Tag Archives: planowanie miejskie

Indiopol: Homo occidentalis (albo lampki na palmie)

Czasami się wkurzam. Jak tego popołudnia ostatnio, kiedy kupowałam mój ulubiony przekąskowy sok z mango na kampusie, a sprzedawca nie chciał mi widać 8 rupii reszty, prosząc żebym ja mu dała 2 i on mi wtedy da dychę w papierku. I to mimo że miał przed sobą pełną miskę monet, a ja mu powtarzam że nie mam drobnych (wszystko poszło na auto-rikszę). Był przy tym bardzo opryskliwy (zazwyczaj mam drobne), że aż inni studenci zaczęli nam się przyglądać ze zdziwieniem. Użyłam więc mojej magicznej mocy bengalskich przekleństw i sama wydałam sobie resztę. A zaskoczony sprzedawca nie odezwał się ani słowem.

Innym razem pisałam esej zaliczeniowy o wspaniałym Rabindranacie Tagore, którego tutaj w Bengalu wielbi się i wychwala do granic przyzwoitości. Miałam pisać o jego poglądach religijnych, i tym jak wiążą się one z jego romantyczną, lukrowaną wizją ludzkości. Wiecie, Tagore z takiego niby-socjologicznego punktu widzenia. Umiarkowanie pociągający temat (powiedziałabym nawet, że wybitnie niepociągający), zwłaszcza, że cały nasz rok miał pisać o tym samym. No więc nie mając innego wyjścia zaczęłam wgłębiać się w jego życiorys, aby lepiej człowieka zrozumieć. I dowiedziałam się, że Tagore jest o wiele mniej idealny niż się go tutaj prezentuje, a tak naprawdę jest wcale nieciekawy. To po prostu taki indyjski Mickiewicz czy Słowacki, który jest lubiany za swoją nagradzaną poezję, która napawa dumą Bengalczyków (i Indusów w ogóle). Poezja wyjątkowo romantyczna, mistyczna, ładna, przyznać trzeba. Idea uniwersytetu popularnego, edukacji kobiet itd. fajna, naprawdę. Jego poglądy religijne uniwersalistyczne, nowoczesne jak na jego czasy, choć też mocno braministyczne, do kasty Braminów przecież Pan Rabindranath należał.

IMG_20141006_013745

No właśnie, i tu jest pies pogrzebany. Otóż okazuje się, że Tagore – taki niby światły – w wieku lat 20-kilku został ożeniony z 12 letnią dziewczynką, która wydała mu na świat pierwsze dziecię w wieku lat 15. No tak, wszyscy przecież dobrze wiemy, że Bramini mają obsesję na punkcie czystości krwi (kasty) i innych takich wymysłów. Kobieta jako własność rodziny, kobieta jako reproduktorka. No i młody jeszcze wtedy był Tagore (choć już zdążył zaliczyć kilkuletni pobyt w Wielkiej Brytanii), dzieciak prawie (kiedyś już wspominałam, że Indusi niezwykle długo pozostają bardzo zależni od rodziców), to pewnie konserwatywny ojciec go zmusił? Jakby tego jeszcze było mało, Tagore własne córki wydał za mąż w podobnym wieku, zanim skończyły szkołę. I gdzie jest jego postępowość tutaj? Dodam jeszcze, że jego bratanice zostały wydane za mąż dopiero koło 30-tki. Skąd więc w nim taka „posłuszność” wobec tradycji? Paskudne.

Czytam sobie o tym w Internecie, jestem zła, a w zasadzie zawiedziona. Oczywiście wiem doskonale, że child marriages są w Indiach praktykowane od dawna, i z czego wynikać mogą – zła sytuacja ekonomiczna rodziny, śmierć ojca, czy wręcz przeciwnie, polityczne sojusze (zupełnie jak w średniowiecznej Polsce…), wyliczać można. Ale że Tagore? Ten którego tutaj wszyscy wielbią? Jakże to tak? Idę więc zapytać R. co o tym sądzi. A on na to, że nie jest zdziwiony, choć sam o tym akurat nie wiedział. Pytam się go więc, jak to jest że tyle osób traktuje Tagore jak pół-boga, paląc świeczki przed jego podobizną? Jakoś nikt (kogo znam) nie czci w ten sposób naszych narodowych wieszczów. Czy to przez jego poglądy religijne…?

R. na to, że to głównie przez jego twórczość i Nobla, ale w przypadku choćby dalszej rodziny R. obsesja ma inne podłoże – ich rodzina pochodzi z tej samej mieściny co Tagore, jego dziadkowie są tradycyjnymi (choć nie konserwatywnymi) Braminami. No tak, myślę sobie, przecież wiem że któraś z ciotecznych babć R. wyszła za mąż w podobnym wieku co żona Tagore. Tak samo jak jej cztery siostry. Wszystkie pięć zostało wydanych za mąż za pięcioro braci z innej bramińskiej rodziny (tak się ładnie złożyło). Wszystkie wesela miały miejsce tuż po II wojnie światowej. Pierwsze dzieci zaczęły się rodzić jednak dopiero jak młode żony osiągnęły lat 20 i ukończyły przynajmniej liceum. Wszystkie dożyły późnej starości i doczekały się wnuków, a w niektórych przypadkach i prawnuków. Dobra, jestem mniej zła, ale za to na pewno zawiedziona. Dawno już zapoznałam się z krytyką Matki Teresy czy Gandhiego, innych indyjskich ikonach, uwielbianych na całym świecie a mocno krytykowanych w Indiach. Te mnie jednak aż tak bardzo nie zbulwersowały. Myślę o innych „wielkich tego świata” – czy tylko Dalajlamę można uczciwie, absolutnie podziwiać?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Wkurzyły mnie jeszcze te niedawne protesty, które trwają nadal, choć teraz już tylko symbolicznie. Że w ogóle muszą mieć miejsce, ponieważ bezpieczeństwo studentek jest zagrożone, a rektor okazał się frajerem nasyłającym na studentów swoich goons. Wkurzyło mnie też to, że w końcu rektor nie został odwołany. Przykre, bo przecież tak bardzo chciałabym, aby mój nowy uniwersytet dał się lubić w stu procentach, a nie tylko w wymiarze studenckim i departamentowym.


Wczesna jesień to w Bengalu okres intensywnie świąteczny – tydzień temu skończyła się wielka Durga Puja i zestaw towarzyszących jej pomniejszych świąt, po niej było kilka dni obchodów Eid, w przyszłym tygodniu będzie Diwali. Również pogoda wyraźnie sprzyja spotkaniom towarzyskim. Teraz zaczynają się gry w karty – Diwali to świetny czas na domowy hazard; gra się we flash, coś co nazwać by można ubogą wersją pokera, stawia się drobne kwoty, a im więcej uczestników tym zabawniej. Przez cały miesiąc ma także miejsce masa prywatek, wyjść rodzinnych czy domówek – zarówno z dziadkami i babciami, jak tylko w gronie młodych. Te ostatnie raczej wyłącznie dla upper i upper-middle class – grup społecznych, które zazwyczaj nie mają nic przeciwko temu, aby ich dzieci wybierały się na mieszane płciowo imprezy do swoich znajomych. Niże kasty, gdzie segregacja płci nie jest tak silna, także mają do sprawy zdrowe podejście. Jedynie pretensjonalna moralność klasy średniej patrzy krzywo nawet na dziewczyńskie sleepovers.

R. wpadł na tydzień na początku października. Przyjechał w związku ze świętami oraz w związku z przerwą w zajęciach na Id w muzułmańskim Bangladeszu, gdzie studiuje. Także w tym roku jego urodziny wypadły w Puję (która podobnie jak Wielkanoc jest świętem ruchomym, ale jej datę wyznacza się według kalendarza lunarnego, nie zaś solarnego). Było więc bardzo przyjemnie; oprócz codziennych zajęć – to jest oprócz mojej pracy przed komputerem, a jego spędzania czasu z rodziną – włóczyliśmy się sporo po mieście, odwiedzając różnych znajomych.

Kalkuta wygląda teraz pięknie, cała rozświetlona lampkami choinkowymi, które wiszą tutaj od tygodnia przed Durga Pują (to jest powiedzmy od 23 września), a zostaną jeszcze przez tydzień po Diwali (koniec października). Atmosfera jest iście karnawałowa (w Bengalu Durga Puja kończy Stary i rozpoczyna Nowy Rok), dla mnie zaś raczej gwiazdkowa w znaczeniu bożonarodzeniowym. W tym roku nie będę w Polsce na Święta i jest to dla mnie nowe doświadczenie – będzie to bowiem nie tylko moja pierwsza Gwiazdka poza krajem (albo raczej pierwsza nie z rodziną), ale także moje pierwsze urodziny bez bliskich (prawie bez nich, gdyż mój Tata przyjeżdża w końcu w odwiedziny!). Jestem dzieckiem gwiazdkowym i święta Bożego Narodzenia mają dla mnie przede wszystkim – o ile nie wyłącznie – wartość rodzinno-towarzyską (jesteśmy przecież całą rodziną innowiercami różnego rodzaju, częściowo buddyjskimi, a częściowo ateistyczno-antropologicznymi).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nadejście października oznacza w Indiach coś więcej niż tylko miesiąc świąt, urlopów i braku zajęć. To początek sezonu turystycznego i do Kalkuty zaczynają zjeżdżać całe tabuny spragnionych wrażeń backpackersów, ale także zorganizowanych grup turystycznych. Jest na co popatrzeć, zwłaszcza teraz, nie przeczę! Październik to jednak także moment w którym w mieście pojawia się nowa porcja wolontariuszy, spieszących ratować biedne, przeludnione Indie.

Rozmawiałam ostatnio z O., moją włoską przyjaciółką, która od lat pracuje w Indiach zajmując się kwestiami plemiennymi. Z jakiegoś powodu nasza rozmowa zeszła na temat wolonatryzmu, szczególnego zjawiska ostatnich lat, które jest w skrócie ni mniej ni więcej a jedną z form neokolonializmu. Oto wykształcona, mniej lub bardziej bogata (na pewno bogatsza niż osoby, którym pomagają) młodzież kulturowo rozumianego Zachodu przyjeżdża na miesiąc, trzy lub rok do Kalkuty, znanej w świecie ze swojej stereotypowej biedoty i bijącej rekordy liczby żebraków (kompletny mit; tak może i było pół wieku temu…). Przyjeżdża ta młodzież szerzyć wiedzę – Francuskie nastolatki uczą angielskiego (!) dzieciaki w slumsach, opiekują się starszymi osobami w punktach pomocowych, prowadzonych przez zakonnice Matki Teresy, uczą młode dziewczęta szycia na maszynie czy obsługi komputera, słowem – zbawiają świat.

Nie ukrywam, że nie cierpię tego rodzaju wolontariuszy, którzy ze swoim świętobliwym nastawieniem bardziej szkodzą niż pomagają. Uczą dzieci ze slumsów, że bogaty Zachód i sprzedawane przez niego wartości to ten lepszy świat, że muszą być wdzięczne białym (przeważnie) ochotnikom za udzielaną im pomoc. Max Forte w najnowszej edycji Alert Press Vol. 4 (dostępna w całości on-line tutaj), dostrzega w tych wolontariuszach po prostu turystów, hipokrytów pragnących podbudować swojego ego modną „pomocą” ubogim, zupełnie tak jak robiły to w XIX wieku cierpiące na nadmiar wolnego czasu arystokratki.

Nie twierdzę, że cały ten wolontaryzm to zatrważająca zbrodnia, ale jest to jednak na tyle pretensjonalne zjawisko, że za każdym razem jak widzę kolejną naiwną Hiszpankę czy Francuzkę, przemierzającą Kalkutę w spodniach typu Western-Indian-style, bolą mnie zęby. Niektóre NGO zaczęły bardziej przypominać alternatywne agencje turystyczne, oferujące „niezapomniane przeżycia oraz autentyczne doświadczenie prawdziwego życia w Indiach”.

Zastanawia mnie – jak tak bardzo zależy tym wszystkim złotym duszom na dobru indyjskich dzieci czy starców, czemu nie wspomóc finansowo istniejących indyjskich organizacji pozarządowych lub zmusić lobbyingiem rząd indyjski do rozwoju programu opieki społecznej (stan tragiczny)? Dlaczego bogate dzieciaki ze Stanów czy Australii mają naprawiać Indie, przywożąc ze sobą swoją tożsamość i styl życia, swoją „lepszość”, swoje szczęście – bo przecież miały go więcej, skoro nie urodziły się na przedmieściach Kalkuty i nie wyszły za mąż w wieku lat 15, czyż nie? Tacy wolontariusze to po prostu pukający od drzwi do drzwi akwizytorzy, którzy zamiast sprzedawać polisy ubezpieczeniowe (nieświadomie) sprzedają swoją zachodniość.

Kiedy Globalna Północ próbuje pomóc Globalnemu Południu bardzo często kończy się to paskudnie. Nie będę przywoływać tutaj przykładów amerykańskiego imperializmu, który tak bardzo chciał ulepszyć Japonię czy Wietnam (efekty znamy), nie będę cofać się do czasów kolonializmu – bo przecież kolonie też miały służyć szerzeniu osiągnięć naszej wspaniałej cywilizacji, a towarzyszące im misje szerzeniu jedynie słusznego chrześcijaństwa. Zamiast tego zabijały jednak kultury lokalne, miejscowe zwyczaje, wierzenia, systemy wartości. Czasem, zbyt często, dosłownie. Najprostszy przykład – Ameryki, najbliższy z Indii – Australia, Nowa Zelandia. Ale miałam o tym nie pisać, bo to przecież oczywiste.

Oprócz tych naiwnych „wolonturystów”, są jednak jednostki cudzoziemskie, które przywracają wiarę w rozsądność homo occidentalis. To wszyscy Ci, którzy przyjeżdżają do Indii nie po to, aby zbawiać świat, ale po to aby faktycznie pomóc – to badacze (tacy jak ja, he he), którzy prowadzą tutaj badania we współpracy z indyjskimi ośrodkami; to praktykanci, którzy zatrudniają się za minimalne wynagrodzenie w lokalnych organizacjach pozarządowych, aby uczyć się – o kulturze kraju, sztuce ludowej i plemiennej, klasycznym teatrze, praktykach rozwojowych; to w końcu indolodzy, studenci  – ci którzy przyjeżdżają szlifować język, zostać nauczycielami jogi czy tańców klasycznych. Wszystkie te grupy łączy jedno – szacunek dla kraju, jego kultury, obyczajów. A nawet biedy. Brak litości, która zbyt często ma wiele wspólnego z pogardą (niestety nie raz słyszałam dziewczęta, wolontariuszki zszokowane „warunkami życia” dzieci z którymi pracują). Mają bardzo jasne podejście do tego co robią – chcą się czegoś nauczyć (a nie przyjeżdżają łaskawie uczyć innych), chcą pomóc, ale są pełni pokory, wiedzą że najpierw trzeba nauczy się jak.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Należy do nich T., mój szwedzki kolega, z którym chodzę na zajęcia z bengalskiego. Mieszka w Indiach już pięć lat razem ze swoją dziewczyną, Bengalką. Jest informatykiem, ale pracuje w lokalnym NGO, pomagając rozwijać organic food movement w Kalkucie (przypomina np. warszawskie kooperatywy spożywcze). Zapytany o to co myśli o przyszłości kraju odpowiada, że Indie nie popełniły jeszcze wielu błędów, które myśmy kiedyś zrobili (i ma tu na myśli tą bogatą, nowoczesną Szwecję!). T. przyjechał do Indii na staż w jednej z firm informatycznych. Został, bo uważa że są tu lepsze warunki do życia niż w Europie – i ludzie są milsi. Choć dodaje, że to pewnie dlatego że jest blondynem o niebieskich oczach. Otwarcie przyznaje, że wie że ma łatwiej przez kolor skóry – gdyby był ciemnoskórym Szwedem, np. z pochodzeniem afrykańskim, mogłoby być nieco inaczej. Ale tego akurat T. nie lubi. Choć do dziwnego traktowania, dystansu z jakim się spotyka, podejrzliwości, tego, że rzuca się w oczy, dawno się już przyzwyczaił. Każdy musi, jeśli chce tu zostać.

Do podobnej kategorii należy także L., Wenezuelka. Też chodzi ze mną na bengalski, w Indiach mieszka już trzeci rok. Jest członkinią ruchu Hare Krishna, mieszka w lokalnym aśramie. Ubiera się w sari z wprawą, jej skóra jest jednak w odcieniu jasnego brązu. Na początku myślałam, że jest po prostu Induską, która wyemigrowała do Kalkuty z południa kraju (tam Indusi są trochę ciemniejsi niż ci z Północy). L. ma jednak po prostu afro-amerykańskie korzenie. Sama przyznaje, że jej wygląd jest sporym ułatwieniem, ponieważ nie nie onieśmiela Indusów. L. nie rzuca się w oczy co ma też duże znaczenie praktyczne – jest dzięki temu bezpieczniejsza, zwłaszcza jeśli tak dobrze nosi sari.

T., kiedy rozmawialiśmy o kwestiach koloryzmu i rasizmu, przyznał że jego karnacja głównie ułatwia mu życie, ale wie że jego płeć ma tutaj istotne znaczenie. Bycie białą kobietą w Indiach jest o wiele trudniejsze – nawet jeśli ubierzemy się w salwar kamiz czy sari, zawsze będziemy odstawać, zwracać uwagę. Kojarzymy się też Indusom z wyzwoleniem seksualnym, bo przecież w tych wszystkich zachodnich filmach białe kobiety są takie śmiałe, uprawiają seks kiedy chcą, noszą się jak chcą. No i są jeszcze filmy pornograficzne zdominowane przez białe kobiety, półnagie tancerki z Rosji, zatrudniane w produkcjach Bollywood do scen tanecznych, kiedy potrzeba pokazać większy fragment kobiecych nóg, są też białe cheerleaderki z RPA, które umilają czas kibicom podczas meczów w krykieta.


IMG_20140926_204834

Kiedy w pocie czoła ślęczałam nad esejem o Tagore i jego poglądach religijnych, często zastanawiałam się (przyznam, prokrastynacyjnie) nad sensem pisania (z cyklu „czy ktoś to w ogóle czyta?”). Z każdym rokiem piszę coraz więcej, a odkąd zaczęłam prowadzić tego bloga piszę w swojej głowie codziennie – za każdym razem kiedy przeżywam coś, co warto by opisać w Indiopolu. Zaczęłam inaczej doświadczać moją indyjską codzienność, bardziej świadomie, bo moje myślowe notatki przypominają te, które robiłabym prowadząc badania etnograficzne. Jestem tu jednak w stanie migracji, po prostu mieszkam w Kalkucie.

Kiedy mam takie dni w które się złoszczę – gdy myślę że ktoś chciał mnie oszukać, biorąc mnie za naiwną turystkę, kiedy nieprzyjemnie zaskoczą mnie kulturowe różnice, albo w sytuacjach w których ktoś wziął mnie za jednego z tych paskudnych wolonturystów – coraz częściej towarzyszy mi myśl, że mam do tej złości prawo. Że mam prawo się wkurzać na złe traktowanie, na klasyfikowanie, na głupotę ludzką – tak samo wkurzałabym się na nią (lub tak samo bym ją ignorowała, w większości przypadków) mieszkając w Polsce. Mam prawo nawet zawsze będę homo occidentalis. To uczucie „prawda do” wydaje się bezpośrednio związane z rosnącym we mnie poczuciem zadomowienia się, z którym trudno było jeszcze w lipcu, tuż po powrocie z ojczyzny.

I znów małe rzeczy sprawiają mi ogromną przyjemność, budząc wspomnienia. Przypominając mój pierwszy dom, sprawiają że tworzy się mój drugi – tutaj. To małe rytuały. Możliwość kupienia w indyjskiej sieciówce kawy a la Starbucks, która smakuje dokładnie tak samo jak ta, którą w paskudnie depresyjne zimowe wieczory kupowałam za ostatnie grosze w Coffee Heaven w BUW; tutaj też działa zbawiennie, tylko dawna odrobina studenckiego luksusu zamiast 15 kosztuje teraz 5 PLN. Zastąpienie rytuału między-zajęciowego kupowania bułki w Galerii Wypieków i zapijania jej sokiem pomidorowym przystawaniem na ulicy na chai czy masala ThumbsUp z batata puri. Po prostu rutyna, rzeczy które robi się codziennie, a które są tej codzienności symbolem. A teraz jeszcze doszły te lampki choinkowe, które dla mnie – bożonarodzeniowego dziecka – są kwintesencją domowości. Nawet jeśli w moim nowym indyjskim domu wiszą na palmie.

Reklamy
Otagowane , , , , , , ,

Indiopol: Hokkolorob, czyli gniew studentów

Pada od rana. Niebo ciężkie, ciemnoszare. Wczoraj zapowiadali, że nadciąga wielka fala deszczy, ostatnie tchnienie monsunu i że będzie tak dzień w dzień do środy. W nocy już pokapywało. Nie dobrze, myślę sobie. Jest sobota 20 września i coś bardzo ważnego ma się dzisiaj wydarzyć.

IMG_20140923_125756

Sanskriti

Wszystko zaczęło się pod koniec sierpnia. To był dokładnie wieczór 28, drugi dzień kilkudniowego festiwalu studenckiego Sanskriti na Jadavpur University, który obejmował także tzw. freshers, uroczyste rozpoczęcie nowego roku akademickiego i powitanie dopiero co przyjętych studentów (w Indiach semestr zimowy rozpoczyna się w lipcu). W uniwersyteckim amfiteatrze trwała zabawa – koncerty, pokazy taneczne, wspólne śpiewanie; wszędzie kręcili się ludzie – studenci, ich koledzy z innych jednostek akademickich w mieście, absolwenci, przypadkowe osoby.

Tego właśnie wieczoru wydarzyło się także coś bardzo przykrego. Studentka drugiego roku została zaatakowana przez kilku studentów, kiedy poszła ze swoim kolegą na ubocze, w okolice akademików, aby po prostu ulżyć pęcherzowi (braku łazienek). Przechodząca grupa studentów najpierw pobiła jego, a potem zaciągnęła ją do akademiku męskiego, których kilka znajduje się na terenie kampusu, gdzie stała się ofiarą napaści seksualnej – chłopcy zaczęli ją najpierw obrażać, a potem dotykać , popychać. Jakoś udało jej się uciec.

Dziewczyna sprawę zgłosiła natychmiast rektorowi JU, a po braku reakcji z jego strony na policję, ale prywatnie, bo władze Jadavpur University oświadczyły, że muszą najpierw zbadać sprawę. Powołano specjalny komitet, składający się z profesorów oraz administracji JU. Mieli ustalić szczegóły wydarzenia i zastanowić się co dalej.

Mijały dni, a sprawa nie ruszała z miejsca, jedynie podejrzani o napaść zostali zawieszeni. Co więcej, poszkodowanej złożyły wizytę dwie profesor, oskarżających ją o to że była pijana i niestosownie ubrana w dniu incydentu. W rezultacie, w jej imieniu All India Progressive Women’s Association oraz the General Student’s Body wystosowały oficjalne pismo z zażaleniem do rektora.

W pomoc studentce zaangażowały się uczelniane stowarzyszenia, z których część uwikłana jest do pewnego stopnia w lokalną politykę, mniej lub bardziej oficjalnie sympatyzując z tymi to a tymi ugrupowaniami. Organizowane były apolityczne protesty i małe pochody, cały kampus zasłany był więc ręcznie skonstruowanymi banerami i plakatami, na których czerwono-czarnymi literami wymalowano w bengali żądania szybkiej reakcji ze strony rektora oraz pomocy poszkodowanej.

Wtorek

Był wtorek wieczorem 16 września, dwadzieścia dni od feralnego wieczoru. Siedziałam w domu, jak co tydzień przygotowując się do kolejnych zajęć z języka bengalskiego w Ramakrishna Mission. Akurat dziś odwołali nam na JU zajęcia (bez powodu…), nie byłam więc na kampusie. O wszystkim co tego wieczoru miało tam miejsce dowiedziałam się więc dopiero następnego dnia rano, od znajomego; bariera językowa stanowi czasem spory problem. Moje koleżanki z roku rozmowy na naszej 20-osobowej grupie dyskusyjnej na WhatsApp prowadzą po bengalsku. Zaglądam tam tylko raz na jakiś czas i to po to aby poprosić je po angielsku, aby dawały mi znać jeśli coś istotnego się dzieje. Tym razem nie dały i wiadomość dotarła do mnie na krótko przed poranną prasą.

Od tygodnia trwa z przerwami pokojowy strajk okupacyjny Aurobindo Bhavan, budynku administracji. Studenci rozsiedli się przed wejściem i ogłosili, że będą tak trwać do skutku – aż ktoś z JU podejmie w końcu jakieś kroki i pomoże doprowadzić do skazania sprawców. Przecież bezpieczeństwo wszystkich studentów powinno stanowić dla władz priorytet. Tego dnia, we wtorek, studenci zablokowali swoimi ciałami wejście do budynku. W środku utknął vice-chancellor JU Abijit Chakrabarti, a także część administracji. Bali się wyjść i skonfrontować z młodzieżą, mimo że protest miał charakter zupełnie pokojowy. Jedynym warunkiem jego zaprzestania było oficjalne ogłoszenie przez rektora, że podejmie bardziej kategoryczne kroki w sprawie molestowanej dziewczyny.

Koło szóstej wieczorem zaczęło się ściemniać, protest trwa w najlepsze. Mijają dwie godziny, pojawia się policja i huligani TMC, Trinamool Congress, partii rektora. Mija kolejnych kilka godzin, jest już bardzo późno, po północy. Na wieść o obecności policji, próbującej zmusić studentów do zarzucenia protestu, dołączają kolejni, także z Presidency University. Ich liczba rośnie, protestuje już około 200 osób. Atmosfera w dalszym ciągu pokojowa. Gra muzyka, protestujący blokują wejście do budynku, skandują Justice! We want justice! Hok Kolorob!.

Dochodzi druga w nocy. W pewnym momencie wszędzie na chwilę gasną światła i cały uniwersytet ginie w mroku. Wyłączyli je pracownicy JU na polecenie rektora. Nagle ze wszystkich stron na uczestników protestów napadają goons z TMC oraz policja, zaczynają szarpać, kopać, popychać, słychać krzyki. Biją i gonią chłopców, popychają dziewczyny, drąc im ubrania. Wracają światła, na miejscu jest reporter ABP Ananda, stanowej telewizji, wszystko filmują też sami studenci z EyeZin magazine.

Wszystkiemu przyglądają się obojętnie policjanci, którzy na terenie uniwersytetu nie mają prawa rozganiać nielegalnych protestów. Może to natomiast robić tzw. policja ochotnicza, utworzoną w 2009, aby tłumić protesty ze strony studentów, kiedy policja nie może wkroczyć na kampus. A jest ich sporo. Taka „policja” ubiera się jednak po cywilu. Co więcej, wielu z tych którzy w podskokach pobiegli bić studentów to wyborcy bengalskiego TMC, a dokładniej All India Trinamool Congress, którego liderką jest Mamata Banerjee. TMC to w Zachodnim Bengalu partia rządząca, a Mamata jest chef minister stanu West Bengal; odkąd w 2011 roku wygrała wybory, miażdżąc rządzącą nieprzerwanie od 37 lat marksistowską Communist Party of India, już zdążyła sobie wyrobić niepochlebną opinię. Ale o tym innym razem.

W Indiach stanowiska rektora i jego zastępcy w uniwersytetach państwowych (do których należy właśnie Jadavpur University) obsadzane są z urzędu, przez stanowego ministra edukacji, Partha Chatterjee i często rektorzy sami są politykami. Argumentem za takim rozwiązaniem ma być „niezaradność naukowców”, jeśli ci mieliby zarządzać akademią na własną rękę. W praktyce takowy stan rzeczy skutkuje niezwykle wysokim stopniem upolitycznienia uniwersytetów – nie tylko ze względu na aktywność nieoficjalnych młodzieżówek poszczególnych partii. Konsekwencje  widać zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta – władze JU nie potrafią dojść do porozumienia ze studentami, próbując zamieść problem pod dywan, nie podejmują dialogu i ze strachu uciekają się do przemocy. Góruje przekonanie, że student praw nie ma, ma tylko obowiązki – najważniejszy z nich to obowiązek posłuszeństwa. Nie należy występować przed szereg, najlepiej to nie mieć własnego zdania, tak jak za czasów szkolnych, aż do dnia ślubu (przecież człowiek wyswatany to człowiek dorosły!).

Studenci byli posłuszni – swoją lojalność okazali jednak nie władzom, a własnym wartościom, niemożliwości zaakceptowania obojętności administracji wobec tak istotnej kwestii.

W Polsce mówi się, że co raz częściej patrzymy władzy na ręce i że jest to nasz obywatelski obowiązek, że to podstawa demokracji i jedyny sposób, aby przeciwdziałać nadużyciom. Kiedy w Indiach rektorami uniwersytetów są politycy, ma miejsce ta sama sytuacja. Silne związki studenckie walczą o swoje prawa; zawsze znajdzie się ponad to przynajmniej jedno zrzeszenie, które nie sympatyzuje z partią do której dany rektor należy. Podstawowa zasada brzmi: nie należy mu do końca ufać, bo zawsze będzie kierował się interesem swojego ugrupowania (a raczej swoim własnym), w najmniejszych strajkach dopatrując się ukrytych prowokacji ze strony innych partii, manipulujących studentami czy podstawiających outsiders. W takich chwilach z przyjemnością myślę o naszym starym, dobrym Uniwersytecie Warszawskim i jego autonomiczności. Jego Miłościwie Nam Panująca Ekscelencja prof. Marcin Pałys ignorujący przypadek molestowania? Nasyłający na protestujących studentów osiłków, aby gawiedź rozpędzili? Takie sceny pamiętają tylko moi rodzice, ale to było przecież 25, 30 lat temu. Dziś taka wizja wydaje się śmieszna.

Ale kiedy dochodzi do takiej sytuacji faktycznie jest przykro.

Tego dnia na terenie kampusu do wczesnych godzin porannych zostało pobitych łącznie około 40 osób, z czego 10 trafiło do szpitala na odział intensywnej terapii. Dokładne dane nie są znane, policja także nie podała ile osób aresztowała – ze studentów – pod zarzutem zakłócania porządku na terenie kampusu oraz grożenia rektorowi. Na szczęście większość z nich została, po kilku godzinach straszenia, bicia i obrażania na komisariacie, puszczona wolno.

Sieć

Wiadomość rozprzestrzeniła się po portalach społecznościowych, WhatsAppach i Twitterach z prędkością światła. Już popołudniu następnego dnia, na skrzyżowaniu pod jedną z bram JU zaczął się spontaniczny protest – poza murami uniwersytetu, w miejscu publicznym, gdzie każdy może być świadkiem, jeśli dojdzie po prowokacji ze strony policji czy „wolontariuszy” TMC.

Zebrało się bagatela 5 tysięcy osób, blokując ruch. Tłum skandował żądanie sprawiedliwości i natychmiastowego odwołania rektora. Wszędzie słychać było Hok Kolorob (dosłownie „let there be noise!”, od słów piosenki bengalskiego artysty Arnaba).

Natychmiast padł pomysł na kolejny protest i 18 września ruszył ze stacji metra Rabindra Sarobar marsz do Jadavpur University. Jego celem było zwrócenie uwagi miasta i rządu na nadużywanie władzy ze strony rektora, nieadekwatne stosowanie przemocy oraz lekceważący stosunek do studentów (z którymi się w ogóle nie krył i jeszcze był z nich dumny). I zmuszenie go do natychmiastowej rezygnacji.

Treść Manifestu

Pod kampus pomaszerowało już 10 tysięcy osób. Skala odzewu oraz zdyscyplinowanie pokojowego protestu pozytywnie zaskoczyło wszystkich; protest zwołał się bowiem w pewnym sensie sam – informacja o marszu, zainicjowanym przez  grono studentów (pozostających anonimowymi), docierała do wszystkich przez media społecznościowe. Hasło #HokKolorob skutecznie zmobilizowało masy do zaangażowania się.

Czwartek to pierwszy dzień, kiedy studenci nie przyszli na zajęcia. Większość z nich poszła na marsz, wyrazić swoje niezadowolenie. Rozpoczął się oficjalny bojkot uniwersytetu, który nieoficjalnie poparł także związek zawodowy profesorów JU. Bojkot trwa do dziś.

Sobota

Czwartkowy marsz nie przyniósł rezultatów, ale też nikt nie oczekiwał że przyniesie. W Indiach aby politycy przestali bagatelizować problem trzeba czegoś więcej.  Już tego samego dnia wieczorem media społecznościowe po raz kolejny potwierdziły swoją użyteczność, czy wręcz niezastąpioność w takich sytuacjach. Obiegła je bowiem informacja, że w sobotę ruch studencki zaniesie gubernatorowi stanu Keshari Nath Tripathiemu (przedstawicielowi władzy centralnej w Zachodnim Bengalu), prośbę o interwencję w kwestii odwołania rektora.  Mój telefon co pięć minut buczy; to kolejna wiadomość  o meha mihil, wielkim pochodzie, który ma przekonać wszystkich o sile protestu i niekwestionowanej konieczności zmiany. Jak? Poprzez sparaliżowanie centrum miasta, tłumnie przezeń przechodząc, blokując ruch na jak długo się da w drodze do siedziby gubernatora in Governors Camp, Raj Bhavan przy Indira Ghandi Sarani.

Informacja swabodnie krąży po sieci, razem z całą serią memów, komentujących ostatnie wydarzenia. Jednym z nich jest V-Chhi. To przekręcony skrót  V-C, od angielskiego vice-chancellor, czyli rektora. Chhi w bengali to polskie fu  i oznacza coś obrzydliwego.

Meha Mihil

Wychodzę z mieszkania kwadrans po pierwszej. Mam wystarczająco dużo czasu aby spokojnie dotrzeć metrem na stację Rabindra Sadan, gdzie umówiłam się z dziewczynami z klasy. Już na stacji dostrzegam pierwsze czarne koszule – to niepisany dress code dzisiejszego wydarzenia. W Indiach czerń nie oznacza śmierci;  to kolor buntu i gniewu, należący do ukochanej bogini Zachodniego Bengalu – Kali.

Z każdym przystankiem coraz więcej młodych ludzi wsiada do wagonów. Inni pasażerowie z ciekawością nam się przyglądają. Nikt się nie uśmiecha, w powietrzu czuć napięcie, oczekiwanie. Być może wszyscy boją się tego, co zastaną jak już dotrą pod Akademię Sztuk Pięknych przy Cathedral Road, skąd ruszyć ma marsz – ile osób zniechęciły do pojawienia sie ulewne deszcze. Środa i czwartek były przecież słoneczne. Może nie pomóc nawet wsparcie ze strony słynnych, bengalskich artystów, z których jeden nagrał o tym nawet piosenkę [wyżej].

O tym że takie obawy są nieuzasadnione dowiadujemy się, kiedy pociąg metra zatrzymuje się z piskiem przy stacji. Na peron wylegają tłumy i przynajmniej 200 osób osób rusza żwawo w kierunku Akademii. Wychodzę z dziewczynami z metra i ogłusza nas typowy dla centrum zgiełk i zapach spalin. Jedyną różnicą są setki przemykających między samochodami studentów, zmierzających tłumnie na protest. Podążamy za nimi, jest nas tysiące. A deszcz jak padał, tak pada – ulewnie, nieprzerwanie, jakby zamówiony przez rektora, aby nas zniechęcić.

Jednak chyba efekt ulewa osiągnęła odwrotny od zamierzonego – Indusom monsun nie straszny, a trudne warunki pogodowe zdaje się, że potęgują  zawziętość studentów. Nie dam się i ja!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dochodzi druga popołudniu, jesteśmy jednymi z wielu. Gdzie nie spojrzeć tłumy. Wszyscy kierują się zgodnie w jednym kierunku – na ulicę przed ASP. Ruch już dawno na niej zablokowany, wokół spokojnie czeka policja. Mimo że marsz jest nielegalny (informacja o planowanym zgromadzeniu musi być dostarczona do lokalnego komisariatu na kilka dni przed), nie mają wyjścia, muszą go „ochraniać”, skala jest zbyt duża. Tam ustawiamy się w dwie kolumny, aby jak najmniejszym nakładem osób zająć przestrzeń ulic, przez które będziemy iść, na jak najdłużej. Spotykam przypadkiem kilkoro znajomych spoza JU – jakie to niezwykłe uczucie, w tym tłumie i ja, cudzoziemka, spotykam swoich indyjskich znajomych! Duma!

Między kolumnami biegają ochotnicy, przekazujący innym co się dzieje na czele marszu, który już ruszył naprzód. Dbają o porządek, o to abyśmy szli w rządkach, równo przy krawędzi ulicy, inicjują slogany – krótkie rymowanki, chwytliwe hasła, które krzyczymy razem z nimi. Jest w nich mowa o nieuczciwości władz, nieugiętości studentów, sile ich solidarności.

Slogan

Niesamowite jak wszyscy są zdyscyplinowani, spokojnie czekając aż kolumna przesunie się kolejne pięć metrów do przodu. Atmosfera jest pełna oczekiwania, ale nie napięcia – wszyscy podbudowani są tysiącami, które przyszły wesprzeć studentów Jadavpur. Przyjechali zewsząd – z St. Xavier’s University, z Presidency, z Calcutta University czy z licznych kalkuckich politechnik porozrzucanych po całym mieście. Niektórzy zrzucali się na wynajem minibusów czy po prostu ciężarówek, aby dojechać do centrum na czas.

Patrzę na swoje koleżanki z roku, patrzę na innych młodych ludzi obok mnie  – bycie tutaj to dla nich obowiązek, są przecież studentami, a to pojęcie wokół którego wielu buduje swoją tożsamość; moment transformacji z podporządkowanego ucznia do mniej podporządkowanego studenta jest dla wielu niezwykle ważny. Koleżanka P. mówi, że to właśnie na akademii ludzie uczą się w końcu myśleć samodzielnie, uniezależniają od rodziców. Dlatego przyjście na marsz jest dla nich takie ważne, to kwestia honoru.

Przyszłam na marsz, bo sprawa jest poważna, ale też dlatego aby zamanifestować moją przynależność do tego uniwersytetu. Dzielić doświadczenie z koleżankami, budować wspólnotę doświadczeń. Być częścią, być mniej outsiderką.

Kiedy czoło pochodu dotarło do Mayo Street, gdzie policjanci ustawili blokadę, jego ogon wciąż był na poziomie ASP. Protestujący zdołali zablokować Mayo Road, Cathedral Road oraz ogromną J. Nerhu Road na całej długości na kilka godzin, skutecznie przyciągając uwagę. Gubernator przyjął przemoczoną do suchej nitki delegację, poczęstował ich herbatą i wysłuchał z osobna, obiecując zająć się sprawą. Marsz nie spodobał się jednak Mamacie Banerjee, ani minister edukacji w jej rządzie. Nie spodobało im się zwłaszcza to, że na protest przyszło przynajmniej 30 tysięcy osób. Niektórzy mówią nawet o 40 tysiącach. A wliczając w to protesty w innych miastach, zorganizowane przez solidaryzujące się z JU uniwersytety – w Delhi, Bangalore czy Hyderabadzie – liczba ta wzrasta dwukrotnie.

Co dalej?

Od soboty zmieniło się niewiele. Bojkot uniwersytetu trwa, rektor dalej jest rektorem, mamy do czynienia z ogólnym impasem, gazety nie mają o czym pisać (co ciekawe, ktoś wrzucił już wydarzenia ostatnich dni na Wikipedię). TMC próbowała sprowokować środowiska studenckie organizując marz „przeciwko ruchowi studenckiemu”. Niestety protest skompromitował się sam, kiedy dziennikarze zaczęli pytać uczestników dlaczego biorą w nim udział. Nikt nie wiedział jaki jest cel marszu: „Jestem tu bo rektor został oskarżony o molestowanie”, „Jestem tu bo domagam się zapewnienia bezpieczeństwa studentek”. Panowie wybrali chyba nie ten protest, co trzeba…

Nikt nie wie, czy skompromitowany rektor ustąpi. Niektórzy, jak np. młoda A., która od niedawna pracuje na JU w dziale statystyk uniwersyteckich, twierdzi że VC nigdy nie odzyska twarzy, choć przyznaje że sytuacja jest trudna. Poprzedni rektor też zrezygnował z urzędu – nie potrafił poradzić sobie z problemem raggingu, który w Polsce nazwali byśmy koceniem. A. uważa także że w Indiach protesty studenckie są na porządku dziennym, choć jeszcze nigdy na taką skalę. Mówi, że ludzie lubią protestować, czuć że mają na coś wpływ, mniej lub bardziej konstruktywnie krytykować. Nadzieją jest jednak utworzona przez gubernatora stanu pięcio-osobowa, niezależna komisja, która ma ocenić całą sprawę. Trzymajcie kciuki! Za rogiem Durga Pujo, najważniejsze święto roku w Bengalu. Po niej Kali Puja, a potem Diwali. Długie wakacje, z kilkodniowymi przerwami na zajęcia. Mam nadzieję, że po nich zajęcia zostaną wznowione. Bo w tym tygodniu nie będą.

Ciekawy mam ten uniwersytet.


Lista z adresami stron do których odnośniki znalazły się w tekście oraz inne, ciekawe linki:

http://www.youthkiawaaz.com/2014/09/jadavpur-university-molestation-case-students-protest-administrative-inaction/

http://kafila.org/2014/09/17/from-jadavpur-university-kolkata-i-am-one-of-those-survivors-who-has-experienced-a-nightmare-last-night-tanumay-naskar-%E2%80%A8/

http://www.telegraphindia.com/1140921/jsp/calcutta/story_18857306.jsp#.VB6MI5SSwa4

http://en.wikipedia.org/wiki/2014_Jadavpur_University_protests

http://zeenews.india.com/news/west-bengal/jadavpur-university-impasse-can-be-solved-through-discussion-minister_1471230.html

IMG_20140923_125157

Otagowane , , , , ,

Indiopol: Spokojnie, to tylko miasto (albo głową w mur)

Indiopol 3: Spokojnie, to tylko miasto // Głową w mur

Kalkuta nie jest miastem starym. Jest znacznie młodsza od Delhi (VI w. p.n.e.) czy Bombaju (VI w. p.n.e.), a nawet Warszawy (ok. IX w. n.e.). Jeszcze w XVII wieku były tutaj tylko tereny rolnicze, parę chatek, słowem – wiejska sielanka. A potem przypłynęli Brytyjczycy i poszło z górki. Miasto rozrastało się i rozrastało, i dziś jako aglomeracja liczy już ponad 14 milionów mieszkańców, upchniętych na ponad 1 800 km2 (wliczając w to migrację z przyległości oraz sezonowych migrantów z sąsiednich stanów). No tak. Jeszcze trochę i mamy pół Polski.

Auto-riksza, Auto-riksza

Tak więc, Kalkuta stara nie jest, ale za to ludna. I głośna. I w tym tkwi właśnie jej urok. Jeżeli chcecie doświadczyć uroczego indyjskiego tłumu rodem z filmów Bolly, chodników pełnych przekupniów, ulic zatłoczonych rikszami, tuk-tukami (tutaj zwanymi auto-rikszami), dziesiątkami tysięcy żółciótkich taksówek marki Ambasador (oficjalnie najlepsza taksówka na świecie), rozklekotanymi autobusami oraz setkami tysięcy samochodów, zapraszam do nas! Kalkuta tym jednak różni się ponoć od innych miejskich molochów w Indiach, że jest przestrzennie bardziej przyjazna, mniej opresyjna. Tak przynajmniej twierdzą Indusi. I trzeba im przyznać rację. Jest znośnie, jak na lokalne możliwości. Wypadałoby zatem zadać sobie trochę trudu i spróbować odpowiedzieć na pytanie, a czemuż?

Wystarczyło krótkie śledztwo (przepytywanie znajomych), aby znaleźć możliwe rozwiązanie naszej małej zagwostki. Otóż wydaje się, że miasto swoją przystępność zawdzięcza brytyjskiemu dziedzictwu, zbiurokratyzowanej kolonialnej administracji. To właśnie jedne z jej dawnych rozporządzeń – których część obowiązuje do dziś – uratowały stare centrum miasta od zabudowania wieżowcami. Kalkuta, niegdyś jeden z najważniejszych portów Azji, rozłożyła się na glebach aluwialnych, które z oczywistych względów nie sprzyjają wysokiemu budownictwu (czego jednak do dziś wiele osób nie rozumie…). Dzisiaj, kiedy miasto liczy sobie już parę set lat, dzięki „nowym technologiom”, wielopiętrowe biurowce oraz bloki mieszkalne (rodem z PRL) rosną jak grzyby po deszczu na jego obrzeżach. Choć i tu deweloperzy nie mają łatwo – dzięki wysiłkom kilku działaczy społecznych, wspartych przez przeróżne mniejsze lub większe osobistości, okoliczne waterlands, czyli mokradła oraz stawy rybne, udało się uchronić przed zasypaniem. Podobnie jak starą część miasta (Centrum i Północ), pamiętającą jeszcze czasy rządów Kompanii Wschodnioindyjskiej.

Pod koniec zeszłego tygodnia gościliśmy z R. przez parę dni Annę, działaczkę społeczną z Wielkiej Brytanii, która wybrała się w podróż po Indiach. Korzystając z dnia akurat wolnego (zajęcia odwołane ze względu na któreś ze świąt, przydarzających się nad wyraz często), zabrałam koleżankę na spacer do starej części miasta. Zwiedziłyśmy tzw. standard – okolice Park Street, New Market oraz tereny wokół Victoria Memorial. Kiedyś napiszę o tych wspaniałych przybytkach więcej, teraz tylko pokrótce. Poza Wiktorią, czyli muzeum-pomnikiem, przez pozostałe obszary w zasadzie przeleciałyśmy. Albo inaczej – ja pędziłam, a Anna za mną. Monsun nie jest najlepszym momentem na zwiedzanie wiekowych ulic – przed błotem po kostki nie uchronią nawet najlepsze kaloszki, a od hałasu ulicy i tłoku ludzkiego – uroczego w dni słoneczne – można zwariować. A poza tym ile można patrzeć na te piękne, kolonialne kamienice i wille? Jest ich tysiące, a każda mniej lub bardziej taka sama.

Także, po całodziennym maratonie siedzimy razem z Anną w parku. Podziwiamy wyjątkowo zadbane jeziorko oraz przytłaczający budynek Victoria Memorial. Wokół nas zakochane pary – przestrzeń parkowa jest w dużych miastach jednym z niewielu miejsc, gdzie młodzi mogą bez obaw umawiać się na schadzki oraz liczyć na minimum prywatności dla swoich uczuć. Drugim miejscem są centra handlowe, ale tam nie wypada przecież publicznie się obściskiwać. Za dużo ludzi, no i za duże zagrożenie wpadnięciem na któreś z ciotek lub wujków.

Zatem siedzimy w parku. Pytam się Annę, co sądzi o Kalkucie. Anna odpowiada, że to interesujące miasto. Bardzo intensywne, o wiele więcej ludzi na ulicach w porównaniu do Bombaju czy Chennai, ale jest milej, może dlatego że czuć tutaj historię, widać upływ czasu na starych budynkach, w dalszym ciągu służącym mieszkańcom miasta. Przytakuję.

No właśnie, czuć. Kalkuta, z resztą podobnie jak Warszawa (przepraszam za ciągłe jej przywoływanie, to tak z sentymentu do rodzinnej wsi), nie należy do miast które można „zobaczyć” w ciągu jednego dnia. Poza Wiktorią, Muzeum Narodowym czy świątynią Kali, nie ma tutaj zbyt wielu słynnych zabytków (nie wliczam domu Matki Teresy czy Tagore). Wzrok nie jest w tym mieście najważniejszym narzędziem poznawczym. Po Kalkucie nie da się spacerować – za głośno, za ciasne uliczki, zatłoczone chodniki. No dobra, są miejsca w których można, ale jest ich niewiele. Zazwyczaj człowiek pragnie tylko przemieścić się z punktu A do punktu B. Ale co poradzić? Takie właśnie jest to miasto. Żeby naprawdę poznać, zrozumieć i docenić Kalkutę trzeba ją doświadczyć. Czasem może być to bolesne, zwłaszcza jeśli człowiek nie wie czego się spodziewać. Ale warto spróbować. Warto zatrzymać się na uliczną herbatę czy przekąskę (puchka! batata puri! papri chat!), zjeść lunch w wegeteriańskim fast foodzie Haldiram czy biryani z koziną w muzułmańskiej restauracji, przejechać się auto-rikszą, pójść nad rzekę Hoogli i wynająć łódkę, wieczorem wpaść na koncert rockowy, a rano na chińskie śniadanie. Tego wszystkiego nie da się jednak zrobić bez czyjejś pomocy. Kalkuta należy do tego typu miast, które pilnie strzegą swoich sekretów. Podobnie jak w Warszawie, najlepsze punkty na jej mapie są zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych. Być może dlatego wycieczki zagraniczne zatrzymują się w dawnej stolicy Indii tylko na jeden dzień, a backpakersi na dwa czy trzy, w drodze do Varanasi, Darjeelingu czy na Andamany.

Ale może to dobrze, że tak jest…? Jak by zapewne odparł Pan John Urry, turystyka ma być przede wszystkim wypoczynkiem. Po co się niepotrzebnie męczyć, wystarczy z dystansem „pospoglądać” [1].

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Idę na zajęcia. W sąsiedztwie łapię trzykołową auto-rikszę, która kursuje na trasie Tollygunge Metro – Jadavpur University. W przeciwieństwie do innych stanów, tuk-tuki w tej części Indii funkcjonują jak dzielnicowe mini auto-busy (przy czym autobusy są międzydzielnicowe). Mieszczą czterech pasażerów z kierowcą i pędzą na gazie aż miło.

Także, wsiadam do środka i zaczyna się zabawa. Jako że auto ma tylko przednią szybę wiatr przyjemnie chłodzi pasażerów; mniej przyjemne są spaliny które docierają do nas za każdym razem kiedy przeciskamy się między sznurkiem autobusów i samochodów czekających na zmianę świateł. Rozmiarowo są niezwykle praktyczne – myk-myk poboczami dróg, myk-myk wąskimi osiedlowymi uliczkami i jestem u celu. Szybko i za całe sześć rupii. Tyle samo co autobus. Taniocha. Są może tylko trochę bardziej niebezpieczne, bez tych okien i drzwi… Choć na pewno nie tak jak tradycyjne riksze rowerowe, najbardziej lokalne, które wynajmuje się indywidualnie. Potwornie chybotliwe diabelstwa, no i kosztowne – całe 20 do 40 rupii!

Czasami idąc do szkoły biorę autobus (żeby go złapać muszę się przejść kawałek/ podjechać auto do większej ulicy). Autobusy to wyższa szkoła jazdy. Z auto-rikszami jest prosto, bo wystarczy powiedzieć na postoju gdzie się chcę, a panowie wskażą odpowiedni wehikuł. Potem tylko człowiek siedzi chwilę i czeka, aż uzbiera się reszta pasażerów (minimum trójka żeby riksza w ogóle ruszyła). No dobra, to też nie jest takie znowóż proste, żeby załapać jak cały ten auto-rikszowy system funkcjonuje. Tłumaczenia znajomych nie do końca pomagają, trzeba samemu się w tym temacie rozeznać. Z autobusami wiążę się jednak o wiele więcej hałasu i ulicznego harmidru. Pędzą z otwartymi drzwiami wejściowymi, zatrzymują się gdzie popadnie, zgarniając ludzi z ulicy jak leci. Numery z mojej dzielnicy znam już dobrze, ale zazwyczaj po prostu czekam na poboczu i widząc przędzącą maszynę macham ręką i wykrzykuję nazwę miejsca, do którego chcę się udać: „Maidan! Maidan!” albo „Metro! Metro!”, a pan bileter – lub któryś z pasażerów – potwierdza albo kręci głową. Jeśli potwierdza to łapię się poręczy i w iście wyczynowym stylu wskakuję do środka. Od razu dodam, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – tak tutaj podróżuje się autobusami, to nie tylko moja cudzoziemska nieporadność. Do truchtu podrywają się zarówno matki z dziećmi, jak i babcie, dziadkowie oraz obładowani towarem sprzedawcy. Bez wyjątku. Czy są w mieście przystanki autobusowe? Są, całkiem sporo. Czy autobusy się na nich zatrzymują? Na pewno przystają w pobliżu, na krócej jeśli akurat jest zielone, albo na dłużej, jeśli akurat czerwone. Nie mniej, za pędzącym autobusem się biegnie i nikt się temu nie dziwi.

A w środku nieźle rzuca, motor rechocze złowieszczo, z frontu spoglądają przenikająco wizerunki przeróżnych bóstw i mędrców, czasem towarzyszą im spojrzenia zaciekawionych współ-pasażerów. Ostatnio jest ich co raz więcej. Czemu więcej? Widząc obcokrajowca próbującego podróżować autobusem ludzie oczekują zagubionego turysty z oczami wielkości spodków. Kiedy takowy pasażer okazuje się być jednak w miarę ogarnięty, do ciekawości dołącza odwaga – i zaczynamy rozmawiać.  I to jest fajne, bo człowiek od razu czuje się z siebie dumny. Bo się samodzielnie porusza, bo może komuś sprawić przyjemność tym, że już „tak dużo” wie o Kalkucie i trochę „gawari” po bengalsku.

Takie małe rzeczy cieszą zwłaszcza po całym dniu walenia głową w mur. Mur czego? Biurokracji. Mimo obiecującego poranka (uporałam się z procedurą zakładania konta w banku indyjskim!), popołudnie okazało się dziś wyjątkowo rozczarowujące. Po długiej rozmowie, Szanowna Pani Profesor RS, dyrektorka Departamentu Socjologii, odmówiła mi możliwości udziału w zajęciach dla drugiego roku. O wiele ciekawszych niż te z pierwszego semestru (których jest tylko cztery, po dwa razy w tygodniu, co daje JEDYNE 8 godzin lekcyjnych tygodniowo). Aghrrr. Co zrobić. Trzeba będzie te dwa lata grzecznie (?) wysiedzieć. Ale nie martwcie się o mnie! Już sobie znalazłam dodatkowe zajęcie. Poza tym wszystkim co robię na codzień – tj. badaniem na własną rękę oraz pisaniem, pisaniem i pisaniem. W zeszłym tygodniu zaczęłam regularne zajęcia bengalskiego. Dwa razy w tygodniu, Ramakrishna Mission’s School of Languages. A od grudnia dołączy do tego… rosyjski!

Jak już (prawie) każdy bierze mnie tutaj za Rosjankę, po czym się chwali, że zna parę słów po rosyjsku, a ja mu na to, że ja to tak średnio, albo i wcale, to dla przyzwoitości (i przede wszystkim z powodów praktycznych – wszędzie go pełno w niedalekim sąsiedztwie od Indii), się tego języka nauczę. A co.

[1] Patrz: J. Urry, Spojrzenie turysty i in.

Otagowane , , , , , , , ,

Jak zbudować miasto? SimCity (cz.1)

Pytanie wydaje się być palące jak nigdy wcześniej, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę coraz częstsze i organizowane na szeroką skalę społeczne protesty wobec decyzji planistycznych miejskich decydentów. Plan zagospodarowania przestrzennego (master plan) nie jest obojętnym politycznie narzędziem, by posłużyć się frazesem z ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym, „kształtowania ładu przestrzennego”. Pojęcie ładu w przestrzeni jest w większości przypadków traktowane jako osiągnięcie wizualnego i estetycznego porządku, natomiast  nieobecna zdaje się być problematyka kształtowania ładu społecznego, które implikuje planowanie miejskie. Ostatnie wydarzenia w Gezi Park i na Taksim Square w Istambule dowodzą, że plan – choćby w zgodzie z trendami w urbanistyce „miast globalnych[1]” – częstokroć stoi w sprzeczności z lokalnymi praktykami i potrzebami mieszkańców miast. Możliwe, że jeśli Recep Tayyip Erdoğan kiedykolwiek grał w SimCity, to zapamiętał jedynie tyle, że w przypadku zamieszek i protestów należy wezwać policję.

Tym  tekstem chcę otworzyć cykl dotyczący interdyscyplinarnego podejścia do produkcji miejskich przestrzeni. Produkcja przestrzeni[2]? Większości zasiadających w katedrach urbanistyki czy planowania przestrzennego wykładowców może jeżyć się włos na głowie (pozdrawiam tych, którzy raczą poprawiać swoich studentów mówiących o gentryfikacji: chyba chciała pani użyć słowa „gerontologia”?), bowiem studentom wciąż aplikuje się stricte oświeceniową wizję przestrzeni, gdzie jest ona zastana, jednolita i uniwersalna – bez względu na szerokość geograficzną, sytuację geopolityczną czy lokalną historię. Nie raz przekonywałam się, że cultural turn w geografii i urbanistyce jeszcze na polską akademię nie dotarł[3], bo ta wciąż tkwi w modernistycznym podejściu do urbanistyki i pozytywistycznym ujęciu tego, co naukowe[4].

Czy refleksja nad grą komputerową, która od ponad 30 lat bije rekordy popularności[5], może cokolwiek wnieść do debaty wokół produkcji miast? Myślę, że nie muszę tłumaczyć się z antropologicznego zainteresowania nad „nierealną” czy „wirtualną” grą komputerową, odkąd Jean Baudrillard stwierdził, że świat jest grą (Baudrillard, 1993 s.46)[6]. SimCity jest produktem jak najbardziej rzeczywistej sytuacji końca XX wieku i aktywnie partycypuje w rozwoju urbanistyki naszych czasów, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że równolegle z najnowszą edycją gry: SimCity 5, Electronic Arts (EA) wypuszcza na rynek pilotażowy produkt adresowany do szkół: SimCityEDU. „Dziecko” Willa Wrighta, twórcy gry, bazuje na szeregu koncepcji i założeń urbanistycznych. Warto jednak przyjrzeć się ich źródłom i temu, jakie implikacje za sobą niosą. Wśród deklarowanych inspiracji Wrighta nie znajdziemy bowiem Le Corbusiera, niemieckiego funkcjonalizmu czy Beautiful City Movement. Wiemy jednak, że deklaracje niekoniecznie pokrywają się z praktyką. Prześledźmy zatem „teoretyczne” podłoże symulacji miejskiej rzeczywistości.

SimCity jako model planowania miejskiego

Pierwsza wersja gry ukazała się w 1989 roku. Zaprojektował ją Will Wright związany wówczas z Maxis, firmą specjalizującą się w tworzeniu gier komputerowych, wchłoniętą później przez giganta i pioniera przemysłu Electronic Arts, okrzykniętego przez konsumentów po niedawnej wpadce przy okazji premiery SimCity 5 najgorszą firmą w USA. Wright rozpoczął (choć nie skończył) swoje studia od architektury i robotyki na Louisiana State University, które kontynuował na New School University w Nowym Jorku. Jest przedstawicielem pokolenia, które jako pierwsze poza sektorem przemysłu wojskowego i maszynowego mogło spróbować swoich sił w programowaniu komputerowym. Wright był w tej dziedzinie samoukiem kształcącym się na Apple II. Według twórcy, SimCity to inspirowana m.in. dorobkiem teoretyka urbanistyki Christophera Alexandera czy krytyczki planowania miejskiego Jane Jacobs, platforma tworzenia „przestrzeni prawdopodobieństwa” (possibility space).  

Trzeba w tym momencie podkreślić, że planowanie miejskie czy urbanistyka jako odrębne dyscypliny ery modernizmu to efekt spontanicznego i niekontrolowanego rozrostu miast industrialnych XVIII i XIX wieku. Planowanie miało pomóc w zaprowadzeniu porządku nie tylko przestrzennego, ale i społecznego. Ludzkie zachowania miały być przewidywalne, podatne na kontrolę (Hetherington, 1997) dzięki racjonalnie planowanemu miastu, czego jednym z najlepiej opisanych przykładów była XIX-wieczna przebudowa Paryża kierowana przez barona Haussmanna (Harvey, 2003). W tym ujęciu planowanie miasta było jednocześnie planowaniem nowoczesnego społeczeństwa:

During the eighteenth century the architecture of classical antiquity came to represent civic virtue as well as social order. To be able to order space was to be able to order society. That at least was the intention. The elevated status of the architect, which emerged in England with the rebuilding of London after the Great Fire of 1666, can be seen as representative of this concern with a need for new modes of ordering (…). The architect (…) was able to translate ideas about the ordering of space into the ordering of society. (…) It is the architect who becomes the shaper of society.

(Hetherington, 1997 s. 62)

Cały wiek XIX i XX to kontynuacja tego trendu. Choć wielu okrzyknęło zburzenie osiedla Pruitt-Igoe w Saint Louis[7] w 1972 roku końcem modernizmu, jego ślady wciąż są widoczne w praktyce planistycznej w wielu miastach na świecie (Sznel, 2013).

pruitt igoe

Dwie muzy Wrighta wyjmowały w swojej twórczości kolejne cegły z paradygmatu modernistycznej urbanistyki, w której stojąca na piedestale wiedza ekspercka legitymizowała podejmowane decyzje planistyczne. Alexander, persona non grata mainstreamu planowania miejskiego, jest autorem teorii pattern language podkreślającej istotność uczestnictwa w planowaniu społeczności, która będzie odczuwała jego bezpośrednie skutki. Uznanie wiedzy użytkowników, znajomość codziennych praktyk czy lokalnej epistemologii to według Wrighta gwarant udanej i żywotnej przestrzeni. W książce opublikowanej w 1977 (Alexander i in., 1977) roku przedstawił ze współautorami 253 wzory planistyczne mające stanowić odpowiedź dla rozpoznanych problemów w urbanistyce. Choć tworzyły swoisty kod, język[8] to stanowiły raczej rodzaj hipotezy, Alexander okupował stanowisko, że wykonywanie symulacji planów może pokazać czy odpowiadają one lokalnym sposobom korzystania z przestrzeni, kreowania jej przez ludzi.

Myśl Alexandra i Jacobs to dla współczesnego paradygmatu planowania partycypacyjnego kamienie milowe. Najbardziej znana organizacja zajmująca się „tworzeniem miejsc” (placemaking) dla lokalnych społeczności i w ścisłej współpracy z nimi, Project For Public Spaces, wymienia tę dwójkę wśród swoich mentorów. Jane Jacobs, autorka głośnej książki The Death and Life of Great American Cities (1961), w której zwraca uwagę na fakt, że planiści większości miast w Stanach Zjednoczonych nie tylko negują zróżnicowane lokalnie potrzeby lokalnych społeczności i właściwe konkretnym neighborhoods zdroworozsądkowe myślenie będące tworem międzyludzkich relacji, ale również na to, że większość planistów to biali mężczyźni z uprzywilejowanej klasy średniej. Jej werdykt brzmiał: planowanie miejskie to narzędzie patriarchalnej, ekonomicznej, strukturalnej i klasowej opresji pomijające fakt, że budynki są nie tylko przestrzennymi tworami, ale też miejscami zamieszkiwanymi i tworzonymi przez ludzi.

As in the pseudoscience of bloodletting, just so in the pseudoscience of city rebuilding and planning, years of learning and a plethora of subtle and complicated dogma have arisen on a foundation of nonsense.

(Jacobs, 1961, s. 13)

Spójrzmy teraz na sposób budowania miasta dostępny dla grona fanów SimCity, do którego swego czasu również należałam. Gracz piastuje kilka stanowisk jednocześnie. Jest urbanistą, planistą i burmistrzem miasta. Jednym słowem skupia władzę zazwyczaj rozproszoną w kilku różnych jednostkach miejskich municypaliów. Od samego początku tylko planista decyduje o tym jak będzie wyglądało miasto. Tutaj przejawia się „przestrzeń prawdopodobieństwa”, o której wielokrotnie w wywiadach i prezentacjach mówił Wright. Nieograniczone możliwości to domena zastrzeżona dla tego, kto jest w grze u władzy. Głos mieszkańców może stanowić jedynie ciało doradcze – jednym z celów gry jest utrzymanie wysokiego poziomu ich szczęścia, które jest wyliczone przez komputerową symulację. Jest to jednak bardzo wąsko rozumiane, bowiem mieszkańcy SimCity okazują się być zadowoleni wtedy gdy mają pieniądze na prowadzenie konsumpcyjnego stylu życia.

Mam spore wątpliwości, czy Jane Jacobs polubiłaby „dziecko”, któremu rzekomo pomogła przyjść na świat. Dr. Wright (postać eksperta-planisty przestrzennego z pierwszych edycji gry, alter ego Willa Wrighta) jest pomocnikiem, który paradoksalnie zapoznaje gracza z klasycznymi elementami modernistycznego paradygmatu planowania miejskiego.

Próbka uniwersalnych rad Dr. Wrighta. Uwaga! większa część filmiku to katorżnicza monofonia dźwiękowa.

Zooning (strefowanie miasta) przewiduje rozdzielenie strefy mieszkaniowej, industrialnej i komercyjnej, a zatem przyczynia się do segregacji klasowej i ekonomicznej Simów. Wprowadzenie systemu GIS pomaga w przewidzeniu jak duża liczba mieszkańców jest w promieniu oddziaływania konkretnego posterunku policji, co ma być gwarantem utrzymania porządku. Najwyżej wartościowanym rodzajem zabudowy jest Central Business District z wieżowcami w roli głównej i choć gra nie posiada unilinearnego scenariusza, który prowadzi gracza do zwycięstwa lub przegranej, to zakłada ewolucjonistyczne myślenie o rozwoju miasta w zgodzie z zachodnim modelem rozwoju . Jednocześnie, dostępne w sieci manuale i poradniki do gry w SimCity wskazują, że najczęstszymi powodami protestów lub niezadowolenia mieszkańców są zbyt wysokie podatki lub niedostępność w najbliższej okolicy instytucji publicznych takich jak szkoły czy szpitale. Zamieszki i rozruchy mieszkańców to kategoria „klęsk” (disaster) – a więc zjawisko niepożądane, któremu planowanie miejskie ma zapobiec. Rozruch to oznaka, że z planem coś jest nie tak, ponosi klęskę. Znamienne, że protesty nie są tutaj rozpoznane jako możliwość nawiązania konstruktywnego i twórczego dialogu – miejskie rozruchy można przerwać stawiając nową szkołę lub stłumić je siłą – przy użyciu oddziałów policji i wojska. Rings a bell?

Jednym z silnie krytykowanych narzędzi planowania przestrzennego, którego bez ograniczeń mogą używać gracze jest prawo wywłaszczenia i burzenia (eminent domain), które można stosować na przykład w uboższych dzielnicach przynoszących mniejszy zastrzyk gotówki do miejskiej sakwy (tax revenue), gdzie pojawia się niebezpieczne politycznie graffiti , będące kolejnym sygnałem dla gracza, że nie wszyscy mieszkańcy chcą dostosować się do jego planu. Burmistrz może w tym wypadku powiedzieć jedno: suck my eminent domain i zburzyć niebezpieczne i nieprzynoszące ekonomicznego zysku dzielnice czyli pozbawić ludzi przestrzeni życia; na ich miejscu może wyrosnąć Big Ben lub Wieża Eiffle’a.

paris simcity

W jednym z manuali dostępnych w najnowszej wersji gry znajdziemy  informację, że Wieża Eiffle’a jako jedna z największych atrakcji turystycznych przyciągnie w budowanym mieście luksusowe mieszkania, butiki drogich sklepów i zwiększy ruch turystyczny. Jak większość dużych miast, również i SimCity nie może obejść się bez decydującego o sukcesie ekonomicznym miasta ruchu turystycznego i zewnętrznego kapitału inwestorów. Kopiowanie miast czy pojedynczych elementów o wysokim statusie symbolicznym i ekonomicznym jest praktyką obecną na przykład w azjatyckich cities-in-a-box czy ubiquitous cities (Songdo, Tianducheng, Incheon), które mają przyciągnąć przede wszystkim zamożnych mieszkańców do miast – sprawnie zarządzanych systemów opartych na najnowszych osiągnięciach technologicznych.

Miasto-przedsiębiorstwo a edukacyjny potencjał gry

Wizja miasta i planowania przestrzennego obecna w SimCity jest bardzo ograniczona: miasto to przede wszystkim sprawny, funkcjonalny system przyczyniający się do akumulacji kapitału poprzez urbanizację. Major musi zarządzać (manage) miastem tak, jakby to była firma. Wright, pośród swoich inspiracji wymienia też Jaya Forrestera – profesora zarządzania z MIT, który w artykule Industrial Dynamics z 1958 roku wyraża nadzieję, że zarządzanie przeobrazi się w przyszłości w profesję, której będzie można nauczać. To, co zasługuje na uwagę to fakt, że według propozycji Forrestera nowoczesne zarządzanie powinno wykorzystywać elektroniczną maszynę cyfrową, czyli komputer, w procesie modelowania i symulacji potencjalnych scenariuszy zachowania modelu. Nie musiał długo czekać. Management to nieodłączny element każdego współczesnego przedsiębiorstwa i dominująca aktualnie strategia polityki miejskiej.

Kilka lat później Forrester opublikował książkę Urban Dynamics. Pozycja powstała z przypadkowej kolaboracji z późniejszym burmistrzem Bostonu, który usiłował wypróbować model w praktyce. To, co najbardziej znamienne w kontekście niniejszego tekstu to spostrzeżenie Forrestera, że mieszkania dla mieszkańców miast o niskich zarobkach nie przyczyniają się do rozwoju ekonomicznego miasta a wręcz wpływają na jego degradację. Model pokazywał, że zapewnienie miejsc pracy w biznesie (to okres przechodzenia z szeroko rozumianej sfery przemysłowej do sfery usług) sam rozwiąże problem mieszkalnictwa[9].

Nie sugeruję, że SimCity przyczyniło się do promocji myślenia o mieście jako podatnym na zarządzanie i symulację komputerową systemie, niemniej od początku lat 90. trend ten jest dominujący (Lobo, 2007). Traktowanie miasta jako całości, gdzie podaż i popyt na konkretny rodzaj zabudowy są komputerowo wyliczane w oparciu o statystyczne dane (podobnie jak stopień szczęścia Simów) to stricte modernistyczny model wizji miasta, które ma być przede wszystkim funkcjonalnym organizmem, w którym potrzeby i marzenia mieszkańców schodzą na dalszy plan w starciu z planem – narzędziem zarządzania przestrzenią i ludźmi.

Warto podkreślić kilka szczegółów, które wzmagają powyższe wrażenie. W SimCity nie ma miejsca dla rowerzystów – po prostu nie istnieją. Dzielnice, które są pozbawione dostępu do szkół charakteryzuje niski stopień edukacji i w konsekwencji wysoki wskaźnik przestępczości. Choć SimCity ewoluowało w przeciągu trzech dekad nie tylko wizualnie i graficznie, ale również w odpowiedzi na zmieniające się trendy w planowaniu miejskim, wciąż sprawczość, oddolna aktywność i inicjatywa obywatelska Simów ogranicza się tylko do protestu. Postawa proaktywna nie jest im dostępna, co zważywszy na rosnącą w skali globalnej aktywność ruchów miejskich częstokroć powodowanych sprzeciwem wobec wizji miasta jako przynoszącego zysk przedsiębiorstwa, zdaje się być podkreśleniem prymatu modernistycznego paradygmatu planowania przynoszącego ład przestrzenny i społeczny.

Czy symulacja i eksperyment dostępne w SimCity mogą mieć potencjał edukacyjny? Dekadę przed pojawieniem się produktu SimCityEDU Will Wright przekonywał, że gra komputerowa może być doskonałym laboratorium dla planów, które mają być wprowadzone w życie[10]. Zamiast przeprowadzać eksperyment społeczny na żywej tkance, można go umieścić w symulacji rzeczywistości:

The problem with our education system is we’ve taken this kind of narrow, reductionist, Aristotelian approach to what learning is. It’s not designed for experimenting with complex systems and navigating your way through them in an intuitive way, which is what games teach. It’s not really designed for failure, which is also something games teach. I mean, I think that failure is a better teacher than success. Trial and error, reverse-engineering stuff in your mind—all the ways that kids interact with games—that’s the kind of thinking schools should be teaching. And I would argue that as the world becomes more complex, and as outcomes become less about success or failure, games are better at preparing you. The education system is going to realize this sooner or later. It’s starting. Teachers are entering the system who grew up playing games. They’re going to want to engage with the kids using games.

Wciąż jednak będzie to rzeczywistość bardzo zawężona. Neoliberalny model rozwoju miast Stanów Zjednoczonych jest wdrażany w wielu krajach, co często prowadzi do lokalnych konfliktów przestrzennych, ale nie jest uniwersalnym rozwiązaniem. Pozostańmy przy przykładzie z samego początku. Decyzja o umieszczeniu kolejnego centrum handlowego w Gezi Park w Istambule była arbitralna, zaś jej legitymizacja leżała w argumentach stricte ekonomicznych. Centra handlowe to przecież nowe miejsca pracy, zastrzyk dla lokalnej gospodarki, atrakcja dla turystów[11]. Konsultacje z ludźmi codziennie korzystającymi z zielonej przestrzeni nie były brane pod uwagę, zaś protesty, które przerodziły się w ogólnokrajowy bunt  zostały rozpoznane jako zagrożenie dla powziętych planów przeobrażenia przestrzeni miejskiej i społecznej, zagrożenie dla zarządzania „miastem globalnym”.

SimCity 5 – planowanie skierowane na człowieka?

Nowa skala w SimCity 5, najnowszej edycji gry, w której powstawaniu Will Wright już nie partycypował, miała – według nowego dyrektora kreatywnego Oceana Quigleya – sprawić, że poprzez większą emocjonalną relację z Simami wprowadzoną dzięki narzędziu GlassBox, planiści SimCity będą czuli się bardziej odpowiedzialni za swoje decyzje. Jak mówi w rozmowie z Wrightem

One of the things I wanted to do was to make you feel more responsible for the little people that live there too. ‘Cause you do these horrible things to them, it’s your fault.  I mean, you poison them, the houses burn down, because of your crappy economic decisions they go homeless. And I wanted to make it so when that happen to them you have this guilt, you feel this twinge of emotion about your responsibility for these life opportunities for those people living[in] this world that you’ve created.

Podobieństwa między miejską rzeczywistością, której doświadczamy na co dzień a „przestrzenią prawdopodobieństwa” w SimCity są uderzające. Najbardziej uderzające jest jednak to, że w obu przypadkach perspektywa mieszkańca, który niekoniecznie podziela racjonalność planistów przestrzennych i decydentów wciąż pozostaje w szufladce „przesądy, opinie, wsteczne i nienowoczesne poglądy”. Właśnie o ich polityczne uznanie starali się w swojej działalności i pracy ludzie, którzy byli inspiracją dla powstania gry: Jane Jacobs i Christopher Alexander. Model miasta, podobnie jak język, nie jest jego całościową reprezentacją. Jest zaledwie wizją legitymizowaną przez wiedzę ekspercką tych, którzy są na uprzywilejowanej pozycji, by ustalać zasady miejskiej gry. To co, gramy dalej?


[1] Planuję odrębny artykuł o żywotności terminu, wprowadzonego przez Saskię Sassen, w kontekście ekonomicznej rywalizacji między miastami, jako zjawisku przełomu XX i XXI wieku.

[2] Termin production de l’espace wprowadził w 1974 roku Henri Lefebvre, by ukazać, że jedno z największych „osiągnięć” XX. wieku – masowa produkcja przemysłowa –została zastosowana również w powojennej (od)budowie miast, bez względu na to, czy była to jednostka marsylska Le Corbusiera, blokowiska z wielkiej płyty na wschód od żelaznej kurtyny czy suburbia w Stanach Zjednoczonych.

[3] Początki geografii humanistycznej i geografii krytycznej, które przypadają na lata siedemdziesiąte, to okres zbieżny ze spatial turn i postkolonializmem, postmodernizmem i feminizmem w naukach społecznych. To istotne spostrzeżenie, bowiem cultural turn uwrażliwił geografów i planistów przestrzennych na spostrzeżenia pochodzące z badań społecznych; jednocześnie antropologia, socjologia czy psychologia utworzyły subdyscypliny otwarte na krytyczne podejście do tematyki przestrzennej.

[4] Kojarzycie Yi-Fu Tuana? Tak, to prekursor geografii humanistycznej (wciąż przez wielu naukowców uważanej za nieklasyfikowalną hybrydę), autor głośnej w środowisku książki Space and Place, w której obala mit uniwersalnej przestrzeni. Tutaj możecie poczytać o różnicy między pozytywistyczną geografią fizyczną, geografią człowieka i geografią humanistyczną.

[5] SimCity oraz The Sims to nieliczne przykłady wśród najpopularniejszych gier komputerowych które polegają na proaktywnym konstruowaniu rzeczywistości. Są grami typu open-ended, które nie polegają na linearnym wypełnianiu scenariusza gry – nie ma tu wygranych i przegranych, gra nie ma z góry określonego celu zapewniając graczom dużą przestrzeń swobody i wolności w podejmowaniu decyzji.

[6] Polecam artykuł, który w przystępny sposób wprowadza w tematykę gier jako przestrzeni do naukowych eksploracji wokół dychotomii realne – wirtualne.

[7] Polecam uwadze fenomenalny dokument The Pruitt-Igoe Myth ukazujący przyczyny upadku społecznego eksperymentu jakim było osiedle w Saint Louis. Film pokazuje w jaki sposób w latach 50. XX wieku w Stanach Zjednoczonych planowanie miejskie było sposobem na kontrolowanie i segregację społeczeństwa.

[8] Alexander był w tamtym czasie zainspirowany powstającymi w University of California, gdzie pracował, systemami projektowania i programowania komputerowego. W książce pojawia się stwierdzenie A pattern language has the structure of a network (Alexander i in., 1977 s. xviii) – każdy z 253 wzorów nie był odrębnym, całościowym rozwiązaniem, lecz – niczym hiperłącze – odsyłał do innych wzorów. 

[9] Istnieje grupa Forresteromaniaków, która prowadzi stronę internetową poświęconą jego twórczości i jej recepcji: www.systemdynamics.org.

[10] To się dzieje. Ludzie sprawdzają w SimCity – budując identyczne kopie swoich miast – dlaczego przestrzenie po których codziennie się przemieszczają „nie działają” .

[11] Film Ekumenopolis (2011) jest analizą implementacji polityki neoliberalnej w Turcji jako uniwersalnego modelu rozwoju. Polecam szczególnie tym graczom, którzy często burzą uboższe dzielnice swoich miast.

Poczytaj

Alexander, Christopher (i in.), A Pattern Language: Towns, Buildings, Construction, 1977.

Baudrillard, Jean, Baudrillard live: Selected interviews (M. Gane, Ed.), 1993.

Collins, Samuel Gerald, Imagined Cities, Real Futures: SimCity and the Co-Production of Urban Dystopias, 2006. 

Harvey, David, Paris, Capital of Modernity, 2003. 

Hetherington, Kevin, The Badlands of Modernity: Heterotopia and Social Ordering, 1997. 

Jacobs, Jane, The Death and Life of Great American Cities, 1961.

Lefebvre, Henri, The Production of Space, 1991.

Lobo, Daniel G. Playing with Urban Life. How SimCity Influences Planning Culture [w:] Space, Time, Play. Computer Games, Architecture and Urbanism: The Next Level, 2007.

Forrester, Jay, Urban Dynamics, 1971.

Sznel, Monika, Architektura z linii produkcyjnej, 2013. Rzut 1(1) s. 31-38.


Otagowane , , , , , , , , , ,