokół którego wielu buduje swoją tożsamość; moment transformacji z podporządkowanego ucznia do mniej podporządkowanego studenta jest dla wielu niezwykle ważny. Koleżanka P. mówi, że to właśnie na akademii ludzie uczą się w końcu myśleć samodzielnie, uniezależniają od rodziców. Dlatego przyjście na marsz jest dla nich takie ważne, to kwestia honoru.

Przyszłam na marsz, bo sprawa jest poważna, ale też dlatego aby zamanifestować moją przynależność do tego uniwersytetu. Dzielić doświadczenie z koleżankami, budować wspólnotę doświadczeń. Być częścią, być mniej outsiderką.

Kiedy czoło pochodu dotarło do Mayo Street, gdzie policjanci ustawili blokadę, jego ogon wciąż był na poziomie ASP. Protestujący zdołali zablokować Mayo Road, Cathedral Road oraz ogromną J. Nerhu Road na całej długości na kilka godzin, skutecznie przyciągając uwagę. Gubernator przyjął przemoczoną do suchej nitki delegację, poczęstował ich herbatą i wysłuchał z osobna, obiecując zająć się sprawą. Marsz nie spodobał się jednak Mamacie Banerjee, ani minister edukacji w jej rządzie. Nie spodobało im się zwłaszcza to, że na protest przyszło przynajmniej 30 tysięcy osób. Niektórzy mówią nawet o 40 tysiącach. A wliczając w to protesty w innych miastach, zorganizowane przez solidaryzujące się z JU uniwersytety – w Delhi, Bangalore czy Hyderabadzie – liczba ta wzrasta dwukrotnie.

Co dalej?

Od soboty zmieniło się niewiele. Bojkot uniwersytetu trwa, rektor dalej jest rektorem, mamy do czynienia z ogólnym impasem, gazety nie mają o czym pisać (co ciekawe, ktoś wrzucił już wydarzenia ostatnich dni na Wikipedię). TMC próbowała sprowokować środowiska studenckie organizując marz „przeciwko ruchowi studenckiemu”. Niestety protest skompromitował się sam, kiedy dziennikarze zaczęli pytać uczestników dlaczego biorą w nim udział. Nikt nie wiedział jaki jest cel marszu: „Jestem tu bo rektor został oskarżony o molestowanie”, „Jestem tu bo domagam się zapewnienia bezpieczeństwa studentek”. Panowie wybrali chyba nie ten protest, co trzeba…

Nikt nie wie, czy skompromitowany rektor ustąpi. Niektórzy, jak np. młoda A., która od niedawna pracuje na JU w dziale statystyk uniwersyteckich, twierdzi że VC nigdy nie odzyska twarzy, choć przyznaje że sytuacja jest trudna. Poprzedni rektor też zrezygnował z urzędu – nie potrafił poradzić sobie z problemem raggingu, który w Polsce nazwali byśmy koceniem. A. uważa także że w Indiach protesty studenckie są na porządku dziennym, choć jeszcze nigdy na taką skalę. Mówi, że ludzie lubią protestować, czuć że mają na coś wpływ, mniej lub bardziej konstruktywnie krytykować. Nadzieją jest jednak utworzona przez gubernatora stanu pięcio-osobowa, niezależna komisja, która ma ocenić całą sprawę. Trzymajcie kciuki! Za rogiem Durga Pujo, najważniejsze święto roku w Bengalu. Po niej Kali Puja, a potem Diwali. Długie wakacje, z kilkodniowymi przerwami na zajęcia. Mam nadzieję, że po nich zajęcia zostaną wznowione. Bo w tym tygodniu nie będą.

Ciekawy mam ten uniwersytet.


Lista z adresami stron do których odnośniki znalazły się w tekście oraz inne, ciekawe linki:

http://www.youthkiawaaz.com/2014/09/jadavpur-university-molestation-case-students-protest-administrative-inaction/

http://kafila.org/2014/09/17/from-jadavpur-university-kolkata-i-am-one-of-those-survivors-who-has-experienced-a-nightmare-last-night-tanumay-naskar-%E2%80%A8/

http://www.telegraphindia.com/1140921/jsp/calcutta/story_18857306.jsp#.VB6MI5SSwa4

http://en.wikipedia.org/wiki/2014_Jadavpur_University_protests

http://zeenews.india.com/news/west-bengal/jadavpur-university-impasse-can-be-solved-through-discussion-minister_1471230.html

IMG_20140923_125157

Otagowane , , , , ,